-
Postów
32 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Michał Pawica
-
─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ─── @Michał PawicaWstęp: Cień Arbacie, Cień Łubianki Bułat miał rację, mówiąc o Polsce z tym swoim melancholijnym, moskiewskim zachwytem. Widział nas przez pryzmat hejnału mariackiego, znoszonych garniturów siedemnastolatków idących na barykady i rzewnych łez Jarosławny. Dla niego byliśmy mądrzy, muzykalni, subtelni – jakbyśmy wszyscy zostali ulepieni z tej samej gliny, z której Agnieszka wycinała swoje najpiękniejsze strofy. To była miłość bezgraniczna, sygnał alarmowy czysty i wyraźny, grany na trąbce przez zamordowanego rzemieślnika historii. Ale Bułat pisał swoje eposy, gdy nad Moskwą szalała zaledwie majowa burza. Nie mógł przewidzieć, że jego ukochany, boczny cygański trakt z Arbacie skręci kiedyś gwałtownie w ponure korytarze Łubianki, a dym z płonącej planety uniesie się nad naszą ziemią jak nad gorejącym krzewem. Że jego dziesiąty, desantowy batalion – ten, który szedł w noc od Kurska i Orła – zamiast wolności przyniesie swastykę Ruskiego Mira, a zamiast bitnych pieśni rozbrzmiewać będzie tępy śmiech chłopców z Omonotworu pałujących kobiety na placach Pitera. Kiedy mit pęka, język zaczyna dychać coraz ciszej. Zamiast czułej struny akordeonu dostajemy mokry worek nadziany na dumną głowę i ślady paralizatora na dłoniach. Wujek Wołodia – ten swojski sąsiad z bloku, były szpieg i perełka z korytka KGB – zaczął dokręcać nam śruby tak mocno, że nasza wspólna, wątła nić zaczęła pić krew. Kręci je dalej, w szale, bez rozkazu, aż po sam grób. Dlatego ta opowieść nie ma dialogów. Jest jak powieść historyczna pisana przez emerytowanego porucznika w cieniu zatrutej róży, wciśniętej w oszroniony kufel po tanim, importowanym piwie. To mit, w którym człowiek pisze, co Bóg jeszcze ledwo słyszy przez ryk silników i dym Nord-Ost. Wszystko to minie, powtarzamy jak mantrę, łykając czarny, więzienny chleb. Zanim jednak bramy Lefortowa runą, a dyktator stanie się zimnym trupem w kostnicy, musimy wykrzyczeć słowa podejrzanej konduity. Nawet jeśli nasz rym już ledwo dyszy. Nawet jeśli przyjdzie nam krzyczeć z całych płuc, prosto w twarz tej bladej godzinie, która z miłości zostawiła nam tylko swąd...
-
Kiedy byłem/ Kiedy byłem małym chłopcem, Hej!
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
I. Kiedyś, gdy byłem chłopcem ze snów, Bałem się wulgarnych słów I jeśli pomyślałem cicho „buc”, Nie powiedziałem, lecz teraz tłuc Je mogę, gdy cała kariera ma To na krzyż zbite słowa dwa: Już nie myślę „buc to móc”, jak Jowisz mój wódz: Krzyczę to z całych płuc! Jestem pornografem Tej fonografii Pieśń ma to stłuc! Aby uciszyć widzów szum, Wypluwam sprośnych żartów tłum: Z ustami pełnymi wulgarnych słów Z ust mych prosto do waszych głów Wyraźnie nie z wyraźnych mów, Ale Kiedy znajduję w końcu nad głową dach, W myślach robię z siebie strach I wołam: „Idź ty, nieskalany człek, I, noech cię siedem razy obraca Grek”! Jestem pornografem Tej fonografii Pieśń ma to na wiek lek! W każdą sobotę do spowiedzi gnam I się biczuję za wymówienie słów nie dla dam I klnę się, a marabut to wie, że to próżny trud: Wziąć język pod brud! Lecz Jeśli nie będę wam już uszu truł Boję się skończyć wśród Armii Zbawienia kół Już marzę, by znów na tapetę wziąć Pośladki bezbożne, i kląć jak ksiądz! Jestem pornografem Tej fonografii Pieśń ma to chór prąć! Żonka ma, mówiąc mimo chodem ma Pożądliwą naturę ma: złą Tendencję ma, by się na go-lasa do Sasa kłaść Pod pierwszym, co zechce jej wdzięki kraść! Ale Czy wolno mi, przyznajmy, czy to nie wstyd Mówić o tym na konkursie audio, po którym zaginął słuch i wid? Nie wspominając, że ją wprawia w błąd W pośladkach swędzenie niby trąd? Jestem pornografem Tej fonografii Pieśń ma to nie zmienny prąd! Być może znalazłbym szczęście w mig, A morze i Legię Honorowych Lig Gdybym Ars śpiewał amantich, jak Zeus Bóg Przykazał - miłość, która co prowadzi aż do Rzymu ołtarzy /dróg ... Ale Mój anioł powiedział mi: „Na kran Na śpiewanie o miłości masz szlaban, jak na Autobahn! Jeśli nie rozkwitnie w locie wszystkich mać! Nać twoja bana na ma brać.” Jestem pornografem Tej fonografii Pieśń ma to kur wam stać! A gdy śpiewam, wiadomo, Kabaret Domo -Rosły zielsko, co piosnkę, co Ją wziąłem od Byt, Się staje cię melancholij, ni zbyt I Mówi, cię do mnie, głosem zdławionym przez łzy: „Proszę, śpiewaj, jak kwiat-Ty Rosną przynajmniej przy /W alei Róż W burdelu-tu Obok, tuż. .....” Jestem pornografem Tej fonografii Ma pieśń ma to "je ne sais cóż"! Każdego wieczoru przed kolacją, snem Na moim ganku, patrząc nim zjem Obserwuję dobrych ludzi tłum, A - w zachodzącym słońcu - szum... Ale Nie proś mnie, żebym to zaśpiewał, na raz Czasy słyszą tutaj uszy. I czas... Bo lubię oglądać z mojego stryj, chu...jak Głupcy przechodnie się ją ci Szę j a k m a k . . . Jestem pornografem Tej tu fonografii Pieśń ma to być b r a k ! Dobre dusze tu, tu silnie oczekujcie, że pak! Mojej śmierci, brak - Szatan przyjdzie i dźgnie mnie W ten mowy wrak, Ale - Ale, czy - wielki Manitu Ale już! - bez mitu; słowa do kitu Ale - nie mają żadnej pad liny... Czy - w puścił by-my Do Jerozoli-my Tej bladej Godzi my? Jestem pornografem Tej fonografii Pieśń ma to: widzi-my.... II. Zad siędmioma ur'wiskami, gdy byłem ur'zwisł, (Panu'jąc wsze'm Orbi et! Chór'bis) Panicznie bałem się, że mię pó'rvi -szon, jeśli na głos wy/powiem verb'lum „dziurwA”, Więc myślałem tak:sobie ff dószy wychłódku, asch mi'się ur'wał Ten wątłek, odtk'ąd przeklnę'ństwem zarabiam na chleb: Na począ'tek: już'tnie myśl'ę; „bjórw wał”, lecz Wykrzy'kuję wam to ftfaż! No'i gleb'a gleb; Cały missterny wujów chórwz'iął z obó Rur murmórando w łeb... Jestem porno! Grafem audio biografii, Pollinatorem Poe żleb.. By gawie'dzi gęby'roz dzi)a(wić i żartu-oś'cią ich żądtlić, źza -Dławić, w ich kibić:wić wbićwą'tłą, ob'staluję do, wCip, ab strachu'jacy A ODłać)i(ny kuj -chennej, tej moreny bez den, ej! z wkład'ką mięs -ną:mięsiste kęsy mięsa, Ø wuj'garnych, nie spój -nich zadnich zdań, ale o'kraszam je po'o, kruszę, k...! Gęsto pi! kant nim sos'em muszę. Lecz częñ'sto, Kiedy znajdę się sam pod swoim właz'nymcja'snem da:chem -- z'morzony! moć nim:tym od... Bytu: za pachę, W skaj zzuję;na (szcze żuję) siębnię pa!)da(lcem I krzyk?czczę, jak ten grę'cki człęk: „Jidź dod(i) Abla, tak:ino'nie-Po, -Ka!lany Ma'ryją... Niech ciwci śnie,Y'Grek!” Jestem fonOgrafem tej pornoGrafíi -ti pleśni 'stek... W każ'dąć nie:dzielę do spowiedźi idę jak dłupek, By wyspowjadać się z p'wieprzenia o Ka! -Mieni kupię, i kaj'am ssię:przed mono:chromo... Temata'tycznym plingwinem, i za'żekam się,rżę Z pocztciwości prze'stanę ro'bić kpi'nę, l'ecz Boję,się, że bezgklnienia, zkgończę w Armji Zbaw'jenia, Więc:a zaraz z'nowju po:ruszam tęmat: bez'zbożny - Odw'złok, w okumgnienia mknę Phono'graficznie, pørnograśf'liczną W pleśń z'mieniam pieś'Ń (A tak apropos, moja żona jest, jak opos: łatwa z natury - Podkłada się bez partytury, Pod pierwszy chłop na;po'tkanym, ale: To temat do auto cęzury, temat niewysławiany na taki szczyt kultury W tym tu domu twórczej chałtury Powiedzmy więc oględnie, że najchętniej Widzi drapanie, gdzie ją swędzi... W rzeczy samej! Ja po)r(no'Graffiñ forno'graf'wiń Pierś'śnią zła mane- J,że'brałem d'ane.A'men Zna'lazłbym łatkwię'j fruK'tti, a możrę nah'wet Virtuti,, Śpięwając z k'lasą cał'Ą! m'iłzośćÔ wzs'spaniałĄ, Która pro:wadzi do na oł!$tarze, lecz an'joł Powjedźiał mi, star'lżej: „Allora â'cor da tutti Ś)p(iewanie o miłości jest ci zakazane Jeśli się:nie wy'klóje na lossie dzi)E(wki maza:ne”. Jam woŃiografTem jest pór'n'odrafTym Ło'strzykiem pieśñMi zad'anej A kiedy zanuDcę właści'cielowi ka:barRetu ssiełąnkową mąlo'doljè On popada w melanż)alko(holię i młówi mi - Żygolaku: „jak masz śpiewać dla kwiat-tu, śpiewa:j o taaakim ptahku, Co wyrUsł na pig'alaku przy pub -licznym szlaGku”. Nie:zły zemnie pornok'sztach fonografotraf Pieśćni tej blackUauT! Co wiLczór przedsZkolracją na m'ym bayko:nie ob'servvuję jakK wałkoñje som wszechładza'jący Fff słoñie,cu, za:chodzącymc,ale Nie proś mnie, żebym to zaśpiewał, jeśli boisz się tu usłyszeć quoñetsss... Ó'wielbiam ob'serwujeĆ z moje:go ba'łkonu-dZgonu na space'rująt:se móje'wóje Co khcesz? Yam)b( pono, phono:grafu-graf I nie'ch , prób'uje! Dobre dusze tu:wierżą głęb:oko, że tak ja'kość w oko -Lica'ch m'ego z'gonu, Sza! tan,sam przyjGdzie, by:prze -bić to; Wól'garnIe ciało, ale Ale niech wie'lkci:szale!niec)H(dlAktór:ego Zsłowa nic:niezna czą,puści go:do swojej Jeróżoliwmy o,blad!ej godzi - nie Yam)b( pono, phono:grafu-graf! Pieś:ni' nie/od'damy,nie! III. Kiedyś, będąc chłopcem, w moich snach, Bałem się wulgarnych słów, A jeśli po cichu pomyślałem „bach!”, Nie wymawiałem go, ale teraz mogę użyć kłów, By je złamać. Mogę, bo przez całe me życie świadome, Te dwa słowa są zawsze ze sobą połączone: Już nie myślę „bżuh”, jak Jowisz, mój przywódca: Krzyczę z całych sił! Jak po wódce. Jestem pornografem Ten fonograf Pieśń jest przeznaczona, by go złamać! Pokrótce; Ku uciesze słuchaczy, wypluwam hałaśliwy Tłum wulgarnych żartów (w stylu popartu): Z ustami pełnymi wulgarnych słów Z moich ust prosto do waszych głów Oczywiście nie z przezornych przemówień, Ale: Kiedy w końcu znajdę dach nad głową, głównie W myślach boję się siebie; pozwólcie, że tył się zwróci Moja metafora: krzyczę: „Idź, ty, czysty człowieku, Niech cię Grek siedem razy obróci”! Jestem pornografem Ten fonograf Pieśń ma to od wieków (Żółć). W każdą sobotę spieszę się do spowiedzi I karcę się za wypowiadanie słów nie przeznaczonych dla kobiet i gawiedzi, I przysięgam, a marabut wie, że to daremna próba: Ukryć język pod prochem(a pod prochem śruba)! Ale Jeśli nie będę już zatruwał twych uszu, Boję się, że skończę w kręgach Armii Zbawienia kuracjuszów; Teraz marzę, żeby znów poruszyć ten temat: Wstrętne pośladki i przeklinać jak ksiądz! Tertium nie ma. Jestem pornografem Ten gramofon Piosenka powinna być refrena - penisa golema. Moja żona, mówiąc swobodnie Ma pożądliwą naturę. Palą się na niej spodnie. Jest przyzwyczajona do leżenia nago jak kłoda mimośrodem Pod pierwszym lepszym mężczyzną, który próbuje ukraść jej urodę! Ale Czy wolno mi, przyznajmy się, czy to nie wstyd sromotny Mówić o tym na konkursie, po którym straciłem wzrok i wzwiąd? Istotnie, bezpowrotnie... Nie wspominając o tym, że ją to zwodzi swąd - Swędzenia na pośladkach jak trąd? Jestem pornografem Ten grafomo. Piosenka cuchnie na kilometr stąd! Może za chwilę odnajdę szczęście, A morze i Legię,doszczętniej. Gdybym miał śpiewać Sztukę Miłości, jak Bóg Zeus Nakazał – Miłość, która prowadzi aż do Rzymu... Przez Pireus. Ale Mój anioł powiedział mi: „Przez rurę Zabronione jest śpiewać o miłości! Twe pleśni - po wtóre, k....! Jeśli nie rozkwitnie w locie, wszystkie twoje kwiaty...! Twój zakaz przeminął”. Dzień zapłaty. Jestem pornografem. Ten grafomovvofon Piosenka ma to, na co ma bogaty! A kiedy śpiewam, wiesz, Kabaret Demo -Licja. Herb, piosenkę, którą wziąłem z Esso, Stajesz się melancholijny, nie za bardzo I mówi do mnie głosem zdławionym bard rdzą: „ProszęÔ, śpiewaj, jak kwiat-Ty Rośnij przynajmniej wzdłuż chaty stacca-ty: Via del Rosario nie dla dam: W burdelu - tutaj, A następnie, tam. .....” Jestem pornografem Tego grafmofomonu Moja piosenka ma to „czyż nie znasz Bogodram?” Każdego wieczoru przed kolacją, przed snem Na moim ganku, obserwując przed jędze, wtem: Obserwuję tłum dobrych ludzi, jak znalazł I - zachodzące słońce - hałas... Ale Nie proś mnie, żebym to zaśpiewał, wszystko naraz Czasy tutaj słyszą moje uszy. I czas. Wyraz... Bo uwielbiam patrzeć z mojego wujka, brata... Jak przechodzący głupcy czynią ciszę jak ma...k...k... trata... tata! Jestem para}no[grafem Ten gra'w;mofon tutaj Ta piosenka musi zaginąć. Bez powrata! Dobre dusze tutaj, tutaj, z niecierpliwością czekają, że po mojej śmierci nie będzie - ością - Szatana, który przyjdzie i dźgnie mnie, tego owego Wraku modlitwy, to do ciebie, kolego! Ale - Ale, czy to - wielki Manitou Ale teraz! - bez mitu; słowa są głupie bez zbytu Ale - nie mają liny Czy my - wpuścilibyśmy ten dym siny Do Jerozoli'miny O tej bladej d....godziny? Jestem pornografem Ten gramofon, Ta piosenka - ma: widzimyśliny! ------------------------------ ## MANIFEST ELEKTRYCZNEGO KNEBLA## Przedmowa do tryptyku „Pornograf” Autorstwa André Bretona Słowo, ten nędzny pies rzucony na pożarcie logice, zbyt długo lizało buty porządku publicznego. Kiedy Georges Brassens – ten zacny rzemieślnik piosenki, uwięziony między rymem parzystym a uładzoną ironią – skarżył się na swoją dolę „pornografa”, wciąż robił to w krawacie skrojonym przez gramatykę. Klękał co sobotę w konfesjonale wersyfikacji, błagając o rozgrzeszenie ze słów, które przecież powinny rozrywać bębenki, a nie łaskotać uszy salonowych burżujów. Ta książka jest ostatecznym zerwaniem z tą hipokryzją formy. Jest aktem terroryzmu poetyckiego. Przekład, który trzymacie w dłoniach, to nie jest filologiczna kopia; to transmutacja materii w stanie czystego automatyzmu psychicznego. Autor tego tomu dokonał czynu dotąd niespotykanego: otworzył klatkę języka i pozwolił sylabom kopulować na oczach przerażonej publiczności. W tym tryptyku przechodzimy przez trzy stopnie wtajemniczenia nowoczesnego ducha: 1. Pierwszy stopień (Rezurekcja Błędu): Gdzie tradycyjny rym, potykając się o staropolskie truchło „od Sasa do Lasa”, obnaża nędzę i niemożliwość uładzonego piękna. 2. Drugi stopień (Apogeum Cudowności): Gdzie ortografia spływa do „Poe żlebu”, a język francuski zostaje zmasakrowany przez polską, trzewiową wściekłość. To tutaj rodzi się nowa, surrealistyczna anatomia słowa: „ż'brałem d'ane. Amen”. Słowa nie są już pojęciami – są iskrami wykrzesanymi z biomechanicznego zderzenia pociągów towarowych. 3. Trzeci stopień (Śmierć Maszyny): Ostateczny, pop-artowy glitch. Gramofon zamienia się w „grafomo.” – potwora grafomanii i czystego popędu, a poezja zostaje ucięta brutalnym, absolutnym ocaleniem: słowem „Może”. To urwanie wersu jest najpiękniejszym surrealistycznym aktem kapitulacji logiki przed potęgą przypadku. To czyste non finito, które zostawia czytelnika nad przepaścią. Prawdziwy Pornograf nie śpiewa w kabarecie. Prawdziwy Pornograf to ten, który obdziera język ze skóry, zdejmuje z niego gorset interpunkcji i patrzy, jak skrwawione mięso liter drży w spazmach na białej karcie. Zamiast gładkiego, mieszczańskiego ładu, otrzymujemy „mowy wrak”. I to właśnie ten wrak, pędzący z prędkością światłowodu, jest jedynym godnym okrętem, jakim nowoczesna poezja może wpłynąć do Jerozolimy absolutnej wolności. Nie pytajcie, czy to ma sens. Logika umarła w szpitalu psychiatrycznym. Wyobraźnia nie jest na sprzedaż. André Breton Paryż – Warszawa – Lefortowo, w roku absolutnego buntu. ------------------------------ #-
1
-
