slavu
Użytkownicy-
Postów
42 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez slavu
-
w otwarte usta bram wiatr wlewa wyznanie miłości i przysycha do ścian tylko pot w powietrzu gdzieś błądzi jak zapach transu za uchem barmanki znów na dachu motyle usiadły jak opary z pijanego snu ona ma lodowe dłonie, i usta pełne wrzątku, on w oczach kosmos niesie i ciepłych planet sznur można zachorować od tej brutalnej różnicy temperatur
-
Nie mogę tego przeczytać, bolą mnie w nocy oczy, a w pokoju dusi się wiatr. Chciałby już płynąć jutrzejszym dniem, wybić widok na świat, zjeść w ogrodzie obiad. Ale wciąż mazy na niebie czarne jak liść laminarii, i chmury jak kamienie. Wykuje w nich czas nasz grób i pył poleci z wiatrem do góry.
-
2
-
dłonie jak całość przełamana w pół, by unieść czas jasny, czas dni cierpkich jak sól by ukryć drzazgi, odłamki i blizny, co żywcem palą i serce szarpią na kry by troski zebrać jak deszcz wiosenny i trzymać je w sobie jak się trzyma sny by ufać, gdy czas ciemny bok przebije i krew wyleje się z ran, a cierń na skroni zdusi śpiew dłonie jak całość przełamaną w pół złóż i do góry wznieś, gdy płytki wykopią Ci dół
-
wspomnienia są cicho poukładane na granicy światła i mroku wyszedłem na chwilę z siebie i boję się każdego kroku ludzie zakrzepli w kożuch na powierzchni zimy na przystankach wydmuchują swe dusze jeszcze lód płynie w ich tkankach widziałem dziś rano z wapiennych obłoków jak krew sypała się mgła czy to Bóg umiera, czy ludzie idą do nieba ?
-
1
-
Co mówisz, panie ? "gotowość jest wszystkim, reszta jest milczeniem, być albo nie być" Co czytasz, panie ? " słowa ... słowa ... słowa ..." Ty płomień miast duszy nosisz w sobie i serce jak obłok! Ja wiem gdzie kres tej podróży - brudny smak zwłok.
-
Czy widzieliście kiedyś konwaliowe drzewa ? Mróz jak paraliż ukręcił im głowy, a w rózgach zastygł złapany tlen. Na aleję konwaliowych drzew patrzą twarze zamienione w sen. Ale te konwalie są czarne i wiszą do góry dnem jak dzwony. To na zimowym drzewie usiadły gawrony, czarne gawrony na drzewie rodzaju jak akty zgonu rozdane jesienią. A my, twarze zamienione w sen, zastygamy między niebem, a ziemią.
-
masz powieki odrąbane od twarzy i źrenice jak zdziwione kwiaty malarii w korytarzu cicho jak w galerii trwóg, na szyi wieszasz czarną aksamitkę ślepych dróg oddechem przyrastasz do rąk i głów, jak do dziecka lęk przyrasta gdy mrok i skrzypisz we mnie jak zimowy krok
-
pejzaż przekłuty kikutem drzew, ziemia urasta nam w buty jakiś bóg ziemię przepił i niebo przepija, niebo jak rzeka strzaskane w kry śpiewają nas dzwony melodią zimną i lęki płyną głucho jak sny a w dłoni tuziny zmęczonych pól, podniebnych rzek i kolor łąk po łąkach gwiazd dojść do zenitu, na końcu tęczy odszukać skarb: dzięcięcy tupot nowego świtu
-
żywe wszystko żywe jak przestrzeń i czas wokół nas miasto i strach
-
łagodna pacyfikacja ciemnej sieni w ciepły sen matczynych rąk w płodny len zbrodni pieca w mosiądz chleba grobu ziemi w zapach nieba
-
Kłaniają się drzewa swą czarną starością. Suche ciała ze spękanej kory dumą lat biły w krajobraz pokornie. Czasem, niewzruszone z ciepłej jeszcze mogiły spijały śmierć i szelest martwych łez bogobojnie. Nam, wiatr twarz zaorał nagłym świstem, lęk bruzdy wyciął krwiste i usta napuchły od trwogi. Las rąk, ludzi mrowie, ślepych saren i jeleni stado, stoimy spłoszeni, gdy patrzysz oczami z pełnym deszczem i kłosem traw wzdychasz, sennych łąk szeptem, gdy mówisz, cichsi niż kamieni szept czy gest wątłych dłoni. Pójdziemy za Tobą w nieba rozwarte domy, a horyzont niebieski jak dywan kroki zgasi. Pójdziemy, gdy noc strzeli tysiącem białych ćwieków, gdy dzień na szyi uwiesi tysiące kolejnych słów.
-
4
-
Sen zimny skuł powieki. Lodowym torem wjeżdża w czaszkę pociąg nocy. Owinięty w niebo sfilcowanych kocy żegnam dzień. Wagony z brudnego srebra toczą ciężkość północy w przepaść naszych trwóg, niepewność pejzażu, w czerń dróg.
