Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Triengel

Użytkownicy
  • Postów

    108
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Triengel

  1. Triengel

    Ja - Twórca

    "Dzień dobry, cieszę się że jest tu was tak dużo, dzisiaj porozmawiamy o..." Tutaj się wyłączam, jestem nieobecny, nie interesuje mnie to, Kolejny zmarnowany dzień, jakże to upokarzające, Ataki agresji i zwidy mi wmawiają, nosz wkurzające, Czy to moja wina, że szef mnie źle traktował? Nie, tylko mu lekko przywaliłem, co nie? Nie będę takiemu komuś plaskacza żałował. No i widzicie, siedzę i się nudzę, zresztą... Co mi pozostało, naszprycowali mnie bym był spokojny, robią mi to całkiem często, Ale mam plan, sprytny plan... Ucieknę stąd dzisiejszej nocy, Nie sam, oj nie, będzie ze mną Marysia, moja towarzyszka do pomocy, A kim ona jest, pytacie się? Cóż, zawsze mówili, że mam bujną wyobraźnię, no nie, Jest ona tworem mojej świadomości, czy czegoś tam, dzięki której opuszczę te przeklęte więzienie. A ten stary zgred Zbychu co robi? Czy on zjadł właśnie gila własnego? Trochę się boję o niego. Błagam pilnuj się i nie zostawiaj mnie samego... Jakby was to ciekawiło, ale nie wiem czy tak będzie, w końcu ja was nie znam, Poznaliśmy się wiele lat temu, jeszcze na wolności, był normalniejszy wtedy, nie zmyślam, Był mi jak ojciec, pomagał mi i wspierał, a to miejsce go wykończyło, gdy tu wylądował, Ba, nawet z wyglądu się zmienił, bo nigdy tak bardzo jak menel nie wyglądał. Pora raz jeszcze omówić sobie plan: po pierwsze odciągnąć uwagę pracowników, Po drugie: uśpić kamery, bo monitorują nas te czuby, myślą, że mogą nas traktować jak szkodników... Po trzecie - najważniejsze: spierniczyć stąd, Nie opracowałem jedynie jak mam to zrobić i tu popełniłem błąd, Ale nic to, coś wykombinuję, razem to zrobimy! Co nie Marysiu? Damy radę, Najwyżej sam jakieś rozwiązanie znajdę. Oho, lekarzyna już wstała i sobie poszła, pozostali tuż za nim, A mi każą tu gnić, przynajmniej dopóki piguły nie przyjdą i do pokoju zabiorą, szarpiąc, jakbym był nikim, No dobra, zostało mi tylko: obiad, sen, fajka, kolacja, kąpiel, i coś jeszcze? Aa racja, leki... Może pod językiem je zmieszczę, Mam nadzieję, potem się to diabelstwo wypluje i już, Nie chcę już was zanudzać, bo nie o to tu chodzi, co nie? Cha cha! Odezwę się potem, Boże mi dopomóż... ***** Wszystko poszło z planem... Uff.. Puff.. No prawie... Uciekam właśnie przed personelem, Cholera by to, nie przewidziałem, że Marek dzisiaj ma zmianę, on tu jest największym sk****elem, Przyłapał mnie kiedy niszczyłem kamery i wezwał wsparcie, Także widzicie, same kłopoty już na starcie, Nogi napierniczają, ale się nie zatrzymuję, nie ma czasu na odpoczynek, biegniemy! Uff.. Puff.. Marycha, nie zagaduj mnie, bo przez ciebie nie zwiejemy... Że co ja mam zrobić? Przede mną jest okno z którego mam zeskoczyć? Genialne, nosz kurde świetnie... Na samą myśl o tym zdążyłem gacie zmoczyć, Uhh.. Walić to, co ja ma do stracenia, Powoli czuję już czyjś oddech na karku, nie dam się złapać, nie wracam do tego więzienia! Przyspieszam coraz bardziej, celu już jestem tak blisko, Raz kozie śmierć.. Wskakuję na parapet, z impetem strzaskuję szybę i... Aaaaaaah! Przepaaaść... Na co mi było to wszystko! ***** Ja pierdzielę, ja żyję! My żyjemy! Nie miałem pojęcia, że wyląduję w wodzie, Na szczęście umiem pływać, bo bym leżał zapewne na samym spodzie, No dobra, zorientować się w sytuacji muszę, Jestem troszkę pośrodku niczego, na ląd nie wracam, więc w przeciwnym kierunku ruszę, Słyszę z góry wołania, szukają mnie, cholera, nie pozwolę na to by mnie znaleźli, A na horyzoncie dostrzegłem patałachów, którzy na zewnątrz już wyleźli. Dobra, wystarczająco się oddaliłem, na pewno nie znajdą mnie, Zorientowałem się również, że sam wylądowałem diabli wiedzą gdzie, Ręce bolą jak nigdy dotąd, cholera nie czuje ich w ogóle, No to macie ze mnie ubaw, co? Przynajmniej nie utknąłem w jakimś mule, Wtedy to i ja bym miał bekę, bądźmy sobie szczerzy, Śmierć w podwodnym g***ie byłaby najgorszą rzeczą, jaka, by mi się przytrafiła, a takie coś totalnie mi nie leży. Na niebie zabłysło jakieś światło, niemal oślepiające, Zasłoniłem ręką oczy, zostawiając małą szparę, by coś wypatrzeć i co zaskakujące, Tak szybko jak się pojawiło, tak szybko znikło, więc wziąłem rękę mając nadzieję, że nic mi się nie stanie, Nagle z góry spadał jakiś fioletowy kamień. Oby mi nie wylądował na łbie, więc chroń mnie o Panie! Już tak daleko zaszedłem, na pewno za chwilę będę na Bahamach, Albo w jakichś innych ciepłych krajach, czując piękny, wolności zapach. Ja pierdzielę, odleciałem na kilka metrów, kiedy to coś wpadło do wody, Co to do cholery jest? Na szczęście nie wyrządziło mi to większej szkody... Wiecie co, ja chyba sprawdzę co to było, może to jakiś kosmiczny skarb fajny, Albo jakiś wojskowy eksperyment tajny, Nosz kurde nie potrafię się powstrzymać, aż buzuję cały w środku, Też to czujesz Marysiu? Będziemy bogaci, sławni! Już nigdy nie będziemy musieli siedzieć w jakimkolwiek ośrodku. Głęboki wdech wziąłem i zanurkowałem. Po kamyku ni widu, ni słychu, szukam dalej, dużo czasu miałem. Zanurzyłem się jeszcze bardziej, fioletowego blasku wyszukując. Niczego do cholery nie widzę, ciemno tu jak w d**ie, walić to płynę dalej, nawet się nie zatrzymując. Gdzieś on musi być, toć nie mógł się rozpłynąć, co nie? Nosz kurde, szukam i szukam i nic, za chwilę szlag trafi mnie... Po paru minutach na powierzchnię wypłynąłem, Zawiodłem się w ciul, toć na pewno go nie pominąłem, Niech to szlag wszystko trafi, ehh... Szkoda, trudno się mówi, Najwyraźniej mi się ten kamyk zgubił, No to lecę dalej, ahoj przygodo czy jakoś tak, Resztę trasy przepłynę leżąc na wznak. Trudno jest mi się wyluzować w jednej pozycji, wszystko mnie tak napieprza... Aua! W ogóle jakoś się ciulowo czuję, rzygać mi się chce. Nie ukrywam, ta podróż nieźle mi w kość dała... Nagle poczułem jak coś mnie chwyta za kostkę i mocno szarpie, "K***wa" - nie zdążyłem powietrza nabrać, ja się cholera dławię, Spojrzałem się w dół, zorientować co się dzieje i nie uwierzycie, porywa mnie fioletowa błyskawica, interesujące, Uhh, nie mogę oddychać, za chwilę stracę przytomność, pi****le, ja zdechnę, jakie to jest przygnębiające... ***** Ja... Nie wiem ile minęło czasu, ale żyję, hurra, Wciąż pod wodą, tuż przed czymś, co wygląda jak jakaś dziura, Pośrodku niczego, z wnętrza wydobywa się tylko mrok, która mnie dotyka, przeszywa, Dopiero teraz uwagę zwróciłem, że jest cicho. Gdzie jest Marycha... Gdzie się podziała ta dz***a parszywa? Ku**a, zaczynam chyba panikować... Wybacz, za moje słownictwo, gdziekolwiek jesteś, Marysiu, zaczynam swych słów żałować. Im dłużej przyglądam się temu czemuś, tym większe poczucie zaszczucia mam, Przyciąga mnie, jakaś chemia nas łączy, zapiera dech w piersiach, w głębi serca o zbliżeniu się błagam... Ze środka wydobyła się macka, przebiła mi brzuch. Cha, cha, piękne uczucie, Naładowała mnie, czuję się silniejszy, poprawiło też samopoczucie, Mam tę moc! Taaaak, tego właśnie potrzebowałem, Wciąga mnie ona do środka, nie opieram sie, niechaj tak się stanie, na ascendencję wreszcie się doczekałem! ***** Wyszedłem na zakupy, lodówka jest już pusta, przydałoby się uzupełnić zapasy, Chleb, ser, szynka, surówkę, jakieś słodkie rarytasy, Market znajduje się na ulicy Długiej, więc kawałek mam do przejścia, Około dwa kilometry od mojego mieszkania, niedaleko śródmieścia, Potem odwiedzę moją dziewczynę - Marysię - w szpitalu ona leży, W zeszłym tygodniu miała wypadek, na przejściu dla pieszych samochód ją uderzył. Dzień zapowiada się dobrze, słońce świeci, ptaki ćwierkają, ludzie pracują, Miło jest wyjść na zewnątrz, nie mogę cały czas tak siedzieć przy komputerze, oczy mi się w końcu popsują, Odkąd zaczęła się ta grypa, jak ona się tam zwała, wszelkie prace biurowe zostały przeniesione do domu, I mimo, iż już dawno się ona skończyła, to żadnych zmian u mnie nie wprowadzili. Szkoda. Zauważyłem, że mało komu, Chce się wracać do swoich miejsc pracy, nie dziwię im się szczerze; Z jednej strony jest ten komfort, spokój, ale z drugiej, nie ma nikogo dookoła i czujesz się jak zamknięte w klatce zwierzę. Niby takie krótkie przemyślenia, a stoję już u marketu progu, Nie wierzę, że tyle przeszedłem w tak krótkim czasie, pod wrażeniem jestem swojego szybkiego kroku, Wszedłszy do środka, wziąłem wózek, parę produktów powkładałem i... Słabo się poczułem, O jasny gwint, co za paskudne uczucie, brzuch mnie zaczął boleć, czyżby się jedzeniem zatrułem? Skręca mnie od środka, aż na kolana upadłem, jakby, mieczem ktoś przeciął organy, Albo od środka był przez kogoś rozrywany... Nie do wiary. Tak szybko, jak się ten ból pojawił, tak szybko zniknął, jakby za sprawą pstryknięcia palca, Podniosłem się z kolan, lekko się chwiejąc. Dziwnie to na pewno musi wyglądać. Uhh, czuję się, jakbym miał kaca. Rozejrzałem się dookoła, wszyscy mieli mnie gdzieś, ludzie robili zakupy, gdyby nigdy nic, Tak dla pewności, przywitałem się z jakimś przypadkowym mężczyzną: "Dzień dobry" - mówię. Nie reaguje. Zbliżywszy do niego, uwagę moją przykuło to, że nie ma źrenic; Chwytam go za ramię i lekko szarpię. Nie reaguje. Co się tu do jasnej ciasnej dzieje? Czy ja śnię, czy już na tym świecie nie istnieję? Ej no, co jest. To już musi mi się śnić! W rękach moich pojawia się jakaś mgła, nie wiem jak to nazwać, jak to w ogóle wyjaśnić, Nabiera kształt i formuje się w coś na wzór... Broni. Rewolwer Magnum, znam ją z filmów, ale co ona robi w mojej dłoni? Nieznana mi siła przykłada ją prosto do skroni! Jasny gwint, jest odbezpieczony, cofnij tę rękę, cofnij! Straciłem władzę w swoim ciele, nie mogę tego już zatrzymać... Błagam, tylko za spust nie pociągnij! ***** Osz k**wa mój łeb... Co się właśnie od****ło... W ogóle gdzie ja jestem, co to za miejsce..? Czemu leżę na łóżku, w obcym mi mieszkaniu? Wygląda brzydko, być tu nie chcę... Odzyskawszy siły, dupsko podniosłem, w celu zorientowania, co się dzieje, Pokój jakiś taki opustoszały, nawet menel by tu nie zamieszkał. Zimno tu jak cholera, okien