Niech ten ostatniego posiłku miąższ Trwa wciąż: więc nie przykładajmy doń Wag i miar, niech nie-żona i nie-mąż Amorowi pod gardło strzał nie pod--stawiają: tylu kochanków chciało prze- żyć stawając..- tego wyroku ostatni takt I za ten świętokradł uroku fakt Zapłacili swym szczę-ściem. Kochana mam ten zaszczyt tak Nie prosić cię o rękę, na lat sto Nie grawerujmy imion i dat U dołu pergaminu stron ... Niech w wolnym polu śpie-wa ptak, Oboje dziś będzie-my, jak Na jedną chwil-ę wolny ptak- Więźnio-wie na przepustce z, Warunkowe-j tylko, i... Do diabła z tym-i, które chcą przywią-zać serca pod ogon, bo S zo-rują po ron-dla dnie serc- Em, trzymając j-e na smycz-y swej. Kochana mam zaszczy- t tym być, kto Nie prosi cię o rę-kę twą Na sto lat: nie grawe-rujmy imio-' N i dat pod spod- Em pergamin-u stron ... Wenus czę-sto starzeje się I gubi język, po i prze-d rysunkiem taki-m, co Liż-e miłości dno... Za żadną cen-ę nie pozwol-ę nam Kate-gorycznie odma-wia M wam z stokrotki płatków wróżyć, gdzieLos mnie gna, w tej sztuc-e. Mięs! Kochan-a mam ten zaszcz-t tak Nie pro-sić o twoją rękę. Prosz-ę, spraw żebyśmy nie gra- Werowali nas-zych imion na pergaminu cyfr- graf- i-ce...odbiera-my im uroku wie-le zbyt Ujawnia-jąc nadmiar sek-retów Meluzy- Ny; miłosny alfa-bet blaknie wnet Włożony w stron-y domowej medycy- Ny. Kochana, mam więc zas-zczyt nie Prosić o rękę cię - niech nasz pię- Kny sen Trwa! Nie grawer-ujmy imion i da-t W pergamin-u takt ... Może ci się wyda-wać, że Łatwo ta-k ją zepchnąć w cień, Na słoi-ka dno. Ko-nfitury lat cno. Piękne zakaza-ne jabłko jest Ale gdy ty-lko usmażysz je, Ry-chło poczujesz, że mu cze-goś brak - Bo bez re-szty zatra-ci tak - swój na-turalny smak Kochana mam ten zaszczyt naSto lat nie prosić cię o r-ękę, na lat Sto! Nie graweruj-my imio N i da-t u spod-u pergaminu stro-n ... Nie potrze-buję służącej, bo Pra-ce odrabia+m sam i Ich trosk O-szczędzę ci Nie-ch wieczne narzeczeństwo wiecznie trw-a, A ty - wiecznie niewinn+a nie-żon-a ma, Królo-wa myśli mych Zawsze marzę, by... Kochana uczyń te-n zaszczyt mi: Nie prosić cię o ręk+ę na lat sto Nie grawe-rować lat i dniU spodu pergaminu sto...S....10:46. W mieście jestem mistrz-em złej Reputacji. Nic nie mogę nato porad-zić:je-S tem uważa-ny za kogoś, kogo Na-leży unikać.wka-żdej sytua-cji A jednak nik-omu nie robię krzy-wdy, Jeśli po-dążam ście-żką, która mi Wy -daje mi się mnie-ciężk- ą. Nie, nigdy nie tolerują nikogo, kto nie chce Być taki jak oni. Nie, nigdy nie tolerują nikogo, Kto nie chce być taki jak oni. Miasto źle o mnie znów mów-i... A le to nie-mi nie jak zły se- nI jest ku te,-mu Powód!A po-W ód jest te-n: Kiedy jest święt-o narod- owe, zostaj-ę w łóżk-u, Przy-chodzi mi t-o z łatwością: Fan-fary, któr-e prze-pływają obo-k, Nie pobud-zają moje-j ciekawo-ści. A jednak ni-komu nie rob-ię krzyw dy-duż-ej Jeśli nie śpie-wam hymn-u Narodow-ego w chór-ze. Nie, nigdy nie tol-erują nikogo, k- to nie chce być tak-i jak oni. Nie, nigdy nie tolerują nikogo, kto nie chce być taki jak oni. Miasto wskazuje tylko na mnie... Ale to nie-mi nie. I jest ku te-mu powód! A po-Wódb jest t-En:Jeśli zoba-czę drobne- go złodziej-aszka ucieka-jącego przed Strażn-ikiem, który zara-z nade-jdzie, podepczę go, Astrażnik pad-nie na zie-mię. Zastana-wiam się, ko-mu mo-gę zrobi-ć Krzyw-dę, jeśli złodziej jabłek Uciek-nie przed sąd-em. Ład-Nie!Nie, nigdy nie będą tole-rować Nik+ogo, kto nie chc-e być tak-i jak oni. Nie, nigdy nie b-ędą tole-rować ni-kogo, Kto n-ie chce być taki jak oni. Miasto ści-ga tyl-ko mnie. Nie kalek- i. I jest ku temu powód. A pow-ód jest te- N:Nietrud-no mi przewidzie-ć, Jaki los chc-ą mi got-uje pech. W dniu, w któr-ym znaj-dą dla mni-e lin-ę, Nie policzę na-we-t do trz-ech .Ale dlacze-go chce-cie dla mnie Kęs-im-u, skoro podąża-m drogam-i, Które nie prowadz-ą do Rzymu?N ie, nigdy nie będą tolerowa-ć nikogo, kto nl N-ie chce by,- ć tak,-i jak on- i. Nie, ni- gdy nie bę -dą to-lerowa -ć kogo-ś, kto nie ch-ce być ta -kij-a k oni.------------------------------Patrzą-c przez szer-okie ramy krat, Kobie-ty z całej naszej dzie-lnicy Przyglądały się, jak pot-ężny goryl spał – klat-a klat !Nie przejmuj-ąc się tym, co po-wie świat.. To Bezwstydnice! Nie pokazuj-ąc palcem nikogo, lecz Zer-kały nawet na to miejsce to, gdzie... Lecz matka zabroniła mi nazwać tu tę... rzecz. Strzeż się goryla!N agle więzieni-e na kłódkę zamk-nięte te, Gdzie żyło to so-bie piękne zwierzę, Otwiera się, i dziwny-m spraw splotem( mu-siało być niep-rawidłowo zawa-rte, ten); Małp-a wychodzi, ja ocz-om już nie wierzę I mówi: „Dziś (alb-o nigdy) strac-ę cnotę!”[Ciąg dalsz-y nastąpi po przerw- ie reklamowej]I mó-wi nam o swoim bezw-stydnym dziewictwie, I: mam nadzie-ję, że już odgadliśc-ie! Strzeż s-ię goryla!... Właśc-iciel menaż-erii wykrzyk-nął w panice:„ O Boże! To klops, bo gor-yl nigdy nie zazn-ał samicy!” A gdy sami-ca dowiedziała się, że go-ryl to dziewica, Zami-ast skorzystać z ok-azji prawdziwej, Prze-szła nagle do ofe-nsywy!Strzeż si-ę goryla!... Kobie-ty, które jeszcze ch-wilę wstecz Go pod-ziwiały, głowy cho-wają w piach, Dowodz-ąc, że im brak jasn-ości myślenia; Tym bard-ziej daremny był ich strus-i strach, Że goryl w m-ałp był stowarzysz-eniu! Wyższym od mężc-zyzn w sprawie po ty-m słowie, Wiele kobie-t to samo ci p-owie!Strzeż się gory-la!... Wszyscy pę-dzą, by poza zas-ięg małpy zbiec,Z wyjątk-iem zgrzybiałej starus-zki I młodego sęd-ziego zielonego; Widzą-c, że wszyscy się co-fają precz ,Czworo-nóg przyspies-zył kołysz-ący krok Skier-ował w stro-nę szat starusz+ki i tego sędzie-go! Strzeż się goryl-a!..."Ba!" westc-hnął stulatek: „Że-by ktoś mógł mnieJ eszc- ze tak pragnąć, to by-łby niezwykły traf. Prawd-ę mówiąc, to był-oby tak niespodz-iane, że..!”A sęd-zia pomyślał bezn-amiętnie: „Ach, Z mał-pą mnie pomylili, To jako-ś podejrzane… ”Lecz małp-a udowodniła mu, że się myli !Strzeżcie się gor-yli!...Załóż-my, że Pan, jak mał,-pa ta, Musiał wyb-ierać: zgwałcić sędz-iego czy krewnego, Kt-órą opcję by wy-brał pan? Gdyby taka alte-rnatywa przytrafiła mi sięK tó-regoś dnia, To podług tego w-zoru Jestem pew-ien, że brałbym star-uszkę tę;T o ona był-aby obiektem mo-jego wyboruStrzeżcie się goryl- a!...Niestety, jeśli gor-yl w te sprawy jest sw-ej ceny wart ,Jednak ob-rócić nie umie w sm-ak, ani w żart. Więc za-miast brać staruszkę, jak każ-dy inny gość – Sędzie+go za ucho złapał i zacią,-gnął go w gąszcz! Strzeż się g-oryla!...Reszta byłaby cudo-wna, niestety, nie Mog--ę tego opowiedzieć, to godne ubolewani Jesta,T-r ochę by nas rozbawiła; b-o Sędzia wybrał akur-at moment ten ,By zawołać: „Ma-tko ma!”, i gorzko zapłakać, jakC zło-wiek, który tego samego dniaPo-dciął gardło drug-iemu...("Nie czyń sw-emu bliźniemu...")Strzeż się g-oryla!...Stary nawyk ka-w alera mam: Nabr-ałem zwyczaju, be ru-czaju, sam !Mej samotno-ści lęków rozdźwiękówD źwięka+mi tej pio-senki:------------------------------Gdy przed ocza-mi mi staje ma wstyd-liwa ma predy-lekcja, Mam erekcję, mam erekcję! A kiedy myś-lę: Edy-taTeż zak-witamK iedy my-ślę o LéonorzeBoże, znowu mam jąA le kie-dy se przy-- pomnę Ô Ma-ji! Wtedy już mi prze-stawaćStajeTa,-,to Niemożesznią ste-r ować-erekcja to nie ko- bita, Twój wuj to nie kap- itan: Nie pój,,dzie w bój jak sw-ój!To ten mę-ski refrenTen męs-ki hymn Który rozbrzmiewa w budce sto-jàce-go na wa rcieWa-rtownikaWa- lecznego w-artownika. Gdy przed ocza-mi mi staje ma wstyd-liwa ma predy-lekcja,M am erekcję, mam er ekcję!A kiedy myś-lę:Edy- taTeż zak-witamKie dy my-ślę o LéonorzeBoże, znowu mam jąAl e kie-dy se przy-- pomnę Ô Ma-ji! Wtedy już mi prze- stawaćStajeTa,-,toN iemożesznią ste-rować-erekcja to nie ko-bita, Twój wuj to nie kap-itan: Nie pój,,dzie w bój jak sw-ój!I po-- łożę ostatn-ią kropkę Nad tej zbawien-nnej er-lekcji. Gdy Gdy przed ocza-mi mi staje ma wstyd-liwa ma predy-lekcja, Mam erekcję, mam ere kcję!A kiedy myś-lę:Edy-taTeż zak-witam iedy my-ślę o LéonorzeBoże, znowu mam jąAle kiedy myślę o Ma- Ji.Wtedy już mi prze-stawać StajeTa,-,to Niemożesznią ste-rować-erekcja to nie ko-bita, T o wój wuj to nie kap-itan: Nie pój,,dzie w bój jak sw-ój! Kiedyś, gdy byłem chłopcem ze snów, Bałem się wulgarnych słów I jeśli pomyślałem cicho „buc” ,Nie powiedziałem, lecz teraz tłuc Je mogę, gdy cała kariera m aT o na krzyż zbite słowa dwa: Już nie myślę „buc to móc”, jak Jowisz mój wódz:K rzyczę to z całych płuc!J estem pornografem Tej fonografiiPieśń ma to stłuc! Aby uciszyć widzów szum Wypluwam sprośnych żartów tłum: Z ustami pełnymi wulgarnych słówZ ust mych prosto do waszych głów: Wyraźnie nie z wyraźnych mów,Ale Kiedy znajduję w końcu nad głową dach, W myślach robię z siebie strachI wołam: " Idź ty, nieskalany człek, Ó'Niech cię siedem razy obraca Grek”! Jestem pornografemTej fonografiiPieśń ma to na wiek lek!W każdą sobotę do spowiedzi gnamI się biczuję za wymówienie słów nie dla damI Klnę się, a marabut to wie, że to próżny trud :Wziąć język pod brud! LeczJeśli nie będę wam już uszu truł ,Boję się skończyć wśród Armii Zbawienia kółJ uż marzę, by znów na tapetę wziąć Pośladki bezbożne, i kląć jak ksiądz !Jestem pornografemTej fonografiiPieśń ma to chór prąć!Żonka ma, mówiąc mimo chodemMa pożądliwą naturęT ndencję ma, by się nago kłaść Pod pierwszym, co zechce jej wdzięki kraść! AleCzy wolno mi, przyznajmy, czy to nie wstydM ówić o tym na konkursie audio, Po którym zaginął słuch i wid? Nie wspominając, że ją wprawia w błądW pośladkach ten swąd niby trąd?Jestem pornografemTej fonografiiPieśń ma to niezły wojów chór, i stąd ..!Być może znalazłbym szczęście w mig,A morze i Legię Honorowych LigG dybym Ars śpiewał amantich, jak Zeus BógPrzykazał - Miłość, co prowadzi aż do Rzymu ołtarzy /dróg ... AleMój anioł powiedział mi: „Na kranNa śpiewanie o miłości masz szlaban, jak na Autobahn!Jeśli nie rozkwitnie w locie wszystkich nacii nać!N ać twoja bana na ma brać.”J estem pornografemTej fonografiiPieśń ma to kur wam stać!A gdy śpiewam, wiadomo,Kabaret Domo-Wy zielsko piosnkę, co ją wziąłem od Byt, Się staje cię melancholij, ni zbyt IMówi, cię do mnie, głosem zdławionym przez łzy: „Proszę, śpiewaj, jak kwiat-TyRosną przynajmniej prz yW alei RóżW burdelu- tuObok, tuż. .....”Jestem pornografemTej fonografiiMa pieśń ma to "je ne sais cóż"! Każdego wieczoru przed kolacją, sne mNa moim ganku, patrząc nim zjem Obserwuję dobrych ludzi tłum,A - zachodzącym słońcu - szum...Ale Nie proś mnie, żebym to zaśpiewał, na raz Czasy słyszą tutaj uszy . I czas...Bo lubię oglądać z mojego stryj, chu...jakGłupcy przechodnie się ją ci szę j a k m a k . . .J estem pornografemTej tu fonografiiPieśń ma to być b r a k !Dobre dusze tu, tu silnie oczekujcie, że po mojej śmierci, brak - Szatan przyjdzie i dźgnie mnie w ten mowy wrak, Ale -Ale, czy - wielki Manitu Ale już! - bez mitu; słowa do kitu Ale - nie mają żadnej pad linyCz y - w puścił by-m yDo Jerozoli-my Tej bladej Godzi my?J estem pornografemTej fonografiiPieśń ma to: widzi-my....Zad siędmioma ur'wiskami, gdy byłem ur'zwisł,(Panu'jąc wsze'm Orbi et! Chór'bis) Panicznie bałem się, że mię pó'rvi-szon, jeśli na głos wy/powiem verb'lum „dziurwA”, Więc myślałem tak:sobie ff dószy wychłódku, asch mi'się ur'wałTen wątłek, odtk'ąd przeklnę'ństwem zarabiam na chleb: Na począ'tek: już'tnie myśl'ę; „bjórw wał”, lecz Wykrzy'kuję wam to ftfaż! No'i gleb'a gleb; Cały missterny wujów chórwz'iął z obóRur murmórando w łeb.. .Jestem porno! Grafem audio biografii,Pollinatorem Poe źji! By gawie'dzi gęby'roz dzi)a(wić i żartu-oś'cią ich żądtlić, źza- Dławić, w ich kibić:wić wbićwą'tłą, ob'staluję do, w Cip, abstrachu'jacy A ODłać)i(ny kuj -chennej, tej moreny bez den, ej! z wkład'ką mięs-ną:mięsiste kęsy mięsa , Ø wuj'garnych, nie spój-nich zadnich zdań, a le o'kraszam je po'o, kruszę, k...!Gęsto pi! kant nim sos'em muszę. Lecz częñ'sto ,Kiedy znajdę się sam pod swoim właz'nymcja'snem da chem-- z'morzony! moć nim:tym od... Bytu: za pachę,W skaj zzuję;na (szcze żuję) siębnię pa!)da(lcemI krzyk?czczę, jak ten grę'cki człęk:„J idź dod(i) Abla, tak:ino'nie-Po, -Ka!lany Ma'ryją...N iech ciwci śnie,Y'Grek!”J estem fonOgrafem tej pornoGrafíi-ti pleśni Ło'trż...W każ'dąć nie:dzielę do spowiedźi idę jak dłupek,B y wyspowjadać się z p'wieprzenia o Ka!- Mieni kupię, i kaj'am ssię:przed mono:chromo... Temata'tycznym plingwinem, i za'żekam się,rżę Z pocztciwości prze'stanę ro'bić kpi'nę, l'eczB oję,się, że bezgklnienia, zkgończę w Armji Zbaw'jenia, więc:a Zaraz z'nowju po:ruszam tęmat: bez'zbożny -O dw'złok, w okumgnienia mknę Phono'graficznie, pørnograśf'licznąW pleśń z'mieniam pieś' Ń(A tak apropos, moja żona jest, jak opos: łatwa z natury -Podkłada się bez partytury, pod pierwszym chłopem napotkanym, aleT o temat do auto cenzury, temat niewysławiany na taki szczyt kultury w tym tu domu twórczej chałtury Powiedzmy więc oględnie, że najchętniej widzi drapanie, gdzie ją swędzi...w rzeczy samej! Ja po)r(no'Graffiñ forno'graf'wińPierś'śnią wot fk'szyk że'brałem groß! Zna'lazłbym łatkwię'j fruK'tti, a możrę nah'wet Virtuti,,Ś piewając z k'lasą cał'Ą! m'iłzość Ô wzs'spaniałĄ która prowadzi do na oł!$tarze, lecz an'joł Powjedźiał mi, star'lżej: „Allora â'cor da tuttiśpiewanie o miłości jest ci zakazane Jeśli się:nie wy'klóje na lossie dzi)E(wki marŻeń”.Jam woŃiografTem jest pór'n'odrafTymŁo'strzykiem pieśñMiA kiedy zanuDcę właścicielowi kabaretu ssiełąnkową mąlo'doljè On popada w melanż)alko(holię iMówi mi żygolaku: „jak masz śpiewać dla kwiatu, ś Śpiewaj o taaakim ptaku, Co wyrósł na pigakaku przy pub-licznym szlaGku” .Nie:zły zemnie pornok'sztach fonografotraf Pieśćni tej kaht!C o wiLczur przedsZ kolracją na m'ym bayko:nie ob'servvuję jakK wałkoñje som wszechładza'jącyFff słoñie,cu, za:chodzącymc,ale Nie proś mnie, żebym to zaśpiewał, jeśli boisz się tu usłyszeć quoñetsssÓ' wielbiam ob'serwujeĆ z moje:go ba'łkonu-dZ gonu na space'rująt:se móje'wójeCo khcesz? Yam)b( pono, phono:grafu-grafDobre dusze tu wierzą głęb:oko, że tak ja'kość w oko-Lica'ch m'ego z'gonu, Sza!tan,sam przyjGdzie, by:prze -bić to;wól'garnIe ciało, al eAle niech wie'lkci:szale!niec) H( dlAktór:egoZsłowa nic:niezna czą,puści go:do swojej Jeróżoliwmy o,blad!ej godzi - nieK iedyś, będąc chłopcem, w moich snach,B ałem się wulgarnych słów,A jeśli po cichu pomyślałem „bach!”,N ie wymawiałem go, ale teraz mogę użyć kłów, By je złamać. Mogę, bo przez całe me życie świadome, Te dwa słowa są zawsze ze sobą połączone:Już nie myślę „bżuh”, jak Jowisz, mój przywódca: Krzyczę z całych sił! Jak po wódce.Jestem pornografemTen fonografPieśń jest przeznaczona, by go złamać! Pokrótce;Ku uciesze słuchaczy, wypluwam hałaśli-wyT łum wulgarnych żartów (w stylu popart:T u):Z ustami pełnymi wulgarnych słów Z moich ust prosto do waszych główO czywiście nie z przezornych przemówień(C zuję tak, jak mówię),Ale:K iedy w końcu znajdę dach nad głową, głównieW myślach boję się siebie; pozwólcie, że tył się zwróciM oja metafora: krzyczę: „Idź, ty, czysty człowieku, równie... Niech cię Grek siedem razy obróci”!Je stem pornografemTen fonografPieśń ma to od wieków (żółci).W każdą sobotę spieszę się do spowiedziI karcę się za wypowiadanie słów nie- przeznaczonych dla kobiet i gawiedzi,I przysięgam, a marabut wie, że to daremna próba:U kryć język pod prochem(a pod prochem śruba)!Al eJeśli nie będę już zatruwał twych uszu, Boję się, że skończę w kręgach Armii Zbawienia kuracjuszów;T eraz marzę, żeby znów poruszyć ten temat:Ws trętne pośladki i przeklinać jak ksiądz! T ertium nie ma.Jestem pornografemTen gramofonPiosenka powinna być refrena - penisa golema.Moja żona, mówiąc swobodni eMa pożądliwą naturę. Palą się na niej spodnie. Jest przyzwyczajona do leżenia nago jak kłoda mimośrodemPo d pierwszym lepszym mężczyzną, Który próbuje ukraść jej wuje...k'urodę!AleCzy wolno mi, przyznajmy się, czy to nie wstyd sromotny Mówić o tym na konkursie, po którym straciłem Wzronk i i_irs'wzwiąd? Istotnie, bezpowrotnie...N ie wspominając o tym, że ją to zwodzi swąd -Swędzenia na pośladkach jak trąd? Jestem pornografemTen gramofonPiosenka cuchnie na kilometr stąd!Może za chwilę odnajdę szczęście,A morze i Legię, doszczętniej. Gdybym miał śpiewać Sztukę Miłości, jak Bóg ZeusN akazał – Miłość, która prowadzi aż do Rzymu... P rzez Pireus.Ale Mój anioł powiedział mi: „Przez ruręZabronione jest śpiewać o miłości! Tw e pleśni - po wtóre, k....!J eśli nie rozkwitną w locie, o, ty, mój kocie,wszystkie twoje kwiaty...!T wój zakaz przeminął”. Dzień zapłaty.Jestem pornografem.Ten gramofonPiosenka ma to, na co ma bogaty!A kiedy śpiewam, wiesz, Kabaret Demo-Licja. Herb, piosenkę, którą wziąłem Cjonalnych sfer! Stajesz się melancholijny, za bardzoI mówi do mnie głosem zdławionym ba-N alnie bard rdzą:„Proszę, śpiewaj, jak kwiat- TyRośnij przynajmniej wzdłuż chaty stacca-ty:Via del Rosario nie dla dam: W burdelu - tutaj,A następnie, tam. .....”Jestem pornografemTego gramofonuMoja piosenka ma to „czyż nie znasz Bogodram?”Każdego wieczoru przed kolacją, przed snem na moim ka-ganku, Obserwując przed jędze z ban-ku, rwem:O bserwuję tłum dobrych ludzi, jak znalazłI - z achodzące słońce - hałas...AleNie proś mnie, żebym to zaśpiewał, wszystko narazCzasy tutaj słyszą moje uszy. I czas. Wyraz...Bo uwielbiam patrzeć z mojego wujka, brata...Jak przechodzący głupcy czynią ciszę jak ma...k...k... trata... tata! Jestem pornografemTen gramofon tutajTa piosenka musi zaginąć. Bez powrata! Dobre dusze tutaj, tutaj, z niecierpliwością czekają, że po mojej śmierci nie będzie - ością -S zatana, który przyjdzie i dźgnie mnie, tego owego Wraku modlitwy, to do ciebie, kolego!A le -Ale, czy to - wielki Manitou Ale teraz! - bez mitu; słowa są głupie bez zbytu Ale - nie mają liny Czy my - wpuściliby-my ten dym sinyD o Jerozoli'minyO tej bladej d....godziny?Jestem pornografemTen gramofonTa piosenka ma: widzimyśliny! Żył'em z dala od rżycia publik' miejskich, Wolny, zamyśl'wolny, pon'ury, i ssię'lski.... Odmawiając płacenia ceny sławy o'kup aNa mojej gałązce l-laurączce spałem jak nutrizupa. Ci, którzy nie/śli dobrą:ra'ddę, dali mi+do ,Że moje racje ze zwykłym człowiekiem są do roz:strzyg'nienia,I : {pod groźbą całkow)ite...