Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @Sylwester_Lasota →Dzięki:)→Sorry! Ale się zgapiłem. Pierwszy miał być taki... drętwy, jako kontrast do treści. Co do drugiego, to najpierw mnie napadło... zakończenie:)→Pozdrawiam:)
  2. @Gosława →Dzięki:)) Miło mi (:~)>
  3. O Bogini, Kapłanko Niespokojnych Myśli, Opiekunko Wszelkiego Bytu, Ogrodniczko Ludzkich Istnień, wybacz, że ja skromny, grzeszny i zwyczajny człowieczyna, ośmielam się nęcić i rozgrzewać Twojego: skołowanego, spoconego lecz wielce zacnego ducha. O Bogini, dawno temu upadłem w otchłań. Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo. Rzec by można: portki zdarłem i tyłek podarłem. Aż nagle, kilka dni temu, kiedy moje myśli przygnębiły mnie całkowicie, że aż mi mózg spłaszczyły, gdy zgasła we mnie ostatnia nadzieja - jak ta licha świeczka w kaganku - to nagle, jakby mnie pierwsza jutrzenka o brzasku oświetliła. Pomyślałem sobie, że istniejesz Ty o Pani i na pewno mi pomożesz, bo jesteś wszakże zwyczajną kobietą, chociaż Boginią, piękną i wspaniałą, jak mój piesek dajmy na to...przepraszam...i w samej rzeczy Ducha Czystego Całością. Agni ukochana, Pani Najjaśniejsza, gdyby sytuacja w państwie, inaczej się przedstawiała, to byś nie musiała się radować, jeno okruszkami osobowości mojej, gdyż ofiarował bym Tobie, o Pani – całą moją osobowość, dozgonną miłość a nawet moje skromne ubranie, z plackiem całym jako dodatek – to tak a propos tych okruszków, chyba jarzysz o co chodzi. Tobie, o Pani Niepojęta, potrzebny jest ktoś ekstra wyjątkowy i niecodzienny w swojej prostocie, który ciebie uczuciowo zrozumie, przytuli i naprawdę pokocha. Chociażby taki jak ja. Gdyby był przy tym bogaty, to się za bardzo tym nie przejmuj – jakoś to przeżyjesz, bo będziesz miała – za co. Wracając do tego kumania się z innymi bogami, to nawet cię trochę rozumiem. Masz takie zapracowane i zniszczone ręce od czynienia dobroci, że należy się tobie o Pani – chociaż w niewielkich ilościach – małe rozerwanie. Pocieszanie, nauka, podnoszenie upadłych, robienie dobrej twarzy do złej gry – lub odwrotnie, bo wiem, że i tak potrafisz – zmywanie, wszelkie opłaty za dzierżawę boskiego gruntu – zgłupieć doprawdy można. O Pani, ci co widzieli z bliska Twoje oblicze – chociaż niektórzy pierwszy i ostatni raz - gdyż w poświacie Twego blasku, wielki zaszczyt i przywilej przebywania mieli, szemrają teraz między sobą, że Ty o Pani czymś się wielce martwisz. Twoją piękną twarz zasłania mgiełka ze smutku zrodzona. Powiedz, kto cię zmartwił, żebym i ja mógł jemu po gębie dać – bo wiem, że niektórzy twoi poddani, innych poddanych mocno poobijali, ale nie wiem, czy z tego powodu i czy ogólnie o tych chodziło. Mówili także, że jesteś często nieobecna, myślami nie wiadomo gdzie – a nawet jakby ktoś wiedział, to i tak by nie raczył powiedzieć, mając na wadze Twoją boską naturę. Szybujesz na dywanie wyobraźni, w krainie, gdzie byłaś bardzo szczęśliwa, gdzie Twoja radość, gorzkim smakiem zamącona nie była. O Bogini, nie zawrócisz rzeki czasu, nawet ty nie masz takiej mocy, ale mam nadzieję, że natrafisz na jeszcze bardziej rwącą i czystą, która popłynie dla ciebie i w Tobie. O Pani, wielki dar do pocieszania nie jest mi dany, ale chociaż próbuję, tak jak umiem, jak mi na to pozwala, moja zwyczajna ludzka natura. Nie jest to litość, w mym sercu – dla Ciebie - zrodzona, jeno wielkie zatroskanie przyszłością Twoją – i moją rzecz jasna – oraz pragnienie istnienia słonecznych dni, w źrenicach i kącikach słodkich ust Twoich. To znaczy, nie wiem czy słodkich, bo nie było mi dane spróbować, ale cóż – jakoś przełknę tą gorzką pigułkę. Od czegóż smutne Twe lico, od czegóż te łzy kapiące. Przecież o Pani, tyś piękną, w każdym zakamarku ciała Twego – to znaczy domniemam oczywiście – a poza tym zgrabną i emocjonalną kobietą. Dorodną boską dziewoją – o wybacz moje rozpędzenie emocjonalne – i na pewno znajdziesz wybranka swego. Oczywiście powinien być Ciebie godnym, godnie się zachowując, na miarę Twoich potrzeb, wszak masz skomplikowaną, supełkowatą naturę, którą czasami trudno przetrzymać jako żyw. Jeżeli jednak o Pani, ktoś to przetrwa, w roztropności swojej pragnąc Ciebie taka jaką jesteś i Ty go obdarzysz przychylnością swoją, to już – na zawsze będzie się tarzać w miłości Twojej – jak zwał tak zwał. No chyba, że Ty o Pani – zaznaczysz inaczej. Oczywiście, o Bogini, Ty też nie możesz leżeć jak przydrożna kłoda. Och Pani Niezwykłości Moja, wybacz mi och wybacz, ten leśny produkt, ale miałem na myśli, zapewne to samo, co i ty masz, czytając mój skromny list. No chyba, że nie masz. Bo z Tobą to różnie. Jesteś