nie ma, a na zewnątrz mocno wieje. Patrząc na ogólny całokształt, mało tu przestrzeni, j**ie zdechłym szczurem, żyć nie umierać, A ty co sądzisz, Marycha, chcesz tu trochę przeczekać? Cisza. Ejj kochana, nie psoć mi się tylko, za tamten tekst cię przepraszam, Byłem wtedy w emocjach, wiesz, jak to ja, czasami za bardzo przesadzam. Kurdeeeee, to chyba nie są żarty, ona na serio mi zniknęła, Bez jej dobrych rad i docinków to ja sobie nie poradzę. Pierwszy raz od dawna mi łza po poliku spłynęła, Ja tego już k***a nie rozumiem, wylądowałem na zadupiu, Marysi nie ma, bogaty też nie jestem i się c****wo czuję, No dobra, kilka minut dam sobie na dojście do siebie, a potem do wyjścia stąd się uszykuję. ***** Z drzemki wybudził mnie hałas zza ściany, To wiatr, co nie? Nie chcę by mnie pożarł jakiś zwierz j**any, Chyba, że to moja wyobraźnia już szwankuje, jakoś, by mnie to nie zdziwiło. *Trzask* - znowu to samo, o jasny gwint, zaczynam się bać... To już na pewno mi się nie przyśniło! I co mam teraz zrobić? Być cicho, czy tego czegoś uwagę odwrócić, Bo jak nic nie zrobię, to albo mnie dorwie, albo porwie, albo spróbuje udusić. Teraz słyszę jak to coś wychodzi z pokoju, oby już poszedł sobie... Ta k****a jasne. Widzę jak su***syn czatuje na korytarzu... W dodatku drapie się po rowie. Wy to widzicie? Jezu, śmiać mi się zachciało na ten widok, normalnie nie wierzę, Ciekawe co jeszcze zrobi, konia sobie zwali? Ehh, cha, cha. Dobra uspokoić się muszę, bo mnie inaczej dostrzeże, Głęboki wdech i wydech, na spokojnie, bez szaleństw, luz... Jest ciemno, dobrze się ukryłem, jestem sprytny, a to już jest plus! ***** On tam zapuścił korzenie, czy co? Stoi i czeka, jakby wiedział o mojej obecności, Debil jakich mało, na prawdę, robi mi po złości. Ruszył się wreszcie! Ale kurde, idzie w moją stronę, ja walę, Dobra bez paniki... "Spokojnie, ziomek, ja tu tylko na chwilę jestem, pozwól, że wstanę i się oddalę", Podejrzewam teraz, że to ja zawiniłem, on na pewno mnie nie widział, A ja głupi się odezwałem, przez co się odkryłem... No jo, kto by to przewidział. "Wyczułem twój smród z daleka... A teraz stąd spływaj, to mój dom" - odezwał się chrypliwym głosem, Bez wahania wstałem z ziemi i wolnym krokiem ruszyłem przed siebie. "Idiota" - burknąłem pod nosem. Starałem się go wyminąć dużym łukiem, ale ten i tak rzucił się na mnie, Za moje szmaty złapał i po ryju zaczął okładać. Nigdy się nie biłem, co mam zrobić w tej sytuacji nie wiem. Uhh, czuję już krew w ustach, nos mi złamał, mocne ma łapy, a ja zamiast reagować, to w myślach komentuję, W końcu rzucił mnie na ziemię, ja nie mam sił na sensowny ruch... Załatwi mnie na amen, to koniec. Niech się Bóg nade mną zlituje. Kiedy już miał zadać ostateczne ciosy, poczułem coś w dłoni, coś twardego, Nie myśląc ani chwili dłużej, chwyciłem za to i zamachnąłem ręką. Jak się okazało, wbiłem nóż w niego, Cofnął się, wrzeszcząc wniebogłosy. O k****a co to było? Skoro przedmiot mi się pojawia na samą myśl, to pomyślę sobie teraz o młotku, Patrzę się na moją dłoń, a tam z obłoku pary tworzy się faktycznie młotek... "Teraz poczuj smak zemsty kmiotku!", Wziąłem mu w łeb walnąłem raz, a porządnie, potem drugi, trzeci. Jakież to przyjemne, Po wykonanej robocie, splunąłem na jego zwłoki i odszedłem z tego miejsca, pora odkryć jakie to moce mam tajemne... ***** No dobra ptysie, czas na auktalizację, bo by się przydało, Minął tydzień od tamtego incydentu, się mi pracę znaleźć udało, Sprzątam klatki schodowe i niby g****ana praca powiecie, ale ja nie narzekam. Co prawda dalej tułam się po mieście, wciąż odkrywając co potrafię, nie mam mieszkania stałego, ale co tam, Póki co stworzyłem parę bajerów, typu nerkę znanej marki, której nie widzicie, więc musicie mi na słowo uwierzyć, Poza tym nawet coś do żarcia zrobiłem i to całkiem smaczne było, tak to mogę żyć. Dzisiaj skończyłem robotę po pięciu godzinach, więc mam teraz czas dla siebie, Żałuję, że jestem teraz w miejscu, gdzie nic się nie dzieje, ba tu jest jak w jakimś chlewie, Poza tym, dalej nie wiem skąd się tu do c***a wziąłem, może wy coś wiecie? Teleport, iluzja, czy j***na symulacja, tylko poprawne odpowiedzi poproszę. Ot taka rozkmina, także się nie śmiejcie, No, ale dobra, trochę nudno, może się rozerwę, wybijając szyby, albo niszcząc radiowozy, Niby rozrywka dla dzieciaków, ale lepsze to, niż bym miał oglądać sam jakieś p***osy. Wyobrażam sobie ciężki głaz i nagle w mojej dłoni pojawia się... Dildo fioletowe? Okej, przyznam się, nie zawsze mi to wychodzi, spróbuję raz jeszcze, skupię się i gotowe. Po kilku próbach uformował się idealny kamień, nareszcie! No, to teraz pora rzucić w jakieś okno wreszcie, I chyba wiem, które się do tego nada, jak to dobrze, że stoję tuż naprzeciwko jednego, Biorę zamach i rzucam z całej siły. Cha, za pierwszym razem! Zbiła się na dziesiątki kawałków, dobra robota kolego. Kolejne szyby zbite, zaczyna mi się to podobać, Lepiej będzie, jak się stąd zmyję, namieszania dość zrobiłem, zapewne powiecie, bym się przestał pogrążać, Ale, co ja z takimi umiejętnościami mam robić, powiedzcie mi, Ratować ludzi mam, jak tamten dzieciak? To mi nie pasi, Marysia by mnie opieprzyła, że się marnuję, Musiałbym z nią się zgodzić, zawsze rację miała... Ehh, jak ja za nią tęsknię, jej utratę na serio opłakuję. ***** Dobra, chyba wystarczająco się oddaliłem, nie powinni mnie znaleźć już, Psy są na tyle tępi, że się nie połapią, kto to był, nie dorwą mnie, nawet szukając wszerz i wzdłuż. Ale no, nikogo w okolicy nie ma, to chyba w końcu przyszła pora na czary mary, Zacznę od porządnego smartfona. Zamykam oczy, koncentruję się, wdech - wydech i... Hm, zagraniczne browary, Nie wygląda to jak Srajfon, ale nie ukrywam, trochę mnie suszy, Otwieram butelkę i biorę głęboki łyk... A fuj, jakie ohydne to. Tworzenie piw chyba mi nie służy. Próba numer dwa: prawie mi wyszło, tym razem telefon z klapką, to już coś. Ciężko mi wyobrazić sobie telefon, którego nigdy w łapach nie miałem, czuję się trochę jak łoś, Większość życia spędziłem w zamknięciu, to wiecie, nie było łatwo, powaga, Pożyczaliśmy od piguł, kiedy chcieliśmy do kogoś zadzwonić, dla nas to była zniewaga, Czułem się jak dziecko, ograniczali nas, na samą myśl się znów w****iam, Trauma pozostała do dziś, ale no, było minęło, próby swoje ponawiam. Próba numer trzy: chyba się poddaję, nic z tego nie będzie, Tym razem stworzyłem gitarę, trochę żaryła, komiks. Trudno, bez smartfona się jakoś obejdzie. Noc się zaraz zbliża, spać powoli pójdę, z rana do roboty i potem znowu okolice pozwiedzam, Mimo, iż jest tu jak w śmieciowisku, to ma to swój urok. Ale się jedna teoria mi ostatnio potwierdza, W to miejsce sprowadzili mnie kosmici... Brzmi jak szaleństwo, z którego ostatnio słynę, ale to nie może być przypadek, Po niemal utonięciu wylądowałem tutaj, gdyż zlitowali się nade mną i uratowali. To ma sens jako taki i wcale nie brzmi jak wałek! ***** Ahh, jaka piękna pogoda dzisiaj jest, a ja siedzę w robocie, Niby wcale nie muszę, ale chcę jakoś na legalu tu funkcjonować, mieszkanie ogarnąć i tak dalej, wszystko w czoła pocie; Moja mamitka mnie tego nauczyła, to ona opowiedziała mi o tajnikach dorosłości, Szkoda, k***a, że zamknęli mnie w psychiatryku, za to, że chciałem ją uratować przed ojczymem. Doprowadziło mnie to do złości; Chciałem jej pomóc, bił ją i kopał. Rzuciłem się na niego i obezwładniłem; A psy w to nie uwierzyły, uznali, że to moja wina i c**j. Że to ja podwójne morderstwo popełniłem. I widzicie w jakim to świecie przystało nam żyć. Kusiło mnie, żeby tę miotłę je**ąć przez okno, by się wyżyć, Ale się powstrzymałem, kiedy zobaczyłem piękną panią Adę na schodach, "Dzień dobry" - powiedziała swym słodkim głosem. Najmilsza jest ze wszystkich. Nie wspominając już o jej nogach, Ciekawi mnie, czy ona tak do każdego się uśmiecha, czy jestem jej wybrankiem, Jeśli to drugie, to za*****cie, chętnie zostanę jej kochankiem! "Pani Ado, może chciałaby pani pójść na randkę, pochwalę się też swoimi mocami" - nie mam jaj, żeby to powiedzieć. Weszła do swojego mieszkania i się zakluczyła. Spokojnie kochana, nie wszedłbym do ciebie, pierw musiałbym ciut zmężnieć. No dobra na czym skończyłem... Aha poręcza przetrzeć. Tylko kurde gdzie ja szmatkę zapodziałem, W kieszeniach pusto. No i c**j, muszę nową stworzyć... Byłem pewny ogólnie, że w ręku ją miałem, Nic to, standardowa procedura: myśl - skupienie - wydech; przez te parę dni, trochę zdążyłem poćwiczyć, Dzięki czemu za pierwszym razem pojawiła się szmatka, brawo ja, jest się z czego cieszyć! ***** Dobra, robota skończona na dziś, mogę już wyjść w końcu, szybko poszło, Albo nie, akcja, coś się dzieje. Jakiś goryl wlazł do klatki niemal wyrywając drzwi, ciekawe do czego takiego doszło, Że ktoś taki jak on, musi kogoś gonić. Chociaż czy chcę to wiedzieć, nie chcę dać się znowu pobić, Ostatni raz źle to zniosłem, wciąż mam sińce na gębie, wyglądam jak szkarada; Dlatego też ja się lepiej odsunę mu z drogi, niech robi co chce i stąd spada. "Wyłaź Ada, nie możesz się przede mną wiecznie kryć!". Czy on się dobija do mojej księżniczki? Chyba cię po****ło, nie na mojej warcie; Wbiegłem na schody, jak najszybciej mogłem. Jak na złość, jakieś babcie mi zatarasowały drogę. "Z drogi mi złaźcie"; No sorry, nie miałem innego wyjścia jak się przez nie przepchnąć. Dobra prawie dotarłem do celu, uff, puff. Się zmachałem, ale walić to, potem będzie pora, by odetchnąć, Piękną kobietę muszę uratować, nie mam czasu do stracenia! Nie wierzę sam, że to robię, ale instykt bywa silniejszy. Albo to, że nie chcę pozwolić do kobiety gnębienia. Cholera, wlazł już do środka. Ostatni stopień został i jestem. "Pani Ado!" - jej krzyk usłyszałem za ścianą, bez chwili wahania do jej mieszkania wbiegłem. Sk****syn szarpie ją za włosy wymachując gnatem, to ci c**j jeden, "Puść ją, albo cię za****e" - zza jego pleców krzyknąłem, samemu już trzymając AK-47, Pauza, pora na krótki komentarz. Pamiętacie jak mówiłem, że tworzę rzeczy, z którymi miałem kiedyś styczność? Nie? Ale się pewnie mogliście domyślić. Kilka dni