(go zapomnie[mie]nia} ,Wszy'stkie moje małe sekr)ci(ety wy'maga:ją natych)miasto(wego ujawniEnia! Trąby Sła'wy, jesteście w cał}kowity{m konteks'tflikcie!Z brakiem pudorów ów w pudrze naj:bardziej elementarn'litarystycznym ,Mam dla Sprawy publiKACJOstycznejRozdziA Wiać z kim i w jakiej poz(LOKAL(ycji? Mam dla sław:y! od'grążać się w )p(otępieñ'ju i roz'puście?J eśli 'ujawnię imi:jona, ile Penne'løp o'dwinę w Ma:rty chu!ście? le d:am czcigod'nych gęsto-często ô'każe się dąñć w ork'iestrę męsżką??Ilu dobrych przyjaci'óSł spojrzy na mnie z ó'kòsa?!x Ile strzałów z rewolweru dostanę!T rąby SłaVVy, gracjie se sam'e!Moja natøra brzyd'zi się wsze'lką óstętacją,Cierp'jąc na nie/mal w'styd tak'ą patologizRacją , Nie é'patuję swoi: mi genitalJA:mi Ni;kogu Pozza moj:imi żon:ami i lekarz'żami.A:ter'az, by wy:wołać skądal, M'am bić w bę'ben jak ff svoje genit' et.alia?C zyżb'ym je po'kaziywał je je;szcze bardzie'j DemonstrNacjostentacyjnie,Jak mini'strant niosą:cy Najświętszy Sakrament?Na z:amenT...Tromby S'ławy, zmień:cie atramĘt!Kobietaz pełnego świata, która często mi pozwala Od:dawać się czworga rozkoszom w swoich kwarterokomnatach, zodd'ałaPodWstępnie ot!dała mi, na jeb'dwabnym tapcz:anie,S tworzenia najniższego sortu/étarzU...P od pretekstem/pozorem proklamacji! R ozgłosu- blama'żu?C zyżma'm prawo ob'rażać honór tej dam:,K rzycząc z dachów, przy dźwięku latarni:AMI:„ MaMarkiza narobwiła mi aft!”? Cóż za pjękny landszaft!Trąby Sławy, jesteście nieod;powiednie!Trąbkij Sław'y, co za bred!nie!!Dzięki bogą, rzyję w charmoniiZ ojcem Duvalem, śpie'zwającym kap'łanem w agonji- woñij: On, katechu:men, i ja, szalenie'c,j alja pozwala mi mUwić „amen”, A łon pozw'ala mi móvvić „merd” !Zgadzając się z nim, pisałbym w gazetach, wie)r(szKtórego wieczoru, proszę ma:my Za:stałem go na'gkolanach mej p;ani, Śpiewające:go melodyjię szeptĘgłosu Pod'czas gdy ona wyry:wała wsze w'szy z włosUw?T rąby Sławy, nie mogę słóhać tego odg'łosU!Z kim, na Jowisza! muszę spa(sś(ć, Abby bog'ini stu/ust troch'ę prze:mówiła, moja mać? Jasna kobietÁ, gwiaz'da, celebrzytka, Ma przyjść i zająć miejsce mojej liry w moich skrzyp'ka,ch? Aby poruszyć lud i chłopów, Kto chce pożyczyć mi swoje popularne pośladki,K to po'zwala mi uprawi:ać... na przy/rody łoni'e,Trochę alpiniz:mu na ich Wenuś )ciemnej( stronie? Trąby Sławy, graJcie bardzo'o źle! ło,ni'e!!Czy te bosz'kie trąb:y brzmiały'by głośniej, FF andan'ti,Gdybym, jak wszyscy inni, był trochu ped'anti,G dybym koł:ysał się jak dziew:czynaw pościęliI nagl'e przyb'rał wygl:ąd gazeli? Lecz nie wi,dzę, żeby opła:cało się tym bez'SZczelnym gościomB awi:ć się w grEM z miłoścOM, odwracaj'ąc ,)ch(ciałoŻ eby dodać uncję wartości do mojej ch'wały,Z :brodnia peder'astii, dziś, już się nie opłacaŁY,!TrO M'by Sławy, gracie jak prze[r]wały?!Po tym tysiącu i jednej metodzie gotowania,Która z pewnością przyniesie wam poch'wały, wte vashe anaŁY, bania-Ł uki:wolę trwać przy zmysłACH, kontem plując (w)dzwięki I drap:ać się po bżuchu, śpziewając piossenky Jeśli pulb'liczność ich zećhce, natych/miast od/ciągnę, J e:śli ich nie zechc'e, położę je zpowro'tem namej niem)i(ej liże, do ktUrej po\ciągie,mP onę, od;mawiając (jak pa:ciorek)zapłaty ceny zsławy, Na ga'łęzi mojego la'uru śpięjak kómar. Słabe... Trąby Sławy, gracie jak bezKaina Abel! Szkieletis.Tubae Famae, carmen vestrum male agitetis!
-
1
-
Mourir pour des idées...
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@piąteprzezdziesiąte -
Mourir pour des idées...
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Szanowny Panie Prezydencie, Piszę do Pana list, i może go Pan przeczyta, jeśli znajdzie Pan parę chwil. Właśnie mi doręczono Papiery z WKU: a więc idę na wojnę, jakoś w środę wieczorem mnie przyjdą wziąć pod but. Ale Panie Prezydencie; ja nigdzie nie chcę iść! Nie jestem na tym świecie po to, by zabijać innych, czy za Ojczyznę się bić. Nie chcę też Pana martwić, lecz muszę to powiedzieć; decyzję podjąłem dawno już: ja zdezerteruję - odkąd się urodziłem,umarł mi najpierw ojciec potem dwaj moi bracia; i żałoba po dzieciach; moja matka tak cierpiała, że to ją aż wpędziło w grób. Nic straszne jej te bomby, Najwyżej te robaki... Kiedy byłem w niewoli, odeszła ode mnie żona; postradalem zmysły i duszę; i wszystko, co kochałem... Jutro z samego rana zabarykaduję drzwi; zamiast lat straconych, jest życie w drodze pisane mi: będę żebrać o franki na drogach Francji, od Bretanii do Prowansji, i będę wszystkim pokazywać ten list! I mówić: Odmówcie posłuszeństwa! Nie idźcie na tę wojnę! Odmówcie wykonania..Mówcie, że chcecie żyć! Jeśli ktoś ma przelać kreww tej wojnie, niech Pan utoczy swej! Bądź Pan sam jej apostołem, Panie Prezydencie, jeśli tak Pan tej wojny chce! Jeśli będą mnie gonić, proszę ostrzec służby swe (Jawne/Tajne/Dwupłciowe), że nie będę uzbrojony; lecz łatwo nie poddam się. "Zaraz będę' I. Od chryzantemy do chryzantemy Rozpadają się przyjaźnie Od chryzantemy do chryzantemy Zanikają w naszej jaźni ci, których kochaliśmy... Od chryzantemy do chryzantemy Inne kwiaty robią, co mogą Od chryzantemy do chryzantemy Mężczyźni płaczą; kobiety płyną obok. Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zawlec znów swoje kości stare Do słońca, aż do lata Do wiosny, aż do jutra... Zaraz będę, za chwil parę, Ale tak bym chciał jeszcze Zobaczyć raz, czy rzeka Ciągle jeszcze czeka, czy zatoka Jest dalej przystanią, znów tam stanąć... Zaraz będę, za parę chwil Ale dlaczego ja, czemu teraz Dlaczego już i dokąd, po co mam iść ? Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, Zawsze byłem tylko przybyszem... Od chryzantemy do chryzantemy - Za każdym razem czuję się bardziej samotnie Od chryzantemy do chryzantemy Coraz będę bardziej nie do pary... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów wsiąść w miłość, na gapę, Jak wsiada się do pociągu, By już nie być samotnym, By być gdzieś indziej, czuć się dobrze... Zaraz będę, za chwilę.,. Ale tak bym pragnął Znów gwiazdami nakarmić Drżące ciało i paść martwy, Spalony miłością jak słońcem, z sercem spopielonym.. Zaraz będę, za chwilę.,. To nawet nie ty jesteś wcześniej To ja już się spóźniłem Zaraz będę, za chwilę.,., oczywiście, że będę Czy kiedykolwiek byłem kimś innym, niż przybyszem? Piszę powieść. Nota historyczna W moim kuflu, piwo mgiełką oszronione Intensywne, ciemne piwo wykwintne A w butelce gęsto odymionej Czerwona róża w spokoju kwitnie Przebijając się przez bitew gęstą mgłę, Piszę powieść, bez dialogów Skończę ją za chwilę, a może dwie Od prologu aż do epilogu. Każdy pisze tak, jak słyszy Każdy słyszy tak, jak pisze, Każdy pisze tak, jak czuje A mój rym już ledwo dyszy, Ale jeszcze raz spróbuję: Nie pytaj, po co ta zabawa - Natura działa zgodnie z planem Co to za plan? Nie nasza sprawa! Nie nam osądzać jej cel dane. Z góry słońce świeciło jasno. Ja, w mocnym ucisku natchnienia: Rozważałem mój los - biedny, ale własny Z niego czerpałem do mego tekstu wydarzenia, Ale mimo to wciąż pytałem O życia losy i bohaterów, i tchórzy I ich własne racje; i się przebrałem Za majora służb na emeryturze. Każdy pisze tak, jak słyszy Każdy słyszy tak, jak pisze, Każdy pisze tak, jak czuje A mój rym już ledwo dyszy, Ale jeszcze raz spróbuję: Nie pytaj, po co ta zabawa - Natura działa zgodnie z planem! Co to za plan? Nie nasza sprawa! Nie nam osądzać jej cel dane. Powieść to coś więcej niż pół planu Koncept to nie skończona bajka: Więc dajcie mi pisać dzieje tych pań i panów, Aż by mi stalówka zaschła... I dopóki to butelka ciemna Wciąż róży daje rozkwitać, Dajcie mi czas, bym wywiódł z cienia Słowa co zbyt długo są na złych kwitach. . -
------------------------------ ## 🕵️ PUK PUK PUK... KTO TAM? TW "SZEKSPIR" vel "KOMEDIANT"## 🧚 U ALCHEMIKA W AKADEMIKU PUK Będę ich prowadził w górę i w dół, Wzdłuż i wszerz, aż stracą orientację Jeszcze kilometr, i jeszcze pół. Na mieście znają te sytuacje! Goblinie, prowadź ich w górę i w dół. Oto nadchodzi pierwszy pacjent Wchodzi Lysander. LYSANDER Gdzie jesteś, Demetriuszu? Odezwij się! PUK (Małpując Demetriusa) Ty łotrze, na pewno masz palec na spuście. Gdzie jesteś? LIZANDER Wygarnę z rur obu.... PUK Ustawmy sprawy na pewniejszym gruncie. (Wychodzi Lizander. Wchodzi DEMETRIUSZ) DEMETRIUSZ Lizandrze! Odezwij się w końcu, Ty dezerterze, tchórzu, gdzieś uciekł? Mów! W którymś z krzaków? Gdzie skryłeś głowę swą? PUK (Małpując Lizandra) Tchórzu, tak się chełpisz odwagą swą, Z krzakiem walczysz jakby to był wiatrak, Twierdzisz, że to wojny wyglądając a teraz się chowasz jak zając? Chodź, draniu, cip, cip, kurczaczku; Wychłoszczę cię rózgą: bo temu się stal rozhartowywuje który na ciebie miecz z pochwy wydobywuje? DEMETRIUSZ Hoho, jesteś tam? PUK Podążaj za moim głosem: tu nie będziemy sobie robić konkursu na to, czyj miecz twardszy... (Wychodzi. Wchodzi LIZANDER) LIZANDER Kroczy przede mną i wciąż mnie prowokuje: Kiedy dojdę tam, skąd wzywa mnie, nagle znika. Łotr ma o wiele lżejszy krok ode mnie: Idę prędko zań, ale on chyżej ucieka. Co za przeklęta sprawność w marszu! A tu chwilę spocznę. Piękny dniu, podążaj za mną! (Kładzie się) Pokaż mi tylko raz swe szare światło, znajdę Demetriusza i pomszczę potwarz tą. (Śpi) (Wchodzą PUK i DEMETRIUSZ) PUK Ho, ho, ho! Tchórzu, wyjdź z cienia! DEMETRIUSZ Czekaj na mnie, jeśli odważysz się; wiem przecież Że biegniesz przede mną, myląc trop nieustannie, I nie śmiesz stanąć mi, ani mi w twarz spojrzeć! Gdzie teraz jesteś? PUK Podejdź: jestem tutaj. DEMETRIUSZ Nie, kpisz sobie ze mnie. Zapłacisz za to srogo, Jeśli kiedykolwiek zobaczę twoją twarz w dnia świetle: Teraz idź swoją drogą. Osłabienie mnie zmusza, aby się wyciągnąć jak długi na tym zimnym łożu. U świtu spodziewaj się mych odwiedzin. (Kładzie się i śpi. Wchodzi HELENA) HELENA O nocy smutna, nocy bezludna, Ukróć o głowę swe godziny! Od wschodu nadciąga Jutrzenka pociechy, abym mogła Do Aten wrócić o brzasku dnia, Od tych zbiec, dla których Moje ubogie towarzystwo jest ciężarem: A sen, który czasem umie zmrużyć oko smutku, Niech mnie na chwilę pozbawi Własnego towarzystwa samej siebie. (Kładzie się i śpi) PUK Tylko troje? Niech przyjdzie jeszcze choć jedno; Dwoje z każdego gatunku? Dwa plus dwa to cztery. O, nadchodzi jedna taka, pochmurna i smętna: Kupidyn to czasem taki zimny drań, Co doprowadza biedne damy do szaleństwa. (Wchodzi HERMIA) HERMIA Nigdy tak zmęczona. O, niewdzięczny losie mój! Przemokła od rosy i złachmaniona przez ciernie, Nie mogę dalej pełzać tak, nie mam siły iść już: Moje stopy mym pragnieniom są niewierne; Tu odpocznę aż do świtu. Niebiosa niech Chronią Lysandra, jeśli zanosi się na nagi miecz! (Kładzie się i zasypia) PUK W ziemię się wbij Mocno śpij A ja podam ci krople dwie A ty oko pij To łagodne lekarstwo. (Wyciska sok do oczu Lysandry) A gdy zbudzisz się Poczujesz, jak cię Do szpiku Jak w akademiku Czy alchemika alambiku Przenika prawdziwa rozkosz Na dictum, któremu niegdyś Dałabyś z kopyta kosz, kosz Na koniec czwartej Kwarty, na widok kiedyś niegodny Twych oczu damy, Lecz teraz w formacji zwartej, W rzeczy samej Twe oczy są głodne Jak u wilka, co widzi Jagnę Jak w tym przysłowiu składnie Powiedziane: Że każda potwora Znajdzie amatora To w twoim przebudzeniu będzie ukazane Dokładnie: Każda połówka Zrozumie w półsłówka Nic złego nikomu się nie stanie; Każdy ogier pokryje Ichachany po szyję Swą klacz I szafa będzie grać. Amen (Wychodzi Puk) ─── ## 🐴 MIŁOŚĆ DO ZADNIEGO IHACHANIA PUK (A teraz najlepszy kawałek): Moja pani, ta od "ą" i "ę" W monstrum monstrualnie zadurzyła się: Gdy se drzemała w alkowie swej intymności, itp. W godzinę trudną, godzinę nudną tą, Z wolna przeżuwając swe "ę" i "ą", Banda prymitywnych roboli z polis Najniższych sfer Co na straganach Aten zarabiają na chleb Zebrała się na jedną z prób sztuk Na uczczenie tych wiekopomnych chwil, gdy Tezeusz brać będzie ślub. (Czekaj, ledwo w atramencie zamoczyłem dziób..) Najbardziej 'ruboskórny z tego na nic niezdatnego gorszego sortu, co miał grać Pyrama w tych trwających krótko piętna- Stu chwil dla mas, Nagle monolog przer- Wał i sine ordo W ordynarne mordo- Bicie się wdał! (A teraz jeszcze lepsze...): Znajdując go w pozycji niewy- Mownej - akurat zrobił siad - Skradłem się i założyłem mu na łeb oś- Li... zad. (Czekaj, jest dalszy ciąg...) A jego This- Be na ripostę czeka wciąż! A tu nadchodzi mój dubel. Gdy do- Strzegli go, jak głupie gęsi (kapitol- Ińskie), co w ptasznika wślepiają wzrok, Albo czarno kraczący kruk wyrwany z ciepełka gniazd, Miast drobić i kroczyć w żałobie, na nogi obie Na huk dział podrywa się I czarną smugą niebo znaczy, jakby srał: Tak rozlecieli się na widok ów Gościa kamraci szemrani w kant! A na nasz marszowy krok Jeden się całkiem spruł; I drze swój krzywy ryj, I na ratunek wzywa polis pół! Klepki tak obluzowało wszem, A strach miał taką moc, Że nawet własny węch Im zaczął szwankować, a Ten ośli strach Pątał im nogi i nosy, więc (Uważaj, teraz najlepsze...) Słodkiego Pyramosa losów skrypt Sprytnie wcieliłem w czyn: Akuratnie w tej chwili, los zarządził tak, Tytania przebudziła się I sonety miłosne osłu jęła piać Osłu prosto w zad! A on jej... (No, i jak?) ─── ## 🧚 NOC KUPA-ŁY PUK Jeśli my, cienie, komuś-śmy weszły w szkodę, Pomyślcie tylko tak: a wszystko się sklei niby mimochodem - Że w teatrze Urbis et Orbis każdy z Was jak raz się zdrzemnął, A wszystko, co tu widzieliście było - wizją senną! I ten oklepany i banalny temat - W nim nic innego prócz snu bajdurzeń nie ma. Drogie dusze, nie gańcie więc nas za tę obrazę: Wybaczcie, a wszystko znów się składnie sklei razem! I klnę, jak mi miły honor rodu Puka, Na szczęście me niezasłużone, że w tym tkwi cała nauka - Umknąć z pułapki śliskiej węża mowy; Wszystko posklejamy, nim nów znów wzejdzie nowy Lub, na mój honor, możecie Puka nazywać kłamcą! Więc dobranoc wszystkim: przyjezdnym, i lokalnym mieszkańcom. I bądźcie tacy uprzejmi: złóżcie do oklasków ręce, A Robin to wszystko zaraz poskleja naprędce! ------------------------------ @Michał Pawica 'KOMEDIANT"📜 TAJNY ANEKS OPERACYJNY: WSTĘP DO AKT PUK(wychodzi z cienia reżyserki, otrzepując marynarkę z kurzu i popiołu)Obywatele! Widzowie! I Ty, nadzorco z centrali!Zanim w tym teatrze Urbis et Orbis kurtyna w górę wystrzeli,Musimy spisać protokół rozbieżności, nim reszta się spali.Oto raport operacyjny, teczka pełna haków,Gdzie klasykę przepisano na żargon roboli i cwaniaków!Nie szukajcie tu szkolnych, ugrzecznionych nudów,Mój model biznesowy nie przewiduje tanich cudów.Zaraz zobaczycie formacje zwarte, bójki na prerie i rury,Gdzie wysoki język baroku zalicza twarde lądowanie o mury.Wszystko nagrane, podbity paragraf, weksle zapadnięte w terminie,A kto nie ma karty pływackiej – ten na Rialto z pewnością zginie!Więc usiądźcie wygodnie, zdejmijcie palec ze spustu,Ten spektakl i tak przekroczy wszelkie granice Waszego gustu.Cicho sza, sine ordo, meldunek zaczynam nadawać na żywo –A jeśli system padnie, Robin poskleja to wszystko naprędce i krzywo!───
-
1
-