w końcu Boginią i nawet dłubać w nosie możesz , albo jak zechcesz, gdzie tam sobie chcesz – nawet przy gościach. Bez obaw, nie zwrócą ci uwagi. Spoko. Zeusa Tobie nie radzę, bo chodzi ciągle zachmurzony, jak gradowa chmura. Piorun z niego zaiste. Pozostali też diabłu na kapelusz albo nawet nie... ale cóż. O Bogini Córko Słońca, nie zrozum mnie – o zgrozo – opacznie. Nie jest to wytykanie błędów i słabości, ino pragnienie szczęścia i radości dla osoby Twojej. To co czynisz dla dobra ludzkości, jako Bogini nasza uwielbiana, jest o Pani tak piękne i szlachetne w wymowie swojej i tak fascynujące, że niektórym poddanym dech zapiera. Nie przejmuj się Królowo Splątanych Emocji. Umrzeć trochę dla Ciebie, jest wielkim zaszczytem – chociaż mnie akurat to nie bierze – a Twoim, o wybacz – zaniedbaniem. Och jak bardzo zazdroszczę tym, co to przeżyli a nie pomarli, gdyż była to ino - śmierć kliniczna. Ty zawsze wysyłasz karetkę na czas - no chyba, że się zamyślisz. Twój lud, ja, oraz ci wszyscy półżywi, wołają wtedy ze zgrozą i nadzieją: „O Pani, Agni nasza, wróć do nas. Nie błąkaj się na rozdrożach. Zejdź metaforycznie na ziemię". O Bogini Córko Wiatru, przecież wiesz, że tak z Tobą jest. Ty wiesz dużo o innych, ale mniej o sobie. To tak jak ja. Cieszysz się? No pewnie, że tak. Na tyle cię znam. Agni Ukochana, Królowo Zabłąkanych Śladów, tak bardzo chciałbym cię ujrzeć, w moich skromnych, człowieczych progach. Wiem o Pani, że nie poniżysz się tak daleko, bo byś straciła u innych bogów – szacunek wszelki. Spoglądali by na Ciebie z byka, dziwując się i szepcząc między sobą: „Agni znowu odbiło. Powinna ino przybywać na uczty przez nas wyprawiane, co czyni i strachu w niej nie wykryto”. O Pani z Diamentu Utkana, przebacz mi och przebacz to – odbicie – ale tak bardzo nie chcę narażać Twojej zacnej osoby, na szyderstwa i zniewagi wszelkiej maści, że musiałem - ja grzeszny wyżej wymieniony - to napisać. Ośmielam się jednak prosić Ciebie o Pani Urokliwej Łezki, że gdybyś znalazła trochę czasu między czynieniem jednego dobra, a sprawowaniem drugiego i jeżeli stwierdzisz, że pozostali bogowie pomarli – co akurat mnie guzik obchodzi – to żebyś raczyła stanąć w moich skromnych ludzkich progach. Tym bardziej, że ja już teraz obiecać Tobie mogę, że kupię nową wycieraczkę albo chociaż czystą szmatkę. Obrzucał bym Ciebie słowami, że tuptanie Twoich ślicznych bucików, po mojej skromnej wykładzinie, jest jak śpiew słowika na skraju drzewa, a później bym przysiadł na stołku, a ty byś świeciła – jak napromieniowana – swoim boskim blaskiem. No chyba, że się zamyślisz, a ja spłonę w ogniu miłości Twojej. Wtedy Ty, jako osoba rezolutna, zgarniesz mnie jako kupkę popiołu, zmajstrujesz swoimi zgrabnymi paluszkami małą klepsydrę, a następnie przypniesz ją równolegle do swojego pięknego przedłokcia. Następnie będziesz stawać – raz na nogach a raz na głowie – a moim zaszczytem będzie, przesypywanie się i odmierzanie czasu Twego , którego i tak masz w nadmiarze. Oj przepraszam cię bardzo - Pani Wszelkich Czasów - ale za bardzo mnie wcięło w gąszcz myśli moich. Gdybyś była przy mnie, to byś mnie pieskami poszczuła. Wtedy bym zapewne, szybciej z tej plątaniny wyskoczył, byle nie w inne krzaki mojej imaginacji. To by było na tyle. Przynajmniej póki co. Karta mi się kończy. Zaczynam pisać na blacie od stołu. A stół trudno wysłać. Zresztą sama się tego domyślisz, gdy umyślny doręczy Tobie - zwój pergaminu i kawał uciętej dechy. Semper – oddany Nie semper – poddany ᵈᵈ
  4. tak długo pod kimś wybierał glebę że w końcu sam zakopał się w biedę * chciał złapać krokodyla przerobić skórkę na buciki właśnie marzył i zapomniał że zwierzak ma paszczę * tak bardzo wzbił się ponad że w samotności skonał * małe gówienko pyta tatusia co tak tu śmierdzi że do wymiotów zaiste nas zmusza? powiedz proszę co to za zapach synu ty nie wiesz? to mój kolega wokół nas lata * strzałka czasu wciąż w dupce nam wierci im dłuższe wiertło tym bliżej do śmierci * miłosierny diabeł z łezką w kopytku pyta chciałeś tu przyjść czy umysł twój chory ty też byś chciał miałem już dość tych białych skrzydeł wokół gadały same anioły * buda wolność zyskała uwolniła się od pieska teraz jej smutno bo nikt w niej nie mieszka * po co mi ucho pomyślał dzban jeno kłopot z paskudem mam na domiar złego mnie oszpeca złapano bez ucha wyślizgał się biedak i rozleciał * piłeczka stuka dopóki ścianę może odszukać * dlaczego tyś wredny teraz właśnie? przepraszam kochanie skradziono mi maskę * gorący piecyk kochałem wytrwale lecz zapomniałem że jestem bałwanem * wnerwiony lis zdjął kruka z drzewa ptak był nieznośny a