slavu
Użytkownicy-
Postów
32 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez slavu
-
Kłaniają się drzewa swą czarną starością. Suche ciała ze spękanej kory dumą lat biły w krajobraz pokornie. Czasem, niewzruszone z ciepłej jeszcze mogiły spijały śmierć i szelest martwych łez bogobojnie. Nam, wiatr twarz zaorał nagłym świstem, lęk bruzdy wyciął krwiste i usta napuchły od trwogi. Las rąk, ludzi mrowie, ślepych saren i jeleni stado, stoimy spłoszeni, gdy patrzysz oczami z pełnym deszczem i kłosem traw wzdychasz, sennych łąk szeptem, gdy mówisz, cichsi niż kamieni szept czy gest wątłych dłoni. Pójdziemy za Tobą w nieba rozwarte domy, a horyzont niebieski jak dywan kroki zgasi. Pójdziemy, gdy noc strzeli tysiącem białych ćwieków, gdy dzień na szyi uwiesi tysiące kolejnych słów.
-
4
-
Sen zimny skuł powieki. Lodowym torem wjeżdża w czaszkę pociąg nocy. Owinięty w niebo sfilcowanych kocy żegnam dzień. Wagony z brudnego srebra toczą ciężkość północy w przepaść naszych trwóg, niepewność pejzażu, w czerń dróg.
-
2
-
blaszany stragan słowa i myśli sprzedaje czyjś cień nie ma klientów i kupców nie ma umiera dzień słowa już wyschły myśli czas wyrwał słońce zemdlało zbutwiałe płótno dnia dojrzałego jak zgwałcone ciało jak kora, która z drzew opadła w zdradliwym geście jak chwile i wiersze na ruchliwym przejściu w wielkim mieście nie ma klientów i kupców nie ma tylko ten cień
-
Pijanych aniołów zgubione pióra kołyszą powietrzem Pijanych zimą, jak wina białego chłodnym szeptem Iskier zamarzłych trupi pląs, pióra i śnieg i lęk motyli o rychłą śmierć, i brzeg W zimowym akcie napuchłe mrozem pękły mi oczy Sny skrzepły nagle, jak sople lodu wiszą u okien Czekam na lek, na Ciebie, na oddech i śmiech W wełnianą torbiel czekam owinięty czekam pęknięty przezroczysta broczy krew
-
Tacy jesteśmy ciepli bezdomni na letnich łąkach jak kłosy Starym dębom zęby zepsute leczą osy a wiatr niebo napina od końca do końca na smukłych pałąkach ciszy Tu, cisza klęcząc pokutą zionie za szepty owadzie za domów purchawki dymiące w sadzie za niemą rozkosz cnotliwych konwalii gdy wzrok je pożąda Mlecze rozlały żółtą wypowiedź na naszych włosach ostatni raz Tacy jesteśmy już jesień na czole wypalił nam wiatr
-
zęby w ustach ziemi gryzą ciało - chleb a żywe plantacje plemników miażdży w pieprzowym moździerzu Ewa - na krew przeżuta wiara jak resztki po posiłku na szpicach wykałaczek i ta krew jednym haustem wypita śmiech grzech
-
2
-
Kliniczna barwa blady tlen i nagły poród świtu Biel krzepnie na ścianach umiera sen ziemia ma usta ciemne i pieści dzień Krople bąków pęcznieją na żółto pikują w dół do mokrej ziemi do ciepłych pszczół i płoną wstydliwie na kwiatach Pocałuj mnie chcę jak po zebrze przejść w kierunku świata między stacjami chcę czuć ślinę wiatru i jak cień posuwa się w latach
-
2
-
noc jeszcze młoda głaszcze nam szyby pluszowym ogonem kotów zmierzchu gonią rdzeń światła wyblakły w ostatnim oknie miasta przez brudne szyby zlepione w twarz kobiety przez ciemny już tlen przez oczodoły przez sen w ostatnim oknie miasta może ocalimy życie do rana
-
3
-
Mokra aglomeracja, jej parny oddech, zetlałe oczy domów nastroszonych jak deszczowe gołębie. Na śliskim bruku starego miasta zabił się wiatr. W ślepych uliczkach grzeszne galerie. Księżyc w dłoni jak czuła żyletka kroi łapczywie makowiec nieba. Umrzemy tu z głodu i czas nam przegoni błękitne sny.
-
Oczy pełne złych krajobrazów, i serca ciemne jak głazów urwiska. Gasną sznury plecionych włosów, wstążek życia, smsów i słów pogorzeliska. Powietrze ślepnie od dymu i blasku, powietrze pełne parzącego piasku nie oddycha. Ktoś zapamięta wstążki hodowane w kolorze tych włosów, Ktoś poszuka pachnącego ciepła po omacku.