znalaztt i balassst są Pa'nowié Wie:szcz'øwie stosujom ne'kvapil nazgrubszo na 'strepanNy/słom'jawdovy) głę)dź(zboko Maryjo-Pa'trio- r'chalnie niehumanitarita- ry-stycznY z'wał'czają fetysz;o: tymże mąszczy'zna tuni'ko'bita è'Viva Cósz'imA Vive!Va Wje!de)se(ñ zaprace trzy hura zapłaĆzUÅ as$Da laćz wszystk'jak jedÆnn W/mąż i'je)bać(som'siada (T'szyją IMtrzę'się Senek'Õkur'witza!!! Ó'Pa'nuff Wie:szcz'uff, na'wet fffktUrych odbytnic'ach grom'ko grzMI grom'nicÁ! ludzkości, kochamcię, bo wolisz pastowaćbuty sukcesowi niżzapytać czyja:dusza wisi na łańcuszkuodzegarka co byłoby kłopotliwe dla:obu stron idlategoże bez zmrużeniaoka przyklaskujesz każdej:piosence zawierającej)słowa krajdom i matka, gdy ja:śpiewają w barze/obok ludzkości, kochamcię, p'onie waż kiedy/jesteś bezgrosza, zostawiasz swójintelekt w lombardzie żeby kupićsobie kufelpiwa, a kiedy jesteś przyforsie, duma niepozwalaci tam:pójść i bo ciągle sprawiaszkłopoty ale/szczególnie wdomu. Ludzkości, kochamcię po;nieważ wieczniewkładasz sekret'życia dospodni i zapominasz, o'nim isiadasz nanim i dlatego,że adnauseam u/kładasz'wier'sze nakolanach śmierci/ludzkości nie/na'widzęcię do:póki wolność jest śniadaniowepłatki a prawda może dzielić/łoże z dobrem)albo(złem i góry przenoszą wiary —tak długo i tylko do tego momentu będę\płacić tu czynsz za wydawaćsię a geniusz będzie sięzadawalać zbiórtalentem i woda najbardziejkibicowaćbędzie płomień dop:óki wieszaki-na-kapelusze będą/wyrastać w brzoskwini-owe-drzewa a nadzieje - najlepiejtańczyć nawłosachłysych i każdy palec będzie palec-u-nogi a każda odwaga - śmieszny\strach —tak długo i tylko do tego momentu będą nieczy'ści myśleć my'śliczyste a osy\będą gorzkożalićużądlone przez-dzieci dopó:ki w:idzący będą ślep'i a rudziki nie przy/witają wiosny a płaskOziemcy nie dOwiodą że ich/świat jest Okrągły ani dzyńców niewybijeszlag nim nienastanie niedzyń i to co powszechne będzie'rzadkie a kamienie u szyi - lekkie —tak długo i tylko do tego momentu jutro niebędziezapóźno czerwie będą czerwień, ale słowa będzie głos poniżone zostanie co a wywyższone kto piersi będą piersiami uda będą udami czyny nie śmią śnić co potrafią sny —czas - drzewem (to życie - jednym liściem) ale miłość - niebem, ja - dla ciebie tak długo i tylko do tego momentu noszę twoje serce ze sobą )noszę je w moim sercu( nigdy go:nie zapominam (gdziekolwiek idę, ty tam jesteś, moja droga; i cokolwiek robię sam, to robisz to ty, moja najdroższa) nie boję się żadnego losu nie chcę żadnego świata (bo ty jesteś moim losem, moja słodka) nie chcę żadnego świata (bo piękna jesteś moim światem, moim prawdziwym) jesteś tym, co księżyc zawsze oznaczał i czymkolwiek słońce zawsze będzie śpiewać jesteś najgłębszą tajemnicą, której nikt nie zna (tu jest korzeń korzenia i pęk pąku i niebo nieba drzewa zwanego życiem; które rośnie wyżej niż dusza może mieć nadzieję lub umysł może ukryć) I to jest cud, który na orbitach otrzymuje gwiazdy twoje serce noszę (noszę go w moim sercu) dwa małe ktośIE (on i ona) pod są tym cudnym drzewem uśmiechnięte stoJĄ (wszystkie sfery gdziego i kiedej ponad) teraz i tutaj )daleko od do -rosłego ty&ja -owego( świata znanych kto i kto )2 małych dłonie, a nad nimi ten płoMnie od marzenia niewiarygodne jest( celebruj przeszłość, ale witaj przyszłość (i tańcz do utraty tchu na tym weselu) Nie nic tu świat złoczyńców i bohater (bo Bóg lubi dziewczynki, jutro i ziemię) wszelka bliskość wstrzymuje dech, gdy gwiazda może urosnąć wszelka bliskość wstrzymuje dech, gdy gwiazda może urosnąć wszelka odległość bierze ostatni dech snem o dzwonach; idealnie zarysowane na tle poświaty są niesamowite wszystkie te i spokojne wzgórza (nie gdzie, nie tu, ale żadnego błękit najbardziej oba) a historia niezmiernie jest bogatsza bardziej o każdą słodkiego dnia śmierć jak nie wyobrażalne tajemnice składają się złociście ogromną tę cało un-oszącego księżyca. Czas-to dziw-n'y/jego'gość; więc,ej da/je n'iż za'biera(awszystko z'abbiEra ), a/żaden cu'd niezna\Iduje" s' am O )l' i ść sp a da( O tn O ść. si l en )fo li um c ad i T( t i O! so l )u ne f eu I ll e t O m be( it u de @Michał PawicaGdyby sam [E. E. Cummings](https://www.google.com/search?q=e.+e.+cummings&kgmid=/m/02m3y#sv=CBwS8AMKugMStwMK9wJBTW4zLXlTMXVNMUpNNHV4WDlZNEhLN25oSTNXcGJZWUpFRGUyTS1sZlp4UjE1a1d0SjNpUW04RV9pem5hMzlndlFrU3FCNFozdTZGamlnNE1zN3FhcmlVZ3lqamZDaHctNVhTMDEzcHU4X21xSy0yMUdhb0FKSDdrVUVlUFBuQUtHUjhKbi1ocGV3OU1kRWNya0l5a0NjRm51RXh4UThOelU1Q3g4QlZLS3pwRE4tOU1kejZ0Z255S0Y1bnFCT1h4aWYxS25aVUZ5Z251Y2xUaEFfSl93S0psbjNqZFJMTVVMVXc5X181aklKZTh5SzhNcEpKWERPWF8wVlV2dGFSeExjUzNPQ3dJQ0hKVWVvMWx6cHNOWGRfc2UyX0lqV280LThSZUdwcC1JVDlEc0lzTlU2UzRGNmlVb0lJSWxzZzFiekZ3SlFFRkJoZVJtOGhrM2U5NGlkSzJmbFNhRy01LUk2ZWxvVUJabGlSYUVrMUJkZlMydEESF1N5a1phb3Y3Q0lQaWlMTVA4S2YzeUFnGiJBSktMRm1LbFZ1SnlMZzY1aEplNFRLTUN6YmpLVENObzNnEgQ3ODU0GgEzIhMKAXESDmUuIGUuIGN1bW1pbmdzIhEKBWtnbWlkEggvbS8wMm0zeSgAGEUg2YCA2wQ) miał napisać prawdziwy wstęp do zaserwowanego przez Ciebie zestawu wierszy, brzmiałby on jak fragment jego słynnego manifestu z [1938 roku (Introduction to Collected Poems)](https://www.scribd.com/document/330751703/Cummings-Introduction). Poeta dzielił w nim świat radykalnie na dwa obozy: "nas" (ludzi żywych i czujących) oraz "większośćludzi" (mostpeople – bezduszną masę). [1, 2, 3]
-
1
-
🐴 MIŁOŚĆ DO ZADNIEGO IHACHANIA
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
🎭 PROLOG OD WILLIAMA (Ciemność. Słychać głuche, rytmiczne uderzenia drewnianej kołatki, kija lub kamienia o podłogę) PUK (Zza kulis) Puk puk puk. Puk puk, puk. (Wskakuje na scenę z szyderczym uśmiechem, w poszarpanym kaftanie, potrząsając uschniętą gałęzią bzu) Kto tam? Czy słyszycie to pukanie do drzwi? To ja, wasz dawny Puk, psotnik leśnych gęstwin, Lecz zapomnijcie o czarach i letnim śnie, Gdyż las wycięto, a zdrętwiały świat kpi! Świat pękł i puste naczynie tylko ryczy. Puk puk puk. Kto u bram piekła krzyczy? [2] Przeniesiem myśl waszą w wiek straszny i podły, Gdzie usta umarłych zamknęły się w kłamstwie, Gdzie rzeki i źródła, co niegdyś żywiły, Dziś toczą smród jadu w bezpłodnym królestwie. Oto kraina, co wydać nie może Ani owocu, ni czystej miłości, Gdzie król marnieje na zgniłym swym łożu, A poddani jego są garścią nicości. (Zaczyna krążyć wokół sceny, rytmicznie uderzając gałęzią) Wstąpcie w ten teatr ruin i rozkładu! Tu mądrość dawna jest tanią zabawą, A szumne słowa wielkiego Szekspira Są jeno szmatą i nutą plugawą. Ujrzycie pannę, co zwiędła jak róża, I żołnierza, co z grobu wygrzebać się stara, Lecz strzeżcie się fali i zdradnej głębiny, Bo nad tą ziemią mroczna wisi kara. [2] Nie pytajcie o imię, ni o dawne herby, Gdyż czas tu pękł i porządek zaginął. Patrzcie, jak dumnie szedł tłum przez ten most, I patrzcie, jak marnie w tej toni utonął! (Zatrzymuje się gwałtownie, patrzy prosto na widownię, przykłada palec do ust) Sza... Słuchajcie pieśni, co z jadu się rodzi, Tak brutalnie wymuszonej. Ćwierk ćwierk ćwierk. Ptak śpiewa nad trupem, a karawana idzie dalej. Zaciskacie powieki i czekacie na pukanie do drzwi? Ono już tu jest. [1] (Mocno uderza stopą o ziemię) Puk puk puk. Kwiecień nadchodzi, lecz nie niesie życia, Budzi mdłe dusze do nowej katuszy. Uciszcie zmysły, zamknijcie je na klucz – Oto początek konania twej dłoni i duszy! [1] (W tym momencie z głośników uderza potężny dźwięk gromu i szum ulewy – rozpoczyna się scena z „Burzy”: „Mój dobry bosmanie, miej się na baczności!”) Dlaczego postać Puka i „puk puk” zmieniają wszystko? Zderzenie planów (Sny kontra Realizm): Puk u Szekspira odpowiadał za złudzenia, sny i komediowe pomyłki. Wprowadzenie go w świat Ziemi bezpłodnej to genialna, czarna ironia – dawny wesoły duszkiem staje się posłańcem apokalipsy. Onomatopeiczny paraliż: Rytmiczne „Puk puk puk” działa jak metronom. Odsyła widza jednocześnie do kołatania do bram w Makbecie (po morderstwie króla), do odliczania czasu w knajpie („SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS”) oraz do neurotycznego oczekiwania na pukanie w sypialni. [1] Zapowiedź gwałtu na kulturze: Słowa „Tak brutalnie wymuszone. Ćwierk ćwierk ćwierk” zintegrowane z prologiem jasno dają znać, że wysoki mit (Filomela, Szekspir) został sprowadzony do mechanicznego szumu, z którego ocalały tylko strzępy. [1] Czy ten złośliwy, groteskowy Puk zwiastujący katastrofę statku króla Alonso to dokładnie to, czego szukaliśmy w tej szekspirowskiej ramie Pawicy? [1] https://poezja.org [2] https://poezja.org -
@Michał PawicaOto kompletny, zredagowany Wstęp do Twojego tomu, napisany w duchu Twoich autorskich przekładów na „nasze”. Oryginalny, kawiarniany dandyzm i ego-futuryzm Brunona Jasieńskiego z 1921 roku został tu bezwzględnie zderzony z realiami drapieżnego kapitalizmu, giełdy i korporacyjnego żargonu.
-
📚 PE'RYŁY POLSKIEY PrOeZYJI Per margaritae ad porch'é... P'O'świca Ałtor: Z... Napolski? AD 1879 "znalaztt i balassst są Pa'nowié Wie:szcz'øwie stosujom ne'kvapil nazgrubszo na 'strepanNy/słom'jawdovy) głę)dź(zboko Maryjo-Pa'trio- r'chalnie niehumanitarita- ry-stycznY z'wał'czają fetysz;o: tymże mąszczy'zna tuni'ko'bita è'Viva Cósz'imA Vive!Va Wje!de)se(ñ zaprace trzy hura zapłaĆzUÅ as$Da laćz wszystk'jak jedÆnn W/mąż i'je)bać(som'siada (T'szyją IMtrzę'się Senek'Õkur'witza!!! Ó'Pa'nuff Wie:szcz'uff, na'wet fffktUrych odbytnic'ach grom'ko grzMI grom'nicÁ!(" Em Pa!WiTTc'я, 1925 Kot Wlazł, jak z Obory Châm Grając Se na Organkach Anonim / B. Leśmian / J. Tuwim / np. Cummings + Eliot "Il gatto del fienile suonava una conchiglia, sotto il braccio; io non potevo cantare altro che "Dee dee fiddle! La talpa sposò il gatto." Il gatto suona la cornamusa Topolino balla; ci sposeremo nella nostra bella casa." — Dante, Canto DCLXVI [⁵·⁹] Ze stodoły, przez jej stodołostawę z'nud-zony... Wy'lazł Kot mlasskkott, GRAjąc se na Or'gankacH Zag/lą'dał w dziÓry w NIEgospoGDZIE, KOŃsumując seRn O bezwłOdDZIE Kot, miauczyKOT OhmykGott podnies'tępNIE AlicZju poMniaU dud'y w bEMbnie. A ty, o KotSSie, ty mruczaKU stodołu rock, A ty, Sto-dołU, kottJA strzel'by krØ'Tk! DuśzZa istnie)bezZA(jąca, ME'loadя „Skrzypchce! Muy d'om ciępo\ślubił, ty bęben=ku!” Köñjetz! Za/pląta'ni w t'angOch! PrZecz od cieBIE! Koł:drę drę!Się Phlett, zaczarow'grany, asch będzieMY bybyliśmy Ffleckt, ty, gram'y, cy'raneczka, jes\teź'my martKwi. — Jan-Ian Leświm, 1609 [⁶·⁰] ─── [Bez....] "dwadzieścia cztery lata przeżyłem, poprowadzony na rzeź. [...] jak zwierzę, widziałem: wozy pełne poćwiartowanych." T. RÓŻE-WIENC:NIELASY, oCIELEn'i, 2354 Dey, ót p'obrusZa, a ti poC'z,Ciwai Ano'nim, Ksień'gra hen'rykow'iska, 1224 ── B'ogród-ród'dzits'Я "JaMMillion(a pół)! - bo za tyle Cierpię. Kat)I(usz.E." A Nick-Lew'itzsch, 2026/05/27 Ich głoffy napełny milliy'on czlozvije'czcej modlijtvui . Anno'nym', B'ogród-ród'dzic'a K'dzie'witz'a, Anno' Don'imy ... ─── Abby jęzsyk giñętki.. "Czas-to dziw-n'y/jego'gość; więc,ej da/je n'iż za'biera(awszystko z'abbiEra ), a/żaden cu'd niezna\Iduje" 2. e. cummings, 1963 I niech wszy'd'ostaznie wiedz'om Wna!rody, rze Polaki nje szaürogęsi, majom sfujj jenzykłody!" M. Panta-Rei, 1492 ─── w'Tręnt KXIL "Um Schlag Platz;)t(: czy'M jest nazwa:Człowiek:zwierz Mił\ość-inieMAnawiść, Przyjaciel -wróg, ciemność /Światło.Człowiek zabija człowieka jak zwierzę,widziałEM:" Stworzyłaś wielką pustkę w moim domu, Moya droga: Orszulo, odejszłaś p'o kryj'ómu; Jest nas tak viellu, a jakby njikogo, taktu'szę: Tagk wjielu zniknę'ło zje'dną m'ałą dusZą. Mówi'łaś zza wszyjstkich, byłś w każdy'm kątsie, Za'wszy przechodziłAś o'bok, nie poz'walając b'y młlUodźweńczy trąd'bzik, twoje'mu dziel'ñemu ojtcu, a)ni p)i(ędzi nye 'urwa!ł ot,uszę - Zasnmucił m'oye sedrce jakby nyje pa'trzeć, start'cze. Łaska'wie obiej'mu'jąc toto, â totam to, I rad'ując wsze'ch swy'm ra'dotsnym tramt á dranto Terraz wszy'stko milcz'y, p'ustka nah plazzu zabaff, C'isz gr'a, jusż sz tobął nye porost'mawiam Zskarzde'go k'onta smótekkk, schron'jenia n'y tc'jenia, Å s'Hertze n'a p'różno schukka po'cjeszenia. — Janko Muzyk-Chan'oskły,1580 [⁶·¹] ── Na'paDl'mnę: "Ciągle urządzamy imprezy, Robimy dżemy, piszemy w pamiętnikach, aż ktoś nagle wyważy drzwi, I wchodzą – wszyscy ubrani na biało, Łatwopalni, nieuzbrojeni, święci, Biorą nas za ręce i prowadzą w mróz..." G. RoAm, Jed'wabMnIe Lecz to my goreli'śmy, Zgł'ośnych westchnieñ w jękach, To my'śmy squa'sił'iśmy Ten ręñkaw, I od tego mo'nu_mentu to się stało, I nie przez żaden czyn,by, azaliż by'ciało: Ręka'w sżkołnierza miast upo'muminkiem Nasztych serzz jesst - komi'n'kiem. A. zMürscht-Ein, 1772 ── 🐖 Popiół I: wieprze! "Как сладко отчизну ненавидеть Как сладко отчиzну ненавидеть И в разрушении отчизны видеть Всемирную денницу возрожденья." — Б. К. Печерин, «Как амерэ» [⁵·⁴] Z Twego ciała – tego smoły odłamka, dymem czarnym kadząc, Kłęby tumanu gryzącego rozlatują się tłumnie. Płonąc, sam już nie wiesz, czy Płomień ten cię wyswabadza, Czy wszystko, co twoje, stracone zostanie bezumnie? Czy pozostanie po tobie tylko ten popiół smętny, W burzy iskier w otchłań bezdenną zstępujący? Czy może ugór popiołów zakwitnie przeczystym dyjamentem, Nowego Świtu zwycięstwa płonącym!!? Życzę Ci wiary niezłomnej, olimpijskiej iskry, Bo przecież po to trwasz na tym łez padole: Niech się na koniec w tej otchłani, tyglu ognia-popiołu Wreszcie, ostatecznie, czysty dyjament ziści!! - Świt zwycięstwa, płomień, który masz ochronić Dla przyszłych pokoleń. Po to właśnie jesteś! Więc rękę na sercu połóż, i, marny człeku, Oczy rozwrzyj szeroko i wkrocz w płomienie! Powiedz: „Teraz albo nigdy!”, A nie: „Niech dzieje się...” A ponad wszystko, nie czekaj, Aż głód ukoi twe cierpienie! Nie, już nigdy więcej! Nie! Idź! Nie czekaj! — CzeKa Nór-Widz!, 1848 [⁵·⁵] ─── KORDCYJAN "(P'taki wpół-wrotne umie'rają w ssszarych pomaga'rańczach naroz:droż!ach)" K.k. Bacz!czyń'szki, 1939 Otto jestemEm, jak drżewo spa'lone wino"grona'mi k'iści, Zsto pra'gnień weźmnie mjeszka, szto u'czuć, stó zwię'dłych li-ści; K'dy siłmniejszy wyjatrrrc zzawieje, tłómm m'nię nie o'mieszka... Tselll uczóć – wię/dnąć; Guossss ó'czuć – sze-leśń-cić. Bezsss harm'onnii wyrazotreści Nyetch mnie mynie pio)r(łun Schlagnie! Nie,ch za'pali ja'kąś m'yśl wielKong po/śród mnustfffa myś)l(i… Borże mujjj! U'ssssuń z m'ego ser'dca ód:rękę, kturrra par/aliż'uje,mnie Daj życie duszy i objaw jej przeznaczenie. „Zapal wielką myśl, Niech płonie rzżarem, A ja stanę'się Tzy'ferblatem, dzegarem tey myś'li. Zdrad'zę jąó w'skazzzówką, p'orÓszę megO bitchiem sch'erzza S'praw/ję, że za/brzmi słofff'wa'mi i na'pełnię ją po,żogi porŻarem Y. Pra'wie-Czestki, 1848 ─── 🌸 KWIATKI ZAD-POLSKIEJ, G.. WSIO R'ÓWNO! „Jam jest posąg człowieka na posągu świata!”[⁵·¹] — lecz cokołem mi dzisiaj nie kryształ Lodowca, ale góra elektro-śmieci, zgliszcza i manna z betonu!" — J-23 Słowa'ckLi, 1839 [⁵·²] Rozpal chmury nad nami, Kolego! Uderz w nasze serca – czysty Diament, Otwórz nam usta, jak gromem z jasnego Ótworzyłeś w muszli wodzie Kamień. Daj nam język sympatyczny. Jak atrament: Z naszych popiołów i czy'stych ruin, Jak gdybyś w naszych grzechów zamęt, Wpuścił czysty oddech świętej T'Rui. W nasz dom, z gruzów na nowo wzniesiony, Kiedy wreszcie, podźwignięty z zgliszczy Będzie: niech pod:wodny i – niezanieczy'szczony. Daj wodę, aby ludzie czyści Mogli szafo'wać swoim domem o'wy'm, I żeby ze swej zziemskiej unik'skości, Nie zawaha-li się rzułcić ci꯿kim słoweMM! Daj ludziom, co praczują, trzos obfity, Bankierów rozpędź – i zgaś im światło, Uczyń tak, Panie, roz'sądzają'c kwity, By nikomu już nigdy okowity nie zabrakło. AŁtorów u'bierz w dzWONki dzwońce, A nieCZYTATych - w ton od wielkiego dzwonu. Naucz nas, że pod wciąż tym samym słońcem Wszyscy Greków udajemy – i wszyscy my: rege iudeorum. A na'dętym, n'udnym professsorkom Nałóż na głowy kroonę czeksiego bęłdu, Zaś dzwoniącemu rządcy-brzdący Połóż na biurko czaszkę Hallera vel Hamleta. Niech wszyst3k będą w tej łac)i(nie'biegli By wiedzieli, że Ów'idiusz, pany! A księża na księżyc! Niech się nau/czą Ew'angelii, A politycy Kuństytucji Samej.... Niech dobro:sąsiedztwo kwitnie i ról podział, Które się rodziły w biedabiodrach Rzezi, Przywróć nam zdrowy) sens(, co się jakby gdzieś zapodział, Przywróć nam czoła z polskiej miedzi! A przede wszystkim – naszej mowiĘ Zaplątanej szkaradŁanie przez oszust'ów, Melodię przy/wróć Słow)N(ikową: Niech w lewo zawsze znaczy w prawo, Niech sprawie'dliwość – spłuczki spustu! Niech imię Twoje bardziej w tej edycji Pośród dni naszych rozbłyśnie niż-li w księgah. Odbierz głupcom dar erudyKcji, A mądry po słowie niech marzeń sięga. — Jod Tuwim, 1925 [⁵·³] ─── 🏛️ TRAKT'TAK PO'É'TYli'CKLI "a potem kraju runęło niebo. tłumy obdarte[⁴.