zatem chytry wyrwał co trzeba monstrum widziało w tym lesie nie jedno z lisa zostało ogona ledwo * kiedyś miałem pazerną dupę tak zaślepiony razem z dobrymi zjadłem zepsute * szybuje wiecznie w kosmosie człowiek aż nagle słyszy słowa w głowie tak wysoko wzleciałeś człowiecze że zapomniałeś na ziemię zlecieć * na cholerę złota łopata skoro dół niepotrzebny * został rozjechany chociaż nie był stary przestano dostrzegać szarego na szarym * powiedział idiota do durnego głupka wygońmy odmieńca parszywego czubka * siedzi małpolud po walki trudzie ciesząc się tym że jego kolega ma lepszą maczugę siedzi znowu po walki trudzie z zawiścią spogląda stał się ludziem * kochana świnko powiedz proszę dlaczego tak chyżo uciekasz jak mam biedna nie uciekać ktoś mi podłożył człowieka
  5. @calluna →Dzięki:) Dobrze, że chociaż fragment:)) Pozdrawiam:)
  6. rozcięta miłość skalpelem pogardy wycieka dobro strumyczkiem zawiści spojrzenie w lustro jak kamień twardy na drucie kolczastym truchło przebaczenia skrzepnięta krew rdzy natchnieniem kwiatuszki śliczne w śmieci zamienia pachnie zgnilizną duże i małe na łące wśród kwiatów źródło czyste błotem się staje rozszarpany śpiew skowronka nuty zwiędłe postrzępione pięciolinia w bagno wsiąka trupie mięso moim obiadem zlepia ego słodkim rozkładem
  7. P̅r̅o̅l̅o̅g̅ Tego nie przewidzieli. Wylądowali na nieprzyjaznej planecie. To prawda, nie mają dużych rozmiarów. Mógł to być przypadek. Istota tego świata nie zauważyła obiektu o takim niewielkim rozmiarze. Lecz mógł nie być. Zrobiła to specjalnie. Przygniotła ich dziecko butem. Przeżyło. Są odporni. Nie ma groźby utraty życia. Liczy się jednak sam fakt. Takiego, a nie innego działania. Rozwieszą gaz nad ich wioską. Rodzaj nadsłonki. Mogą kształtować umysłami: jej powierzchnię, kształt i coś jeszcze. Będzie wisiała nisko, prawie przy ziemi. W końcu nabierze odpowiednich właściwości. Pozbawi ich bólu. Może nie wszystkich. Te istoty są bardzo różne. To będzie zemsta. Opuszczą wrogi świat. Może kiedyś powrócą lub nie. ~̅~̅ Zatrzymuję samochód. Czytam napis: ''wstęp do miasteczka, tylko na własną odpowiedzialność''. Nie ma żadnego innego wyjaśnienia. To mnie trochę zastanawia. Powiedziano tylko, że mam ''obadać sprawę'' ale to się wiążę z ''niebezpieczną możliwością,'' że nie wrócę stamtąd żywym, więc do niczego nie chcą zmuszać. Rzecz jasna zdecydowałem, że pojadę i się rozeznam. Mam ryzyko wpisane w krew. Po prostu lubię takie dziwne sytuacje. Do tabliczki, przywiązana jest żółta taśma. Rozciąga się na boki i prawie niewidoczna, znika pośród drzew. Las po obu stronach drogi, nie jest gęsty. Błądzę wzrokiem między drzewami i coś mnie zastanawia, tylko nie potrafię dokładnie określić: co. Chodzi o część lasu, będącego po stronie miasteczka. Leśne podłoże wygląda gdzie nie gdzie inaczej. Wtem dostrzegam coś białego, w odległości kilkunastu metrów, po lewej stronie. Podchodzę bliżej. To biały kwiat zrobiony z bibułki. Jest doczepiony do pleców trupa. Leży twarzą do ziemi, kawałek od żółtej taśmy, poza granicą miasteczka. Ubranie jest pobrudzone, ale nie wygląda źle. Zastanawiam się, od jak dawna tutaj jest i skąd we mnie pewność, że nie żyje. Wiem, że powinienem ten fakt zgłosić na policję, ale ciekawość nabiera tempa, a w zwłokach, możliwość przyjęcia pomocy i tak minęła bezpowrotnie. Nawet nie zauważam, że zrobiło się prawie ciemno. A przecież przysiągł bym, że jestem tutaj dopiero parę chwili. Postanawiam samochód zostawić i pójść dalej pieszo. Droga ciągnie się między drzewami, które tworzą swego rodzaju tunel, na którego końcu widać ledwo widoczne światła miasteczka. Hotel jest nieduży, jednopiętrowy. Wnętrze urządzone trochę w starym stylu, lecz czyste i schludne. Jedynie na podłodze dostrzegam, coś w rodzaju rozmazanych śladów. Podchodzę do pustej recepcji. Naciskam na przycisk dzwonka. Po chwili przychodzi starszy człowiek. Ma twarz dziwną na tyle, że nie potrafię określić, co jest z nią nie tak. Mam wrażenie, że dźwiga na niej, cudze cierpienie. – Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój... powiedzmy na tydzień. Są wolne miejsca? – Owszem. Ale tylko na piętrze. Parter jest cały zajęty. Domyślam się, że pan przyjezdny. – Tak. Chciałbym tu pobyć kilka dni. – Po co? – Podobno dzieją się tutaj... jakby to określić... dziwne zdarzenia. Nie chcieli mi powiedzieć, o co chodzi. – Kto? – No ci, co mnie tutaj wysłali. Jestem dziennikarzem. – Dziennikarzem? No cóż, jak pan sobie chce. – Co to za hałasy? – Hałasy? – Jakby coś... szurało na podłodze. – To z pokojów na dole. Tylko tak mogą. – Co mogą? Kto? – Sam pan rano zobaczy. Proszę się tutaj