-
2
-
blaszany stragan słowa i myśli sprzedaje czyjś cień nie ma klientów i kupców nie ma umiera dzień słowa już wyschły myśli czas wyrwał słońce zemdlało zbutwiałe płótno dnia dojrzałego jak zgwałcone ciało jak kora, która z drzew opadła w zdradliwym geście jak chwile i wiersze na ruchliwym przejściu w wielkim mieście nie ma klientów i kupców nie ma tylko ten cień
-
Pijanych aniołów zgubione pióra kołyszą powietrzem Pijanych zimą, jak wina białego chłodnym szeptem Iskier zamarzłych trupi pląs, pióra i śnieg i lęk motyli o rychłą śmierć, i brzeg W zimowym akcie napuchłe mrozem pękły mi oczy Sny skrzepły nagle, jak sople lodu wiszą u okien Czekam na lek, na Ciebie, na oddech i śmiech W wełnianą torbiel czekam owinięty czekam pęknięty przezroczysta broczy krew
-
Tacy jesteśmy ciepli bezdomni na letnich łąkach jak kłosy Starym dębom zęby zepsute leczą osy a wiatr niebo napina od końca do końca na smukłych pałąkach ciszy Tu, cisza klęcząc pokutą zionie za szepty owadzie za domów purchawki dymiące w sadzie za niemą rozkosz cnotliwych konwalii gdy wzrok je pożąda Mlecze rozlały żółtą wypowiedź na naszych włosach ostatni raz Tacy jesteśmy już jesień na czole wypalił nam wiatr
-
zęby w ustach ziemi gryzą ciało - chleb a żywe plantacje plemników miażdży w pieprzowym moździerzu Ewa - na krew przeżuta wiara jak resztki po posiłku na szpicach wykałaczek i ta krew jednym haustem wypita śmiech grzech
-
2
-
Kliniczna barwa blady tlen i nagły poród świtu Biel krzepnie na ścianach umiera sen ziemia ma usta ciemne i pieści dzień Krople bąków pęcznieją na żółto pikują w dół do mokrej ziemi do ciepłych pszczół i płoną wstydliwie na kwiatach Pocałuj mnie chcę jak po zebrze przejść w kierunku świata między stacjami chcę czuć ślinę wiatru i jak cień posuwa się w latach
-
2
-
noc jeszcze młoda głaszcze nam szyby pluszowym ogonem kotów zmierzchu gonią rdzeń światła wyblakły w ostatnim oknie miasta przez brudne szyby zlepione w twarz kobiety przez ciemny już tlen przez oczodoły przez sen w ostatnim oknie miasta może ocalimy życie do rana
-
3
-
Mokra aglomeracja, jej parny oddech, zetlałe oczy domów nastroszonych jak deszczowe gołębie. Na śliskim bruku starego miasta zabił się wiatr. W ślepych uliczkach grzeszne galerie. Księżyc w dłoni jak czuła żyletka kroi łapczywie makowiec nieba. Umrzemy tu z głodu i czas nam przegoni błękitne sny.
-
Oczy pełne złych krajobrazów, i serca ciemne jak głazów urwiska. Gasną sznury plecionych włosów, wstążek życia, smsów i słów pogorzeliska. Powietrze ślepnie od dymu i blasku, powietrze pełne parzącego piasku nie oddycha. Ktoś zapamięta wstążki hodowane w kolorze tych włosów, Ktoś poszuka pachnącego ciepła po omacku.
-
4
-
Sterczymy, sterczymy, jesienne chochoły odarte z zieleni jak z życia. Przez okna otwarte wpadają kwiczoły jurnie jak u Gombrowicza. Ty, oczy masz gorące, żółte jak pszczoły śpiew i zapach krwi pęknietego lata. Mnie pejzaż puchnie od łez, gdy goły stoję pośrodku szarego już świata.
-
zielony kraj koników polnych po krawędź świata lawiną traw posypany, spokojem snów tkany widać, jak po alejkach nieba skrzypią wywrotki małych marzeń śpij, a ja zapalę latarnie, by przez noc ożywić drogę, by zgasić trwogę
-
ślepe wiatry obłąkane chaosem zabudowań szeregi okien w pijanym spojrzeniu nocy siedliska mgły jak zbiorowe mogiły dusz i drzemiące dookoła sny
-
3
-
Wagony z zielonego lodu mróz wtacza na bocznicę. Wagony w dyby chłodu zakute. Wśród kalekich semaforów czekam, wśród jednorękich katów i braku słów, na odjazd. Przykryję widmo drużnika, które na dachu stacyjki drży jak kra i odjadę. Ze szronem wkłutym w powieki, do Ciebie i do mnie naraz, w dwie strony na wieki odjadę.
-
brązowe żyły tłoczą sok ziemi na wysokość drzew, paplanina korzeni w listopadowym wąwozie czysto naturalnie, panowanie nocy tkwi w koronie gwiazd, i w glinie, i w krwi, Salve Regina!