ćwiczeń i patrzcie jaki efekt, kolejna do kolekcji umiejętność! "Puszczaj powiedziałem, głuchy jesteś?" - ani drgnął, dalej ją trzyma. *Brrt* - krótką serię puściłem prosto w plecy. Miałem nadzieję, że to coś da; I nie uwierzycie, w to co powiem. Kule przez niego przeleciały... Od razu podszedłem do niego, z zamiarem dobicia z bliska, i wiecie co? Nawet takie uderzenia o niego nie imały, Jakiś błąd w Matrix'ie czy jak? Raz jeszcze spróbowałem, i nic... Nie wiem, nie rozumiem tego, Co tu się od******la. Ada zamilkła, ba, nie rusza się już, tak samo jak ten typek. "Halo, jest tu ktoś w domu?" Nic. Mam autentycznie mindf**ka niezłego... ***** Paręnaście minut tu już czekam na jakiś rozwój wydarzeń, Cóż, ten dzień nie jest tym z moich marzeń. Jak mogliście zgadnąć dalej się nie ruszają, nieźle co? Szturchałem co jakiś czas, ale żadnego efektu nie przyniosło to, I dobra przyznaję, majtki kusiło, żeby jej ściągnąć, ale nie dałem rady, Dłoń moja przeniknęła przez nią na wylot, także cóż, nie dane mi zobaczyć wdzięków Ady. Dobra, walić to, spadam stąd, nic się już raczej nie stanie, Szkoda mi jedynie tego kałacha, do niczego się nie przyda, a szkoda, wyszedł mi on bardzo ładnie. Opuszczam jej mieszkanie ze smutkiem, ani jej nie pomogłem, ani się z nią nie przespałem, Podwójna porażka - inaczej nazwać tego nie mogę. W ogóle ciekawe, czy u innych jest tak samo. Z ciekawości do sąsiada zapukałem; Nikt nie odpowiada. Zaryzykowałem i z buta wywaliłem drzwi... A właściwie się wyj****em, bo nie umiem utrzymać równowagi i jestem ciotą. Tak wiem jak to źle brzmi. Całkiem wygodnie jest w sumie, można by o życiu porozmyślać i tak dalej... No, ale dobra pora ruszyć dupę, bo leżę już troszkę czasu. Muszę rozwiązać zagadkę tej sytuacji niezrozumiałej; Przynajmniej mam wymówkę, żeby już nie iść do roboty, Z resztą, do pozostawania znowu samemu na pastwę losu nie mam ochoty, Bo, co to za frajda, dokonywać rozbojów bez psów na karku, serio fajnie było; Albo zaje***ie jakiegoś menela, no kuźwa sami widzieliście i sami na pewno się dobrze bawiliście, a w zanadrzu miałem kilka innych rzeczy i nie tylko! ***** Jak już byłem po drugiej stronie ulicy padł zza moich pleców strzał, Omal się znowu nie wywaliłem. Nikogo za mną nie było. Nie gadajcie że... Ada. Ja pi****lę, jak? Gdybym wiedział, to bym dalej tam został. Jeszcze jeden strzał, suk****n się pewnie teraz za**bał, Nie dziwię mu się, gdyby tylko wyszedł to gorszy los by go spotkał, więc lepszej opcji nie miał, I znowu ten sam huk... Albo mi się wydaje, albo ziomek strzela w tym samym odstępie czasowym... No chyba, że mi się wydaje, w końcu ten dzień był pełen wrażeń, a ja jestem już zmęczony. Again... And again... And again... Użyłem tu angielskich słówek, żeby nie było, że za dużo powtórzeń daję, Ja was znam, przyczepiacie się o byle co, nie ukrywam do składania zdań się nie nadaję. Najśmieszniejsze jest to, że faktycznie miałem rację, coś za dużo tych strzałów, W tym czasie zbliżyłem się znowu do drzwi wejściowych, ciekawość mnie zżera pomału. Przygotuję się lepiej, ale wezmę może coś innego, mniejszego, Z obłoku dymu w mojej dłoni pojawił się rewolwer. Chyba to ten słynny Magnum z filmów akcji. Elegancko, niczego bym raczej nie wymyślił fajniejszego. Do środka wszedłem raz jeszcze i ku mojemu przerażeniu, czy jak to się mówi, Pani Elżbieta, taka starsza gitówa, którą mało kto lubi, Zrespiła się na schodach, jak to młodzi gadają, z nikąd, ale to nie wszystko, Dziwnie się zachowuje, raz idzie do przodu, raz do tyłu, faktycznie jak w Matrix'ie trochę. Ehh, moje ty biedaczysko. Szkoda, że ciebie spotkał taki los... Jeszcze tylko tak dla pewności... Niet, moja splówa ją przenika, nieważne czy ją chcę dotknąć w ramię, plecy, nogi, czy też nos. "Dawid". Co jest? Marysia, czy to ty? Gdzie jesteś, kochana? Tak za tobą się stęskniłem. Nikt mi nie odpowiedział, ale wydaje mi się, że chyba głos dobiegł z dworu. Przez takie latanie w tę i we w tę się wk*****em, No wiem, narzekam za bardzo, ale nie lubię takich sytuacji, Przypomina mi się ostatnia robota, to tam przywaliłem temu deklowi, co na początku mówiłem. Staram się unikać takich akcji. Może to też te słynne PTSD, o którym mi mówili, choć w te bzdury nie wierzę... Dobra dość gadania, wychodzę, bo więcej tych dziwactw już nie zdzierżę. ***** Wybiegłem na zewnątrz, nie czekając dłużej ani chwili, Rozglądam się dookoła, nikogo k***a nie ma. Co to ma być? Łapy mi się tak trzęsą, że aż gnata upuściłem. Ja się autentycznie boję, a ta cisza czasu mi nie umili. "Dawid!" Aż uszy mnie zabolały, ale wciąż, nie wiem kto mnie woła, Ten głos... Jest taki głęboki, przerażający, ja p*****lę, jak z najgorszych koszmarów. A miał mi ten dzień wyglądać inaczej zgoła, "Chodź no tu i pokaż się c**lu". Przyznaję, spanikowałem, pewnie za chwilę zacznę żałować swoich słów. "Weź się w garść, zmiękłeś, stać cię na więcej!" *Plask* - aua, trochę za mocno, ale walić to, było warto, muszę nabrać odwagi znów! "Dawid!!". Aua, moje bębenki. "Nosz, zrozumiałem przekaz, wyjdź to ci srogo na**bie". Poczułem jak mnie dreszcze przeszyły i c**j stanął... Cóż, jak do tego doszło, nie wiem. Jakiś duży okrągły cień mnie otoczył, robi się coraz większy, tak nagle w sumie się pojawił, To coś chyba jest na górze. Cholera, nie chcę tam patrzeć, nie zrobię tego... Dobra, patrzę... Osz kurde, prawie bym się w dodatku śliną zadławił. Myślałem, że takie rzeczy są tylko w filmach sci-fi, kiedyś taki nam puścili w wariatkowie, Nade mną unosił się spodek, wielki jak diabli, cichy, metalowy, niesamowity. Niech no tylko Marycha się o tym kiedyś dowie! Jest w nim coś przyciągającego, ciężko oderwać wzrok, ale coś czuję w kościach, że chce mi to zrobić krzywdę, "Dawid!" - tak to z tego spodka dochodzi ten głos, może lepiej jak się powoli wycofam, jest to z mojej strony całkiem sprytne. "Oddaj to, co ukradłeś". Po tych słowach z spodu wysuwa się wielka jak sk****syn lufa, I jak wystrzelił! Na szczęście nie trafił, chyba mam to traktować jako ostrzeżenie, ale i tak, spadam stąd, nie na moje nerwy są takie cuda... Rozglądam się jeszcze wokół siebie, fajnie by było czymś odwrócić uwagę, ale chyba nie ma na to czasu, Dobra krótka piłka, pokazuję im f**ka, odwracam się na pięcie i biorę nogi za pas, oby tylko mi płuca nie siadły, muszę przede wszystkim nabrać dystansu. Szczerze, nie wiem dokąd mam się udać, biegnę przed siebie, staram się unikać laserów, Nie dam się zabić przez tych frajerów! Widzę przed sobą market, wbiję tam z buta i gdzieś się ukryję, A przynajmniej się postaram, bo tłum zepsutych ludzi blokuje mi drogę. No trudno, by się przepchać siły użyję. Oni i tak nie żyją, co nie? Ten świat to symulacja. Od początku to wiedziałem; Ale to UFO chyba jest prawdziwe, wpływa na otoczenie czy coś. Cha, a ci debile z psychiatryka wmawiali mi, że zwidy od zawsze miałem... ***** Aua... K***a! Wejście nie zadziałało i wbiegłem prosto w szybę wybijając ją... Boże, ile tu krwi, Skręciłem od razu w najbliższą alejkę i padłem na glebę. Widok moich zakrwawionych rąk zaczął mnie mdlić. Muszę wyciągnąć to szkło jak najszybciej - a chyba odłamki wbiły się wszędzie - zabandażować rany i lecieć dalej, Czasu do stracenia nie mam, czuję jak mi się we łbie kręci. Pojęcia nie mam jak wybrnąć z tej sytuacji marnej... Próbuję stworzyć bandaże, ale mi to nie wychodzi. Raz jeszcze próbuję i nic; Cholera jasna, moce, gdzieście się podziały, kiedy jesteście mi potrzebne. Nie zostawiajcie mnie teraz! Nie wierzę, że to też pic... Osz k***a, jak j**ło. Nie no błagam nie teraz... Wyciągnę szkło z rąk w miarę możliwości i zatamuję krwotok koszulką... Nie ma szans. Za dużo tego. Nie mam już sił, nie chciałem umierać w taki głupi sposób, a tu widzicie, w grobie już jestem jedną nóżką. "Boże... Przepraszam, za to co zrobiłem, nie jestem złym człowiekiem, chyba, po prostu miałem pecha w życiu." Nie modliłem się od dawna, ale kiedyś w końcu musiała nadejść pora, co? Czuję, że nie zostało mi dużo czasu na zbyciu... A tak sobie zarymuję, ten ostatni raz, w bezsensowny sposób, j***ć to, Także tego, miło mi było was poznać... Nie pozostało nic innego, niż zostać osądzony za każde popełnione przeze mnie zło... ***** Dodalem to do tej sekcji, gdyz myślę, że może ono tu pasować. Chciałbym zapytać, jak wstępnie oceniacie fabułę, styl, sens tego, niedługo będzie koniec, ale jestem ciekaw, jak się to opowiadanie prezentuje teraz. Jest strasznie długie, ale mam nadzieję, że znajdą się chętni, by to przeczytać
  2. Nie ważne jak bardzo życie daje w kość, Ja się nie poddaję, Wstaję i dalej idę, Rozkoszuję się smakiem zwycięstwa, Bo jestem silny, Nie myślę o słabościach, Ze wszystkim sobie poradzę. Kogo ja oszukuję, Bo chyba siebie samego, Słowa te puste są, Bez sensu najmniejszego, Tak mówią wszyscy, By tak postępować, Sobie wmawiać, Że jest się kimś innym. Każdej porażce śmieję się w twarz, Albowiem miłością się otaczam, Którą dają mi bliscy, Dzięki nim jestem tu gdzie jestem, Otuchy w najmroczniejszych chwilach dają, Moja aura przyciąga dobrych ludzi, Gdyż magnetyczną jestem osobą. Bzdury jakich mało, Miłość jest fałszywa, Przez nią życie niemal straciłem, Kolorowy świat nie istnieje, Nie da się tego zmienić, Bo życie to nie bajka, A ludzie tylko zawodzić potrafią Nawet ci najbliżsi. Jak mawiał XYZ, "Dobro zawsze wraca", Zgadzam się z tym stwierdzeniem, Wprowadziłem je w swoje życie, Dało mi to motywację, By chcieć iść dalej, Jestem sam sobie za to wdzięczny. Gdyby tak było, To bym tu nie był, Na samym praktycznym dnie, Do którego wyrzucane są odchody, Takie jak ja, Zapominane i niekochane, Wykorzystane przez społeczeństwo, Jest za co być wdzięczny. Warto jest sobie zawsze dziękować, Za każde najdrobniejsze osiągnięcie, I warto sobie przebaczać, Za każdy popełniony błąd, I dać sobie szansę, Gdyż tak postępuje człowiek rozumny, Którym jestem ja. Dziękować nie mam za co, Nie ja się na ten świat pchałem, Jak mam przebaczyc sobie, Kiedy to ja jestem ofiarą losu, Przecież to takie puste, Za dużo optymizmu, Za mało realizmu, Uważałem tak zawsze, I zdania nie zmienię.