podpisać... oto pański klucz. W nocy przeważnie śpią... przyzwyczaili się trochę... ale różnie bywa. Żeby wejść na pierwsze piętro, muszę iść przez długi korytarz na parterze. Z wielu pokoi dobiega dziwne szuranie i stłumione pojękiwania. W ciszy otaczających ścian, brzmi to nie bardzo zachęcająco. O dziwo z zaśnięciem nie mam problemu. Może dlatego, że jestem bardzo ciekaw, czym powita poranek. ~̅~̅ – Może nie powinniśmy go tam wysyłać. – Teraz też tak pomyślałem. Tym bardziej, że nic nie będzie mógł na to poradzić. – Tak jak my zresztą. I tak mają szczęście, że ich tam nie zostawili. – No wiesz... powiązania rodzinne, też swoje robią. – To prawda... ale nie jednemu by się sprzykrzyło na to patrzeć, już nie wspomnę o pomaganiu. * Budzi mnie przytłumiany gwar uliczny. Mam wrażenie, że odgłosy za oknem są nie takie jak trzeba. Znowu te cholerne szuranie. Wiem, że najprościej, to wyjrzeć przez otwarte okno i od razu będzie wszystko jasne. Coś mnie od tego powstrzymuje. Jakbym bał się widoku, który niebawem zobaczę. Nagle słyszę przeraźliwy wrzask. Nie trwa długo i szybko cichnie. * – Ale powiedz sam... jakie oni mają wyjście z tej sytuacji. Praktyczne żadne. – On jest bystrym facetem. Może coś wymyśli. – Dobrze wiesz, ilu lekarzy i różnych typów naukowców tam się przewinęło. I co? I nic. – Szkoda słów. Jedynym wyjściem jest... – Właśnie. Kto im to zrobił? – Lub: co. I dlaczego nie wszystkich dotyczy? – Tego się raczej nie dowiemy. ~̅~̅ Słoneczna pogoda jest przeciwieństwem moich myśli. Podchodzę do okna i lekko się wychylam. Mam pod sobą ulicę. Trochę dalej dostrzegam niewielki rynek. Aż mi ciarki przechodzą po plecach. Prawie cały jest pełen ludzi. Tylko że większość czołga się zupełnie przy ziemi. Nawet głowę rzadko podnoszą. Sprawiają wrażenie, że poruszają się... tylko po to, żeby być w ruchu. Jeszcze bardziej przytłacza fakt, że dotyczy to także dzieci. Też się czołgają. Właśnie jeden mężczyzna i mały chłopczyk, przesuwają się pod moim oknem. Obok idzie kobieta. Rodzina na spacerze - myślę sobie. Ale dlaczego mąż i dziecko muszą się czołgać. Słyszę pisk hamulców. Przed jednym z samochodów, pełznie przechodzień. Płasko przy jezdni. Jestem na ulicy. Teraz wiem, dlaczego słyszałem i słyszę: szuranie. Widzę człowieka siedzącego na ławce. Popija coś z butelki. Może mimo wszystko, coś wyjaśni. – Dzień dobry. Proszę mi powiedzieć, co tu się wyprawia? – Przyjezdny jesteś? – Tak. – Dużo było przyjezdnych. Mądrych ludzi. I co? I gówno! Nic nie poradzili. Dupy w troki i odjechali. Pies im mordę lizał... słyszysz ten szelest za mną w krzakach? – No słyszę. – To moja żona i dziecko szeleszczą. Ale już niedługo. Ja też mam nóż. Za chwilę ona poderżnie gardło dziecku a później sobie. Wtedy ja zrobię to samo. Im nie mogłem poderżnąć. Nie mam tyle odwagi. Przestaną cierpieć, a ja przestanę cierpieć, patrząc jak one cierpią. Rozumiesz? Gówno rozumiesz! Z krzaków nie dobiega żaden dźwięk. Biegnę tam. Leżą twarzą do ziemi, w kałuży krwi. Matka trzyma w ręce zakrwawiony nóż. Wracam w stronę ławki. Właśnie facet podcina sobie gardło. Oddalam się z tego miejsca, zważając by kogoś nogami nie potrącić. Idę w kierunku hotelu, jakby w dziwnym transie. Może tam się dowiem czegoś więcej. Dostrzegam dwójkę dzieci. Jedno idzie, drugie się czołga. Przystają na chwilę. Stojące chce podnieść, to leżące. Znowu słyszę ten dziwny wrzask. Kładzie go na ziemię. Uspokaja się. Jestem blisko hotelu. Przed wejściem leży człowiek. Unosi głowę nad chodnik. Tylko na chwilę. Nigdy nie zapomnę, tego spojrzenia, pełnego bólu. W hotelu nic się nie zmieniło. Może poza tym, że nie słyszę tych dziwnych dźwięków. Przywołuję recepcjonistę. Przychodzi po chwili. – Co tu się do cholery wyprawia? Przed chwilą byłem świadkiem samobójstwa. Wyobraża pan sobie? – Nie muszę sobie wyobrażać... niestety. Zdarza się, że nie wytrzymują. – Chodzi o tych, co się czołgają? – Tak. – Czego nie wytrzymują? – Czołgania... – Jak to? – To się stało w jeden dzień. Nie wiadomo dlaczego i... skąd. Nic nie można na to poradzić. Już wielu próbowało. – Ale o co chodzi? – Wielu zupełnie nagle, poczuło wielki ból. Szczególnie w głowie. Zupełnie przypadkowo się zorientowano, że im głowa jest bliżej ziemi, to mniej boli. A jak się czołgają, to prawie wcale. – A nie mogą po prostu leżeć? – Wtedy bardziej boli, ale jakoś można wytrzymać. W przeciwnym wypadku, nie mogli by zasnąć. – Czyli jedynym sposobem, żeby nie odczuwać bólu, to czołgać się z głową przy ziemi. – Tak. Być w ruchu. I to jeszcze z twarzą skierowaną w dół. Dobrze, że pozostali są wyrozumiali. Sąsiedzi z piętrowych budynków, których