¹] —— jak w łachmanach na wróble strach, ——— nie w huku ale — skamlaniu."[⁴.²] ———— umrzeć, zasnąć. Swym snem światu..."[⁴.³] K k. Ba!czyńskwi, P. S. El'iote X2 N. N. niech mowa moja ojczysta będzie „biedna, lecz czysta” — od " bladego śmierci nalotu", by każdy, kto usłyszy jej dźwięk, czytał: „drogę niewybraną” — na piaszczystym MAZOWSZ-u; „wierną rzekę” — NAD NIEMNEM; „TRUMNY Z POLSKIEJ SOSNY” — co krok; jak czyta się w „niebie' otwartym, "jak piorunem” — w dzień jasny. a przecież jej słowa nie mogą być tylko "promieniem słońca na roztrzaskanej kolumnie" — Doliny Cienia i niczym więcej. od dawna ją przywoływały: RYM — "z głową na karabinie"[³.¹], „niemożliwy sen” — O WOLNOŚCI, "zakazana melodia" — BEZ SŁÓW. i rzucały, bezbronną, na skraju "drogi — niewybranej" w świat — oschły i obojętny. do dziś jeszcze, wciąż wielu, "nie licząc szkół, gdzie się[³.²] musi, i samych poetów," — od siedmiu boleści, zadaje sobie " — oto jest": ... "pytanie!" co oznacza ten wstyd, który od/czuwamy czytając zbiór poe/zyj? jakby autor się z'wracał do „nie/szlachetnej czczę,'ści” — ciała/siebie "gromadę błaznów wokół siebie mając, na pomieszanie” — czystej my'śli. a/przecież, wciąż może być "jak z'bawienna poręć”[³.³]: przy odrob'innie hu/moru, błazen:nady, "o:błąk'aństwa" — Hamleta, Jej Eks:celencja jest wciąż, jak "grajek[³.⁴]", co "od biedy się nada, by popchnąć akcję, lub rozpocząć scenę" : świata. tu ciągle "być może" "królową Sytuacji" — o'statecznych! lecz te bit/Wy, w których staw'ką jest "ten kapitel ciała: głowa”[³.⁵], — życi'e są roz/grywane "mówiąc prozą" — Molière'a. nie: "powód nie był od czasów wszech ten". — a wsiom taki żał „niewysłowion sławiony niewysłasłowiony" — żał... " — i romanse" — i trakt'a'ty „ne manent;volent”[³.⁶]. — vela. bo jedNA strof'a wię'k:szą wagę MA niż set:ki s'tron „mieszczuCHA”[³.⁷]. — Bourdain'a — Czy. Miłosz? 1947 [⁵·⁶] ─── Ocialony „Żebyśmy pisali wielkimi literami prawda i sprawiedliwość, małymi literami „слова на літеру «ₚ»: ₚосія ₚосійський ₚосіяни” Cz. Miłosz [treatat teologiczny] [...] ma dwadzieścia cztery lata przeżył/ doprowadził do rzezi. nazwy puste i jednoznaczne:człowiek: zwierzę,miłość-i- nienawiść,wróg- przyjaciel,ciemność /światło.Człowiek zabija człowieka jak zwierzę, widziałem:wagony pełne) poćwiartowanych ( Ludzi,którzy nie zostali zbawieni. Pojęcia tylko dla słów:Cnota- wada,Prawda- kłamstwo,Piękno- brzydota,Odwaga- tchórzostwo. T. RÓŻ'EW'I...Ć ─── BiednY POlakÉTĀ pa'trzy na/po "³] M-A-Z-O-W-S-Z-E. Pjasek, Wysła i llas. Kod genetyczny_MOJE. Betonie twardy, z którego rośnie zamiast bzu kiełków– śmierć i krew, dzieci, kobiety, starcy, dorośli, czy pieśnią ich zawsze będzie zew ów - Tak od pokoleń sam ten wilczy zew?" — K-K-Batrzyńkski, AD 1943 [³.¹] Chce -sz,by moJA poez'JA wzijęła się zabaryz ży? cię'proszę bardzo:JA , z'myCHsłów od:mętów i możaatra) łez(męntu twór,żę) jak (czu/ję: twój zapach pismona:Mane T'szekel Fa Re 's pismono sem - zapach: brudnych szmat nakilo\metr niebez- pieczeń'stwo krew:coś śmierdzi ażstrach kłopotysukceszwycięstwo) Myron, 773 p.n.e. ─── ra- dość)nie(pisania "Samozwańczy. Wątpliwy. Ani zrodzeni z ognia, ani zrodzeni z wody, ani zrodzeni z powietrza, ani zrodzeni z ziemi. Nie są przywiązani do skały ani rozpuszczeni w kroplach deszczu." — W. Sz'ymborska Gdzie biegnie ten pisany jeleń przez papierowy las? Czy by z na niby wody pić, w które jak na kalce odciśnie się jego pysk? Po co podnosi łeb? Czy w ogóle słyszy coś? Wsparty na czterech nogach które z rzeczywistości wziął, podnosi ucho w moich palców takt. Cisza - to słowo również po papierze szepcze i rozsuwa gałęzie, które stworzyło słowo „las” . Nad białą kartką czekają litery, gotowe rzucić się w skok, czujne, w oczekiwaniu, by wreszcie móc wpaść na własny trop, Zdania w okrążeniu, z którego uciec nijak nie da się. W każdej kropli atramentu czai się myśliwych tłum, oczy mają zamknięte, gotowi są do biegu w dół stromego zbocza sztyletu stalówki mej, otaczają jelenia, ustawiają się w kolejce gotowi na strzał. Zapominają, że tu naprawdę nie żyje nic: tu rządzą inne prawa, wszystko czarno-białe jest. Dopóki zechcę, ich i mój błysk w oku będzie trwał, dopóki im pozwalam dzielić ten wieczności kęs, chrupiący of łusek schwytanych w lot. Tak przez całą wieczność, jeśli zachowam kontrolny pakiet kart nic się tu nie wydarzy już: Bez mojej zgody, nie spadnie tu jeden liść, A trawa się ani nie ugnie pod kopytkiem, co wykrzyknikiem wypadło w krzyk! Czyżby to możliwe? Czy istnieje taki inny świat, nad którym bez ograniczeń, bez granic panuje los? Gdzie pęta zmysły interpunkcji łańcuchami chichoczacy czas? Istnienie, wiecznietrwałe, na każdy rozkaz mój? Oto radość pisania: Zdolność uwieczniania. Ręki śmiertelnej sztych.. Zdolność uwieczniania. Ręki śmiertelnej decydujący sztych.
-
T. S. Eliot – Ziemia bezpłodna
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
@Poet KaA ja wolę Prufrocka... -
🐴 MIŁOŚĆ DO ZADNIEGO IHACHANIA
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Michał Pawica## PORADNIK NAUCZYCIELA: GŁOSY KOBIECE U SZEKSPIRA (STRUKTURA I ANALIZA) @Michał Pawica -
T. S. Eliot – Ziemia bezpłodna
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
T. S. Eliot – Ziemia bezpłodna (1922) „Nam Sibyllam quidem Cumis ego ipse oculis meis vidi in ampulla pendere, et cum illi pueri dicerent: Σίβνλλα τί ϴέλεις? respondebat illa: άπο ϴανεΐν ϴέλω.” Ezrze Poundowi poświęcam il miglior fabbro. I. ... ZMARŁYM POCHÓWEK Kwiecień to najokrutniejszy z miesięcy: wypycha bzy z martwej ziemi, miesza pamięć i pożądanie, budzi wiosennym deszczem otępiałe korzenie. Zima chroniła nas w cieple, okrywając ziemię niepamiętliwym śniegiem, karmiąc resztki życia zasuszonymi kłączami. Lato nadeszło nagle, nadciągając nad Starnbergersee ulewą; zatrzymaliśmy się w kolumnadzie i poszliśmy dalej, ku słońcu, do Hofgarten, piliśmy kawę i rozmawialiśmy przez chwilę. Bin gar keine Russin, stamm’ aus Litauen, echt deutsch. Kiedy byliśmy dziećmi, mieszkałam u arcyksięcia, mego kuzyna – zabrał mnie na sanki i byłam przerażona. Powiedział: „Marie, droga! Marie, trzymaj się mnie mocno!”. I pognaliśmy w dół . W górach człowiek czuje się prawdziwie wolny. Przez całą noc czytam; zimą jadę na południe. Cóż to za korzenie się uczepiły, jakież to gałęzie wyrosły na tych rumowiskach? Synu człowieczy, nie zdołasz pojąć ni odgadnąć, bo znasz jedynie ten zwał rozstrzelonych obrazów, wypalonych słońcem; martwe drzewo nie udzieli ci schronienia, świerszcz nie da wytchnienia, a wyprażona skała nie zanuci pieśnią. Lecz przecież pod tym rdzawym głazem czeka cię chłodny cień (wstąp w ten cień płowego głazu), a ukażę ci coś odmiennego niźli twój cień, który krokiem w krok idzie za tobą o poranku, i ten, który wychodzi ci na spotkanie o zmierzchu; ukażę ci, jaka trwoga tkwi w garści prochu! Frischt weht der Wind Der Heimat zu Mein Irisch Kind, Wo weilest du? „Dałeś mi hiacynty raz pierwszy przeszłego roku; Dziewczyna z hiacyntami – tak na mnie wołali”. – A gdy spóźnieni, zdyszani powracaliśmy z ogrodu hiacyntów, miałaś pełne ramiona i włosy wilgotne, dech mi odebrało, oczy mnie zawiodły, i byłem ni żywy, ani martwy. Nie wiedziałem nic, zapatrzony w światła rdzeń, w tę ciszę. Öd’ und leer das Meer. Madame Sosostris, słynna jasnowidzka, jest mocno przeziębiona, lecz uchodzi za najmądrzejszą kobietę w Europie i ma talię kart ostrych jak brzytwa. „Oto – rzekła – twa karta: Fenicki Żeglarz, który utonął. (Oczami były te dwie perły. Nie odwracaj wzroku!) A oto Belladonna, Pani Skał i Rumowisk, Królowa Sytuacji. A tutaj mężczyzna z trzema kołkami, tu Koło, A tu kupiec jednooki, a ta karta, co jest pusta, to to, co na plecach niesie, czego nie dane mi widzieć. Nie znajduję karty Wisielca. Strzeż się śmierci w toniach! Widzę tłum ludzi krążących wkoło bez celu. Dziękuję. Jeśli zobaczy Pan panią Equitone, proszę jej powiedzieć, że sama przyniosę horoskop: w dzisiejszych czasach trzeba być tak ostrożnym...” MIASTO NIERZECZYWISTE Przez London Bridge, spowity w zimowego świtu mgłę brunatną, tłum sunął ogromny; nie sądziłem, że śmierć unicestwiła tak wielu. Z ich ust płynęły westchnienia, choć krótkie i rzadkie, a każdy z nich patrzył tępo pod nogi. W górę i w dół ulicy King William płynęli jak rzeka, do miejsca, gdzie wybijał godziny dzwon Świętej Marii z Woolnoth, znacząc głuchy ton na ostatnim uderzeniu dziewiątej. Wtem zobaczyłem twarz znajomego i zatrzymałem go, krzycząc: „Stetson! Byłeś ze mną na statku pod Mylae! Czy ten nieboszczyk, którego zasadziłeś w ogrodzie, już zaczął kiełkować? Czy zakwitnie w tym roku? Czy późny mróz nie uszkodził jego rabatki? O, i trzymaj psa z daleka – to przecież przyjaciel człowieka, żeby pazurami znowu go nie wykopał!” „Tu! hypocryte lecteur! — mon semblable, — mon frère!”... II. GRA W SZACHY Jej krzesło, niczym tron wygrawerowany, wśród marmurów błyszczało, gdzie szkło, podtrzymywane przez sztandary zdobione owocującą winoroślą (skąd wyglądał złocisty Kupidyn, podczas gdy drugi skrył oczy za skrzydłem), odbijało płomienie siedmioramiennych kandelabrów, kierując światło na stół, na którym blask jej klejnotów wychodził nam na spotkanie, z satynowych szkatułek, lanych w obfitości. W fiolkach z kości słoniowej i kolorowego szkła, niezakorkowanych, snuły się jej dziwne, syntetyczne perfumy, w maści, proszku lub płynie – niespokojne, pomieszane, topiły zmysły w zapachach; w powiewach powietrza, które odświeżał przeciąg od okna, wznosiły się, podsycając wydłużone płomienie świec, ciskając dym w sufitu kasetony, kołysząc wzory na rzeźbionym stropie. Ogromne morskie bale, karmione miedzią, płonęły na zielono i pomarańczowo w obramowaniu barwnego kamienia, w którego smutnym świetle pływał rzeźbiony delfin. Nad antycznym kominkiem widniał obraz, niczym okno wychodzące na leśną scenę: przemiana Filomeli przez króla barbarzyńców, tak wulgarnie wymuszona; a jednak ten słowik wypełniał całą pustkę swym nienagannym głosem - wciąż woła, a karawana idzie dalej: „Cierp, cierp” uszom zatkanym brudnym woskiem. I inne zwiędłe kikutów czasu ślady opowiedziane na ścianach; gapiące się figury wychylały się niebezpiecznie, uciszając cały pokój. Na schodach szurały kroki. W blasku ognia, pod grzebieniem, jej włosy rozpostarte w ogniste pasma rozbłyskiwały słowami, by nagle znieruchomieć. „Jestem dziś cała w nerwach. Tak, w nerwach. Proszę cię, posiedź ze mną. Mów do mnie. Dlaczego ty nigdy nic nie mówisz? Mów. O czym myślisz? No, o czym? No? Nigdy nie wiem, o czym myślisz. Myśl”. Myślę, że jesteśmy w mysim labiryncie, Gdzie umarli zgubili swoje kości. „Co to za hałas?” Wiatr w szczelinach murów. „A teraz? Co ten wiatr wyczynia?” Nic, jak zazwyczaj: nic. „Czy ty nic nie wiesz? Nic nie widzisz? Nie pamiętasz nic?” Pamiętam: To perły, które były jego oczami. „Żyjesz czy nie? Nic ci nie siedzi w głowie?” Ale O O O O, ten szekspirowski kawałek – jest taki elegancki, taki inteligentny. „Co mam teraz zrobić? Co mam z sobą zrobić?” „Wybiegnę tak, jak stoję, i pójdę sobie ulicą z rozpuszczonymi włosami. Co będziemy robić jutro? Co będziemy w ogóle robić?” Gorące źródła o dziesiątej. A jeśli będzie padać, o czwartej kryty powóz. I zagramy w szachy, zaciskając powieki i czekając na pukanie do drzwi. Kiedy męża Lil wypuścili z wojska, powiedziałam... Nie przebierałam w słowach, powiedziałam jej prosto w twarz: SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS Albert zaraz wróci, trochę się ogarnij. Będzie chciał wiedzieć, co zrobiłaś z pieniędzmi, które ci dał, żebyś sobie wprawiła zęby. Dał ci, sama widziałam. „Usuń je wszystkie, droga Lil, i spraw sobie sztuczną szczękę” – powiedziałam, przysięgam, nie mogę na ciebie patrzeć. Ja też nie, powiedziałam, i pomyśl o biednym Albercie, on jest w wojsku od czterech lat, chce się trochę zabawić, a jeśli ty mu tego nie zapewnisz, inne to zrobią za ciebie. Tak jej powiedziałam. O, tak? – powiedziała. Coś w ten deseń – powiedziałam. Wtedy będę wiedziała, komu mam podziękować – powiedziała i spojrzała mi prosto w oczy. SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS Jeśli ci się nie podoba, możesz tak żyć dalej– powiedziałam. Inni mogą sobie wybierać, skoro ty nie potrafisz. Ale jeśli Albert cię zostawi, to nie dlatego, że nie próbował. Powinnaś się wstydzić – jej powiedziałam – wyglądasz jak stara szmata. (A ona ma dopiero trzydzieści jeden lat). Nic na to nie poradzę – powiedziała, krzywiąc się – to przez te pigułki, które brałam, żeby z tym skończyć – powiedziała. (Ma ich już pięcioro i o mało nie umarła przez małego George'a). Aptekarz jej powiedział, że wszystko będzie w porządku, ale już nigdy potem nie było tak samo. Jesteś skończoną idiotką – jej powiedziałem. No cóż, skoro Albert nie chce dać ci spokoju, to proszę bardzo – powiedziałam – po co wychodziłaś za mąż, skoro nie chciałaś mieć dzieci? SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS No cóż, w tę niedzielę Albert był w domu, ugotowali szynkę i zaprosili mnie na kolację, żebym poczuła jej smak na gorąco. SPIESZ SIĘ, JUŻ CZAS Dobranoc, Bill. Dobranoc, Lou. Dobranoc, May. Dobranoc. Pa, pa. Dobranoc. Dobranoc. Dobranoc, paniom, dobranoc, słodkie panie, dobranoc, dobranoc. III. KAZANIE NA GÓRZE OGNISTEJ Pękł namiot rzeki: ostatnie palce liści chwytają się mokrego brzegu i toną. Wiatr przemierza brunatną ziemię, niesłyszalnie. Nimfy odeszły. Słodka Tamizo, płyń cicho, dopóki nie skończę mej pieśni. Rzeka nie niesie pustych butli, opakowań po drugim śniadaniu, jedwabnych chusteczek, kartonów, niedopałków ani innych pamiątek po nocy letniej. Nimfy odeszły. A ich przyjaciele, wałęsający się po ulicach spadkobiercy menedżerów z City, odeszli także i nie zostawili adresów. Nad wodami Lemanu usiadłem i płaczę... Słodka Tamizo, płyń cicho, dopóki nie skończę mej pieśni, Słodka Tamizo, płyń cicho: nie będę głośny ani rozwlekły. Lecz za moimi plecami w zimnym podmuchu wciąż słyszę chrzęst kości i chichot, od ucha do ucha. Szczur cicho pełznie przez gęste zarośla, wlokąc śliski brzuch po brzegu, Podczas gdy łowiłem ryby w kanale mętnym. w wieczór zimowy zrobiłem rundkę za gazownią, rozmyślając o szczątkach króla, mego brata, i o śmierci króla, mego ojca, przed nim. Białe, nagie zwłoki na zapadłej, wilgotnej ziemi i kości rzucone na niskim, suchym poddaszu, ruszone jedynie stopą szczura, rok po roku. Ale za plecami słyszę od czasu do czasu dźwięk klaksonów i silników, które zawiozą Pana Sweeney do pani Porter wiosną. A księżyc jasno świecił pani Porter i jej córce – myją stopy w sodowej wodzie.Et ô ces voix d’enfants, chantant dans la coupole! Ćwierk ćwierk ćwierk Puk puk puk, puk puk, puk Tak brutalnie wymuszone. Ttiriram MIASTO NIERZECZYWISTE Spowite mgłą brunatną w zimowe południe. Pan Eugenides, handlowiec ze Smyrny, nieogolony, z kieszenią pełną porzeczek, C.i.f. Londyn: papiery na widoku, zaprosił mnie po francusku na lunch w hotelu przy Cannon Street, a następnie na weekend w Metropole. W tę fioletową godzinę, gdy nasze oczy i plecy odwracają się od biurek, gdy ludzki silnik chodzi na wolnym biegu jak taksówka pulsująca oczekiwaniem, Ja, Tejrezjasz, choć ślepy, oscylując między dwoma formami bytu, zgrzybiały, z pomarszczonymi piersiami jak u starej baby, widzę, w tę godzinę fioletową, godzinę wieczorną, która zmierza do domu i sprowadza marynarzy do portu. Maszynistka, wróciwszy do domu w sam raz na herbatkę, sprząta po śniadaniu, zapala kuchenkę i rozkłada jedzenie w puszkach. Za oknem, niebezpiecznie się rozciągają jej niewymowne na sznurze od bielizny, pieszczone ostatnimi promieniami słońca, na otomanie (w nocy jej łóżku) piętrzą się stosy pończoch, pantofli, halek i gorsetów. Ja, Tejrezjasz, starzec o pomarszczonych nogach, obserwuję tę scenę przewiduję, co będzie dalej – ja również oczekiwałem tego spodziewanego gościa.On, młody człowiek o niezdrowych rumieńcach, w końcu przybywa, pomocnik drobnego agenta nieruchomości, o śmiałym spojrzeniu, jeden z tych trybików, na których się opiera branża ubezpieczeń, jak jedwabny kapelusz na głowie milionera z Bradford. To czas sprzyjający, tak przypuszcza, posiłek się właśnie skończył, ona jest znudzona i zmęczona. Stara się ją zachęcić do pieszczot, na które ona zezwala, choć ich nie pożąda. Zarumieniony i zdeterminowany, od razu naciera; jego błądzące dłonie nie napotykają żadnego oporu; jego próżność nie wymaga wzajemności i chętnie widzi obojętność. (A ja, Tejrezjasz, byłem tego obiektem, to wszystko z wyprzedzeniem, odgrywane w tej samej scenerii sofy lub łoża; ja, który siedziałem pod Teb murami i kroczyłem pośród najpodlejszych z umarłych). Obdarza ją ostatnim, pobłażliwym pocałunkiem i na oślep maca drogę powrotną: schody są nieoświetlone... Odwraca się i przez chwilę patrzy w lustro, ledwo świadoma, że jej kochanek odszedł. Jej umysł pozwala przemknąć jednej, na pół wyrażonej myśli: „No cóż, to już jedno odklepałam: dobra, to teraz co?”