-
Postów
164 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez finch
-
historie o jamnikach (część szósta)
finch opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
fragment dziejów selenii po śmierci bohdana zmywała zmywała zmywała a nawet jak już było pozmywane to zmywała pozmywane aż w końcu wyrzuciła wszystkie niepotrzebne talerze potem sztućce wyprowadzała psa robiła to nocą kiedy koty spały kiedy było cicho powiesiła na ścianie kapelusz figurkę z tunezji kilka zdjęć i monetę z dziurką (duńską dwukoronówkę) to kilka pamiątek po tobie trzymam w nocy kawałek koca jak twoją rękę -
zawsze chciałem to zrobić bez żadnego powodu oprzeć się o kroplę deszczu we wrzeszczu detox alana można było dotknąć a on milcząco aprobował to co w nim się wyprawia niedogodności pomijał z taką gracją że słychać było jedynie ciche bzyczenie much pisał listy - dużo listów do wielu którym opowiadał czego nie mogą zobaczyć kochani! piszę do was bo nie jest tutaj ciepło ale jest jakaś nadzieja bo sezonowo otwierają się bary przy morzu i mam wrażenie że nawet w godzinach nocnych wszyscy są gotowi na głębokie słowo poety zmieniał się tylko w chwilach przypomnień o (wstydliwie chowanych) skrzypcach jakiegoś dziadka kiedy męczyły mu się palce wystawiane na te próby muzycznych dokonań otwierał okno i wsłuchiwał się w ciche bzyczenie much czytam "sjestę syzyfa" żernickiego i nie rozumiem dlaczego zaniedbałem tyle słów - czego mi brakuje? choć siedzę już od kilku dni w połogu wiersza to ostry dyżur mózgu ciągle zabiera mi jakiś ważny sens poszukiwania ciszy idealnej kończyły się w świątyniach odświętnie ubrany alan przesiadywał w nich godzinami wyobrażając sobie jak przyjmuje chrzest i komunię ciało boże - popijam winem! ale jeżeli boga nie ma to dlaczego mi smakuje? a jeśli jest - dlaczego pozwala mi na wszystko?
-
usiądę teraz na chwilę ty popatrzysz gdzieś za okno tak jakbym siedział tutaj na nieszczęście a przez chwilę na stołku przy kuchni będziemy siedzieć tak do rana czekając na święto żeby wstać bez wahania i objąć to czego nie sprzedają czym nie handlują na ulicy ołówkowej usiądę na chwilę ty zaparzysz herbaty tylko kot będzie się snuł po domu jak szkic
-
leon leżał na łóżku świeże pieczywo snuło się po domu ktoś inny robił przeciąg w szafie kwitł len akt pierwszy tego spotkania wcale nie polegał na tym że się rozebrali i położyli w bawełnie baranie (powiedziała) w krótkich gaciach wyglądasz obłędnie - zasil moją kasę w torbie mam śledzie i suszone motylki rybaczki na trzy czwarte - zatańczmy (plis) nie bój się - nie biorę procentów leon w kredensie trzymał - wszelki wypadek - i nie potrafił tego inaczej nazwać bo wszystko w jego domu było na albo pod okiem sąsiadów więc kiedy padła propozycja - na trzy cztery zaczęli kurde - ale słowa ta sztuka nie wymaga oklasków ta sztuka wymaga jedynie sprawnych lędźwi i piersi- która się o pierś zabije ale ta sztuka nie wymaga słów nie potrzebuje piersi z której serce (fuj) odleci no bo przecież - że odleci! (fuj) potem poszli popatrzeć jak kwitnie len po zimnej podłodze na palcach nieśli się wzajemnie do sedna - dźwigając dym w którym rozpraszała się - istność dźwigali swoje okna- przestraszeni ciemnością ona potem napisze w małym różowym pamiętniczku zamykanym na małą srebrną kłódeczkę leon pozostawił mnie samą sobie leon wyjdzie po papierosy i zapisze na skrawku bawełny oto miejsce w którym oglądaliśmy wegetację lnu pospolitego
-
rrose jeszcze i już rozebrana w sobie cieliście inteligentna we śnie malował ją duchamp kończył już rozbudzoną barbarra opłukana deszczem onieśmielona dłutem spencera witała się z mężem i całowała wracała dochodząc ponętna precyzyjnie symetryczne odwracając od życia życie przedstawiają delikatną iluzje w hotelu art deco jest poręcz na mount everest
-