dotyczy ta zaraza, mieszkają u tych, na parterze, lub tutaj w hotelu. Byle jak najniżej. Wspieramy się jak możemy. Nie wiem, co będzie dalej. Dużo by trzeba opowiadać. Nawet nie mogą się obrócić na plecy. Na domiar złego, tego typu... rozbieżności dotyczą wszystkich. Także rodzin. Jedni się czołgają, drudzy nie. – Czyli jedynym sposobem, żeby nie cierpieć jest... – Tak... lub dotarcie poza granice miasteczka. Tam też umierają. – I nie ma żadnej... iskierki nadziei? – Iskierki nadziei, powiadasz pan. No niby jest. Jak byli tutaj ci wszyscy... uczeni, to się okazało, że wszelkie choroby opuściły tych, co się czołgają. No wie pan... nowotwory i różne inne. Są zupełnie wyleczeni. Najzdrowsi z nas. – Czyli można by rzec, że to... prawie cud. – Taa... prawie cud. Tylko dlaczego ten ''cud'' im ból zostawił? – Może to skutek uboczny? – Skutek uboczny? Tylko czego dotyczy? Bólu czy... cudu? ~̅~̅ Stoję na obrzeżach miasteczka. Nie chcę tego wszystkiego oglądać. Jak to się stało. Czym sobie na to zasłużyli. A może niczym. Tak chciało przeznaczenie. Do dupy z takim przeznaczeniem. Patrzę w niebo i zaczynam się wydzierać, na cały głos: – Wytłumaczcie mi istoty z nieba, dlaczego to ich spotkało. Czy was zupełnie pogięło. Jak tak można. Miłości w sobie nie macie. Żeby takie coś na niewinnych ludzi zsyłać. Odbiło wam zupełnie. Dlaczego nie można im w żaden sposób pomoc. A w ogóle, co to za niesprawiedliwość. Jednych ta zaraza dotknęła a innych nie. Oczywiście, są wyleczeni. I co z tego! Za jaką cenę. Wolałbym umrzeć, by ich wyzwolić od tego bólu. Żeby ten cały... cover cudu, można było nazwać: prawdziwym cudem. Opamiętajcie się. Bardzo was proszę. Zdejmijcie z nich tę nadsłonkę. Zupełnie niespodziewanie, czuję potworny ból w głowie. Klękam na ziemię. Trochę lepiej. Kładę się zupełnie płasko. Można jakoś wytrzymać. Zaczynam się czołgać. Ból mija prawie zupełnie. Wiem, co zrobię, bo pamiętam co powiedziałem. Zresztą jakie mam wyjście. Lekko unoszę głowę. Widzę w oddali ścieżkę w lesie, którą przyszedłem do miasteczka. Pełznę w jej kierunku. Jedynym widokiem jest piasek i trawa. Dostrzegam żółte wstęgi. Jeszcze trochę czołgania i wyjdę poza granice miasteczka. `̅`̅`̅`̅` Co się do cholery ze mną stało? Nawet nie mogę obrócić się na plecy. Jedynie trochę spoglądać na boki. O co w tym wszystkim chodzi. I dlaczego prawie ciemno. Jak długo tu leżę? Bardzo mi zimno. Mam wrażenie, że za chwilę będzie koniec. Tylko czego? Słyszę za sobą szelest. Ciche kroki. Nie mogę spojrzeć do tyłu. Za bardzo by bolało. Czuję, że ktoś za mną stoi. Słyszę dziewczęcy głos: – Widziałam jak nakrzyczałeś na niebo. Dobrze mu tak. – Na jakie niebo? – Nie unoś głowy, bo będzie boleć... no tam... na skraju miasteczka. – Jakiego znowu miasteczka? Co ty opowiadasz. No właśnie... może wiesz, dlaczego tu leżę a próba wstania, jest taka bolesna. – Nic nie pamiętasz? – A jest coś do pamiętania? – Pewnie, że jest. Byłeś u nas. – Co ty za bzdury opowiadasz. Nigdzie nie byłem i nie wiem, skąd tu się wziąłem. Leżę jak kłoda w lesie. – A wiesz, że niektórych przestało boleć. Mogą chodzić na stojąco. Czasami muszą się kłaść, ale wierzymy, że to minie zupełnie. – Mogą chodzić na stojąco? To ci dopiero nowina. Co w tym dziwnego? Jakich: ich? – No tych co wyzwoliłeś. – Wyzwoliłem? Dziewczynko... pogięło ciebie zupełnie? O czym ty gadasz/? – Za chwilę umrzesz. Wiesz o tym. To cena. Sam wyznaczyłeś. – Umrę? Wyznaczyłem? Wezwij pomoc, bo jeszcze pomyślę, że to jakaś dekoracja w czubatym domku. Proszę! – Nie mogę. Przecież chcesz wypełnić przyrzeczenie. Zresztą żadna pomoc ci nie pomoże. – Jakie znowu przyrzeczenie? Może i lepiej, że umrę. Na co mi życie, skoro na rozum padło. Czy ty jesteś naprawdę? – Czołgaj się. Nie będziesz odczuwał bólu. Zaczynam pełzać w kółko. Rzeczywiście pomaga, ale niewiele. Znowu leżę nieruchomo, twarzą do ziemi. – Za to co dla nas uczyniłeś, przyniosłam ci prezent. – Nic nie uczyniłem. Do dupy z tym wszystkim. No dobra... i tak dziękuję. – Cieszę się. Masz zieloną kurtkę. Będzie pasował. Za chwilę przypnę na twoich plecach. – Co przypniesz? – Biały kwiatek. – Chwila... biały kwiatek? To jedno pamiętam... ale nie wiem, gdzie go widziałem. Ładny chociaż? – Bardzo ładny. Sama zrobiłam i bardzo się starałam, żeby był piękny. Do twarzy ci z nim. Przepraszam. Muszę wracać. Ty za chwilę i tak umrzesz, więc moje gadanie, nie będzie miało sensu, nieprawdaż. Jeszcze raz dziękuję w imieniu wszystkich. o̲̅ Ostatnie dźwięki jakie słyszy przed śmiercią, to: odgłos nadjeżdżającego samochodu, otwierania drzwi, a po chwili... zbliżających się kroków. Ktoś idzie w jego kierunku.