-
4
-
Sterczymy, sterczymy, jesienne chochoły odarte z zieleni jak z życia. Przez okna otwarte wpadają kwiczoły jurnie jak u Gombrowicza. Ty, oczy masz gorące, żółte jak pszczoły śpiew i zapach krwi pęknietego lata. Mnie pejzaż puchnie od łez, gdy goły stoję pośrodku szarego już świata.
-
zielony kraj koników polnych po krawędź świata lawiną traw posypany, spokojem snów tkany widać, jak po alejkach nieba skrzypią wywrotki małych marzeń śpij, a ja zapalę latarnie, by przez noc ożywić drogę, by zgasić trwogę
-
ślepe wiatry obłąkane chaosem zabudowań szeregi okien w pijanym spojrzeniu nocy siedliska mgły jak zbiorowe mogiły dusz i drzemiące dookoła sny
-
3
-
Wagony z zielonego lodu mróz wtacza na bocznicę. Wagony w dyby chłodu zakute. Wśród kalekich semaforów czekam, wśród jednorękich katów i braku słów, na odjazd. Przykryję widmo drużnika, które na dachu stacyjki drży jak kra i odjadę. Ze szronem wkłutym w powieki, do Ciebie i do mnie naraz, w dwie strony na wieki odjadę.
-
brązowe żyły tłoczą sok ziemi na wysokość drzew, paplanina korzeni w listopadowym wąwozie czysto naturalnie, panowanie nocy tkwi w koronie gwiazd, i w glinie, i w krwi, Salve Regina!
-
jesień, jak samobójstwo lata, lasy wrześniowe majaczą na skutek samozapłonu, jak kolce jeża, na grzbiecie horyzontu sterczą martwe drzewa czas się topi w ogniskach palonych liści, a zaschnięty ogrodnik pędzlem dymu sączy zmierzch, i sączy się smak z wypalonych foremek plastikowych zniczy knot jest szyldem życia, które Bóg liczy, w przebieralni świec topi się czas
-
niepewny sześcian naszych dni, nagłym wrzaskiem mózg przykłuty do drogowskazu, nie wiadomo, w którą stronę iść uciekaj na skroś lat podeptanych, w cięciwę czasu się zapnij i uciekaj, bo grać będą drzewa żałobne i kikuty spalonej jesieni a potem klęczą fugi smętnych ciał, wciąż wczorajszą bitwą żyją, a ostatnia orkiestra martwego walca gra sennie
-
karmazynowe lasy rosną w dzikich kroplach rosy na porannej twarzy, gdy przychodzisz i na mroźnych błoniach zimowego świtu; ciepły turkus na mych dłoniach, gdy się budzisz
-
w kościach czuć galop cierpkich koni lat uczepić się ich grzyw i usnąć na wiek lub dwa niech gonią, niech rżą, niech krwawią wieczór pręży horyzont i wyciera grzbiet o szorstką skórę zawisnę wśród ciszy przepaści, nim zdmuchnie mnie wiatr chcę spojrzeć jak piją strudzone galopem zatruty sok zachodu słońca
-
2
-
Pod fortepianem, jak białe kartki ze słowami, jak kartki zroszone łzami, leży kilka klawiszy. Jęk tajemnicy na papilarnej linii i żółte zacieki papieru na twarzy. Reszta umarła w tej ciszy. Zagraj powabem przebrzmiałych już tonów. Niech na mieście dusze hulają, niech zgiełk dzwonów się niesie między kamienic sterczące urny. A w gorzki fortepian, jak w wieko trumny, wlewa się kolejny łyk ciszy.
-
2
-
źrenice chcą być czujne, ale w przestrzeni nie ma nic światło z miłością skroń oplata trawiony kościec w kłębku kaca dogorywa zwinięty poranną iluzoryczną dowolnością
-
Noc podgląda nasz epileptyczny taniec okiem bez powiek, bez łez tańczymy na tle mrozu łykając sople powietrza skrzypce na skórze grają nam dreszcz ogrzej mnie proszę, wywróć me wnętrze na wierzch! inaczej nie ruszymy w dalszą drogę przez ciemny mroźny pokój
-
Dogasa lato. Wypłowiały czupryny romantycznych zdarzeń. Czas parzącego piasku zahodował się w kolorze Twych włosów. Szukam pachnącego ciepła po omacku. Dogasa lato. Zakrwawione liście wyrzuca piekło. Zakrwawionych liści nie chce niebo. Śpij, a ja zgaszę miejskie latarnie, by oświetlić Ci drogę na drugą stronę nocy.
- 3 odpowiedzi
-
10
-
miasto schwytane czapą wieczoru sapie tchem nocnej zmiany fabryki wciąż czuwają pałąki dymów grzebią miękko irytując księżyc wiatr w chaosie zabudowań i wynaturzone szeregi okien jak zbiorowe mogiły dusz
-
obszerny półmrok trawi mój wzrok powietrze czupryną kurzu kręci jęki kroków na powierzchni ciszy kradnę kwiat intymny z tej atmosfery - jestem winny