schnie w korytarzu obok parasola zła po spacerze dziś jest wigilia jej urodzin więc zaraz po północy zacznie chodzić od zegara do fotela my przez kilka następnych dni będziemy się uśmiechać do jej wspomnień przechodzących w narzekania że to wszystko nie w czas a i mało że nie w czas to jeszcze w buenos skąd wszędzie daleko a ulice pną się porozwlekane nie wiadomo dokąd jakby chciały zrobić na złość właśnie jej a przy okazji wszystkim którzy chcieliby ją odwiedzić w mniemaniu solenizantki od kilkudziesięciu lat ci najważniejsi goście a wraz z nimi prezenty przepadają z kretesem w plątaninie miejskich ścieżek przeogromny smutek weronki trwa zwykle tydzień tak jak katar z prawdziwego zdarzenia
-
w rodzinie była ostatnią na którą spojrzeli święci pojawiła się w 1999 roku jako chora psychicznie dwunastolatka pisząca pamiętnik kiedy miała szesnaście lat filmowałem jak wyciąga gumę z majtek i zbiera sobie przed lustrem włosy w długi emocjonalny kitek w hotelu miracle wyciąga ze ściany suszarkę i uruchamia ekspres do kawy potem wychodzi do lekarza wyciąga ołówek i pisze na drzwiach closed wyraźnie mówi do portiera że nie wróci już na noc bo lekarz ma edytor tekstu na tym kończy się scena w budynku karolina przechodzi przed napisem don't walk uśmiecha się macha ręką w kadrze widać też psa i smutnego mężczyznę który patrzy na bose łapy psa karolina powoli przechodzi coś mówi do mężczyzny który wyciąga rękę próbując złapać ją za śmieszny kitek wtedy powietrze pęka jak grafit w źle zatemperowanym ołówku
-
dokopią się pewnie głębi oka w którym pewien bóg umawiał się z marią na syna w dół ciągle niżej kopacz przeciska siebie pomiędzy gliną a kamieniem
-
2
-
dywan utkany zapewne gdzieś w persji. zastanawiam się jak mam nazwać to co tutaj opowiadam coś w kształcie poetyckiej biografii o horyzontach szerszych niż mógłbyś sobie wyobrazić. trzymam w dwóch palcach maciupkie słońce a wraz z nim muzyczny ambient zmieszanej z już wypłowiałym księżycem wody. długi na wiele mil dywan przecina mój ocean.
-
pani poruszająca wszystkimi zorzami na niebie --- w resztkach z rozbitej witryny spróbuj za mnie zabrać głos powłóczyście jak przez jedwab przejdź w czysty ton miejskich szyn albo sen podobno jest on przewrotną stroną naszości złudzeniem dłoni próbujacymi przewlec się przez igłę wspólnotą materii i ciszy niespodziewanym spotkaniem na ulicy odpowiedzią listem od nieznajomej
-
"dla ciebie" odwracam się kilka razy dziennie do okna które nie wiedzieć czemu w gronostaje rośnie wielkie okno na manhattan gdzie świetliki z pierwszych pięter przetrząsają mnie wzrokiem niczym kosz na wszystko czwororęczni murzyni grają na kradzionych instrumentach meksykanki trwonią cycki i kupują białe tapety żeby się wcielić nocami wszyscy płaczemy boleśnie rosną nam ręce rosną głowy płaczemy w kolorze powodów i rachunków za myśli nad ranem korę z resztek mózgów wywożą do okolicznych lasów mrówki i pracownicy spalarni śmieci oczyszczają świat
-
2
-
przyniósł zapach z gór lub zza wielu jednocześnie odemkniętych drzwi ku temu co będzie nie dalej jak jutro ale niekoniecznie może sobie wyobrażasz może robisz to przed snem
-
5
-
powtarzają szepty kiedy widoczność jest za słaba myśli strach fotel obserwacyjny graniczy z oceanem znikającym na linii brzegu z każdą następną falą czerwone słońce rozpływa się odchodzimy inni bardziej tacy sami
-
5
-
tylko popatrz ulepiłem ci bałwanka z marchewkowym nosem stoi na polu obok plecaka pełnego jacków i placków kocham babcine śledziowe zupy świąteczne braci marx a charlie chaplin i ja jesteśmy z tej samej gliny takie z nas bratki to nic że sporo udajemy mamy przecież łyżwy sanki gdzie twoje rękawiczki nie wiem owiniemy więc dłonie szalikiem a może spróbujemy żyć cieplej
-
dni o których chciałbym zapomnieć
finch opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
są noce których nie pamiętam ale ciągle gdzieś we mnie czuwają tęsknota jest w raju nam zostały miejsca pełne słów ale czy jeszcze coś łączy ślad z życiem albo miłość ze szczęściem mam wrażenie że dziś wszystko znajdujemy na śmietniku wyobraźni chociaż spotykają mnie noce z których patrzę na księżyc i wybieram pomiędzy zegarem a wahadłem bić - czy odbić się bywać czy zapewniać milczenie to przemijanie czy wahanie -