  8. @Deonix_ →Dzięki:) To jest moja pierwsza w życiu villanella. Może następna będzie lepsza... lub gorsza:)) Dlatego bardziej zważałem na reguły i rytm. Pierwszy wers ma być powielony... ale z lekka zmodyfikowany? Czyli na ile? To można różnie rozumieć. Pozdrawiam:) ԃ?ԃ
  9. –––//––– zatańczmy proszę wśród kwiatów lśnienia może jutrzenka nie zgaśnie wcale choć głaz przygniata życie pozmieniał nie gaśnij gwiazdko blasku nie zmieniaj kropelki rosy dźwięczą w krysztale zatańczmy proszę wśród kwiatów lśnienia skowronek radość właśnie nam śpiewa trosk nie słyszymy są zapomniane choć głaz przygniata życie pozmieniał na skrzydłach wiatru smutek umiera spełnią marzenia wierzymy wytrwale dalej wciąż tańczmy wśród kwiatów lśnienia. błękitne niebo wiarę powiela aż szybujemy poza cierpienie głaz mniej przygniata choć nas pozmieniał oby nadzieja znów nie zasnęła spróbujmy jeszcze w poświacie brzasku tańczmy więc proszę wśród kwiatów lśnienia głaz nie przygniata życie pozmieniał.
  10. Powierzchnię podłogi zakłóca delikatna szata wirujących śnieżynek. Nieustannie zmieniają swoje położenie, lecz wiele z nich wędruje do innego świata, zamieniając się w wodę. Wewnątrz jest nieco cieplej. Od strony wejścia widać ciemniejsze smugi. Wiatr nawiewa nieustannie maciupeńkie krainy śniegu. Niczym pies pasterski, zagania zimne owieczki do niewiele cieplejszej komnaty. Niektóre osiadają na meblach niczym srebrzyste gwiazdki. Tyle, że zimne. Na tym odludziu, nawet pasują. Drzwi są otwarte. Zlodowaciałe. Ruszyć się nie mogą, żeby chociaż poskrzypieć zawiasami o swoim uwięzionym losie. Ale z drugiej strony, przed kim miały by się żalić? Przecież już nikt nie słucha. Nawet bałwan, który stoi na zewnątrz. Blisko niego, na oblodzonej gałęzi, siedzą dwa kruki. Nie mają zamiar odfrunąć. Czekają. Na progu, w okowach futryny, przycupnęła figurka. Gdyby nią popukać o drewniane boki, można by usłyszeć głuche stukanie. Nie cała jest otulona: gęstą śnieżną poświatą. Tu i ówdzie, widać trochę kolorów. Jakby chciała zapomnieć o tym, co przed chwilą nastąpiło, w jej smutnym świecie. Najbardziej przygnębiający jest fakt absolutnego bezruchu oraz otwarte oczy, niczym zepsuta migawka aparatu fotograficznego, która już nigdy nie zaprosi obrazów, by zagościły w krainie matrycy. Dziecko jest zamrożone. Odczuwało zimno tylko na początku. A później... mroźne powietrze, utuliło niewielkie ciałko, w kołysce błogiego odpływania. Niektóre śnieżynki przysiadły na powierzchni ust, które jeszcze tak niedawno zadawały pytania, mówiły słowa, których nie chciano słuchać. Aż wreszcie zamilkły na zawsze. W szklistych, martwych oczach, odbija się światło. {Jakiś czas temu} – Jesteś naszą największą zakałą i zmartwieniem. Masz siedem lat, a rozumu tyle, co w psiej kupie . Same utrapienie z tobą. Czy kiedykolwiek zmienisz swoje postępowanie? Dasz nam trochę radości? – Ależ tato... – Cicho bądź. Jestem twoją matką i myślę tak samo jak twój ojciec. Sprawiasz nam same kłopoty. Jesteś nieusłuchana, bezczelna i masz sieczkę w głowie, zamiast rozumu. Czy ty w ogóle pojmujesz, co do ciebie mówię? I nie patrz tak na mnie, tym swoim tępym krowim wzrokiem. Przyrzeknij poprawę, bo dostaniesz po dupie. – Słuchaj co matka mówi. Widzisz ten pasek na ścianie? – Tak... ale ja nie wiem, co to jest sieczka. I nic złego nie zrobiłam. – Nie wiesz co to: sieczka? Dobre sobie! Nie dosyć, że jesteś jak jesteś, to jeszcze sobie żarty stroisz ze swoich rodziców? Za chwilę wyjeżdżamy. Jakiś czas nas nie będzie. Zostaniesz za karę sama w domu. – Za jaką karę? – Za jaką karę? Co to w ogóle za pytanie? I nie dłub w nosie, bo ci ten paskudny palec utniemy i wyrzucimy przed dom, żeby zamarzł. – Co ja takiego złego zrobiłam? – Jeszcze się głupio pytasz? Drzwi nie będą zamknięte na klucz. Nie chcemy, żebyś siedziała jak we więzieniu. Może ktoś cię odwiedzi i rozumu nauczy. Z ciebie przy każdej sposobności, świrnięty bachor wyłazi. Aż przykro patrzeć. Jeszcze nam oczy wylecą od twojego widoku. – Nic ze mnie nie wyłazi i nie chcę zostać sama. Będę się bać. – Przestań pyskować! Możesz sobie nie chcieć, ale zostaniesz. Siedzi na progu kiedy odjeżdżają. Ma wrażenie, że nie ma dla niej miejsca w domu. Natłok myśli, strasznie ją gnębi i przytłacza. Nie bardzo wie, za co jej tak nie lubią. Czuje się odtrącona i niepotrzebna. Macha im ręką bardzo długo, chociaż zupełnie niepotrzebnie. Nawet nie spojrzeli w jej stronę, by zobaczyć jak im kiwa na pożegnanie. Nie zdają sobie sprawy, że przegapili ostatnią szansę, by zobaczyć ją żywą. Jest coraz dalej od nich, chociaż siedzi ciągle w tym samym miejscu. Rodzice odjechali, ale chłód ich serc pozostał. Na pewno nie cały. Bo wtedy by po nią wrócili. Ale w dostatecznym