slavu
Użytkownicy-
Postów
66 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez slavu
-
Widziano jak płynęły rzeki zgęstniałe od łez jak limfy, i deszcze parzyły jak krew. Na pal wbite krzyczały nimfy, morza tryskały szkielety mew. Widziano wieże, które dymiły, ciała jak strzępy spadały w dół. Usta bluzgały strachem i piły świst powietrza jak duszy krzyk zwęglonej na wpół. Lecz ludzie jakby nieporuszeni, tylko się ręce zamieniły w krzyż. Bóg postawił stopę na ziemi i ciszą ostygło. I ciszej niż w sen, człowiekiem wstał pył.
-
1
-
Dzień znowu w nas mija, mija w nas oddech i sen, jak lustro żywe odbija floty płonących chmur, w ziemię wdeptany tlen. Dzień znowu w nas mija, mija w nas szept i czas, jak lustro żywe odbija niebo podarte płetwami gwiazd, podarte w nas.
-
2
-
malaryczny dzień czas już odszedł w sercach cierń z łez lepiony i nieprzytomność ciszy nocnej bez granic nie przychodź tu nie ma nic
-
Co jeszcze ? powiedzieć mało, opisać ni dobrem, ni złem. Ręce w kształcie jak topory, nogi w białe zamienione pnie. Co jeszcze ? powiedzieć mało, gdy chmury na proch są starte, gdy drzewa targają wiatrem, a ptaki latają martwe. I co jeszcze ? kiedy kontury z surowego wyrzeźbione ciała ciągną się w orszak ciemny jakby z ziemi krew wylała.
-
Wlewały się deszcze jak płacz, w kosmiczne kształty miast, przez grobowe barwy burzy, przez złote cienie gwiazd. W ziemię biły planety - oczy bez powiek jak grad, przez liście spalone jesienią seplenił dziecinnie wiatr. Chmury śliskie jak kra walczyły z nurtem rzek, sypała się powietrzem, cisza po burzy jak lek. I powietrze wnet zmarło. Pękały białe diabły zimy. Na gamy żałobne twarze jak kwiaty spadły.
-
3
-
Widzę brązowe cienie drzew jak uśpione ślady olbrzyma. Słyszysz? urasta ciało w chleb, tak się w nas ziemia wrzyna. Widzę drzewa płonące żywcem wiosną, latem, jesienią, z tych drzew wyrosną trumny, te drzewa płoną ziemią. A potem na polanach zimowych wiolonczele dymu rysowane węglem, stada wron jak spalone sierpy dyndają nad śnieżnym tłem. I ogień na polach krzepnie w lód. Drzewa stygną, śpią. Słyszysz? morze brązowych róż, płoniemy jak drzewa ziemią.
-
Błękit pociemniał. Anioły pękate siały planety huczące w krąg w deszcze i grady zdrobnione. Zabierzcie mnie, zabierzcie stąd. A ludzie tworzyli z ziemi, morza i chmur jakby do nieba schody, jak spęczniałe troską ciała gór na płask rozmiażdżone w groby. I mówili: to nic, że w śmierć ubrany dziś ten świt, powietrze. Nam jeszcze słońce dusi sny i wiatr się jeszcze o nas trze. Anioły - w żałobne płomyki świec ucichły, jak ciepło drżących rąk i jak para łez ciepłych milkły. Zabierzcie mnie, zabierzcie stąd.
-
3
-
Dojrzewają w sadzie wiedźmy jak tuziny zwiędłych drzew, wysuszonych owoców paciorki wiszą jak ciała, serca, krew. Wiszą na strumieniach mgły ciągle żywe w rześkim tlenie, w rąk obwisłych białe lny trupy liści kładą drżenie. Wiszą jak niechciana kukła, łza na wargach, bólu śpiew, wiszą jak rozdarta suknia, jak materiał zszyty w grzech. Śnimy, śnimy ciężkie ćmy krzesane czaszka o czaszkę, może dolecą gdzie ludzie klękają przed Bogiem o łaskę.
-
Przecinamy noc, złotą od ulicznych świateł. To betonowe pochodnie, a może rządek pereł wdeptanych w asfalt zimno parzy nam stopy. Perły jak kobiece oczy, perły jak krwi blade kropy. Wciąż pędzimy na oślep, a stalowe świetliki hipnotycznie baraszkują na żywej źrenicy nocy. One pamiętają gwałt.
-
1
-
Nie płacz - to noc jak granatowy grad dudni mi w twarz. To czarna rana zamiast nieba zionie i tryska mleko ściętych gwiazd. Widać włochate pożary głów i kroczące ciężko szkielety snów czy mary. Nie płacz - to ja stoję jak strach; w wiatr wkołysane są ręce moje.
-
2
-
Mrok porozlepiał wokół ciszę, spadły ze ścian pejzaże trwóg, słyszę jak się dom kołysze pełny twych ust i stóp i snów. Na szybach zdechły zimowe pawie śmiercią przyjrzystą jak lód. Okna wieczorne - zapłakane, a wzrok masz ciemny jak grób. Chcę jeszcze raz źrenice twe pożreć brutalnie jak śmierci cios, wedrzeć się w ciebie i ogrzać, usnąć wśród ciepłych burz.
-
Pękają bezlitosne dni. Szczypią w oczy i gardło słone od łzy i krwi. Są twarze w zimię wkute i w asfaltu czarne rzeki, w krzyk są palce wkłute, okopcone jak groby powieki. A noce żywcem pękają. Ktoś idzie - Ty czy śmierć ubrana w człowieczą sierść ?
