Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Raihaifathum

Użytkownicy
  • Postów

    10
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Raihaifathum

  1. (...) Wyjął we wtórną przeliczkę, co skrył w szkatule, By równiutek podliczki kiesę zasilił poddostawcy, I nie da należności rozłogiem na kilka, Bo przepadem znikają czasem klity bywalcy. Skręcił pęgę w zwitę i wbił w trzos przysobny, Za nią szalę zawinął o zwiększonej nośności Bo wyliczy zawartość ponad zenit z kieszonkówy, I odmiar dokładny zapewni urzuconej ilości. A to nie ważnica pradawna o bratnich ramieniach, Co równoszacunki wymierza próbkom w pracowni , I nie hak pod sprężyną w niedokład swej skali, Bo oprzyrząd trza fachurny mieć w metniej sortowni. I bankówę zabrał z póły, bez długu do spłaty, By z koryta się posilić na szlaku jak zaburczy bęben, I ramę ćmików smolistych, bo kopci jak trociniak, A co drugi nadłamany, pudło w gniot wymięte. A że tuleja i tłoczysko harują czym wypalą - Bo na wodę z potoku to i koń wio żwawo nie ruszy - Nachlał furę benzyną w opór, aż strużyna pociekła, Zerwał się popędem w cel, ni widu ni słychu złowróżby. Łupał ton niski z falą - zagłuszało myśli, Aż przetwornik, co dźwiękiem wybrzmiewa, charczał, Na schyłek wojażu wjedzie za dwie miary zegara, I oby żaden kundel z budy na przerzutę nie zawarczał. W ogon ni rzep jeden się nie zczepił od zaczątku, Nikt za nim w ślad nie dążył, klarowne to i jasne, Dotrze w cel, to pewne, licho nie zaczajon, wiadom, Lecz niewiadom, co wpisane na powrotną jazdę. A nuż poślą misjonarkę w szpionnym zatraceniu, Co kręci noskiem i niucha, co przybyło z zakładu, A zapach za mocą wspomnienia jej wije, O złotych czasach i zawiązie z psinami układu. Bo ongiś sama notoryką zażyw uprawiała, I zna drogi, na których widują straganiarzy, Lecz oni na czujce pouważą węszycielkę, I złożą na jej twarzy jak w ołtarz - pęk zaganiaczy. Leciał rogatką jak przetartym znanym szlakiem, Aż weduta ukazała surowiznę piętrowców, Na pustkę ogonną rój nalazł i swoich spotyka, Skierował wóz na ustroń mieścia, zdala od wieżowców. Stanął na uboczu, wydzwonił stronnika na przyjście, Ubocze jak inne, bo równoleżnie tłumnie schodzili białobiorcy, Po kropla w kroplę jednako napchane zapakunki, Co też w podziale rzutem pod pogon wezmą gońcy. Uderzył w taraban - rychło zawita w siedzibie, I wnet wjechał na placyk u boku kwatery, Wysiadł, podbił na pewniaka do wejściowej bramy, Swój swego przywitał - dalej szmery, bajery. A że nie schadzka to biesiadna, a rzecz na przychód, Ułożył na szali w mig juk pełen prószywa Zacnego, jak ostatnio i ciężkość ta sama, Usypał z grud - pociągnął, łzy kapią, gorycz spływa. Splotem dzień natrafił na szerszy arsenał, I do pary pobrał dwie próbki na przymiarkę, Co mianen myśl suwało na labo bez grządek, Rano, tuż po korycie chlapnie maźną plamkę. (...)
  2. Oni będą mu pokutnie srogo ubliżać, Aż pętany z garbem się ukaże poniżony, A jak wyśmieszki obrażanego spętają już w zgarbać , Parskną prześmieszkiem w zgarb uniżony. Tak przerobiona przez nich mulda skulona Zgięciem wyrazi się jak zaród podbrzuszka, I ukaże się jakby w łonie siedziała skłębiona, Na to ziarnem uwalona, gumiana wydmuszka. A ona, co wówczas on jeszcze była, Rychło ust oponami załaknie ich zboża, I kopsać w ciemni będą swej paniusi, Co obciągiem trzy ostruga, zabawa w trójnoża. Hen ongiś, ssaczkiem wykluta żyworodnym, Z jajca, co mateńka jajorodna zniosła, Tu wnet akurat, w sztamie z odmianą, Targać rozpoczęła, bo psom w budzie doniosła. Pałoryjką tyrajką uczynili go w chwilkę, Jakoże jej pokuta sięgała wierzchołka, Choć później już sama przeginała się ku rwaniu, Bo karmiona kijami, a nie wiosłem z dołka. Szepnę jeno na wyjście, a to jużem biadolił, Że drzewców bukiecik targała za uszko - A sztambuch zachowa wieczyście niezapominajkę - Odkształty, zwichnięcia i złamane serduszko.