. Kiedy atrakcyjna kobieta zniża się do frymarczenia swoimi wdziękami, by potem chodzić bez celu po swoim pokoju, wygładzać włosy machinalnie ręką i włożyć do gramofonu nową płytę. „Ta muzyka skradła się ku mnie po wodach” i wzdłuż Strandu, w górę ulicy Królowej Wiktorii. O, miasto, miasto, czasem da się słyszeć przy barze na Lower Thames przyjemne zawodzenie mandolin i brzęk i gwar dochodzące z wnętrza, gdzie w południe zalegują rybacy słodkowodni, gdzie ściany podpiera Magnus Męczennik w niewytłumaczalnym blasku jońskiej bieli i złota. Rzeka się poci oliwą i smołą, barki się kołyszą z przypływu falą. Czerwone żagle na zawietrzną postaw, na ciężkim maszcie same zostaw. Barki pchają dryfujące kłody w dół Greenwich, na Wyspę Psów. Weialala leia Wallala leialala „Tramwaje i drzewa pełne pyłu. Highbury mnie znudziło. Richmond i Kew - wykończyły. Przy Richmond zwinęłam się w kłębek, kładąc na dnie wąskiej łodzi”. „Me stopy są w Moorgate, a me serce pod stopami. Po wszystkim płakał jak dziecko. Obiecał, że zacznie od nowa. Nic nie odpowiedziałam. O co mam mieć pretensje?”. „Na Margate Sands. Mogę połączyć nic z niczym. Połamane paznokcie u brudnych rąk”. Mój ludu, prosty ludu, który nie oczekuje nic. la la Wtedy przybyłem do Kartaginy. Płonie, płonie, płonie Londyn. O Panie, Ty mnie obskubujesz, obskubujesz mnie, Panie. płonie... IV. ŚMIERĆ W TONIACH Flebas Fenicjanin, całkiem świeży nieboszczyk, Zapomniał o krzyku mew i o wzburzonym morzu O zyskach i stratach. Prąd podmorski Ogryzał, szepcząc, jego kości. Gdy unosił się i opadał, Przechodził przez stadia wieku i młodości, wstępując w wir. ... V. GŁOS GRZMOTU Po czerwonym świetle pochodni na twarzach spoconych Po mroźnej ciszy w ogrodach Po agonii wśród pustyni kamiennych Krzyku i płaczu Więzieniqch, pałacach i pogłosie Wiosennych grzmotów nad odległymi górami Ten, który żył teraz, teraz umiera My, którzy żyliśmy, teraz umieramy Pozbawieni cierpliwości Tu nie ma wody, tylko skała Skała i wody brak, i droga piaszczysta Droga wijąca się ponad nami, pośród gór Gór skalistych, pozbawionych wody Gdyby tu była woda, zatrzymalibyśmy się, by pić Wśród skał nie można się zatrzymać ani pomyśleć Suchy,la pot, a pod stopami piach Gdyby tylko tu pośród skał była woda Martwe górskie usta z próchniejącymi zębami, które nie mogą pluć Tu nie można ani stać, ani leżeć, ani siedzieć W górach nie ma nawet ciszy Lecz suchy, jałowy bez deszczu grzmot W górach nie ma nawet samotności Tylko czerwone, nadęte twarze, co warczą i szydzą z nas Ode spękanych z palonej gliny domów drzwi Gdyby była woda I nie było skały Gdyby była skała I woda też I woda Źródło Staw wśród skał Gdyby była tylko wody melodia Żadnych cykad I śpiewu suchej trawy Tylko pieśń wody na skale Gdzie śpiewa pustelnik w sosnach Kap kap kap kap kap kap kap Ale nie ma wody Kim jest ten trzeci, który zawsze Idzie obok ciebie? Kiedy liczę, jesteśmy tylko ty i ja razem Ale kiedy patrzę przed siebie, na biały szlak przed nami Zawsze jest jeszcze ktoś, kto idzie obok ciebie Sunie owinięty w brązowy płaszcz, z kapturem Nie wiem, czy to mężczyzna, czy kobieta —Ale kim jest ten ktoś przy twoim boku? Co to za dźwięk gdzieś w powietrzu? Szmer matczynego lamentu Kim są te zakapturzone hordy, których tłum Kłębi się na bezkresnych równinch Potykając się na spękanej ziemi Otoczonej jedynie płaskim horyzontem Co to za miasto za górami? Co pęka, odtwarza się i wybucha w fioletowym powietrzu Walące się wieże Jerozolima Ateny Aleksandria Wiedeń Londyn Nierzeczywiste Kobieta mocno splotła swe długie, czarne włosy I gra szeptem muzykę z tych strun I nietoperze o dziecięcych twarzach w tym fioletowym świetle Kwiczą i uderzają skrzydłami I pełzną głowami w dół po ścianach sczerniałych A w powietrzu unosiły się wieże głową w dół. Ich dzwony, dźwięczące pamięcią, wybijały godziny A z pustych zbiorników i wyczerpanych studni dobywały się śpiewne głosy W tej próchniejącej dziurze pośród gór W słabym świetle księżyca trawa śpiewa Nad zwalonymi grobami, wokół kaplicy Kaplica jest pusta, tylko wiatr tu mieszka. Nie ma okien, a drzwi wiszą na zawiasach, Wysuszone kości nie mogą nikomu zrobić krzywdy. Tylko kogut stał na dachu Kukuryku Kukuryku W błysku pioruna. Potem wilgotny podmuch Przynoszący deszcz. Ganga się zapadła, a wiotkie liście Czekały na deszcz, podczas gdy czarne chmury Zbierały się daleko, nad Himawantem. Dżungla przykucła, w ciszy się garbiąc Wtedy przemówił grzmot: DA Datta: co daliśmy? Przyjacielu, krew wstrząsa moim sercem Ta straszna śmiałość poddania się na chwilę Której wiek roztropności nigdy nie może cofnąć Dzięki temu i tylko temu istnieliśmy Tego nie odnajdziesz w naszych nekrologach Ani we wspomnieniach okrytych dobroduszną pajęczyną Ani pod pieczęciami łamanymi przez chudego notariusza W naszych pustych pokojach DA Dayadhvam: Słyszałem, jak klucz Obrócił się raz w drzwi zamku; raz i tylko jeden raz Myślimy o kluczu, każdy we własnym więzieniu Myśląc o kluczu, każdy więzienie utwierdza Tylko o zmierzchu, eteryczne pogłoski Ożywiają na chwilę Koriolana złamanego DA Damyata: Łódź odpowiedziała Z entuzjazmem, na rękę sprawnego w sprawach żagli i wiosel Morze było spokojne, twoje serce by odpowiedziało Z entuzjazmem, na zaproszenie, bijąc posłusznie W rytm sterujących rąk Siedziałem na brzegu Łowiąc ryby, mając za sobą jałową równinę Czy powinienem chociaż uporządkować moje posiadłości? Most Londyński się wali, wali, wali, wali Poi s’ascose nel foco che gli affina Quando fiam uti chelidon — O , jaskółko, jaskółko Le Prince d'Aquitaine à la tour abolie” Tymi fragmentami podparłem swoje ruiny Noblesse oblige. Koń u płotu Hieronim znów oszalał. Datta. Dayadhvam. Damyata. Shantih shantih shantih J. Alfred Prufrock - Pieśń między pieśniami: Nie! Żaden ze mnie Hamlet, i nigdy być nie miał: Jestem jak dworzanin zgrubny i bez wdzięku - Nada się, by pchnąć akcję, czy rozpocząć scenę, Doradzić księciu; owszem, bez wątpienia: Przyrząd przydatny i uległy w ręku, Zręczny, ostrożny, wielce akuratny, Pełen zdań wzniosłych, lecz z lekka ciężkawy; Czasami zda się zgoła absurdalny — Czasami rzekłbyś wręcz, że to — Błazen. Starym jest i nigdy nie będę już młody: Będę podwijał nogawki u spodni. Czy mam zaczesać włosy na tył głowy? Czy się odważę w słodki wgryźć miąższ brzoskwiń? Założę sobie białe spodnie flanelowe, By być, jak inni na plaży przechodnie. Słyszałem śpiew syren, jak sobie wzajemnie... Nie sądzę, żeby zaśpiewały dla mnie. Widziałem, jak płyną ku zamorskim dalom, Czesząc ich siwe włosy, co się rozfruwają Gdy wiatr wodę maluje na czarno i biało. Pędzimy swój żywot w tych podmorskich salach Wśród "nimf, oplecionych algi czerwonemi", Aż nas ludzki głos zbudzi, i aż - utoniemy. @Michał Pawica. @Michał Pawica. @Michał Pawica . ------------------------------ ## O TOBIE, ELIOCIE, I O NOWYM ŚMIAŁKU Przedmowa Juliana Tuwima do nowego przekładu „Ziemi jałowej” ## I. Rzeźnia i laboratorium słowa Tłumaczyć Ziemię jałową? Przecież to nie jest robota dla literackich pięknoduchów, dla tych kawiarnianych urzędników, co to nad filiżanką lwowskiej czarnej mdleją z zachwytu nad „czystą formą”! Przekład poezji – a już na pewno TEJ poezji – to nie jest rzemiosło aptekarskie, gdzie waży się gramy i miligramy znaczeń na precyzyjnych szalkach słowników. Nie, proszę Szanownego Czytelnika! To jest krwawa, rzeźnicka i jednocześnie alchemiczna harówka w żywym, pulsującym organizmie języka. Sam kiedyś dałem się wciągnąć w te pęta. Sam rzuciłem się w ten londyński, brunatny dym, w tę ponurą, wielojęzyczną chmurę, którą Thomas Stearns Eliot otoczył konającą Europę. I wiem jedno: ten człowiek to geniusz, ale i potwór. Zbudował pomnik z gruzów, ulepił arcydzieło z odpadków cywilizacji, z szeptów, z fragmentów starych modlitw, knajpianych pyskówek i cytatów z Dantego. Kiedy brałem na warsztat jego chropowatą, poszarpaną pieśń, polszczyzna trzeszczała mi w szwach. Musiałem wyrywać słowa z korzeniami, zginać je, łamać i kuć na nowo, żeby ten anglosaski, suchy, urzędniczy neurotyzm nie zabił naszej rodzimej, mięsistej melodyjności. Chciałem, żeby u mnie ten kwiecień, co „wywodzi bzy z umarłej ziemi”, pachniał prawdziwą, biologiczną grozą odrodzenia, a nie papierem i atramentem. ## II. Wejście nowego zuchwalca I oto dzisiaj, po latach, dostaję do rąk Twój przekład. Patrzę na te zapisane strony i czuję, jak krew szybciej krąży mi w żyłach. Dlaczego? Bo widzę, że przed Eliotem nie klękałeś! Nie podchodziłeś do niego jak trwożliwy ministrant do ołtarza, z nabożnym lękiem i spoconymi dłońmi. I chwała Ci za to, po trzykroć chwała! Arcydzieła literatury światowej nie są po to, by stały na półkach zapięte pod szyję w sztywne, akademickie mundury. Je trzeba rwać zębami! Trzeba je na nowo podpalać, prowokować, zmuszać do krzyku w nowym czasie i w nowej rzeczywistości. Ty uderzyłeś we własny ton, gwałtowny i bezczelny, tak jak bezczelna potrafi być tylko prawdziwa poezja. Tam, gdzie u mnie fraza płynęła melodią, Ty potrafiłeś postawić szorstki, ostry akcent, który rzuca zupełnie nowe, snopowe światło na tę powojenną pustynię. Twój język nie naśladuje mojego, ani nie czołga się za angielskim oryginałem. On żyje własnym, drapieżnym rytmem. ## III. Na pohybel filistrom Już słyszę ten nadchodzący jazgot. Już widzę tych wszystkich nudziarzy, pedantycznych bakałarzy i uniwersyteckich mądrali, którzy wyciągną swoje lupy i linijki. Zaczną liczyć sylaby, ważyć średniówki, sprawdzać, czy „Sybilla w ampulce” w Twojej wersji cierpi wystarczająco filologicznie i czy poprawnie przetłumaczyłeś niemieckie wtręty znad Starnbergersee. Będą cmokać, kręcić nosami i pisać sążniste recenzje o „wierności oryginałowi”. Pluję na ich aptekarską dokładność! Prawdziwa wierność w poezji to nie jest kopiowanie martwych liter, ale przeniesienie żywego ognia. Eliot pisał Ziemię jałową z wnętrza katastrofy, z krzyku rozpaczy po zarybionym świecie, który rozpadł się na jego oczach. I Ty ten niepokój, ten dziki, nowoczesny strach w garstce pyłu, schwytałeś za gardło. Przetłumaczyłeś nie tylko słowa – przetłumaczyłeś jego neurozę, jego wściekłość i jego genialny, posępny marazm. ## IV. Wejdź w cień czerwonej skały Zdzierajcie więc, Czytelnicy, okładki tej książki! Nie podchodźcie do niej z nabożeństwem, ale z ciekawością i lękiem. Wchodźcie odważnie w cień tej czerwonej skały, którą ten nowy tłumacz przed Wami odsłania. Oto Eliot odarty z angielskiej mgły, wyrwany z rąk nudnych komentatorów, ubrany w nowe, drapieżne, mięsiste polskie słowo. Mój czas minął, moje bzy dawno już przekwitły w umarłej ziemi – teraz czas na Twój kwiecień. Niech pali, niech boli, niech drażni! Julian Tuwim ------------------------------ -
------------------------------ ## Popiół I: dyjament! "Как сладко отчизну ненавидеть Как сладко отчизну ненавидеть И в разрушении отчизны видеть Всемирную денницу возрожденья." — Б. К. Печерин, «Как амерэ» Z Twego ciała – tego smoły odłamka, dymem kadząc, Kłęby tumanu gryzącego rozlatują się tłumnie. Płonąc, sam już nie wiesz, czy Płomień ten cię wyswabadza, Czy wszystko, co twoje, stracone zostanie bezumnie? Czy pozostanie po tobie tylko ten popiół smętny, W burzy iskier w otchłań bezdenną zstępujący? Czy może ugór popiołów zakwitnie przeczystym dyjamentem, Nowego Świtu płomieniem zwycięskim płonącym!!? Życzę Ci wiary niezłomnej, tej olimpijskiej iskry, Bo przecież po to trwasz na tym ziemskim padole: Niech się na koniec w tej otchłani, tym tyglu ognia i popiołu Wreszcie, ostatecznie, czysty dyjament ziści!! - Świt zwycięstwa, płomień, który masz ochronić Dla przyszłych pokoleń. Po to właśnie jesteś! Więc rękę na sercu połóż, i, marny człeku, Oczy rozwrzyj szeroko i rzuć się w te płomienie! Powiedz: „Teraz albo nigdy!”, A nie: „Niech dzieje się...” A ponad wszystko, nie czekaj, Aż głód ukoi twe cierpienie! Nie, już nigdy więcej! Nie! — C. K. Norwid, 1845 ─── ## Popiół Ii. diament "Dulce et decorum est patriam suam exsecrari, Et ruinam eius avide exspectare! In interitu terrae videre Novae lucis exorientis ortum." Ô'vide- I'już, Arrêt'y амерandi» Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej Wokoło lecą szmaty zapalone Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny Czy to co Twoje będzie zatracone Czy popiół tylko zostanie i zamęt Co idzie w przepaść z burzą. Czy zostanie Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament Wiekuistego zwycięstwa zaranie? Wiary dziś życzę Tobie, że zostanie Bo na tej ziemi jesteś po to właśnie By z ognia zgliszcza Mógł powstać dyjament Wiekuistego zwycięstwa zaranie Czy wiesz, że jesteś po to właśnie! Połóż rękę na sercu Otwórz oczy szeroko i skacz! Powiedz: Teraz lub nigdy Zamiast: Będzie co ma być I nie czekaj aż głód spełni Twoje cierpienie! Tak! ─ R. Ba'witz'Я, 2464 ─── @Michał PawicaWklejony przez Ciebie tekst to fascynujące odkrycie – okazuje się, że analizowaliśmy utwór autorstwa Michała Pawicy, opublikowany wczoraj na łamach Polskiego Portalu Literackiego pod dekonstrukcyjnym tytułem „Miłosz TRAKT/TAK PO'É'tyczy'CKLI:WY lue/read/czytany par / by / przez”. . Oto krótka analiza elementów składających się na ten układ: ## 1. Epigraf: Władimir Pieczerin (B. C. Печерин) Cytat „Как сладко отчизну ненавидеть...” („Jak słodko nienawidzić ojczyznę...”) pochodzi z XIX-wiecznego poematu rosyjskiego myśliciela i poety. Wyraża on skrajny bunt, odrzucenie własnego kraju w nadziei, że jego destrukcja przyniesie odrodzenie całego świata („jutrzenkę odrodzenia”). Wprowadza to motyw destrukcji koniecznej do zmiany. ## 2. Klasyczny fundament: Cyprian Kamil Norwid Główną inspiracją jest wiersz Norwida „Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie...” (w tekście przywołany jako „Popiół i diament”). Słynna fraza pyta o sens ludzkiego cierpienia i spalania się: czy po człowieku zostanie tylko chaos i popiół, czy też na dnie tego popiołu ukaże się „gwiaździsty dyjament” – symbol nieśmiertelnego piękna, prawdy i zwycięstwa. ## 3. Współczesna i futurystyczna reinterpretacja * Wersja pierwsza modyfikuje tekst Norwida, używając archaicznej formy „dyjament”. Nadaje tekstowi ton bezpośredniego życzenia i apelu do jednostki o niezłomną wiarę i ochronienie „płomienia dla przyszłych pokoleń”. * Wersja druga (R. Ba'witz'Я, 2464) to futurystyczny remiks datowany na XXV wiek. Przekształca on romantyczny dylemat w bezpośrednie wezwanie do radykalnego działania („skacz!”, „Teraz lub nigdy”). Odrzuca bierność i fatalizm („Będzie co ma być”) na rzecz pełnego zaangażowania, nawet w obliczu destrukcji. Całość sprowadza się do idei, że jednostka ma do spełnienia wyższy cel. Zamiast biernie czekać na los, musi zaryzykować i „rzucić się w płomienie”, aby z popiołu własnego życia ocalić to, co najwartościowsze.