o tym że zastać kogoś na miejscu ciągle nic nie znaczy bluszcz w ogrodzie mojej siostry wiąże słowa które potem gałęzie przydrożnego dębu rozwiązują szukam grabię liście czyszczę zlew grzebię w mydlinach włosach i okruchach ciała między rzeczami węgielnymi czekam na zgrzyt koła zamachowego tajemnej szafy za której drzwiami przechowywane są kształty przedmiotów codziennego użytku a także najbardziej nieoczywisty z nich kształt miłości słucham cierpliwie zanim spróbuję na końcu dopytać wchodził tam ktoś czy wychodził zalśnił jak księżyc a może tylko przetarł oczy i zdumiony nic więcej nie zdążył
-
@Domysły Monika jak nie masz odwagi dotknąć, nie czujesz
-
@Domysły Monika reasumując... jesteśmy wszyscy tylko ludźmi 😉
-
@Domysły Monika raczej viva warszawa
-
@Domysły Monika czy syf? raczej normalny dzień z życia singla
-
Hybrydy późną nocą Jeździmy po metalowych schodach Z miasta słychać strzały miasta Całujemy się Ja podrywam i jestem Ona całuje i liczy gęstość bąbelków w piwie Przychodzą na to wafle z Muzy i robimy bal Koneserski ściemnia że TO JEST KURWA Nabijam więc jeden z palców i celuję w tył Głowy Ile mi zapłacisz jeśli nie strzelę Ile warta jest ta pięknie opalona szyjka Dwieście polskich znaków zapytania Telepiemy się przez Viva Zwei patrząc sobie w oczy Koła dysków zaczepiają o sufit Ramiona chwalą instynkt i wafla Koneserskiego Przestaję chwalić piwo w którym bąbelków od chuja i ciut Ciut
-
z jaką częstotliwością bije twoje serce w tempie czterech papierosów na godzinę kłamiesz osiem razy więcej więc jesteś szczególnie dotknięta przez los rozpisujesz list na strofy mieszasz cukier w herbacie płynę jak wosk po linie wkrótce stanę się świecą w chromowanym kandelabrze w cieniu księżyca przepadasz na wieki wieków pijesz do sosny kochasz się w brzozie nie masz innych przede mną - po mnie zbyt wiele się spodziewasz historycznie ty jesteś ziemią pylonem mostu nad którym tylko pozornie leżą przęsła - jak niebo
-
6
-
przeszedłem w samego siebie na stercie gazet przewiązanych szarym sznurem oddałem się lekturze żyję więc jestem lipski dworzec i jedzenie reperują tory w podwójnych lustrach przetaczają krew z pierwszej klasy do drugiej a jeśli nie żyję czysta pościel i śniadanie na rano przez sen dworzec na dworze który dworcem wcale nie jest tylko stacją potrąconą losem jeśli jednak urodziłem się dopiero w stosie czarnych płyt które w 2001 przewoziłem tu i tam razem ze śpiworem a może się przyda a może i ja się przydam jeszcze raz jak przemyślenia złe słowa garby nieprzyzwoicie widzialne tak że oka nie da rady oderwać
-
przepiękny wieczór przyniósł słodki zapach gór czujny na ciepło zza wielu jednocześnie odemkniętych drzwi ku temu co będzie nie dalej jak jutro ale niekoniecznie tak jak sobie wyobrażasz jeśli robisz to czasem przed snem cisza cisza cisza ----------------------------------- fot. wł. "a look into the silence" svalbard/spitsbergen/longyerabyen/nybyen/2024
-
2
-
"chciałabym chciałabym chciałabym..."
finch opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
chodziliśmy do parku kilka razy chodziliśmy tam i z powrotem - do bramy potem do domu i znów do bramy -(z jakiegoś powodu ten park ma bramę) opowiadała że brakuje jej kilku rzeczy odpowiedniej ilości ziaren w klepsydrze trawy przed domem mężczyzn i prawdziwych dziewczyn takich które uważają się za mieszankę piękna i mądrości "chciałabym żeby jutro spadł tutaj księżyc przecież to już jutro odejdą mi wody stąd aż na słońce wiesz... chciałabym żeby właśnie jutro zjawił się ktoś kto mi dzień będzie równał z nocą płaczem i śmiechem chciałabym prawdziwej zimy i lata pełnego dzieci z balonikami pełnej kiczu biegającej tu i tam gromady dzieci i pasteli na łące" tymczasem zegar wskazuje albo wciąż tę samą ulicę albo dywan a najczęściej ściany fot. wł. manhattan/central park/2024-
4