  3. @Alicja_WysockaTaki styl obrałem dla swojej twórczości i nie schodzę z wyznaczonej drogi. Chcę, aby czytelnik miał wrażenie że czyta coś, co napisano setki lat temu - Twoje słowa potwierdzają, że udaje mi się to osiągnąć, bardzo się cieszę i dziękuję za otuchę.
  4. Klękasz naga przed wrogami mymi i przed ich żonami - Do licha z tobą, precz z moich oczu! Twej głowy nie przykrywa chusta, A ciało swoje wystawiasz na wab - Niech Bóg trądem cię okryje! Pożegnaj się z ladacznicami swymi,odłącz się od ich stada - Dla niegodziwych jest obcowanie z nimi! Spójrz jak zieje twe ciało nieczyste - Butwa zaczyna je chwytać, A muszki brunatne już zlatują do niego, Wabione tym, co tchawki wychwycą! Ono jest mierzwą dla nich, A ich odwłok przebarwia się na nim! Czy chcesz aby stało się ono ich wylęgarnią? Zerwij z siebie ten pancerz, Niech on nie będzie ci zbroją! Bo czy to nie dla ciebie mąż drążył w ojcowiźnie Byś mogła czerpać a abisynki, która tam stanęła? Czy może łotr jakiś urwał jej żurawiaI stała się bezużyteczna? Napełnił miednicę wodą czystą I przemyj nią swe lico pierwej Nim ktoś je zobaczy! I stopy swe obmyj byś czystymi stąpała po glebie czystej! Zmyj to wszystko z ciała swego Co przyniosło ci zaniedbanie! I przestań czynić jak czynisz, Bo to cię zgarsza! On zmierzchłych czasów nierząd swój głosisz jawnie I ściągasz na siebie pogardę ludzi - Oni krzywią usta na twój widok I szeptają o tobie na ulicach! I wspominają cię pijacy w karczmach, Jak to sprzedawali cię za wino! A kupcy, co od nich cię wzięli I zaciągnęli do stajni bez słowa twego sprzeciwu, Śpiewają zawiani o tobie w swych pieśniach! Z powodu twej rozpusty,Twój syn zanosi się szlochem, A córa nie patrzy już na ciebie z umiłowaniem! Odraza do ciebie wypisana jest na nich! Mnożysz nałożników, By jak najwięcej klejnotów Wrzucano do twej jaskini, I tęskinisz za młodością zepsutą, Za nacieraniem oliwą i pijaństwem w bramach! I za zagabywaniem nieznajomych! Namiętność kierujesz niewłaściwie Na urodziwych młodzieńców - Ale zaprawdę, oni nie tkną nieczystości swymi dłońmi, Bo brzydzą się ohydztwem! Nie spojrzą nawet ukradkiem, boś nie umyta! Zapędziłaś się brudem I nikt nie ma wątpliwości! Spojrzenie skierować na ciebie wystarczy, By ujrzeć, żeś doprowadzona! I nozdrza odór drażni jak przejść blisko! Precz mi z oczu, pókiś tak porobiona, Pod lampą przy oberży znajdziesz jeszcze dla siebie miejsce! A nuż to ono okaże się dla ciebie przystanią! Precz do diabła!
  5. "WYŻEŃCA" (Frag. szers. utw.) (...) Choć sztorc ścierał na osełce z najlepszego piaskowca, I na omłocie starannie utwardzał u klepadła, To nie wieścił mu ni zwiastun jeden tak rychłego końca, Jak głownia jego wraz z kosiskiem na kamieniu się rozpadła. Machajką swą miłą uciesznie rwał do potańca, A ześcibolił żniwnie w pojedynkę pewno i spichrz cały, Śmiał się "haha" gdy klinga ucinała młodziane pędy, I w lekceważeniu oczy jego na swe uczyny nawet nie ukradkowały. A kępy siłą stały sztywnie jak pasły zwierzyniec, Na ustroniach zagród, i tam gdzie polany, I w gwarnicach motłochu jak na ofiarnych stołach, Aż po kąt zapuszczony, przez bok dzidą omijany. Raz wyciął jak drwalik sosen na podściółce lasu, Raz ścinał po sztuce, nim salwą ruszyli z kopyta w popłochu,, Wszystko na powagę postronników, by go wyceniali w krocie, I zmykali gdy drzewcem wywija jak skrą przy czarnym prochu. Sztrych jego zakrzywni wychwasty niżał w obręb ziemi, A chwalbował siłą, bo grzebietem taszczył wór puściutki, Gdzie ni na wycen cienia choćby tyciej drogoceny, Zagodnej czci z poszanowaniem w otoczeniu ludzkim. I naliczał, mnożył, odpadał szkodnik za szkodnikiem, Dłoń jego karciła karki i przednie fasady, Miast ściskać bratnie łapsko w powitalnym dygu, Odganiał paździerz, tak wolał, i był im w się we ślady. A jak mówili, że gburny, grubiański, i