-
4
-
Milczenie gór jest jak krzyk miażdżonego żywcem śniegu, jak skrzepłe lodem cienie chmur, nieruchome, w martwym biegu. Milczenie gór jest jak w śmierć zamieniona mgła, jej szum, jak trzepot zszytych mrozem rąk, i wiatr rozpruty o biegun. Może kiedyś nieba spadły w ciepłe ślady bosych stóp, kamień wytrysł płaczem ziemi w kształty jak zburzony grób. Teraz puchną szare śniegi, są jak strzępy starych kłów, są jak strzaskane o szczyty skrzydła rajskich ptaków.
-
2
-
Przepaleni światłem nocy - we mnie gwiazdy, a w tobie człowiek zamieniony w sen ułożony krucho w grobie. Ona paznokciem kochała słońce, dzbanki nalała zapachem mórz. On krzyczał deszczem i palił dni jak kopy suchych róż. On ramionami wiatr unosił, dzwony piorunów biły w niego. Ona zaplotła we włosy strach, kapało jej z oczu niebo. Przepaleni światłem nocy - w tobie gwiazdy, a we mnie człowiek zamieniony w sen trumną w ziemię krzepnie.
-
1
-
Rosną w nas dzieci bezdomne, jakby snem albo krwią były, trzymają róże uciętych warg, w czerwone włosy zszyte żyły. Rosną w nas ptaki bezdomne, czarne serca - spalone gniazda, ptaki o oczach jak kosmos, jak grób albo ślepa gwiazda. Rosną w nas kwiaty bezdomne, łąki raf i podartych żagli, płaczą okręty rozbite o wydmy, i huśta się świt, i śpi, i śpi.
-
Przemieniają się dni w dymu ciężkie koce, stada ptaków uduszone w niebieskiej powłoce. Ziemia uderzona wypiętrza ołtarze, klękają, modlą się ruin ślepe twarze. W piach spalony wkopują się sny, ciche karawany trumien będą szły.
-
Te dni, które jak serca nieruchome w pierś gniotą, są tylko nocą i tęsknotą, i ziemią, która uśmierca. Te sny, które na skroni ciążą jak zakrzepy krwi, to cierń wkłuty w powieki, ból zdjętych z krzyża dłoni. A my z prochów urodzeni na kilka oddechów, na sen, na kilka nocy, na dzień, na profil cmentarnych kamieni.
-
4
-
Gdy wiatry zapłoną powietrzem czarniejszym niż dym, gdy rany zioną, a z ust poszarpanych pomadką zbrodni nie wyjdzie słowo, nie wyjdzie rym, co zrobimy ? może w nas noc jak wilk zawyje, szczenię księżyca bez rodowodu, może nagle jak krok dzień się urwie i oddech ze strachu umrze lub z głodu.
-
Rodzą się lądy, które broczą mgłą. Rodzą się morza wypełnione krwią. Nie widać nieba - skrzek żywych miast, na ziemiach srebro rozdeptanych gwiazd.
-
Wszystko, tylko głuchy zgrzyt. Zwierzę, co jak człowiek rozumne i człowiek są jak ciszy krzyk, jak ziemia rzucona na trumnę. Jakieś burze, trwogi, czyny, powstałe ze zgubionych rąk, jakieś stopy na wstęgach dróg. Wszystko, rzucone w nieba kąt.
-
3
-
Twarz przytulą drapieżniki jak mechate krople łez, skórą ziemi rosnąć - nikim. Być jak pustej muszli śpiew albo salwa zmarłym grana, w oczy zamiast dymu krew. Twarz przytulą osty słońc zeschłe w narożnikach okien, być jak szatan albo ksiądz ?
-
Poburzyły się przestrzenie, pejzaż upadł, potem wstał, niebo powleczone ziemią, chmury rozdymione w miał. Gwiazdy cięte widnokręgiem siąkły jak rtęć w ziemię, haftowany srebrem wieniec oplótł stopy, dłonie, ciemię. I we włosach usechł wiatr, morza jak otwarte oczy stały, w katakumbę dojrzał czas i białe kalie dojrzały.
-
Cisza i czas dojrzały, wysoki, gdy ziemia jak tęcze ciemne do nieba się pręży, a obłoki twardnieją jak sny kamienne. I kształty są takie napięte, kościoły to, cienie czy osoby ? I ziemia tak ma ręce gięte, by w obłokach żłobić groby. Stygną gromów białe wręgi wśród rzek wysokich. Trwoga - sterczą jak człowiecze kręgi, by z człowieka zrobić Boga. Tak się zmienia w wino woda, chleb, ryby co na krew brały, postać leży, jak jasna kłoda, taka cisza i czas dojrzały.
-
Przczyn było zbyt wiele. Chmur młode panny gniły wichrom w dłoniach. Wesele. Góry naostrzone w hostię. Tam rozerwane żyły słowa, które nie stały się ciałem. Ziemi smak - wódka stołowa i rozerwani człowiek, ziemia. Tam z nieba wisiały ulew zimne szubienice. Niemoc skroplona na łzy jak krew. Przyczyn było zbyt wiele.
-
w otwarte usta bram wiatr wlewa wyznanie miłości i przysycha do ścian tylko pot w powietrzu gdzieś błądzi jak zapach transu za uchem barmanki znów na dachu motyle usiadły jak opary z pijanego snu ona ma lodowe dłonie, i usta pełne wrzątku, on w oczach kosmos niesie i ciepłych planet sznur można zachorować od tej brutalnej różnicy temperatur
-
1