Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

slavu

Użytkownicy
  • Postów

    48
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez slavu

  1. Rodzą się lądy, które broczą mgłą. Rodzą się morza wypełnione krwią. Nie widać nieba - skrzek żywych miast, na ziemiach srebro rozdeptanych gwiazd.
  2. Wszystko, tylko głuchy zgrzyt. Zwierzę, co jak człowiek rozumne i człowiek są jak ciszy krzyk, jak ziemia rzucona na trumnę. Jakieś burze, trwogi, czyny, powstałe ze zgubionych rąk, jakieś stopy na wstęgach dróg. Wszystko, rzucone w nieba kąt.
  3. Twarz przytulą drapieżniki jak mechate krople łez, skórą ziemi rosnąć - nikim. Być jak pustej muszli śpiew albo salwa zmarłym grana, w oczy zamiast dymu krew. Twarz przytulą osty słońc zeschłe w narożnikach okien, być jak szatan albo ksiądz ?
  4. Poburzyły się przestrzenie, pejzaż upadł, potem wstał, niebo powleczone ziemią, chmury rozdymione w miał. Gwiazdy cięte widnokręgiem siąkły jak rtęć w ziemię, haftowany srebrem wieniec oplótł stopy, dłonie, ciemię. I we włosach usechł wiatr, morza jak otwarte oczy stały, w katakumbę dojrzał czas i białe kalie dojrzały.
  5. Cisza i czas dojrzały, wysoki, gdy ziemia jak tęcze ciemne do nieba się pręży, a obłoki twardnieją jak sny kamienne. I kształty są takie napięte, kościoły to, cienie czy osoby ? I ziemia tak ma ręce gięte, by w obłokach żłobić groby. Stygną gromów białe wręgi wśród rzek wysokich. Trwoga - sterczą jak człowiecze kręgi, by z człowieka zrobić Boga. Tak się zmienia w wino woda, chleb, ryby co na krew brały, postać leży, jak jasna kłoda, taka cisza i czas dojrzały.
  6. Przczyn było zbyt wiele. Chmur młode panny gniły wichrom w dłoniach. Wesele. Góry naostrzone w hostię. Tam rozerwane żyły słowa, które nie stały się ciałem. Ziemi smak - wódka stołowa i rozerwani człowiek, ziemia. Tam z nieba wisiały ulew zimne szubienice. Niemoc skroplona na łzy jak krew. Przyczyn było zbyt wiele.
  7. w otwarte usta bram wiatr wlewa wyznanie miłości i przysycha do ścian tylko pot w powietrzu gdzieś błądzi jak zapach transu za uchem barmanki znów na dachu motyle usiadły jak opary z pijanego snu ona ma lodowe dłonie, i usta pełne wrzątku, on w oczach kosmos niesie i ciepłych planet sznur można zachorować od tej brutalnej różnicy temperatur
  8. Nie mogę tego przeczytać, bolą mnie w nocy oczy, a w pokoju dusi się wiatr. Chciałby już płynąć jutrzejszym dniem, wybić widok na świat, zjeść w ogrodzie obiad. Ale wciąż mazy na niebie czarne jak liść laminarii, i chmury jak kamienie. Wykuje w nich czas nasz grób i pył poleci z wiatrem do góry.
  9. dłonie jak całość przełamana w pół, by unieść czas jasny, czas dni cierpkich jak sól by ukryć drzazgi, odłamki i blizny, co żywcem palą i serce szarpią na kry by troski zebrać jak deszcz wiosenny i trzymać je w sobie jak się trzyma sny by ufać, gdy czas ciemny bok przebije i krew wyleje się z ran, a cierń na skroni zdusi śpiew dłonie jak całość przełamaną w pół złóż i do góry wznieś, gdy płytki wykopią Ci dół
  10. wspomnienia są cicho poukładane na granicy światła i mroku wyszedłem na chwilę z siebie i boję się każdego kroku ludzie zakrzepli w kożuch na powierzchni zimy na przystankach wydmuchują swe dusze jeszcze lód płynie w ich tkankach widziałem dziś rano z wapiennych obłoków jak krew sypała się mgła czy to Bóg umiera, czy ludzie idą do nieba ?
  11. Co mówisz, panie ? "gotowość jest wszystkim, reszta jest milczeniem, być albo nie być" Co czytasz, panie ? " słowa ... słowa ... słowa ..." Ty płomień miast duszy nosisz w sobie i serce jak obłok! Ja wiem gdzie kres tej podróży - brudny smak zwłok.
  12. Czy widzieliście kiedyś konwaliowe drzewa ? Mróz jak paraliż ukręcił im głowy, a w rózgach zastygł złapany tlen. Na aleję konwaliowych drzew patrzą twarze zamienione w sen. Ale te konwalie są czarne i wiszą do góry dnem jak dzwony. To na zimowym drzewie usiadły gawrony, czarne gawrony na drzewie rodzaju jak akty zgonu rozdane jesienią. A my, twarze zamienione w sen, zastygamy między niebem, a ziemią.