do skoku wyrywny, Bo rzuca się w kije do bicia i zdziczale ryczy, , Rozminęli się z istnym, choć mogła ich brać zaślepota, Że choć w hurm ścina kukiełki, to wyłącznie spośród dziczy. A dzicz płochliwa, nie wali na znak, na alarm nie bije, Bo bezbronna waruje, i ni w grupie to strachajło, A on pożywką rozochocony, że załzawiona stoi, I fajura kruszna z niej, a nie obłożny, rychło odzewny rębajło. Raz napotkał na swej ścieżce, a ta wiła parkiem, Człowiekę niepostawną przez zaczynek znany, Co nałkana się przyznała, że w psie ryło dała, I tak bracina jej oddany został pochwytany. A że nóż bocianisty posiadał nasz pan - Ale broń Boże nie do tępicielstwa, bożto jeno tarcza - To raz jeden tegoż dnia dobył ostrza za rękojeść, Wcześniej zebrał śluzne z szyi, podchodził i harczał. Wpierw plwoty wymierzył i rozpylił jej ryju - "Kurwina!" - głośnie odmówił człowieczyńce Człowieczeństwa, i naharał pod lewne oczęto zylą, Upust dał ślince, ponoć widziano też sińce. Takie bujały na wietrze czekając swego żeńca Jak popy makowe górskiego rolnika, Zawsze wyłon ktoś zza winkla na pełnej niedrgnięty I nie szczudłał nachodu, bez gry polnego konika. Ni najmniejszej chwaścicy nie oszczędził w pojebie, Szramił szewro na odroślach i rozcinał, co wyrosłe z rówieśnych Nasion, i rzędem, po jednym padali oniemiali I nasiąkiem gnili w otchłannej wilgoci ściół podleśnych. (...)
  6. @Poet Ka Freblówka to potoczne określenie przedszkola lub ochronki dla małych dzieci. Akcja tej historyjki toczy się w sierocińcu.
  7. (...) Raz nagonił czarci chłopek ducha winne dziewczę, Te cichutkiem tuliło swą uszytą warkotkę, Wyszarpał ją zaborem z jej leciutkich dłoni, Wysiłek jej na nic skryć złup za kapotkę. A dziewoja drobnica, tycia nad rówieśnych, Jakby od wymiona matki dziś ją odessano , Słabiutka chudzina, od garna się wzdryga, Strawę w chlew oddaje, za rękę złapano. Lękliwa jak łania - strachała się pospolitej bzykajki, Bo raz ugięła kolana jak pod ciągiem ciążnika, Zachwiała się w zagrozie na przewrót plecami, I roiły ludne na to, że winą równia błędnika. Indziej - włochaty pajęczak niewielki, śladny, Okami ledwo glądany na ścianie, Opuścił się na przędzy w pół drogi nad progiem, Salwowała na galop, trzy dni polowanie. A szelma żwawy do postępku, zagarniał się i zmyślał, Przyczajki nie uznawał, niezdygany stąpnął, Wyłonił się zza winkla, pognał na ofiarę, Żywiec w pełnej krasie, w dryg piorunnie pomknął. Oniemiała, porażona jak za gromu błyskawą, Wytrzeszcz łupił oczka, potwornie zszokowana, Samotna po znienackiej rozłące z pałubą, A morduchna szelmy z obłędem zaśmiana. Ten zaś jął zdobycz silnym pochwytem, Rozdarł dratewkę spojenia włókniny, Puścił grzbietny przyszew, z karku spadła główka, Z szyi kukiełeczki próchnęły trociny. Rozpruł barbarzyna jej ciemienne nici, A czynił w żywiole i napływie zamroku, Puściło szycie, na klepę zwał wióra, Wyzionęłą ducha za upustem krwotoku. Ręką swą wypchajce był jak topór i szafot, A on sam jak kapturnik w rozjarnej szacie, I znów był jej głownią na straceń placyku, A w rozrachu danił jeno gorzki żal po stracie. I mgnęło po łupie, cyk, krótka chwila, Gdy grabieżca dopieroć zwieńczył swe pojmanie, Pojąć niewiniątko w porę los zdołało, I nad mur freblówki rozniosło szlochanie. Łezki lała nieszczęsna jak obłok ulewny, I ślinę toczyła, zaciągała noskiem, Pełne wiadro szlochu, tyleż by nałkała, Bez kojnej tulajki żywot jej zaszedł mrokiem. W sercu widok zbójni napinał drgę cięciwy, Odnóża miękły jak podparte puchem, Roztrząsł się dzban uczuć, niemocą ujmował, U kresu pękł w mak, opar ulazł zaduchem. Zagnębią ją kłujące oddychna rozpaczy, Utknie w samotni, choć za oknem tłumnica, Nie wynuci kołysany pod zaciszną nocą, Ziąb udusi tlik żarnika - proch, kości, zimnica. (...) CDN.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...