stopniu, by zacząć przeobrażenie w coś na kształt: człowieka. W mroźną mgłę o ludzkim kształcie. Dziewczynka nie odczuwa lęku i chłodu. Chociaż wokół jest zima, powietrze nie jest aż tak mroźne, a ona ma na sobie odpowiednie ubranie. Patrzy ciekawie na dziwną, migotliwą postać, która przy niej siada i ją przytula. Słyszy jakby słowa: – Nie siedziałbym przy tobie, gdyby nie wieczna zima w sercach twoich rodziców. Po jakimś czasie owa postać wstaje i zaczyna wolno spacerować wokół budynku.Temperatura powietrza diametralnie spada. Wszystko wokół zaczyna nagle zamarzać. Ból i łzy zostają zamrożone, a myśli które tak bolały, zatrzymują się w pół kroku i tak już zostają, niezdolne do zadawania ran. Dziewczynka przestaje cierpieć. Dziwny stwór, zamienia swoją mgłę w zwykłego bałwana i zaczyna cierpliwie czekać, by móc powrócić jeszcze bardziej zimny, w to samo miejsce, które niedawno opuścił. *~? Policja została zawiadomiona przez przypadkowego turystę, jakiś czas później, kiedy aura się zmieniła i było o wiele cieplej. Znaleziono martwe dziecko, siedzące na progu. Ciała rodziców leżały przy ścianie. Sztywne i zamrożone. Kruki stukały dziobami po ich szklistych oczach. Została jeszcze jedna zagadka do wyjaśnienia. Część ziemi nadal pokrywał zlodowaciały śnieg. Wyryte były na nim: dwa duże serca. Wewnątrz nich, wyrosły wiosenne kwiatki. Niektórzy w utworzonym kształcie, widzieli małe serduszko. Sprawiało wrażenie... jakby chciało coś powiedzieć... lub już powiedziało.
  11. jutrzenko pięcioramienna ty moja tyś droga mi wielce ile razy na ciebie spojrzę to pyta me serce kto cię dał pragnę codziennie spod moich powiek widzieć ciebie tekstu ozdobie ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ samotnie świecisz na mej grządce kropelką świtu z bieli cichutko tuli cię wzrokiem na strony łące z poezji w biedę płynący łódką radość dajesz o brzasku szarym początek dzionka erupcje weny wierzę w płodności umysłu stany gdy w literatce razem płyniemy bestia sztormu wierzgać zaczyna za chwilę nitka żywota pęknie na falach się wierci byt anonima targane ciało toni szaleństwem mnie wyrzuciło na plażę daleko nie sięga rękami gwiazdy tonący inne by pomóc nie wiszą nad rzeką życie w głębiny się z niego sączy pyta się rybka swojej mamusi co to za ciało nad głową pływa może cię córko to nieco zasmuci był anonim i ano... nima.
  12. –––//––– Piękny rześki poranek. Jestem w siódmym niebie, kiedy siedzę z żoną i córeczką przy kuchennym stole. Co za wspaniałe cudowne chwile. Długo je później wspominam, gdy nie ma mnie w domu. Nie zawsze szybko wracam. Bywa różnie. Czasami praca przeciąga się do późnych godzin nocnych. Albo nawet przez wiele dni jestem zajęty. Wszystko zależy od częstotliwości. Chociaż statystycznie rzecz biorąc, nie mogę narzekać. Dobrze, że mam odłożone trochę grosza. To tajemnica. Nie mogę im powiedzieć. Córeczka jest taka słodka. Bardzo ją kocham. To mój najdroższy skarb. W ogień bym za nią skoczył. Właśnie wcina bułkę z pomidorem. Wilgotny kawałek spadł na sukienkę. Żona chce to wytrzeć. Uprzedzam ją. Jestem schludny. Nie wyzywam córki, ale jest mi przykro, że tak pobrudziła swoje ubranko. Wycieram i wyrzucam chusteczkę do śmieci. Teraz tam jej miejsce. Dzisiaj miałem kolejny wspaniały sen. Dziękuję Jemu, za właśnie takie. Byłem czarownikiem. Wypowiedziałem zaklęcie. Rozpłynęły się i ściekły do kanalizy. Tam gdzie pływają gówna i lęgną się szczury. Odnalazły swój dom. Właśnie takiej rodzinnej atmosfery im życzę. Obudziłem się, pełen wiary we własne siły. Może drzemią we mnie możliwości, o których jeszcze nie wiem, a które mogą być przydatne, w realizacji misji. – Tatusiu! Wstawaj! Czas do pracy! – Och ty mój skarbie. Tak cię kocham. – Chyba wiesz, że spóźnienie może grozić nakrzyczeniem. – Dziecko, twoje zamartwianie o tatusia, jest bezpodstawne. Nie nakrzyczą. – To dobrze. Bo tak się o ciebie bałam. Uderzam siekierą prosto w głowę. Słyszę rozkoszny trzask. Suchy i wyraźny. Balsam dla moich uszu. Poczwara upada na kamienistą drogę. Odgłosy takie, jakby drewniane pałeczki uderzały o nawierzchnię. Wycieram ostrze chusteczką higieniczną. Brzydzę się brudnymi resztkami. Lubię czystą schludną pracę. Jednej kreatury mniej. Jestem zadowolony. Dobrze mi idzie. Mam coraz większą wprawę. Uczę się. Wiem, gdzie je wypatrywać Długi czas żyłem w cieniu swoich grzechów. Właziły nawet do mojego wnętrza i rozpalały ogień nienawiści, do wszystkiego i wszystkich. Nie mogę dopuścić do tego, by te maszkary nękały ludzi tak samo, jak ja kiedyś nękałem. Muszę ludzkość od nich uwolnić. Wiele się we mnie zmieniło na lepsze. Teraz pragnę pomagać innym. Odkupić swoje winy, dobrymi uczynkami. Jestem nawet gotowy poświęcić