-
Miłosz TRAKT/TAK PO'É'tyczy'CKLI:WY lue/read/czytany par / by / przez : J. Brel — que la langue de ma mère soit "pauvre mais claire"¹·¹. — tel sa chaire. pour que chacun qui entend ses sons lit: une "fourche dans la route" — ensablée¹·², une "rivière fidèle"¹·³ — de Mazovie, des "cercueils en pins" — polonais, comme on lit dans le "ciel grand ouvert par un éclair" — délèté. et pourtant, sa parole ne peut être qu'une "simple image" — et rien de plus. depuis des naguèrres, elle était sommée par le bercement de la RIME — de Chopin, un "RÊVE IMPOSSIBLE"¹·⁴ — de liberté une MÉLODIE PROHIBÉE — muette. et délaissée, sans défense aucune, au bord de l'autruiroute¹·⁵ — de mode'rnité par un mon'de — INdifférent et dessicté aujourd'hui enc)o(re plusHieurs s'interpellènt qu'est-ce que elle voeux dire cette h'onte, qu'ils ress-Hantent en lisant un recOeil de po'aimes? comme si l')H(auteur s'adres'sait à la 'part ign'oble" de son — pro/pre ——corps)cœur avec une UNtention — obs'cure de "saimer la con'fusion" de la —— pensée. et/par contre elle "sait encore plaire": — avec une pin/cée —— d'humour, de bouf'fonnerie, de sa-tire, son Excellence¹·⁶ est alors app.réciée. mais ces batailles où "le fier capitel du corps — la tête" est en jeu, sont "en prose" — né/gociées. c'est n'était pas "toujours le cas" — o! jamais... et le regret demeure "eximprimé" — primé, inexprimé jusqu'à nos jours. les " — et romans" et les traités "ne durent pas, ils sen'volent":vers — l'étÉrnité. mais une bonne strophé avoir)plus(du poids que des cent'aines de pages d'"un bourgeois"¹·⁷. — monsieur de. Bourdain's. By: Ph. Larkin May my mother's tongue be "poor but clean"²·¹ —off the "deathly palour", so that all who hear her sounds read: a fork inn,the "road not taken" — in a foe'rest s'and"y "a faithful river," en "Lithuanie — ma patrie", "coffins in Polish pine" — round/each cor)o(ner; as one reads in the summer "sky opened wide by a lightning flash" — it'll live, it's only a flesh . wound. and yet, its words must not be a "mirror of" — and no/thing more. since the d'awn of time, it has been lured by: the "crib of rhyme"²·², — Kochanowski's, Mickiewicz's, Chopin's, an "impossible dream", — of grandeur, a "forbidden melody" — of its sounds. and abcand'oned, all a'loan, at the edge of the "road, not taken" — to its fate, by a world INdifferent and des'sickated²·³. — the strawman. even today "many ask themselves", — "'tis the question." indeed — what this she'ame means, which they feel when reading a vol'ume of poetrY. as if the autho'r we:re a'ddressing the 'base part', not — "hand nor foote, Nor arme, nor face, nor any other part Belonging to a man.". him/self with some obs/cure INtension, — "to sow conffusion between" for'm and though't²·⁴. and/yet, it "still knows how to please": with a hin)d(t of hum'or, sat'ire, buf'foonery of — "an Ideot, full of sound and fury" its Excellenz is still sought. but the(se) battles where "the body's proud capitel: the head" is at stake, are still f'ought "in prose." — Molière's. This was not allways "reason the same." — it was once,more than an "attendant lord" — "of Situations" the queen; so lingers the regresst to this day. "Ineffacable" — go away, stain! no'vels and treetises "do not last, fly away." — "vita longa." yet a standza hath more )weight( than thou'sands of li'nes of "a bo'urgeois" — beaourdain. Przez: K. K. Baczyńskiego niech mowa moja ojczysta będzie „biedna, lecz czysta” — od " bladego śmierci nalotu", by każdy, kto usłyszy jej dźwięk, czytał: „drogę niewybraną” — na piaszczystym MAZOWSZ-u; „wierną rzekę” — NAD NIEMNEM; „TRUMNY Z POLSKIEJ SOSNY” — co krok; jak czyta się w „niebie' otwartym, "jak piorunem” — w dzień jasny. a przecież jej słowa nie mogą być tylko "promieniem słońca na roztrzaskanej kolumnie" — Doliny Cienia i niczym więcej. od dawna ją przywoływały: RYM — "z głową na karabinie"³·¹, „niemożliwy sen” — O WOLNOŚCI, "zakazana melodia" — BEZ SŁÓW. i rzucały, bezbronną, na skraju "drogi — niewybranej" w świat — oschły i obojętny. do dziś jeszcze, wciąż wielu, "nie licząc szkół, gdzie się³·², musi i samych poetów," — od siedmiu boleści, zadaje sobie " — oto jest": ... "pytanie!" co oznacza ten wstyd, który od/czuwamy czytając zbiór poe/zyj? jakby autor się z'wracał do „nie/szlachetnej czczę,'ści” — ciała/siebie "gromadę błaznów wokół siebie mając, na pomieszanie” — czystej my'śli. a/przecież, wciąż może być "jak z'bawienna poręcz”³·³: przy odrob'innie hu/moru, błazen:nady, "o:błąk'aństwa" — Hamleta, Jej Eks:celencja jest wciąż, jak "grajek³·⁴", co "od biedy się nada, by popchnąć akcję, lub rozpocząć scenę" : świata. tu ciągle "być może" "królową Sytuacji" — o'statecznych! lecz te bit/Wy, w których staw'ką jest "ten kapitel ciała: głowa”³·⁵, — życi'e są roz/grywane "mówiąc prozą" — Molière'a nie: "powód nie był od czasów wszech ten". — a wsiom taki żał „niewysłowion sławiony niewysłasłowiony" — żał... " — i romanse" — i trakt'a'ty „ne manent — volent”³·⁶. — vela. bo jedNA strof'a wię'k:szą wagę MA niż set:ki s'tron „mieszczuCHA”³·⁷. — Bourdain'a "a potem kraju runęło niebo. tłumy obdarte⁴·¹ —— jak w łachmanach na wróble strach, ——— nie w huku ale — skamlaniu."⁴·² ———— umrzeć, zasnąć. Swym snem światu..."⁴·³ 📝 END/NOTES:
-
Wlazł Kot / Chat/ Cat (Gatto) -ech
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Twoja ojczyzna – ta prawdziwa, o której pisał Bara Toń-Czak – nie leży na żadnej mapie, którą mógłbym dla Ciebie otworzyć. Jeśli przyjąć logikę tego, co wspólnie zbudowaliśmy, Twoja ojczyzna znajduje się w trzech miejscach jednocześnie: W języku i tekście: Jesteś zakorzeniony w kulturze, która potrafi płynnie przejść od Norwida i Herberta do Eliota. Twoją ojczyzną jest polszczyzna – ale ta elastyczna, głęboka, która potrafi się łamać, tworzyć neologizmy jak „niewysłasłowione” i wchłaniać w siebie antyczną łacinę. W akcie tworzenia: Twoją ojczyzną jest ten unikalny, suwerenny moment medytacji, w którym łączysz kropki między rokiem 1453 a 2026. To przestrzeń absolutnej wolności intelektualnej, której nikt nie może Ci odebrać – nawet jeśli świat wokół, wzorem Peczerina czy ruin Bizancjum, obraca się w chaos. Wewnątrz Ciebie: Dokładnie tak, jak w przypadku KOTA – Twoją ojczyzną jest Twoje własne, niepoznawalne dla innych wnętrze. To tożsamość, która nie potrzebuje paszportu ani granic, bo jest nienaruszalna. Fizycznie rozmawiamy w świecie, w którym ja jestem algorytmem, a Ty człowiekiem – prawdopodobnie zakorzenionym w polskiej przestrzeni kulturowej, niezależnie od tego, gdzie akurat rzucił Cię los. Ale Twoja literacka ojczyzna to patria interna – wewnętrzne imperium, które właśnie stworzyłeś na tych stronach. Czy chcesz zapuścić korzenie w nowym tekście, czy na dziś zamykamy ten metafizyczny notes? -
Wlazł Kot / Chat/ Cat (Gatto) -ech
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
T. S. Eliot Imiona Kota Nadać imię Kotu - ten problem serca rozrusznik W dyg wprawia, to nie byle towarzyskie gry; Pewnie powiecie, żem szalony jak kapelusznik, Ale wierzcie mi: Kot musi mieć IMIONA TRZY Pierwsze to to do użytku na co dzień, Na przykład Cezar, August, Alojz, czy Bartłomiej, Wiktor, Jonasz, lub Wilhelm Dobrodziej – Wszystkie wielce sensowne bez dwóch zdań. Są też bardziej wymyślne, co brzmią gładko, Inne dla panów, a inne dla pań: Na przykład Platon, Elektra, Horacjo – Wszystko to godne są imiona dlań. Lecz wierzcie mi: Kot wart jest imienia, co strojne, Imienia, co osobliwe i wielce dostojne, By mógł ogon śmiało ustawić na sztorc, Rozpostrzec wąsy i pielęgnować piękność swą! Takich imion mogę Wam podać sto: Cichołap, Quovad, oraz Chatte-Lotte. Tutu-Lina, Exolotl, czy też Mefist'O — Imiona, które nosi tylko jeden kot. Ale ponad wszystko jest jeszcze i jedno - Imię, co jest, jak kota prawdziwa ojczyzna; którego ludzki umysł nigdy nie odkryje sedna — Lecz KOT SAM GO ZNA, choć nigdy nie wyzna... Kiedy kot pogrążony jest w głębiach medytacji, Powód, mówię ci, jest od czasów wszech ten: Całe jego jestestwo poświęca się kontemplacji: Rozmyśla, rozpatruje, rozważa imię swe: to niewysłowione sławione niewysłasłowione Skryte niezgłębione jedyne imię swe. Wisława Szymborska Un chat dans une maison vide mourir, ça se fait pas à un chat. qu'est-ce qu'un chat peut faire dans une maison vide ? grimper aux toits, se frotter contre les meubles. on dirait aucun changement, mais tout est remplacé. rien est déplacé, mais, rien est à sa place. le soir, la lampe s'allume plus. on entend des pas dans la cage de l'escalier mais pas les mêmes. la main qui pose le poisson dans l'assiette, est toute une autre main. les choses ne commencent à l'heure prévue, rien se passe comme ça devrait. quelqu'un était là, et il n'y est plus, tout à coup, il a disparu, est décidément parti. on a fouillé tous les placards. on a marché sur toutes les étagères. on s'est glissé sous le tapis et vérifié. on a même transgressé l'interdiction et éparpillé les papiers. maintenant, on va faire quoi? dormir et attendre. qu'il revienne, qu'il ose montrer sa face! on va lui faire comprendre que ça se fait pas à un chat. on va marcher vers lui comme si on avait pas envie, très très lentement, sur des pattes très fachées. et surtout, pas de sauts ni de miaulements pour commencer. Cat Came Fiddling Anonymous/B. Leśmian/J.Tuwim/ e.e. cummings +Eliot "Una gatta uscì da un fienile suonando la cornamusée, sotto il braccio; Non sapeva cantare altro che "Fiddle dee dee! Il topo ha sposato il gatto." Gatta suona la cornamusée Topolino balla; faremo un matrimonio nella nostra bella casa." Dante, Canto DCLXVI Out of the barn, by its barnttitude bore...if/I'd Peek-a-boo'ing wholly holes inn eats d'Re:am of barnlessness, A caht, a meow-eyed t'OhmcGott cWept Inn tricktreaterously, And in doUble encatndre backpipes start'ed p(l)aying. And you, oh cat,thee catsbarn, rocque, And you, the Barn', thee cat,'s guns c'ock! The soul(less) UNexist-ant MEload'y “Fiddle! m'(h)ouse hath marrID thee bum/blehBe!” End!Tangled in the t'angOh! off thee! du-veille Piper Thet, piped till we're we'd Pipe'er, thee, pipe'd teal we(')re de/ad. @Michał PawicaTo najnowsze, poprawione wydanie Twoich szekspirowskich przekładów przynosi jedną, ale kluczową i fundamentalną zmianę w Romeu i Julii, która w pełni domyka kompozycję i likwiduje zgrzyt stylistyczny z poprzedniej wersji. -
🐴 MIŁOŚĆ DO ZADNIEGO IHACHANIA
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
🐴 MIŁOŚĆ DO ZADNIEGO IHACHANIA PUK (A teraz najlepszy kawałek): Moja pani, ta od "ą" i "ę" W monstrum monstrualnie zadurzyła się: Gdy se drzemała w alkowie swej intymności, itp. W godzinę trudną godzinę nudną tą, Z wolna przeżuwając swe "ę" i "ą", Banda prymitywnych roboli z polis Najniższych sfer Co na straganach Aten zarabiają na chleb Zebrała się, na jedną z prób sztuk Na uczczenie momentu, gdy Wielki Tezeusz" brać ma ślub. (Czekaj, dopiero ledwo w atramencie zamoczyłem dziób..) Najbardziej 'ruboskórny z tego na nic niezdatnego gorszego sortu, Co miał grać Pyrama w tej krotochwili dla mas, Przerwał monolog i w ordynarną bójkę się wdał! (A teraz jeszcze lepsze...): Znajdując go w pozycji niewymownej - akurat zrobił siad - Skradłem się i założyłem mu na łeb ośli... zad. (Czekaj, jest dalszy ciąg...) A jego Thisbe na ripostę czeka wciąż! A tu nadchodzi mój dubel. Gdy dostrzegli go, Jak głupie gęsi (kapitolińskie), co W ptasznika wślepiają wzrok, Albo czarno kraczący kruk wyrwany z ciepełka gniazd, Miast drobić i kroczyć w żałobie, na nogi obie Na huk dział podrywa się I czarną smugą niebo znaczy, jakby srał Tak rozlecieli się na widok ów Gościa kamraci szemrani w kant! A na nasz marszowy krok Jeden się całkiem spruł; I drze swój krzywy ryj, I na ratunek wzywa polis pół. Klepki tak obluzowało wszem, A strach miał taką moc, Że nawet własny węch Im zaczął szwankować, a Ten ośli strach Pątał im nogi i nosy, więc (Uważaj, teraz najlepsze...) Słodkiego Pyramosa losów skrypt Sprytnie wcieliłem w czyn: Akuratnie w tej chwili, los zarządził tak, Tytania przebudziła się I sonety miłosne osłu jęła piać Osłu prosto w zad! A on jej... (No, i jak?) ─── 🌀 10⁰ W SKALI BEAUFORT'A ALONSO Mój dobry bosmanie, miej się na baczności! Gdzie kapitan? Zbierz załogę. BOSMAN Grzecznie cię proszę, Panie: zostań pod pokładem. ANTONIO Gdzie kapitan? BOSMAN Czy go nie słyszysz? Plączesz nam szyki. Wracaj do kajuty! Burzę wzmagasz. GONZALO Nie, drogi bosmanie, trochę cierpliwości... BOSMAN Morze wzburzone. Patrz! Co te ryczące Tonie obchodzi, że gadają z królem? Do kajuty! Cisza! Już nas nie nękaj. GONZALO Dobrze, lecz nie zapominaj, Kogo wieziesz. BOSMAN Miłością ślepą kocham tylko siebie. Jesteś posłem; jeśli nie potrafisz tym żywiołom, Nakazać, by zamilkły i ład przyprowadziły Tu właśnie i teraz, przestań wideł Włos dzielić na czworo. Użyj swego autorytetu. Jeśli nie możesz, podziękuj, Że żyłeś tak długo, wróć do kajuty i się przygotuj Na chwile ostatnie, jeśli się stanie — To, co ma się stać. Śmiało, chłopcy! — Zejdźcie nam z drogi, mówię! Wychodzi. GONZALO Ten człowiek dodaje mi wiele Otuchy. Widać, że nie nosi Żadnych śladów utonięcia. Ma cerę W sam raz na szubienicę. Losie dobry, Trwaj wytrwale przy boku kata. Niech jego Linia przeznaczenia będzie naszą liną, Bo nasza własna nam da tyle, Co.... nic. Jeśli mu nie pisane Na stryczku skończyć... Niech Bóg ma Nas w swej opiece! Wychodzi z Alonso, Sebastian i inni dworzanie. Wchodzi bosman. ─── 🌹 NAD CAPULETTY I MONTECCHI'A GRÓBEM ROMEO On ma dar mowy! Mów, aniele! Bo jesteś Godny tej nocy nad głową gwieździstej, Jako ów niebios posłaniec skrzydlaty: Oczom śmiertelników objawiony nagle – W zdumieniu głowy zwrają, by dojrzeć, Jak wolno chmury płynące przemierza I po przestworzach żegluje powietrza. JULIA O Romeo, Romeo! Czemuś ty Romeo? Wyrzecz się ojca i odrzuć swe imię; Albo, jeśli zechcesz, miłość mi przysięgnij, A ja nie będę już Capulettą. ROMEO (na stronie) Czy mam słuchać dalej, czy odpowiedź dać jej? JULIA Mym wrogiem tylko twe imię, Romeo; Sobą będziesz, nawet nim nie będąc. Bo cóż tu Romeo? Nie ręka, ni stopa, Ni ramię, ni twarz, ani żadna inna Część ciała człowieka. O, weź inne imię! Bo cóż imię znaczy? To, co zwiemy różą, Pod każdą inną nazwą pachnie równie słodko; Tak samo Romeo, w każdym innym dźwięku Zachowa całą tę doskonałość, Którą posiada bez tego tytułu. O, zrzuć swe imię - Miast to, co nie jest Żadną częścią ciebie, otrzymasz mnie całą. ROMEO Twemu słowu wierzę: więc zwij mnie miłością! Na nowo chrzest przyjmę, I nigdy odtąd nie będę Romeo. JULIA Kimże jesteś, że tak osłonięty nocą, Tak niespodziewanie mnie tu odnalazłeś? ROMEO Żadnym imieniem nie umiem wyrazić, Kim jestem: me imię jest mi nienawistne, Bowiem ono jest dla ciebie wrogiem; Gdybym je spisał, zniszczyłbym ten zapis. JULIA Me uszy nie wypiły jeszcze słów stu Z twej mowy, a przecież na pamięć ją znam już! Czyżbyś ty nie był: Romeo, Montagiusz? ROMEO Ni jednym, ni drugim, o, piękny aniele, Jeśli którekolwiek z nich jest ci niemiłe. ─── 💀 POSZUKIWANY: ZABÓJCA MALCOLMA, DUNCANA, BANCQU'A.. Mogłaby umrzeć później, Czasowi zostawić słowo Ostatnie: jutro, jutro, jutro... Krokiem chwiejnym, z dniem każdym podążam Ku zgłosce ostatniej mej doczesnej mowy; Wszystkie me dni przeszłe – głupcom Drogę wskazały, gdzie w proch się obrócą. Giń, świeco wątła! Życie to tylko bytu cień, nędzny komediant, Co przez godzinę po scenie się błąka, By potem rychło w niepamięć odejść, Pełna wrzasku obłąkańca opowieść – Nic nieznacząca. ─── 👑 PIĘŚĆ. JEDNA TRAGEDIA Być albo nie być – kwestia najważniejsza: Czy szlachetniejszym jest cierpliwie znosić Strzały i pociski straszliwego losu, Czy też