  13. masz powieki odrąbane od twarzy i źrenice jak zdziwione kwiaty malarii w korytarzu cicho jak w galerii trwóg, na szyi wieszasz czarną aksamitkę ślepych dróg oddechem przyrastasz do rąk i głów, jak do dziecka lęk przyrasta gdy mrok i skrzypisz we mnie jak zimowy krok
  14. pejzaż przekłuty kikutem drzew, ziemia urasta nam w buty jakiś bóg ziemię przepił i niebo przepija, niebo jak rzeka strzaskane w kry śpiewają nas dzwony melodią zimną i lęki płyną głucho jak sny a w dłoni tuziny zmęczonych pól, podniebnych rzek i kolor łąk po łąkach gwiazd dojść do zenitu, na końcu tęczy odszukać skarb: dzięcięcy tupot nowego świtu
  15. żywe wszystko żywe jak przestrzeń i czas wokół nas miasto i strach
  16. łagodna pacyfikacja ciemnej sieni w ciepły sen matczynych rąk w płodny len zbrodni pieca w mosiądz chleba grobu ziemi w zapach nieba
  17. Kłaniają się drzewa swą czarną starością. Suche ciała ze spękanej kory dumą lat biły w krajobraz pokornie. Czasem, niewzruszone z ciepłej jeszcze mogiły spijały śmierć i szelest martwych łez bogobojnie. Nam, wiatr twarz zaorał nagłym świstem, lęk bruzdy wyciął krwiste i usta napuchły od trwogi. Las rąk, ludzi mrowie, ślepych saren i jeleni stado, stoimy spłoszeni, gdy patrzysz oczami z pełnym deszczem i kłosem traw wzdychasz, sennych łąk szeptem, gdy mówisz, cichsi niż kamieni szept czy gest wątłych dłoni. Pójdziemy za Tobą w nieba rozwarte domy, a horyzont niebieski jak dywan kroki zgasi. Pójdziemy, gdy noc strzeli tysiącem białych ćwieków, gdy dzień na szyi uwiesi tysiące kolejnych słów.
  18. Sen zimny skuł powieki. Lodowym torem wjeżdża w czaszkę pociąg nocy. Owinięty w niebo sfilcowanych kocy żegnam dzień. Wagony z brudnego srebra toczą ciężkość północy w przepaść naszych trwóg, niepewność pejzażu, w czerń dróg.
  19. blaszany stragan słowa i myśli sprzedaje czyjś cień nie ma klientów i kupców nie ma umiera dzień słowa już wyschły myśli czas wyrwał słońce zemdlało zbutwiałe płótno dnia dojrzałego jak zgwałcone ciało jak kora, która z drzew opadła w zdradliwym geście jak chwile i wiersze na ruchliwym przejściu w wielkim mieście nie ma klientów i kupców nie ma tylko ten cień
  20. Pijanych aniołów zgubione pióra kołyszą powietrzem Pijanych zimą, jak wina białego chłodnym szeptem Iskier zamarzłych trupi pląs, pióra i śnieg i lęk motyli o rychłą śmierć, i brzeg W zimowym akcie napuchłe mrozem pękły mi oczy Sny skrzepły nagle, jak sople lodu wiszą u okien Czekam na lek, na Ciebie, na oddech i śmiech W wełnianą torbiel czekam owinięty czekam pęknięty przezroczysta broczy krew
  21. Tacy jesteśmy ciepli bezdomni na letnich łąkach jak kłosy Starym dębom zęby zepsute leczą osy a wiatr niebo napina od końca do końca na smukłych pałąkach ciszy Tu, cisza klęcząc pokutą zionie za szepty owadzie za domów purchawki dymiące w sadzie za niemą rozkosz cnotliwych konwalii gdy wzrok je pożąda Mlecze rozlały żółtą wypowiedź na naszych włosach ostatni raz Tacy jesteśmy już jesień na czole wypalił nam wiatr
  22. zęby w ustach ziemi gryzą ciało - chleb a żywe plantacje plemników miażdży w pieprzowym moździerzu Ewa - na krew przeżuta wiara jak resztki po posiłku na szpicach wykałaczek i ta krew jednym haustem wypita śmiech grzech
  23. Kliniczna barwa blady tlen i nagły poród świtu Biel krzepnie na ścianach umiera sen ziemia ma usta ciemne i pieści dzień Krople bąków pęcznieją na żółto pikują w dół do mokrej ziemi do ciepłych pszczół i płoną wstydliwie na kwiatach Pocałuj mnie chcę jak po zebrze przejść w kierunku świata między stacjami chcę czuć ślinę wiatru i jak cień posuwa się w latach
  24. noc jeszcze młoda głaszcze nam szyby pluszowym ogonem kotów zmierzchu gonią rdzeń światła wyblakły w ostatnim oknie miasta przez brudne szyby zlepione w twarz kobiety przez ciemny już tlen przez oczodoły przez sen w ostatnim oknie miasta może ocalimy życie do rana
  25. Mokra aglomeracja, jej parny oddech, zetlałe oczy domów nastroszonych jak deszczowe gołębie. Na śliskim bruku starego miasta zabił się wiatr. W ślepych uliczkach grzeszne galerie. Księżyc w dłoni jak czuła żyletka kroi łapczywie makowiec nieba. Umrzemy tu z głodu i czas nam przegoni błękitne sny.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...