  3. Pora żeby pójść dalej Wyzwolić się z kajdan Wiecznego bólu przez to Że jestem do niczego Pogodzić się z faktem I zrobić coś by to zmienić Nie czekać aż ktoś Namaluje moją drogę Jak było to dotychczas Donikąd mnie to doprowadziło Sam mam to zrobić Pędzel wziąć w dłoń I samemu kreować Tworzyć linię życia Nie tę którą się oczekuje Gdyż nie o to tu chodzi Tylko tę którą ja chcę Nauczyć się w końcu Żeby na popełnianych błędach Uczyć się i wzmocnić W końcu móc dorosnąć Zaakceptować to czego się bałem A obawiałem się rzeczy wielu Opierałem się na innych Mówię temu już dość Niechaj moje dalsze życie Wiedzione będzie przeze mnie Szczęścia wreszcie pragnę zaznać Nie dzięki temu ktoś mi pomógł Tylko dzięki temu że sam sobie pomogłem
  4. Pamiętam jak Kiedyś dawno Poznałem Pana Pan Mroku Takie imię Mu nadano Na ławce Późnym wieczorem Lubił siedzieć Patrzeć się Na innych Był sam Był smutny Towarzystwa pragnął Tak pomyślałem Podszedłem wtedy Przywitał się Grzecznym tonem Nosił maskę Skrywał emocje Nie zdejmował Był bezpieczny Tak chciał Spytałem się "Co słychać" On odpowiedział "Smutno mi" Miał maskę Nie widać Uśmiech widniał Skrywał ból Jego ciężar Mnie dosięgnął Byłem silny "Jak pomóc?" Spytałem się Westchnął głośno Palcem wskazał Na boisko Dziecięca radość Tęskno mu Chciał tego Ponownie doznać Współczułem mu Usiadłem obok Porozmawiałem szczerze Byłem młody Rady dałem Jakie znałem Spojrzał się Na mnie Opowiedział mi Swoją historię Była przykra Przygnębiająca wręcz Słuchałem go Z zainteresowaniem Nie chciał Takiego życia Siedziałem dalej I słuchałem Otworzył się Jeszcze bardziej Ulżyło mu Tak uznałem Polubiłem go On mnie Również polubił Długo rozmawialiśmy Wsparłem go On wstał Maskę zdjął Ujrzałem uśmiech Śmiał się Był szczęśliwy Ja również Pomogłem mu Spotkaliśmy się Dnia następnego Bez maski Pan Mroku Innym człowiekiem Się stał Ucieszyłem się I tak Kolejne dni Tak wyglądały Do dnia Kiedy zmarł Przykro było Płakałem długo Lecz potem Wyniosłem lekcję Dzięki niemu Temu doświadczeniu Zacząłem pomagać Wszystkim potrzebującym Pocieszać ich Każdy człowiek Nosi maskę Za nią Kryją się Prawdziwe emocje Niestety tłumione Każdy człowiek Wreszcie zrozumiałem W sobie Ma takiego Pana/Panią Mroku...
  5. Próbowałem za każdym razem, Być mężczyzną, twardym jak skała, Stanąć na wysokości zadania, Jednak gdzieś zawodzę, ponoszę porażki. Nie potrafię, po prostu nie umiem, Miękkie serce miałem zawsze, Teraz jest roztrzaskane, zgniecione, złamane, Przez wszystkich tych, których kolegami kiedyś nazywałem. W rozsypce takiej nigdy nie byłem, Presja otoczenia i życiowa sytuacja, Sprawy nie ułatwiają, wręcz pogarszają, Nie wiem co mam robić, jak dalej żyć. Miłą osobą zawsze starałem się być, Lubiłem to, radowało mnie to, Teraz mam dość, pomocnej dłoni już nie daję, Zmęczyło mnie to, przestało mi się opłacać. A jednak i tego nie potrafię, Po męsku stawić kropkę, szlocham w kącie godzinę kolejną, Nie umiem patrzyć jak inni cierpią, Choć wiem, że nikt się nie odwdzięczy, każdy ma mnie gdzieś.
  6. W pułapce wciąż tkwię, Spełnienia oczekiwań innych, Przyznaję, jestem w tym całkiem dobry, Ba, może i nawet najlepszy, Ale czy kogoś obchodzi, że mnie to boli? Nie... To co mnie gryzie, to co jest powodem mojego cierpienia, Znika za gąszczem imitacji, które od dawna stworzyłem, Wszystko jest dobrze, bo robię to w słusznej sprawie, Zdążyłem się tego nauczyć po tych latach, A czy faktycznie jest dobrze? Nie... Jeśli ktoś powie, że kłamanie jest opłacalne, To się myli, bardzo się myli, Prawda zawsze bolała, nie ukrywam, Gdybym powiedział co mi leży na sercu, Na lincz bym się naraził, a może i gorzej, A ja tego straszliwie nie chcę, Bo w końcu, czy ktoś to zrozumie? Nie... I czy ta spirala kiedyś się zakończy? Nie... Czy się od tego uwolnię? Nie... A może da się to jakoś załagodzić? Nie... Czy mam kiedykolwiek powiedzieć prawdę? Nie... I mam tak dalej żyć, bo wiadomo, że nic się nie zmieni? Najwyraźniej tak...
  7. Chwała tym osobom, Którzy nie poddają się, Pomagają, czynią dobro, Nawet kiedy świat im się wali, Na nich nie zasługujemy, Za mało ich szanujemy, Świat do nich należeć powinien, Bo to oni dają nam nadzieję, Że życie jednak ma jakiś sens, Chwała naszym bohaterom, Którzy zwyczajnymi ludźmi są, Takim szacunek się należy, Dlatego też podziękujmy im, Za to, że są i robią to co chcą, Czy to święta, czy też nie, Pokażmy im, iż nam na nich też zależy!
  8. Radość powoli mnie opuszcza, Niepewność zbudza się ze swojego snu, Przejmuje nade mną kontrolę, Przyćmiewa moje osiągnięcia, Osłabiając moją wolę, moje jestestwo, Mrok w moim życiu ponownie zapanował, Panika i lęk w głowie bawią się znów, Siejąc chaos, którego tak bardzo nie chciałem, Pozbyłem się go, miałem przecież spokój! Sens wszystkiego poza zasięgiem mojego wzroku, Uciekł, zniknął, sam już nie wiem, Trzymałem te wszystkie nadzieje tak szczelnie w zamknięciu, Aż w końcu słoik po tych latach został zbity, Ja sobie już nie poradzę, nie dam rady znów walczyć, Nie kiedy przeciwnik stał się silniejszy, wytrwalszy, Obawiam się, że tego nie przeżyję, Upadnę na twarz i więcej nie powstanę, Biedne serce zatrzyma się z mojej winy...
  9. @Alicja_Wysocka przykro mi to słyszeć :( bardzo współczuję straty
  10. @tie-break to prawda, zaburzony umysł potrafi platac przykre figle niestety i nawet jeśli ktoś tak ma to warto takiej osobie pomóc
  11. Szarość tego świata znów wita mnie z uśmiechem, Przeraża mnie, o ciarki wręcz przyprawia, Powinienem był zostać w domu, swoim bezpiecznym azylu, Ale jeśli się chce przeżyć, trzeba się odważyć wyjść, Praca - miejsce przeze mnie nielubiane, Winą są i obowiązki i ludzie tam przebywający. Wiecznie robie coś nie tak, Wszystko jest krytykowane, wyśmiewane - nie rozumiem tego, Nikt nie chce mnie wysłuchać ani zrozumieć, a co dopiero pomóc, Przez co czuję się gorszy i wyobcowany, Nie tak powinno być, nie tak miało potoczyć się moje życie. Deszcz za oknem pozdrawia mnie radośnie, Wiatr silny też jest miły i również chce dołączyć, Myślą, że szukam towarzystwa jakiegokolwiek, Nic bardziej mylnego, myślę, że się polubimy, W końcu, wy jesteście w porządku, co nie? Telefon dzwoni, odbieram z niechęcią, Kolejny człowiek zły i niezadowolony, Krzyczy, wyzywa, przykrość mi sprawia, Nie jestem niczemu winny, a mi się najbardziej obrywa, Moja ręka nie wytrzyma już za długo, Moja głowa nie wytrzyma również, Tego ogromnego wręcz bólu. Kubek z kawą więcej ma empatii niż inni, "Miłego dnia" - zawsze wie jak mnie pocieszyć, Przynajmniej on jest dla mnie miły i życzliwy, Żałuję, że przedmioty nie mogą rozmawiać, Przynajmniej tak miałbym w końcu jakiś przyjaciół. Ja już więcej nie mogę, nie wytrzymam, zaraz coś we mnie pęknie, Poraz kolejny skarcił mnie mój szef, znowu coś zrobiłem źle, Na prawdę się starałem, dałem z siebie wszystko, Jestem do niczego, zawsze tak było i zawsze tak będzie, Prosiłem o wsparcie, lecz jak zwykle olano mnie. Wracając do domu czuję jak mnie wszyscy obserwują, Wzrok dziesiątek osób na swych barkach ciążyć mi zaczął coraz bardziej, Słyszę śmiechy, nawet obcy ludzie się ze mnie śmieją, Nie dzieje się to w mojej głowie, to się dzieje na prawdę, Świat jest okropny, społeczeństwo jest okropne, a ja sam nie lepszy. W końcu w domu, spokoju na jakiś czas zeznam wreszcie, Przyjaciele moi w kuchni na mnie czekają, Znów swoje usta może wtopić w moją skórę, Wie jak mi w bólu ulżyć, o cierpieniu na jakiś czas zapomnieć, Chciałby w inne miejsca się dostać, zrobić mi ogromną przysługę, Na to pozwolić nie mogę, rano w koncu znowu wstać muszę do pracy.
  12. W życiu sporo decyzji podjąłem złych, Nie wszystkie takie były, Z jednego dumny jestem bardzo, Nawet, gdyby wszystko miało się potoczyć inaczej, Dalej bym zrobił tak samo, Zamiast wybrać życie pełne ekscytacji, To wybrałbym poezję... Wiele jej zawdzięczam, Odkryłem ukryty swój potencjał, Emocje wszelkie dałem radę wyrazić, Na kartce spisać, tłumom przeczytać, Zachwyt wielu wzbudzić, I te wszelkie sukcesy, Zawdzięczam poezji... Pióro z rana idzie w ruch, Tańcząc na papierze wesoło, Miliony w głowie pomysłów, Znajdują swe ujście, Ręka sprawna się nie męczy, I tak godziny przy stole szybko mijają, Pisząc jak i tworząc, Poezję... Od długich lat mi towarzyszy, Ona mnie rozumie jak nikt inny, Dzieło jest to rozumne i idealne, Jak i każde z resztą inne, Lecz ja dalej pozostanę przy swoim, Aż do śmierci niechybnej, Przy mej ukochanej poezji...
  13. Ta pora już nadchodzi, Niebo pokrywają gęste chmury, Widoczność się pogarsza, Ciemność powoli zapada, Wspomnienia zaczynają się rozmazywać, Zaczynam panikować, Straszliwie panikować... Teraz nadeszła nasza kolej, Znów zbudziliśmy się do życia, Hamować się wcale nie musimy, Potworami zwykle nas nazywają, Ale nas to nie obchodzi, Zabawmy się do białego rana! Imprezowanie do upadłego, Motto nasze jest każdemu znane, Kochamy to co robimy, Głębszych kilka wypijemy, I na miasto dziś wyruszamy, No to jazda! Wreszcie się przejaśniło, Niestety nie na długo, Miło zostać opatulony tym słońcem, Wykorzystać dobrze czas, W łóżku z kubkiem herbaty w ręku, Ot takie jest moje życie, Spokojne i zadowalające... Czasami pewien niepokój czuję, Jakby miało się coś wydarzyć, Albo już miało miejsce, Opisać tego nie umiem, Trzęsę się od środka, Uczucie takie paskudne, Że nie da rady napawać się chwilą... I znów nastała noc, Pozytywną energię ślemy, Chodźcie wszyscy razem, Tańczyć w wesołym gronie, Kieliszki niechaj idą w ruch, Toast za lepsze życie! My tak codziennie możemy, Zabawa niechaj wiecznie trwa, Nudziarzy tu nie chcemy, Życie pełne akcji, To właśnie uwielbiamy, Słońce nam niepotrzebne! Znowu to samo, Ból głowy jest okropny, Samopoczucie mam do niczego, Niekończące się poczucie winy, Tysiące myśli spokoju mi nie dają, Dlaczego to się dzieje, Dlaczego ja nic nie pamiętam?