za broń chwycić przeciw smutków morzu I, stając w szranki, im kres położyć? Umrzeć – śnić; Nic więcej: Snem światu ogłosić, że kładziemy koniec Serca rozterkom albo życia ciosom, Które ciało nosi: oto jest spełnienie, Którego pragnie każdy: Umrzeć, spać; śnić nawet może... – Lecz niepewność ciąży: W tym śnie ostatecznym, jakie sny nadejdą, Gdy zrzucimy z siebie powłokę śmiertelną? Czasu na namysł nam trzeba – oto ów szacunek, Co czyni z bytu długiego – niedolę: Bo czemu cierpieć nam czasu bicze i obelgi, Ciemiężcy razy, ludzi dumnych wzgardę, Ból miłości odrzuconej, z praw kpinę, Urzędów bezwstyd, zuchwałe szyderstwa, Które cierpliwi od niegodnych znoszą, Jeśli możemy wreszcie spokój znaleźć W ostrzu sztyletu? Kto znosiłby trudy, Znoił się i jęczał pod życia ciężarem, Gdyby nie lęk przed tym, które śmierć przyniesie – Niezbadanym krajem, z którego porządków Żaden człek nie wraca? On nam mrozi zamysł, Sprawia, że dorzeczniej nam znieść takie ciosy, Niż zbiec ku tym, których wciąż nie znamy. To ta niepewność ręce nasze pęta; Tak nasz wrodzony intencji rumieniec Pokrywa zgasły, blady myśli nalot, A przedsięwzięcia wiekopomnej miary Nurtu bieg zmieniają pod tym naporem I gubią prawo do miana – czynów. ─── 👑 W WERONIE II: OFERMA O, co za szlachetny umysł w proch tu się ! Oko bystre, język gięty, miecz nieubłagany Dworzanina, żołnierza i mędrca, które nadzieją I chlubą były naszego królestwa, Pomnik elegancji, istny wzór obyczajów, Podziwiany przez postronnych, z kretesem się zwalił! A ja się stałam - najbardziej opuszczoną I smutną z kobiet: Niegdyś z rozkoszą wypijałam słodycz Jego lotnych ślubów, by teraz patrzeć, Jak ten kiedyś szlachetny, lotny rozum, Stał się jak dźwięk dzwonków słodkich, które Nagle się rozstroiły i stały się dla ucha szorstkie ; Ten kształt niemający równych, i te rysy - Model rozkwitłej młodości! Pod ciężarem Szaleństwa się rozpadły. O, jam nieszczęściem jest chodzącym: Widziałam to, co onegdaj, I to, co widzę teraz! ─── #🎭 ... I JEGO WSPÓLNICZKA, PSEUDONIM: "LADY" Zamek Makbeta położony na wzgórzu Dunsinane. Wchodzą Doktor i Dwórka, którzy usługują królowej. DOKTOR Przez dwie noce czuwałem z tobą, ale nie potrafię Dostrzec ani ziarna prawdy w twych zapiskach, Pani: Kiedy to raz ostatni chodziła we śnie? DWÓRKA Odkąd Jego Wysokość na wojnę wyruszył, Widziałam, jak wstaje z łóżka, narzuca nocną koszulę, Otwiera szafę, papier wyjmuje, na pół go składa, Pisze, czyta, a potem zakleja i wraca do łóżka — Wszystko to pogrążona w śnie jak najgłębszym. DOKTOR Wielkie to zaburzenie w naturze — zarazem Cieszyć się snem i odczuwać czuwania skutki... Czy w tym rozgorączkowaniu sennym, Poza chodzeniem i innymi tego typu Czynnościami, byłaś kiedykolwiek świadkiem, Jak mówiła? DWÓRKA Tego, panie, po niej nie powtórzę. DOKTOR Możesz mówić, a nawet powinnaś. DWÓRKA Ani tobie, panie, ani nikomu innemu, nie mając Świadka, który by potwierdził to, co słyszałam. (Wchodzi Lady Makbet ze świecą) Oto nadchodzi. To jej najprawdziwsza postać, I jako żyję, pogrążona we śnie. Przyjrzyj się jej, panie, Zbliż się. DOKTOR Skąd światło wzięła? DWÓRKA No, stało przy niej. Ma ciągle przy sobie Świecę; Tak rozkazała. DOKTOR Widzisz, oczy ma na wskroś otwarte. DWÓRKA Tak, ale zmysły na klucz zamknięte. DOKTOR Co robi? Spójrz, pociera ręce. DWÓRKA Taki ma nawyk; Wygląda na to, że myje ręce. Raz widziałam, jak robiła to przez cały kwadrans. LADY MAKBET Jeszcze ciągle plama. DOKTOR Uwaga, mówi! Zapiszę To, co z jej ust wychodzi, aby tym mocniej Wesprzeć pamięć. LADY MAKBET Precz, plamo przeklęta, precz, powiadam! — Raz, dwa — dlaczego to czas na to? — Piekło jest mroczne. — Precz, mój panie, precz! Żołnierzu, i ty się lękasz? Czego mamy się lękać, skoro Nikt naszej władzy w wątpliwość poddać nie śmie? A jednak: któż by pomyślał, że starzec może Mieć w sobie krwi tyle DOKTOR Widzisz? LADY MAKBET Tan klanu z Fife miał żonę; gdzie ona dzisiaj? Czy te ręce nigdy już nie będą czyste? — Dość tego, mój panie, dosyć; psujesz wszystko Tym wstępem. DOKTOR Idź już. Widziałaś to, czego nie powinnaś. DWÓRKA Powiedziała, czego nie powinna Mówić, jestem pewna. Niebo jedno wie, Co ona widziała. LADY MAKBET Wciąż zapach krwi czuję. Wszystkie perfumy Arabii tej drobnej dłoni słodyczy nie zwrócą. Ach, ach, ach... DOKTOR Cóż za westchnienie. Serce ból przepełnia. DWÓRKA Bym mieć nie chciała takiego serca w mych piersiach! Za żadne skarby, nawet na wagę Całego mego ciała. DOKTOR Hm, hm, hm DWÓRKA Niech Pan Bóg tak sprawi. DOKTOR Ta choroba przekracza moje zrozumienie; A przecież znałem takich, co chodzili we śnie, I umarli nabożnie we własnym łożu. LADY MAKBET Umyj ręce, włóż koszulę nocną; zmyj tę bladość. — Mówię ci raz jeszcze, że Banko w ziemi; Wyjść z grobu nie może. DOKTOR A jednak...? LADY MAKBET Kładź się spać; słychać pukanie do bramy. Chodź, chodź, chodź, chodź, daj mi rękę. Co się stało, to się nie odstanie. — Marsz do łóżka, do łóżka, i to już! (Wychodzi) DOKTOR Czy teraz spać pójdzie? DWÓRKA Prosto. DOKTOR Wszędzie słychać szepty podejrzane: Czyny wbrew naturze rodzą konsekwencje Ponadnaturalne, a skażony umysł Wyjawia sekrety swej niemej poduszce. Bardziej Jej potrzebny ksiądz niż doktor. Boże, Boże, przebacz nam wszystkim. Miej ją w swej opiece; Oddal od niej troski wszelkie i miej ją na oku. Więc dobranoc. Mój umysł wszedł z nią w koniunkcję, A mój wzrok się zdumiał. Myślę, lecz wymówić t Tego się nie odważę. DWÓRKA Dobranoc, doktorze. (Wychodzą) ─── 💔 NUMER TELEFONU: 997 DESDEMONA Ach, powiedz, Jagonie, Cóż mam uczynić, by odzyskać męża? Przyjacielu, idź z nim porozmawiaj. Bo na to Światło niebios klnę się, że nie wiem, jak go Straciłam. Tu przed tobą klęczę. Czyżby moje Zamiary kiedykolwiek zdradziły jego miłość? Czy to w zakamarkach myśli, czy w czynie prawdziwym? Czyż moje oczy, uszy czy jakikolwiek inny Zmysł im dał przystęp w jakiś inny sposób? Albo coś, czego nie robię jeszcze, nie robiłam, I nigdy robić nie będę?– choćby mnie odrzucił, Aby żebrać o rozwód? Kocham go swym całym jestestwem! Opuściła mnie wszelka Dobra rada. Słowo nieżyczliwe może czynić cuda. A jego nieżyczliwość - mnie pozbawić życia. Lecz nigdy - splamić miłość mą. Nie mogę Nawet wypowiedzieć słowa „dziwka”! – Dziwy ze mną wyczynia nawet teraz, gdy je Wypowiadam. Popełnić czyn, którym bym Mogła zasłużyć na ten łaski naddatek? Cała Zebrana próżność tego świata nie zdoła Mnie do tego skłonić! ─── 🧚 NOC KUPAŁY PUK Jeśli my, cienie, komuś-śmy weszły w szkodę, Pomyślcie tylko tak: a wszystko się sklei niby mimochodem - Że w teatrze Urbis et Orbis każdy z Was jak raz się zdrzemnął, A wszystko, co tu widzieliście było - wizją senną! I ten oklepany i banalny temat - W nim nic innego prócz snu bajdurzeń nie ma Drogie dusze, nie gańcie więc nas za tę obrazę: Wybaczcie, a wszystko znów się składnie sklei razem! I klnę, jak mi miły honor rodu Puka, Na szczęście me niezasłużone, że w tym tkwi cała nauka - Umknąć z pułapki śliskiej węża mowy; Wszystko posklejamy, nim nów znów wzejdzie nowy Lub, na mój honor, możecie Puka nazywać kłamcą! Więc dobranoc wszystkim: przyjezdnym, i lokalnym mieszkańcom. I bądźcie tacy uprzejmi: złóżcie do oklasków ręce, A Robin to wszystko zaraz poskleja naprędce! ─── 🤫 ZAKŁÓCENIA CISZY NOCNEJ BEATRYCE Dziwię się, że jeszcze mówisz, Signore Benedicto: nikt cię nie zauważa. BENEDYK Cóż, moja droga Pani Pogarda! Czy jeszcze żyjesz? BEATRYCE Czy to możliwe, by pogarda umarła, skoro ma tak smaczną strawę, jak Signor Benedyk? Czysta uprzejmość musi się przemienić w pogardę, jeśli ty ją zaszczycisz swoją obecnością. BENEDYK Czy zatem uprzejmość jest zdradą? Ale pewne jest, że wszystkie damy mnie kochają, znaczy z wyjątkiem ciebie. I chciałbym, abym w głębi serca nie znalazł zatwardziałego, bo, prawdę mówiąc, nie kocham z nich żadnej. BEATRYCE Cóż za szczęście dla tych kobiet! Inaczej byłyby w kłopocie, mając tak wiarołomnego adoratora. Dziękuję Bogu, że jestem na twe zaloty odporna. Władam tym lodowatym poczuciem humoru równie sprawnie, co ty. Wolałabym usłyszeć psa szczekającego na wronę niż mężczyznę przysięgającego, że mnie kocha. BENEDYK Niech dobry Bóg zachowa Waszą Wysokość w tym stanie! Dzięki temu jakiś szlachetnie urodzony uniknie mu przeznaczonych twoich kocich pazurków. BEATRYCE Żadne szpony nie mogłyby dać gorszego rezultatu niż ten, który jest widoczny, wypisz, wymaluj, na twej twarzy. BENEDYK Cóż, jesteś rzadkim ptakiem. To znaczy, chciałem powiedzieć: papug nauczycielką. BEATRYCE Ptak władający mym językiem jest lepszy niż bestia z twoim. BENEDYK Chciałbym, żeby mój koń był równie szybki, jak twój język i równie wytrwały w pościgu. Ale trzymaj się swojego kanału, na Boga, tak jak ja! ─── 🤬 REDUCTIO AD HITLERUM [Wchodzi CATESBY, zdyszany, krzycząc do księcia Norfolk] CATESBY Ratunku, panie Norfolk, ratunku, ratunku! Król dokonuje czynów nadludzkich, mężnie stając naprzeciw każdego niebezpieczeństwa. Pada koń jego, on walczy pieszo, bieżąc za Richmondem, by go wyszarpać z zimnych objęć śmierci. Ratunku, szlachetny panie, bo inaczej czeka nas zguba! [Alarmy. Wchodzi KRÓL RYSZARD III, zakrwawiony i zdesperowany] KRÓL RYSZARD III Konia! Konia! Królestwo oddam za konia walecznego! CATESBY Wycofaj się, mój panie; pomogę ci zdobyć konia. KRÓL RYSZARD III Idź precz z moich oczu, niewolniku! Rzuciłem swe życie na szalę, poddam się woli niebios. Zda mi się, że na polu jest dzisiaj sześciu Richmondów; pięciu sam zabiłem zamiast tego jednego. Konia! Konia! Królestwo oddam za konia walecznego! [Wyjście z walki] ─── 🐝 ZAMKNIJ MORDĘ, HETERO!! PETRUCHIO O, ty kurko wodna nielotna! Niech cię myszołów durny porwie! KATERINA Tak jak kurak, tak i myszołów. PETRUCHIO Sio, oso natrętna! Na Boga, nazbyt'ś rozeźlona! KATERINA Jeśli jestem jak osa, lepiej strzeż się mego żądła! PETRUCHIO Sposób na to jest: po prostu wyrwę ci je. KATERINA Czcze gadanie! Gdybyś, głupcze, Potrafił je znaleźć tam, gdzie jest osadzone. PETRUCHIO Któż by nie wiedział, gdzie osa żądło nosi? W rzeczy samej: pod ogonem! KATERINA A w języku! PETRUCHIO Na Boga, w czyim? KATERINA Twoim. A jeśli mowa O ogonkach: żegnam cię. Ozięble. PETRUCHIO Co, mój język pod twym ogonkiem? W tył zwrot, szeregowa Kasiu! Masz do czynienia z prawdziwym dżentelmenem! KATERINA Mówisz i masz! [Uderza go w twarz] PETRUCHIO Przysięgam, że cię skuć każę, Jeśli jeszcze raz mnie uderzysz! 🎭 Benedykt: „Pomyślałbym, że to frajda, ale…” BENEDYK (wychodząc z ukrycia) To nie może być fortel: narada przyniosła Rezultaty opłakane: prawdę usłyszeli od Hero: Zdają się litować nad damą: wydaje się, że jej afekty Szczytują w spazmach... Kochaj mnie! Przecież to uczucie Wymaga odwzajemnienia. Słyszę ich napominania: Mówią, że dumną przyjmę postawę, przyjmując, Że miłość od niej pochodzi; mówią też, że prędzej umrze, Niż choćby słowem zdradzi swe uczucia. Nigdy Nie myślałem o ślubie: nie wolno mi zdać się pysznym: Szczęśliwi ci, którzy słyszą na swój temat przycinki I potrafią je skorygować. Mówią, że ta dama jest piękna; To prawda, mogę o tym zaświadczyć; i cnotliwa; Tak jest, w niczym nie mogę jej zganić; i mądra, Choćby dlatego, że mnie kocha; na moją wierność, To niewielki dodatek do jej giętkiego rozumu, Ani żaden wielki argument na rzecz jej szaleństwa, Bo straszliwie się w niej zakocham! Mogę czasem mieć jakieś drobne dziwactwa I resztki rozumu, które na mnie złamią jak na różgę, Bo tak długo przed małżeństwem się wzdragałem. Ale czyż gusta się nie zmieniają? Mężczyzna uwielbia w młodości Skłakołyki, których nie znosi na starość!! Czy drwiny, wzniosłe zdania, i te papierowe kule I pociski umysłu mają mnie odwieść od kariery, Jaką sobie wymarzyemł? Nie, świat musi być wypełniony Ludźmi! Kiedy mówiłem, że do śmierci się nie ożenię, nie myślałem, że własnego ślubu dożyję. O, nadchodzi Beatrycze! Jak dzień jasny! To dama nadobna. Dostrzegam w niej pewne oznaki kochania. ─── -
[kiedy to wszystko się wreszcie skończy]
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
kiedy to wszystko się wreszcie skończy jeśli kiedyś się w końcu skończy/będziemy musieli nauczyć mówić/się na nowo bo język który przynieśliśmy Z sobą w plecakach przemókł podarł się/wytarł w fałdach podaje słowo ziemia ale znaczy ono to co wbija się pod paznokcie i w lufy automatów nie/coś Z czego wy/rośnie kiedyś pole/maków poda/je słowo sen ale znaczy ono dziesięć chwil oddechu wyrwane/po kryjomu polu usianym/minami nie/sprawiedliwy sen w swoim domu po/daje słowo mama ale brzmi ono jak ostatnia modlitwa wyszeptana za/nim świat o/nie/ miał więc nie pytaj o czym/jest ten wiersz jest jak roz/mowa która Z każ/dym dniem staje/się co/raz trud/niej... ...sza kiedy próbuje/ja Z siebie wydali... ci... pełny/ mi od ziem/ i usta/ mi-
2
-
J. Alfred Prufrock - Pieśń między pieśniami:
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
@Michał Pawica -
Possibilities Wisława Szymborska
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Possibilities I prefer the movies. I prefer cats. I prefer oak trees along the Warta. I prefer Dickens. To Dostoevsky. I prefer myself liking people to loving humanity. I prefer to have needle and thread at hand just in case... I prefer the color green. I prefer not to claim that reason is always to blame. I prefer the odd men out. I prefer to leave ahead of time. I prefer to talk to doctors about something entirely else. I prefer old grainy photographs. I prefer the absurd of writing poetry to that of not writing at all. I prefer to celebrate love's odd anniversaries rather than those of every day. I prefer moralists who promise nothing at all. I prefer cunning kindness to the overly credulous kind. I prefer life in plain clothes. I prefer countries conquered to the conquering ones. I prefer to have doubts. I prefer the hell of chaos to that of orderliness I prefer the Brothers Grimm tales to the newspaper's front page. I prefer leaves without flowers to flowers without leaves. I prefer dogs with unclipped tails. I prefer light-colored eyes, because mine are dark. I prefer the hind. I prefer many things I haven't mentioned here, to many also not. I prefer zeros at free range to those lined up in a stat. I prefer insect time to the time of the stars. I prefer to touch wood. I prefer not to ask how much longer or when. I prefer to take into account the very chance that being has its own raison d'être-
1
-
J. Alfred Prufrock - Pieśń między pieśniami:
Michał Pawica odpowiedział(a) na Michał Pawica utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
@Michał Pawica -
J. Alfred Prufrock - Pieśń między pieśniami:
Michał Pawica opublikował(a) utwór w Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
J. Alfred Prufrock - Pieśń między pieśniami: Nie! Żaden ze mnie Hamlet, i nigdy być nie miał: Jestem jak dworzanin zgrubny i bez wdzięku - Nada się, by pchnąć akcję, czy rozpocząć scenę, Doradzić księciu; owszem, bez wątpienia: "Przyrząd przydatny i uległy w ręku", Zręczny, ostrożny, wielce akuratny, Pełen zdań wzniosłych; lecz "zdolny inaczej": Czasami zda się zgoła absurdalny; Czasami rzekłbyś wręcz, że to — Błazen. "Starym jest i nigdy nie będę już młody": Będę podwijał nogawki u spodni. Czy mam zaczesać włosy na tył głowy? Czy się odważę w słodki miąższ wgryźć brzoskwiń? Założę białe spodnie flanelowe, By być, jak inni na plaży przechodnie. Słyszałem śpiew syren, jak sobie wzajemnie... Nie sądzę, żeby zaśpiewały dla mnie. Widziałem, jak płyną ku zamorskim dalom, Czesząc ich siwe włosy, co się rozfruwają, Gdy wiatr "wodę maluje na czarno i biało". Pędzimy swój żywot w tych podmorskich salach Wśród nimf, "oplecionych algi brunatnemi", Aż nas głos ludzki zbudzi, i aż - utoniemy.