  14. @Annna2 Dzięki za zauważenie błędu, poprawiłem. Wspilczesny świat czasami jest okrutny, jak ktos jest inny to często może się czuć całkowicie odrzuconym
  15. Pewien niegdyś chłopiec, Zgubił się w mroku tego świata, Odnaleźć się nie mógł, Totalnie go nie rozumiał, Ulicami miast hasał, W poszukiwaniu odpowiedzi. Zagubiony chłopiec, Społeczeństwa się bardzo przestraszył, Taki agresywny, taki paskudny, Nikt go nie chciał zaakceptować, Podporządkować się również próbował, Nie dał rady, mimo chęci. Plecak pełen radości porzucić musiał, Balastem okazał się zbyt dużym, Jego ciężar go przytłaczał, Dalej zagubiony, dalej z pustymi rękoma, Głowa spuszczona w dół Nie wiedział co począć miał. Liczne porażki go nie wzmocniły, W cieniu wolał się ukryć, W jego głowie mu bezpieczniej, Nie chciał patrzeć na te twarze, Podejrzliwe i pełne nienawiści, Jak dziwaka go traktują, Jak od siebie gorszego. Chłopiec poddał się, Za dużo po drodze stracił, Nie dał rady iść dalej, Wyrwać się z tego świata, Ani mu jakoś pomóc, Nie dał rady go zrozumieć, Czy też odpowiedzi znaleźć, Na nurtujące go pytanie: "Czy mogę być tu sobą?"
  16. Uratować rodziców swoich chciałem, Nie udało mi się, porażkę poniosłem, Dzięki zdolnościom które posiadam, Powinienem zmienić los, pomóc tym, których kocham, A jedynie śmierć przyniosłem, Tak bardzo żałuję, że na mordercę finalnie wyrosłem... ***** Rodzice zawsze mówili mi, jak bardzo wyjątkowy jestem, Nigdy im nie wierzyłem, zwyczajnym byłem dzieckiem. Jak każdy uczyłem się, miałem swoje zainteresowania, Nie czułem bym się wyróżniał, aż do pewnego dnia, Lat wtedy skończyłem szesnaście, Wtedy bowiem miało miejsce nieprzyjemne zajście. Zchodziłem ze schodów, chcąc się udać do szatni, Ciasno było, czułem się jak w matni, Każdy się przepychał, byli jak dzikusy, A najgorzej mieli tacy jak ja, czyli konusy, No ale cóż, finalnie na dół zszedłem, Szybka akcja, kurtkę ubrałem, plecak na plecy zarzuciłem i wyszedłem. Kolejnym zadaniem było dostać się na górę, Tym razem zaczekałem jednak na swoją turę, Pusto na schodach, "no to w drogę" - pomyślałem, I to tu niemal doszło do tragedii - szkoda, że wtedy tego nie wiedziałem, Ktoś na mnie wbiegł, spadłem, bo straciłem równowagę, Sprawca uciekł, a ja - mocno walnąłem głową o podłogę. ***** Odzyskałem po jakimś czasie przytomność, Ale coś było nie tak, jakby szwankowała mi świadomość, Miejsce w którym byłem, wyróżniało się, Pierwsze co mi przyszło na myśl to to, czy umarłem, czy może śnię, Obiekty dookoła mnie latały, I zabrzmi to głupio, ale jakby... Wokół mnie orbitowały. Stałem jak wryty, podziwiając krajobraz, Ciężko było wychwycić wszystkie te szczegóły naraz, Toć to wylądowałem w jakimś filmie sci-fi, Albo jest to jakiegoś rodzaju raj, W głowie taki straszny mętlik miałem, "Wszystko będzie dobrze" - sobie cały czas powtarzałem. Nie wiedziałem już co zrobić, byłem trochę zmieszany - czułem się dziwnie, Czas płynął w tym miejscu jakoś nienaturalnie, Odnosiłem wrażenie jakby każda sekunda trwała z godzinę, Jak nie dłużej w sumie, jakbym się władował w czasową minę, Z każdym krokiem jaki robiłem, było chyba gorzej, Aż zdałem sobie sprawę, że nie mogłem już zawrócić, więc po prostu szedłem dalej. Na horyzoncie dostrzegłem lustro wolno stojące, Wokół nie było niczego, co było dosyć zadziwiające, Zatrzymałem się tuż przed nim, jakby za sprawą niewidzialnej siły, Przyjrzałem się jemu - było ładne - kamienie szlachetne go zdobiły, Tylko, co ciekawe, nic się od niego nie odbijało, Ani ja, ani cokolwiek innego, co mnie mocno zszokowało. Usłyszałem jakiś głos, z nikąd pochodzący, Był niski, surowy, osądzający, Ciarki mi po plecach przeszły, Emocje jak nigdy dotąd na wyższy poziom weszły, Nie dość, że się bałem, to zacząłem w dodatku płakać, Kazał mi podejść do lustra, chciał coś mi pokazać. Tak też zrobiłem, podszedłem bliżej, Aura tego przedmiotu sprawiła, że się poczułem znacznie lżej, Ze środka jakieś światło się wydobywało, Które mnie mocno oślepiało, Nagle poczułem w potylicę uderzenie, Straciwszy równowagę wpadłem do środka lustra, zmieniając znów otoczenie. ****** "O mój Boże, ja latam!" - wtedy pomyślałem, Nie było pode mną jakiegokolwiek gruntu, po prostu w powietrzu wisiałem, Byłem w środku tunelu czasoprzestrzennego, I nie ukrywam, nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak pięknego, No i znowu były te wszystkie latające skały, Tym razem jakoś inaczej się zachowywały... Wyciągnąłem rękę, żeby jednej z nich dotknąć, Nie zdążyłem nawet dłoni zbliżyć, a udało mi się ją popchnąć, To było dziwne, ale wtedy się tym nie martwiłem, Mózg wyłączyłem i się jak dziecko bawiłem, Udało mi się nawet kilka nowych trików nauczyć, "Gdyby tylko rodzice mogli mnie teraz zobaczyć..." Usłyszałem ponownie ten tajemniczy głos, Tym razem był spokojny, ale mimo to dalej jerzył mi się włos, Opanowałem moc, która uśpiona była we mnie, Nie dowierzałem temu co mówił, toć to brzmiało zbyt obłędnie, "Po co mi ten dar skoro ja wciąż tu tkwię?" - spytałem, Wkrótce potem, odpowiedź na moje pytanie uzyskałem... ***** Odzyskałem ponownie przytomność, tym razem byłem w swoim świecie, Głowa mnie bolała jak nie wiem, Leżałem w swoim łóżku, co mnie zdziwiło, Wstać powoli próbowałem, ale nie dałem rady, za bardzo mnie mdliło, Rozejrzałem się dookoła, wyglądało jakby wichura tędy przeszła, Na podłodze leżały: ciuchy, telewizor, półki, a nawet krzesła. Zawołałem swoich rodziców, z całych sił krzyczałem Nic, głucha cisza, raz jeszcze spróbowałem, Ponownie nic, żadnej odpowiedzi, Zastanawiałem się o co kurdę chodzi, Usłyszałem za drzwiami kroki, które nagle przyspieszyły, Dreszcze całe moje ciało wtedy przeszyły. Ktoś raptownie otworzył drzwi, To był Konrad - mój przyjaciel bliski, Przez chwilę stał jak osłupiały, Nie dowierzał, że mi oczy się jednak otwarły, Podszedł do mnie z uśmiechem na twarzy i przytulił, Powtarzał jak się cieszy, że jednak żyję i po chwili mnie puścił. Podniósł jedno z leżących krzeseł i usiadł na nim, Spytałem co tu się stało, kiedy odpowiedział byłem w szoku wielkim, Cały ten bałagan to ja zrobiłem, W jego oczach iskrę podekscytowania dostrzegłem, Kiedy leżałem nieprzytomny, wszystko wokół dosłownie latało, Moi rodzice nawet oberwali, jakby tego było mało... Spróbowałem po raz kolejny wstać, Konrad mnie powstrzymał, powiedział, że mam się nie ruszać, Miał rację, omal nie zwymiotowałem, Tak bardzo swoich rodziców zobaczyć chciałem, Uspokajał mnie, że nic im nie jest - akurat gdzieś wyszli, Po około pięciu minutach, do domu wrócili i do mojego pokoju przyszli... Powiedzieli, że tydzień byłem nieprzytomny, I byli pod wielkim wrażeniem, do czego jestem teraz zdolny, Ja byłem szczęśliwy, że ich mocno nie skrzywdziłem, Na prawdę się ogromnie cieszyłem, Chcieli bym się nauczył nad nowymi mocami panować, I jak się w kryzysowych sytuacjach zachować... ***** Minęło sześć miesięcy od tamtych wydarzeń, Musiałem niestety dokonać wielu wyrzeczeń, Żeby móc w miarę spokojnie żyć, Chowam swoją twarz za maską - wiadomo - po to by tożsamość ukryć, Stałem się miejscowym bohaterem, Z niesamowitym wręcz charakterem. Nauczyłem się panować nad swoimi nowymi mocami, Potrafię za pomocą myśli poruszać różnymi przedmiotami, W skrócie - posiadam zdolności telekinetyczne, Moje życie dzięki temu stało się na prawdę fantastyczne, Współpracuję teraz z policją, strażą, pogotowiem ratunkowym, I stałem się ich wsparciem nieocenionym. ***** W końcu nadszedł weekend, mogę kolejny trening rozpocząć, A po dwóch godzinach organizm mój musi odpocząć, Choć zabrzmi to śmiesznie, To fizyczne najbardziej odczuwam zmęczenie, Trenuję dzisiaj z tatą, będzie do mnie z pistoletu strzelać, A ja mam za pomocą myśli wszystkie kule zatrzymać. Ale zanim to, chcę pójść do sklepu, Żeby nie na pusty żołądek robić "występu", Wychodzę zatem z domu, biorę ze sobą torbę, No i jak ja to lubię zawsze mówić - "no to w drogę!", Mam ochotę na chipsy, colę i coś słodkiego, Typowe przekąski nastolatka przeciętnego. ***** Idąc wolnym krokiem doszedłem na skrzyżowanie, Wydaje się być w miarę spokojnie, Ptaki sobie śpiewają, słońce ładnie świeci, Aż do życia pojawiają się chęci, Dobrze jest sobie głowę czasami przewietrzyć, I dłużej na świeżym powietrzu pobyć. Osiedlowy jest już w moim polu widzenia, Nagle ktoś wybiegł z niego bez ostrzeżenia, Ekspedientka krzyczy - "złodziej, niech ktoś go zatrzyma!", To był dla mnie sygnał - schowam się w zaułku, przebiorę i się zacznie zadyma, Będąc szczerym, zawsze o tym marzyłem, Jak z komiksów zostać bohaterem... Kostium zakładam w ekspresowym tempie, Jest luźny, więc bez problemu przebiorę się wszędzie, Mam ze sobą też deskę skateboardową, Dzięki czemu wyglądam jeszcze bardziej odjazdowo, No, ale dobra, dość już zbędnego gadania, Mam w końcu przestępcę do złapania! ***** Wściekłem się, skubaniec mi zwiał, Od dobrego kwadransu go szukam - sprytny plan ucieczki miał, Wszystkie ulice i alejki przeszukałem, I jedynie Konrada na przystanku widziałem, Muszę przekazać niestety źle wieści tej ekspedientce, Że nie udało mi się łupu oddać w jej ręce. ***** Godzina osiemnasta właśnie wybiła, Dzisiejsza sytuacja cały czas mi w głowie tkwiła, Wyjątkowo słabo trening mi poszedł przez to, Czuję się jakbym upadł na samo dno, Nie mogę o tym zapomnieć, Ani nawet sobie w twarz spojrzeć... Mama mi mój ulubiony sernik z czekoladą przygotowała, Doceniam to, że mnie pocieszyć chciała, Ale no kurczę, ogromne wyrzuty sumienia miałem, Ni to pić, ni to jeść ja nie chciałem, Rozrysowałem sobie plan miasta i wszystkie możliwe drogi ucieczki, I według mnie, złodziej żeby mi umknąć musiałby być mega szybki... Eureka! Że też wcześniej o tym nie pomyślałem, Kanały - musiał tam na pewno zejść, a ich nie przeszukałem, Tylko no właśnie, są one rozległe, mógł wyjść wszędzie, Odnalezienie go, cóż, toć to misja ciężka będzie, Ale się nie poddam, jakiś trop znajdę, I może w końcu przestanę się postrzegać jako niedorajdę... ***** Kurdę, ktoś na komórkę do mnie dzwoni, Zostawiłem ją u siebie - chwilę się tylko skupię i już leci w kierunku mojej dłoni, Oho, to mój znajomy ze straży pożarnej, Dobra, odbieram - ugh, wrzasnął do mojego ucha jak nigdy wcześniej, Kamienica się pali, w środku zostali jacyś ludzie, Mam się zjawić jak najszybciej, nim ona z dymem pójdzie. Nie mam czasu do stracenia, więc strój szybko zakładam i lecę, Wybijam się z chodnika i wskakuję na moją deskę, Do centrum miasta pięć kilometrów mam, Bez szwanku dostanę się tam, Prędkość dobrą obrałem, kierunek z resztą też, Korki mi nie straszne, gdyż nad nimi sobie śmigam tak jak pewien znany nietoperz. ***** Jasny gwint, nie wygląda to dobrze, Cały budynek trawi ogień, mój Boże, Strażacy na mój widok zaczęli do mnie machać, Obniżę lot i podlecę do nich, chyba chcą mi coś przekazać, Jeden z nich krzyknął, że mam się dostać na ostatnie piętro, nim dojdzie do tragedii, Nie mam czasu obmyśleć już porządnej strategii... Dlatego też będę musiał improwizować, Stresuję się jak diabli, ale muszę wziąć się w garść i za robotę zabrać, Uniosę się szybko do góry i zobaczymy co dalej, A im wyżej jestem, tym robi się chyba cieplej, Słyszę już jakieś głuche wołanie z oddali, Mam ogromną nadzieję, że wszyscy się dobrze schowali... Wszystko jest zawalone, nie mam nawet jak wejść, Jednym ruchem ręki przesuwam wszystko, teraz mogę swobodnie przejść, Wlatuję do środka, krzyki stały się wyraźniejsze, "Gdzie oni są?" - jest to pytanie najważniejsze, Fale dźwiękowe się dziwnie tu rozchodziły, Przez to wydaje się, jakby wołania z każdej strony dochodziły. Szukam ich i szukam, nikogo tu nie ma, Czuję jakby miała znowu wyjść z tego sytuacja haniebna, Przecież do jasnej... wszystko się zaraz zawali, Gdzieście wy się wszyscy schowali? Filtr w masce za długo już nie wytrzyma, A jak nie zdążę, płuca się zapadną, a serce zatrzyma... Już do naprawdę desperackich ruchów się posunąłem, Wziąłem kilka szafek przesunąłem, A za nimi... leżą magnetofony, Nie no, teraz to ja jestem serio wkurzony, Ale nic to, zabiorę ze sobą je, I stąd czmycham, nim coś mi się stanie. ***** Udało mi się jakoś wylądować, Ale ciężko było całą tą złość opanować, Po chwili podeszła do mnie policja, pytając co się stało, Powiedziałem im, co tak na prawdę tam się odpierniczało, Dałem również te magnetofony, żeby je mogli przeanalizować, A gdy się dowiedzą czegoś więcej, mają mnie o tym poinformować. Postanowiłem przeszukanie kanałów na dzisiaj odpuścić, Jedynie czego chcę to do domu wrócić, Udzieliłem jeszcze paru wywiadów, Oraz uspokoiłem zaniepokojonych sąsiadów, Którzy myśleli, że ktoś mógł w kamienicy być, A to podpucha, ktoś chciał się mnie pozbyć... ***** Jeszcze trochę i będę u siebie, Z rodzicami będę musiał omówić pewne kwestie, Staram się z nimi zawsze na każdy temat rozmawiać, A po dzisiejszym dniu, zaczynam się o swoje życie obawiać, Sytuacja u mnie się tak mocno skomplikowała, Że przez to wszystko głowa mnie rozbolała. W końcu na miejscu, drzwi od razu zatrzasnąłem, Kostium cały z siebie ściągnąłem, Spocony jestem jak świnia, Przydałby się teraz zimny prysznic, oraz coś dobrego do picia, I w końcu też ten sernik zjem, Jak o siebie nie zadbam, to z wycieńczenia padnę całkiem. Spokojnie coś jest wyjątkowo, Rodzice gdzieś wyszli? Zgaduję, że chwilowo, Po wejściu do kuchni moje nozdrza zaatakował specyficzny smród, To perfumy Konrada - na samą jego myśl przeszył mnie chłód, Wszystko tutaj jest porozrzucane, "Boże... porwał ich... muszę ich uratować, nim będą mieli bardziej przerąbane..." Odkąd dowiedział się, że posiadam moce, Zrobił się zazdrosny, z czasem zawistny - stało się to przerażające, Staram się o nim myśleć sporadycznie, Lecz zawsze, gdy go mijam, czuję się wręcz idiotycznie, Nie dlatego, że mu nie pomogłem, Tylko dlatego, że go chyba jako przyjaciel zawiodłem... ***** Pierwsze co, to polecę do domu Konrada, W głowie mam tylko: "niech no ja dorwę tego dziada", Wszechobecny stres nie daje mi spokoju, "Dlaczego ty mi to robisz ty przebrzydły gnoju!", Ciężko mi jest nie myśleć negatywnie, Zwłaszcza, kiedy może im coś zrobić definitywnie... ***** Dotarłem na jego posesję szybciej niż myślałem, W kierunku drzwi poszedłem i dzięki moim mocom je z zawiasów wyrwałem, A w środku co? Nic - nikt tu już od dawna nie mieszka, Każdy mebel pokryty białym prześcieradłem... "Cholera ciężka", Zaczynam się cały ze strachu trząść, Muszę szukać dalej, nie mam czasu teraz usiąść... Już chyba wiem gdzie szukać! Kanały - tam musi się na pewno ukrywać, Podbiegam do włazu, Otwieram go od razu, I wskakuję do środka, licząc, że tu go znajdę, Są strasznie rozległe, mam nadzieję, że się szybko jakoś odnajdę. ***** Zgubiłem się - totalnie racji nie miałem, Poczułem taką niemoc, że aż się popłakałem, Nie ma go tu przecież, a rodzice pewnie już nie żyją, Przyjście tutaj było jednak złą decyzją... Mimo tego, jeszcze w jedno miejsce zajrzeć chcę, Skoro tu jestem, to głupio byłoby wycofać się. Im głębiej się zapuszczam, tym większy słyszę hałas, Chyba jestem blisko; w głowie już sobie powtarzam: "zaraz uratuję was!"... W zawrotnym tempie doleciałem do kryjówki jego, Tylko, że nikogo tu nie ma, ani też niczego, Nie rozumiem, to skąd te dźwięki dochodzą? Czy może jednak moje komórki mózgowe już zawodzą? Dobra, raz jeszcze skupić się spróbuję, Za dużo mam w sobie emocji, przez nie się fatalnie czuję, Zamknąłem oczy, uspokoiłem oddech, Wdech - wydech - wdech - wydech - głęboki wdech... Im bliżej jednej z ścian jestem, tym szmery wydają się wyraźniejsze, Macając ją czuję, jak niektóre cegły są luźniejsze. Na pięcie się odwracam i kawałek odsuwam, Machnięciem ręki przeszkodę całkowicie usuwam... Tajne przejście! Na deskę wskakuję i czym prędzej dalej lecę, Jest tu tak ciemno, że przydałaby się zapalić latarkę albo świecę, Ale jakoś sobie poradzę, za źródłem - teraz uderzeń - podążać będę, "Nie martwcie się, z odsieczą za chwilę przybędę!" ***** "Już jestem!" - widok związanych rodziców zmroził mi krew w żyłach... Mama z oddali krzyknęła: "uważaj" - kiedy to ona w jakiś pusty punkt za mną patrzyła, Po chwili usłyszałem strzał, patrzę na swoją klatkę piersiową - krew mi leci... O szlag, nie jest dobrze, w głowie się już kręci, Nogi posłuszeństwa odmówiły i czuję jak upadam, "Pożałujesz, że przyszedłeś" - kolejne strzały padły z broni Konrada... ***** "Ż... żyję? Jakim cudem?" No chyba, że... "Obym się mylił, obym się mylił...", podnoszę głowę, i... "O Boże..." "Mamo! Tato!" - próbuję wstać, choć jest ciężko, Za dużo krwi straciłem, nie mam siły, czuję jak szaleje mi tętno, Nie wierzę, że to zrobił... Ja... Mam tego dość! Czuję jak opanowuje mnie ogromna złość. Konrad... On wymierzył swoją bronią w kierunku ich głów, Bez najmniejszego wahania strzelił znów, I wszystko to na moich oczach... Spojrzał się teraz na mnie i się zaśmiał, on już nie wie co to współczucie czy strach... Następny strzał we mnie chciał oddać, Przez kipiący w środku gniew udało mi się go zastopować. Kontrolować się próbuję... Nie mogę, Ścisnąłem swoją dłoń, łamiąc mu ręce i jedną nogę, Powoli unoszę się nad ziemię, mój oddech jest niesamowicie przyspieszony, "Nie zasługujesz na tę moc! To ja powinienem być niezwyciężony!", Ta złość.... Jest jej za dużo, dochodzę do momentu, w którym zatracam się, Cały nabuzowany, nawet nie wiedziałem, kiedy powiedziałem: "zabiję cię"... ***** Ocknąłem się wreszcie, mam mroczki przed oczami, Coś we mnie pękło, zalałem się łzami, Moja klatka... Krew przestała lecieć, a rana całkowicie zniknęła, Po chwili jakaś substancja w moje nozdrza głęboko wniknęła, To był kurz... Mnóstwo tu tego, Obawiam się, że zrobiłem coś porypanego. Wszędzie dookoła leżą cegły oraz gruz, Co ja zrobiłem... Jezus... Nie mam za dużo energii, ale postaram się drogę udrożnić... Udało się! Trochę niepotrzebnie swoją siłę staram się sobie udowodnić, Teraz tylko... Ehh, się do końca tunelu doczłapać, Będzie ciężko, ale chcę bardzo spróbować się w tej sytuacji połapać. ***** To na prawdę byłem ja? - Tyle zniszczenia, Jakim cudem ja na to pozwoliłem, widok wręcz nie do zniesienia, Od porozrzucanych kończyn, Po zawaleniu całego pomieszczenia - wszystko to był mój czyn, Nie mogłem powstrzymać znowu łez, co ja najlepszego zrobiłem, Ja... Jak do takiego czegoś dopuściłem? Jestem skończony - stałem się wrogiem publicznym numer jeden, Na dożywocie siedzieć pójdę, albo mnie uśmiercą, nie wiem, Zasłużyłem sobie na taki los, Całemu społeczeństwu zadałem haniebny cios, A ukrycie się nawet nie wchodzi w grę, Uwierzcie mi, najbardziej to ja umrzeć teraz chcę... Koniec. Jest to jak dotad najdluzsza historia, którą napisałem, ponad 3 miesiące pisałem, dla tych, którzy zechcą ją przeczytać życzę miłej lektury
  17. Uratować rodziców swoich chciałem, Nie udało mi się, porażkę poniosłem, Dzięki zdolnościom które posiadam, Powinienem zmienić los, pomóc tym, których kocham, A jedynie śmierć dookoła przyniosłem, Tak bardzo żałuję, że na mordercę finalnie wyrosłem... ****** Rodzice zawsze mówili mi, jak bardzo wyjątkowy jestem, Nigdy im nie wierzyłem, zwyczajnym byłem dzieckiem. Jak każdy uczyłem się, miałem swoje zainteresowania, Nie czułem bym się wyróżniał, aż do pewnego dnia, Lat wtedy skończyłem szesnaście, Wtedy bowiem miało miejsce nieprzyjemne zajście. Zchodziłem ze schodów, chcąc się udać do szatni, Ciasno było, czułem się jak w matni, Każdy się przepychał, byli jak dzikusy, A najgorzej mieli tacy jak ja, czyli konusy, No ale cóż, finalnie na dół zszedłem, Szybka akcja, kurtkę ubrałem, plecak na plecy zarzuciłem i wyszedłem. Kolejnym zadaniem było dostać się na górę, Tym razem zaczekałem jednak na swoją turę, Pusto na schodach, "no to w drogę" - pomyślałem, I to tu niemal doszło do tragedii - szkoda, że wtedy tego nie wiedziałem, Ktoś na mnie wbiegł, spadłem, bo straciłem równowagę, Sprawca uciekł, a ja - mocno walnąłem głową o podłogę. ****** Odzyskałem po jakimś czasie przytomność, Ale coś było nie tak, jakby szwankowała mi świadomość, Miejsce w którym byłem, wyróżniało się, Pierwsze co mi przyszło na myśl to to, czy umarłem, czy może śnię, Obiekty dookoła mnie się unosiły, I zabrzmi to głupio, ale jakby... Wokół mnie orbitowały. Stałem jak wryty, podziwiając krajobraz, Ciężko było wychwycić wszystkie te szczegóły naraz, Toć to wylądowałem w jakimś filmie sci-fi, Albo jest to jakiegoś rodzaju raj, W głowie taki straszny mętlik miałem, "Wszystko będzie dobrze" - sobie cały czas powtarzałem. Nie wiedziałem już co zrobić, byłem trochę zmieszany - czułem się dziwnie, Czas płynął w tym miejscu jakoś nienaturalnie, Odnosiłem wrażenie jakby każda sekunda trwała z godzinę, Jak nie dłużej w sumie, jakbym się władował w czasową minę, Z każdym krokiem jaki robiłem, było chyba gorzej, Aż zdałem sobie sprawę, że nie mogłem już zawrócić, więc po prostu szedłem dalej. Na horyzoncie dostrzegłem lustro wolno stojące, Wokół nie było niczego, co było dosyć zadziwiające, Zatrzymałem się tuż przed nim, jakby za sprawą niewidzialnej siły, Przyjrzałem się jemu - było ładne - kamienie szlachetne go zdobiły, Tylko, co ciekawe, nic się od niego nie odbijało, Ani ja, ani cokolwiek innego, co mnie mocno zaciekawiło. Usłyszałem jakiś głos, z nikąd pochodzący, Był niski, surowy, osądzający, Ciarki mi po plecach przeszły, Emocje jak nigdy dotąd na wyższy poziom weszły, Nie dość, że się bałem, to zacząłem w dodatku płakać, Kazał mi podejść do lustra, chciał coś mi pokazać. Tak też zrobiłem, podszedłem bliżej, Aura tego przedmiotu sprawiła, że się poczułem znacznie lżej, Ze środka wydobywało się jakieś światło, Które mnie mocno oślepiało, Nagle poczułem w potylicę uderzenie, Straciwszy równowagę wpadłem do środka lustra, zmieniając znów otoczenie. ****** "O mój Boże, ja latam!" - wtedy pomyślałem, Nie było pode mną jakiegokolwiek gruntu, po prostu się w powietrzu unosiłem, Byłem w środku tunelu czasoprzestrzennego, I nie ukrywam, nigdy w życiu nie widziałem czegoś tak pięknego, No i znowu były te wszystkie latające skały, Tym razem jakoś inaczej się zachowywały... Wyciągnąłem rękę, żeby jednej z nich dotknąć, Nie zdążyłem nawet dłoni zbliżyć, a udało mi się ją popchnąć, To było dziwne, ale wtedy się tym nie przejmowałem, Wyłączyłem mózg i się dalej bawiłem, Udało mi się nawet kilka nowych trików nauczyć, "Gdyby tylko rodzice mogli mnie teraz zobaczyć..." Usłyszałem ten tajemniczy głos ponownie, Tym razem był spokojny, powiedział coś o ukończonej próbie, Opanowałem moc, która uśpiona była we mnie, Nie dowierzałem temu co mówił, toć to brzmiało zbyt obłędnie, "Po co mi ten dar skoro ja wciąż tu tkwię?" - spytałem, Wkrótce potem, odpowiedź na moje pytanie uzyskałem... ******* Odzyskałem ponownie przytomność, tym razem byłem w swoim świecie, Głowa mnie bolała jak nie wiem, Leżałem w swoim łóżku, co mnie zdziwiło, Wstać powoli próbowałem, ale nie dałem rady, za bardzo mnie mdliło, Rozejrzałem się dookoła, wyglądało jakby wichura tędy przeszła, Na podłodze leżały: ciuchy, telewizor, półki, a nawet krzesła. Zawołałem swoich rodziców, z całych sił krzyczałem Nic, głucha cisza, raz jeszcze spróbowałem, Ponownie nic, żadnej odpowiedzi, Zastanawiałem się o co kurdę chodzi, Usłyszałem za drzwiami kroki, które nagle przyspieszyły, Dreszcze całe moje ciało wtedy przeszyły. Ktoś raptownie otworzył drzwi, To był Konrad - mój przyjaciel bliski, Przez chwilę stał jak osłupiały, Nie dowierzał, że mi oczy się jednak otwarły, Podszedł do mnie z uśmiechem na twarzy i przytulił, Powtarzał jak się cieszy, że jednak żyję i po chwili mnie puścił. Podniósł jedno z leżących krzeseł i usiadł na nim, Spytałem co tu się stało, kiedy odpowiedział byłem w szoku wielkim, Cały ten bałagan to ja zrobiłem, W jego oczach iskrę podekscytowania dostrzegłem, Kiedy leżałem nieprzytomny, wszystko wokół dosłownie latało, Moi rodzice nawet oberwali, jakby tego było mało... Spróbowałem po raz kolejny wstać, Konrad mnie powstrzymał, powiedział, że mam się nie ruszać, Miał rację, omal nie zwymiotowałem, Tak bardzo swoich rodziców zobaczyć chciałem, Uspokajał mnie, że nic im nie jest - akurat gdzieś wyszli, Po około pięciu minutach faktycznie, do domu wrócili i do mojego pokoju przyszli... Powiedzieli, że tydzień byłem nieprzytomny, I byli pod wielkim wrażeniem, do czego jestem teraz zdolny, A ja byłem szczęśliwy, że ich mocno nie skrzywdziłem, Dosłownie wielkiego banana na twarzy miałem, Chcieli bym się od teraz nauczył nad nowymi mocami panować, I jak się w kryzysowych sytuacjach zachować... ******** Minęło sześć miesięcy od tamtych wydarzeń, Musiałem niestety dokonać wielu wyrzeczeń, Żeby móc w miarę spokojnie żyć, Chowam swoją twarz za maską - wiadomo - po to by tożsamość ukryć, Stałem się miejscowym bohaterem, Z zabawnym wręcz charakterem. Nauczyłem się panować nad swoimi nowymi mocami, Potrafię za pomocą myśli poruszać różnymi przedmiotami, W skrócie - posiadam zdolności telekinetyczne, Moje życie dzięki temu stało się na prawdę fantastyczne, Współpracuję teraz z policją, strażą, pogotowiem ratunkowym, I stałem się ich wsparciem zaufanym. ******* W końcu nadszedł weekend, mogę kolejny trening rozpocząć, A po dwóch godzinach organizm mój musi odpocząć, Choć zabrzmi to śmiesznie, To fizyczne najbardziej odczuwam zmęczenie, Trenuję dzisiaj z tatą, będzie do mnie z pistoletu strzelać, A ja mam za pomocą myśli wszystkie kule zatrzymać. Ale zanim to, chcę pójść do sklepu, Żeby nie na pusty żołądek robić "występu", Wychodzę zatem z domu, biorę ze sobą torbę, No i jak ja to lubię zawsze mówić - "no to w drogę!", Mam ochotę na chipsy, colę i coś słodkiego, Typowe przekąski nastolatka przeciętnego. ******** Idąc wolnym krokiem doszedłem na skrzyżowanie, Wydaje się być w miarę spokojnie, Ptaki sobie śpiewają, słońce ładnie świeci, Aż do życia pojawiają się chęci, Dobrze jest sobie głowę czasami przewietrzyć, I dłużej na świeżym powietrzu pobyć. Osiedlowy jest już w moim polu widzenia, Nagle ktoś wybiegł z niego bez ostrzeżenia, Ekspedientka krzyczy - "złodziej, niech ktoś go zatrzyma!", To był dla mnie sygnał - schowam się w zaułku, przebiorę i się zacznie zadyma, Będąc szczerym, zawsze o tym marzyłem, Jak z komiksów zostać superbohaterem... Kostium zakładam w ekspresowym tempie, Jest luźny, więc bez problemu przebiorę się wszędzie, Mam ze sobą też deskę skateboardową, Dzięki czemu wyglądam jeszcze bardziej odjazdowo, No, ale dobra, dość już zbędnego gadania, Mam w końcu przestępcę do złapania! ********* Wściekłem się, skubaniec mi zwiał, Od dobrego kwadransu go szukam - sprytny plan ucieczki miał, Wszystkie ulice i alejki przeszukałem, I jedynie Konrada na przystanku widziałem, Muszę przekazać niestety źle wieści tej ekspedientce, Że nie udało mi się łupu oddać w jej ręce. ******** Godzina osiemnasta właśnie wybiła, Dzisiejsza sytuacja cały czas mi w głowie tkwiła, Wyjątkowo słabo trening mi poszedł przez to, Czuję się jakbym upadł na samo dno, Nie mogę o tym zapomnieć, Ani nawet sobie w twarz spojrzeć... Mama mi mój ulubiony sernik z czekoladą przygotowała, Doceniam to, że mnie pocieszyć chciała, Ale no kurczę, ogromne wyrzuty sumienia miałem, Ni to pić, ni to jeść ja nie chciałem, Rozrysowałem sobie plan miasta i wszystkie możliwe drogi ucieczki, I według moich obserwacji, złodziej żeby mi umknąć musiałby być turboszybki... Eureka! Że też wcześniej o tym nie pomyślałem, Kanały - musiał tam na pewno zejść, a ich nie przeszukałem, Tylko no właśnie, są one rozległe, mógł wyjść wszędzie, Odnalezienie go, cóż, toć to misja ciężka będzie, Ale się nie poddam, jakiś trop znajdę, I może w końcu przestanę się postrzegać jako niedorajdę... ******** A więc słuchajcie, wstawiam to jeszcze przed skończeniem tego byście ocenili, czy fabularnie wygląda to w miarę dobrze i czy budowa też jest w porządku. Piszę to od ponad miesiąca i jestem z tego dumny, natomiast chciałbym jednak mimo to się doradzić czy dobrze mi idzie :) historia ta powoli doniega ku końcowi
  18. Istnieje pewna przeklęta broń... Dzięki której każdego przeciwnika powalisz, Lecz ze swoimi demonami polegniesz, Nadzwyczajną przewagę sobie zapewnisz, Lecz na samotność skazany będziesz. Dzierżą ją najbystrzejsi, Głupcy do niej dostępu nie mają, Ani też żołdacy najzwyklejsi, Czy też ci, co się luksusem obławiają. Wielu osób zostało zapamiętanych, Ich nazwiska są nam doskonale znane, Żądzą sukcesów za życia opętanych, Osiągnęli coś, czego niektórym nie będzie dane. Byli mistrzami w swoich dziedzinach, I choć ich śmierć echem się nie rozeszła Na zawsze będziemy pamiętać o ich wyczynach, Bo dzięki nim historia ludzkości na wyższy poziom weszła. Z ręki do ręki broń ta przechodziła, Dzieliła oraz łączyła pokolenia, Zagładę ludzkości ona przynosiła, Miała ona różne wcielenia. Historię ludzkości ona wielokrotnie zmieniła, Nowe zasady za jej pomocą ustalono, Całe dnie i noce właścicieli gnębiła, Jakby ich czymś poważnym zarażono. Nikt jej na oczy nie widział, Jej geneza do zrozumienia jest ciężka, Po prostu istnieje, każdy tylko korzystał, A potem jak wiadomo, czekała ich klęska.
  19. Pewne sprawy zaszły za daleko, Cofnąć czas tak bardzo bym chciał, Lecz pozostało mi się zmierzyć z demonami, Z którymi sobie nie radzę wcale. Wstaję wciąż z ciężką głową, Myślę, co poszło nie tak, Dlaczego do tego doszło I tak w kółko to samo, Aż do końca zasranego dnia. Pewne sprawy zaszły za daleko, Żałuję ich z całego serca, Nie potrafię tego naprawić, Choćbym nie wiadomo jak się starał, Będę musiał już z tym żyć. Tak łatwo coś jest zjebać, Człowieka drugiego tak bardzo skrzywdzić, Złamać i podeptać serce jego, Głupi byłem, a teraz sam się przekonałem, Jakie to jest uczucie. Pewne sprawy zaszły za daleko, I chyba dłużej tego nie dźwignę, Jakież to wszystko jest przewrotne, No, ale cóż mogę powiedzieć, W końcu sam sobie taki los zgotowałem...
  20. Czasami życia mam dość Skończyć to, najłatwiej by było Rzucić się w przepaść bez konsekwencji Z uśmiechem na twarzy móc umrzeć Coś mnie jednak powstrzymuje... Niebiosa wzywają mnie w snach Łzy w oczach mi się pojawiają Raj od tak dawna upragniony Niemal na wyciągnięcie ręki Lecz bariera nie pozwala mi się przebić Coś mnie powstrzymuje... Anielski śpiew rozbrzmiewa w moich uszach Taki piękny, taki czysty Dlaczego ja to słyszę? Czemu nie mogę do nich dołączyć? Tak wiele pytań, tak mało odpowiedzi Za każdym razem, kiedy próbuje się wsłuchać w melodię Coś mnie powstrzymuje... Przyjaciele czekają na mnie Czekają z utęsknieniem Tak bardzo dołączyć do nich bym chciał Samotność mnie już męczy I zawsze kiedy chcę zrobić ten ostateczny krok Coś mnie powstrzymuje... Życie znaki ewidentne mi daje Każe wkroczyć na ścieżkę przeznaczenia A ja wciąż zrobić tego nie mogę Ogromny ból mi to sprawia Mimo iż tak bardzo się staram Do tej pory się zastanawiam Co mnie powstrzymuje?
  21. Myślałem, że życie chce mi powiedzieć jedno Lecz się pomyliłem, gdy trafiłem w samo sedno Potencjał swój pełny odkryłem Spodobał mi się, w końcu poczułem, że odżyłem Konsekwencje może i będą duże, Ale też i czemu miałbym się sprzeciwiać własnej naturze? W domku opuszczonym się zaszyję I kto wie, może ludzie uznają, że już nie żyję. ********* Od dzieciństwa wmawiano mi, że będę nikim Nic nie osiągnę, mimo, że zawsze miałem dobre wyniki Rodzice - durnie - codziennie alkohol pili Często mnie do czerwoności bili Wstydziłem się gdziekolwiek wyjść Gdyż rany, które miałem ciężko było zakryć. Rówieśnicy wcale lepsi nie byli, Do różnych czynów się odważyli, Nigdzie bezpiecznie się nie czułem, Dla nauczycieli byłem chyba duchem, Prośby i skargi moje zostały zignorowane, Mieli na mnie totalnie wyjebane, I co, czy jakoś na to zareagowałem? Nie - dzieckiem byłem i strasznie się wtedy bałem. Lata mijały, a ja wciąż taki sam Cichy, nielubiany, w skrócie jeden wielki chłam W świat dorosłych wdrążyć się chciałem Lecz prawdę powiedziawszy, niczego nie umiałem Praca, pomyślałem, pozwoli mi się ogarnąć Myśli złych natłok na bok zepchnąć. W warsztacie samochodowym mnie zatrudnili, Jedynie sprzątania i mycia nauczyli Dziwnych bardzo ludzi tam spotkałem Chyba to nie dla mnie - pomyślałem Szkoda jednak tak szybko było się poddać, W końcu sam chciałem dorosłe życie poznać. Z czasem, okazało się, że popełniłem błąd Mogłem uciec jak najdalej z tamtąd Wparowali ludzie w broń palną uzbrojeni Jakieś pieniądze oni bardzo chcieli Bez wahania szefa mojego zastrzelili, Resztę pracowników śmiertelnie pobili Ja ukryłem się w jednej z szafek Głupi sądziłem, że nie zajrzą do wszystkich wnęk. Moje najgorsze obawy się spełniły Wydarzyły się rzeczy, które do końca życia będą mi się śniły Drzwiczki raptownie otworzyli Wyciągnęli mnie z kryjówki, kogoś zawołali, a potem mocno w głowę uderzyli Traciłem powoli przytomność, mocno na podłogę upadłem Krew ze mnie leciała, gdyż mokro pod głową miałem... Ocknąłem się po dłuższym czasie, Nie wiedziałem, co się wydarzyło właśnie Otumaniony przez chwilę byłem Lecz w końcu do podniesienia się odważyłem. Cholernie mnie bolała głowa, Cóż, przeżyłem jako jedyny, trochę szkoda W duchu tak bardzo umrzeć bym chciał, Ale los najwyraźniej inne plany miał. Udało mi się w końcu wstać Trochę ciężko mi było równowagę złapać Rozejrzałem się dookoła siebie uważnie Nie wiedziałem, czy ten spokój mogłem traktować na poważnie Po chwili ruszyłem przed siebie Nie ukrywam, czułem się wtedy bardzo niepewnie Otworzyłem pobliskie drzwi i wszedłem do głównej hali Cisza, nikogo nie było, wszyscy już pojechali... Nie miałem pojęcia jak zareagować Tak szczerze, to chciało mi się śmiać, Widok tych wszystkich trupów Uświadomił mi ile w życiu doznałem trudów, Przecież ten jeden gość pod wpływem Dotykał mnie, kiedy po pracy się myłem A teraz leżał na ziemi martwy I tak jak cała reszta, zostanie on zapomniany. Od tego momentu inaczej się czuję, Morderstwami się strasznie lubuję, Nikomu tego nie mówiłem, W tamtym zakładzie niedobitków dobiłem, Dziwną przyjemność mi to sprawiło I to uczucie w pamięci utkwiło, Zabrzmi to wręcz niepokojąco Myślenie o tym, działa na mnie kojąco. Rodzice całe życie mnie bili, Ogromną krzywdę psychiczną mi wyrządzili, W własnym domu bezpiecznie się nie czułem Z lękami się codziennie budziłem Siniaki miałem praktycznie na całym ciele, Tego całego gówna było jeszcze wiele, Ale powiedziałem temu dość, Niech sprawiedliwości stanie się zadość! Obudziło się we mnie dzikie zwierzę, A więc, zrobiłem to, do tej pory w to nie wierzę, Matkę i ojca z zimną krwią zabiłem I szczerze powiedziawszy, lepiej się poczułem Nie do opisania jednym słowem ulgę, Problem teraz, co zrobić z ciałami, kurdę... Może to najgłupsza rzecz jaką zrobiłem Ciała w ogrodzie, pod osłoną nocy, zakopałem Jeśli ich znajdą, a na pewno to się stanie Mnie na miejscu nie będzie, ukryję się póki co w jakimś pustostanie A kiedy uda mi się na bezpieczną odległość oddalić Cóż, mam nadzieję, że uda mi się kogoś dla zabawy zabić... ********* Cieszę się, że mogłem swoje myśli gdzieś zapisać, Moje życie móc w skrócie opisać. Co przyszłość pokaże, zobaczymy Gliny będą mnie ścigać za moje czyny Ale szczerze, jebać to... Dobrze się bawiłem, a to najważniejsze, ot co! Czy kiedyś coś tu jeszcze napiszę? Nie wiem, pewnie nie, to się jeszcze okaże...
  22. Myślałem, że życie chce mi powiedzieć jedno Lecz się pomyliłem, gdy trafiłem w samo sedno Potencjał swój pełny odkryłem Spodobał mi się, w końcu poczułem, że odżyłem Konsekwencje może i będą duże, Ale też i czemu miałbym się sprzeciwiać własnej naturze? W domku opuszczonym się zaszyję I kto wie, może ludzie uznają, że już nie żyję. ********* Od dzieciństwa wmawiano mi, że będę nikim Nic nie osiągnę, mimo, że zawsze miałem dobre wyniki Rodzice - durnie - codziennie alkohol pili Często mnie do czerwoności bili Wstydziłem się gdziekolwiek wyjść Gdyż rany, które miałem ciężko było zakryć. Rówieśnicy wcale lepsi nie byli, Do różnych czynów się odważyli, Nigdzie bezpiecznie się nie czułem, Dla nauczycieli byłem chyba duchem, Prośby i skargi moje zostały zignorowane, Mieli na mnie totalnie wyjebane, I co, czy jakoś na to zareagowałem? Nie - dzieckiem byłem i strasznie się wtedy bałem. Lata mijały, a ja wciąż taki sam Cichy, nielubiany, w skrócie jeden wielki chłam W świat dorosłych wdrążyć się chciałem Lecz prawdę powiedziawszy, niczego nie umiałem Praca, pomyślałem, pozwoli mi się ogarnąć Myśli złych natłok na bok zepchnąć. W warsztacie samochodowym mnie zatrudnili, Jedynie sprzątania i mycia nauczyli Dziwnych bardzo ludzi tam spotkałem Chyba to nie dla mnie - pomyślałem Szkoda jednak tak szybko było się poddać, W końcu sam chciałem dorosłe życie poznać. Z czasem, okazało się, że popełniłem błąd Mogłem uciec jak najdalej z tamtąd Wparowali ludzie w broń palną uzbrojeni Jakieś pieniądze oni bardzo chcieli Bez wahania szefa mojego zastrzelili, Resztę pracowników śmiertelnie pobili Ja ukryłem się w jednej z szafek Głupi sądziłem, że nie zajrzą do wszystkich wnęk. Moje najgorsze obawy się spełniły Wydarzyły się rzeczy, które do końca życia będą mi się śniły Drzwiczki raptownie otworzyli Wyciągnęli mnie z kryjówki, kogoś zawołali, a potem mocno w głowę uderzyli Traciłem powoli przytomność, mocno na podłogę upadłem Krew ze mnie leciała, gdyż mokro pod głową miałem... Ocknąłem się po dłuższym czasie, Nie wiedziałem, co się wydarzyło właśnie Otumaniony przez chwilę byłem Lecz w końcu do podniesienia się odważyłem. Głowa mnie bolała jak cholera Cóż, przeżyłem jako jedyny, trochę szkoda W duchu tak bardzo umrzeć bym chciał, Ale los najwyraźniej inne plany miał. Udało mi się w końcu wstać Trochę ciężko mi było równowagę złapać Rozejrzałem się dookoła siebie uważnie Nie wiedziałem, czy ten spokój mogłem traktować na poważnie Po chwili ruszyłem przed siebie Nie ukrywam, czułem się wtedy bardzo niepewnie Otworzyłem pobliskie drzwi i wszedłem do głównej hali Cisza, nikogo nie było, wszyscy już pojechali... Nie miałem pojęcia jak zareagować Tak szczerze, to chciało mi śmiać, Widok tych wszystkich trupów Uświadomił mi ile w życiu doznałem trudów, Przecież ten jeden gość pod wpływem Dotykał mnie, kiedy po pracy się myłem A teraz leżał na ziemi martwy I tak jak cała reszta, zostanie on zapomniany. Od tego momentu inaczej się czuję, Morderstwami się strasznie lubuję, Nikomu tego nie mówiłem, W tamtym zakładzie niedobitków dobiłem, Dziwną przyjemność mi to sprawiło I to uczucie w pamięci utkwiło, Zabrzmi to wręcz niepokojąco Myślenie o tym, działa na mnie kojąco. Rodzice całe życie mnie bili, Ogromną krzywdę psychiczną mi wyrządzili, W własnym domu bezpiecznie się nie czułem Z lękami się codziennie budziłem Siniaki miałem praktycznie na całym ciele, Tego całego gówna było jeszcze wiele, Ale powiedziałem temu dość, Niech sprawiedliwości stanie się zadość! Obudziło się we mnie dzikie zwierzę, A więc, zrobiłem to, do tej pory w to nie wierzę, Matka i ojciec Ogólnie to nie jest dokończone, pytam się was - czytelników, czy póki co ma to sens co pisze, wiele mam do poprawki, coś Chce jeszcze dodać, także na matka i ojciec się to nie skończy, ale chciałbym poznać waszą opinię co o tym wstępnie sądzicie, czy składniowo ma to sens itd
  23. Wiem, jak ciężko jest żyć Będąc na samym dnie, Kiedy inni tańczą pośród gwiazd, Miejsca swojego szukasz Lecz nie tam gdzie trzeba. Wiem, jak ciężko drogę odnaleźć, Kiedy wokół nie ma światła. Mrok otacza oczy i umysł Twój, Myślisz że nie ma na to rozwiązania Lecz się poważnie mylisz. Wiem, jak ciężko jest się pozbierać, Kiedy życie tak dobija. Pod nogi kłody podstawia, Nikt pomocnej dłoni nie chce podać Lecz to się zmieni. Wiem, jak ciężko komuś zaufać, Ludzie to okropne potwory, Skrzywdziły Cię i wyśmiały, Ślad głęboki w pamięci zostawiły Lecz nie każdy taki jest. Wiem, jak ciężko jest z tym wygrać, Ciężką walkę stoczyć musisz, Smutek jest bardzo silnym przeciwnikiem, Tak łatwo nie odpuści Lecz sobie z nim poradzisz. Warto sobie pomóc, a dzięki temu Miejsce pośród gwiazd sobie zapewnisz, Z tego dołu znajdziesz wyjście, Rozświetlisz każdą najciemniejszą drogę, Wygrasz każdą brutalną bitwę.
  24. Siły tej nie powstrzymasz Doskonale o tym wiesz A wciąż jednak próbujesz Bronisz się i walczysz Tak już od długich lat... Naciera z każdej strony Ty stoisz niczym mur Lecz cegieł wciąż ubywa Aż w końcu się rozlecisz I nie będzie czego zbierać... Głupcem Cię muszę nazwać Nie słuchasz ostrzeżeń moich Wycofaj się i zrozum Daj sobie czas na przemyślenie Że tak dalej nic nie ugrasz... Prawda nieustępliwa jest Nie ugnie się przed nikim Każdego w końcu dopadnie Nawet i Ciebie Uwierz mi na słowo... Tej wojny nie wygrasz Nawet gdybyś chciał Mimo usilnych starań Tarcza na nic się już nie zda Odkąd miecz swój złamałeś...
  25. @Stary_Kredens kurczaki dużo tych błędów się znalazło, dziekuje za zwrócenie uwagi :)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...