życie, dla tej ważnej sprawy. Zostawiłem w tyle własny cień, by inni mogli go podeptać. To się jemu oraz im ode mnie należy. Siedzę z żoną i córeczką na zielonej łące. Bywamy tu raz po raz. W tym pięknym zakątku, błękitnej planety. Żona dość często mi powtarza, że mi odobija na tle zachodów słońca. Tłumaczy, że te obrazki stały się tym samym, co jeleń na rykowisku. Całuję ją w usta i mówię, że opowiada bzdury. To zawsze będzie piękny widok, gdyż daje nadzieję na powitanie poranka. Przekornie zaprzecza. Znowu ją przekonuję, że wschód psychicznie dołuje, kiedy człowiek myśli o końcu dnia, gdy słońce zajdzie za horyzont i nie wiadomo, czy powróci. Wiem, że dla niektórych stworzeń na pewno nie. – Tatusiu! Czy ty nas kochasz? – Skarbie, słoneczko ty moje. Bardzo kocham. – To dlaczego rozgniotłeś pasikonika, skoro siedział tu z nami i cię nawet nie ugryzł? – Przepraszam... nie zauważyłem. Myślałem o czymś. Dostrzegam następną. A właściwie słyszę stukanie. Ciekawe, że trudno je dojrzeć w skupiskach ludzkich. Już wiem! Wstydzą się wyglądu. W parku jest ciemnawo i w zasadzie pusto. Nic dziwnego, że tutaj spaceruje, myśląc że nic jej nie grozi. Owe rozważania są błędne. Już ja tego dopilnuję. Jeżeli w ogóle coś myśli tą swoją szkaradną buzią. Siedzę w krzakach. Czekam na sposobność. Dziwaczna maska z kołdunami kłaków. Gładkie ciało przyozdobione jakimiś szmatkami. Na dodatek te drewniane odgłosy, gdy uderza butami o twardą nawierzchnię. Przeguby rąk skręcone na śruby. Do gęby przylepiony głupawy szmaciany uśmiech. Skąd takie dziwadła na tym świecie? Jak takie coś może chodzić wśród ludzi. O przepraszam. One ich unikają. Myślą, że w ten sposób są bezpieczne. Nic z tego, pokrako! Jestem ja. Uwolnię świat od takiego szkaradziejstwa. Akurat przechodzi obok. Czekam chwilę. Podchodzę od tyłu. Zakładam na tą wredną drewnianą szyjkę, linkę od hamulca. Linki są dobre. Wchodzą szybko i głęboko. To dobrze, że drewno jest takie miękkie właśnie w chwili, kiedy jest to przydatne. Coś tam jęczy, gdy miażdżę tą cholerną wieżyczkę z doczepioną główką. Kiedy czuję, że linka opiera się na kręgach szyjnych, doznaję prawdziwej ekstazy. Czuję zapach świeżego drewna i ciepłą ciecz, której nie dostrzegam. Najlepsza zaleta w tej mojej pracy. Ten ładny zapach. Ale przyznać muszę, że eliminacja kolejnych szkarad bardzo mnie podnieca, w sensie różnych doznań. Bywają też inne popaprańce. Chyba z jakiegoś tworzywa. Są też szmaciane. Ale trudno je spotkać. Te wystarczy rozerwać w newralgicznym punkcie, nacinając uprzednio ostrym nożem. Przestaje ją trzymać. Upada na ziemię. Znowu słyszę odgłosy drewnianych pałeczek, uderzających o siebie nawzajem. Wracam późno do domu. Całuję żonę. Jeszcze nie śpi. Czekała na mnie. Pyta jak tam w pracy. Mówię, że wszystko zgodnie z planem, ale musiałem dłużej zostać. Jest przyzwyczajona do takich odpowiedzi. Wie, że jej nie zdradzam. Nie mógł bym. To przecież straszny grzech. Córka zbiega po schodach. Rzuca się w moje ramiona. Przytulam ją najlepiej jak potrafię. Głaszczę czule po główce. Wchodzimy wszyscy na piętro. Żona idzie do sypialni. Mówię jej, że za chwilę przyjdę, ale najpierw zaśpiewam małej kołysankę. Kiedy zasypia, wychodzę z pokoju. Myć się nie muszę. Mam to inaczej zorganizowane. Wchodzę do sypialni. Po tych wszystkich rozkoszach zasługuję na piękne sny. Żona szepce, że mnie pragnie. Mówię jej, że dzisiaj jestem bardzo zmęczony. Obraca się plecami do mnie, a ja przeżywam jeszcze raz to wszystko. Żeby więcej ludzi czyniło tyle dobra, to świat byłby lepszy i bardziej znośniejszy. Rano wstajemy rześcy i wypoczęci. Jest sobota. Postanawiam, że zrobię sobie przerwę w wypełnianiu misji, gdyż wczoraj był prawdziwy urodzaj, więc mogę sobie jeden dzień odpuścić. Może przez ten czas więcej ich powyłazi. Po co czekać na próżno w różnych zaułkach i marnować czas. Czyż nie lepiej spędzić go z kochającą rodziną. Zawsze ja robię śniadanie. Dzisiaj żona się uparła, że to ona przygotuje. A że pogoda jest tak samo ładna jak ona, wynosimy stół na zewnątrz. Córka podskakuje z radości. Cieszy się, że będzie jadła wśród kwiatów i pasikoników. Dostrzegam na parapecie ślimaka. Zostawia za sobą wstrętny śluz. Wyrzucam go na zewnątrz. Powierzchnię wycieram czystą szmatką. Siedzimy przy stole. Gdzieś tam w górze śpiewa skowronek. Jestem taki szczęśliwy. Patrzę na żonę, spoglądam na dziecko i aż mi się serce kraje od wzruszenia. Za co spotkało mnie takie szczęście? A może właśnie za to, że jestem wolontariuszem? Skąd się one wzięły? Dlaczego tylko ja to wszystko widzę? O nic nikogo nie pytam, bo zrobię zamieszanie i wejdą w jakieś niedostępne kąty. Córka się do mnie uśmiecha. Jest taka urocza. Podobna do matki. Znowu wcina bułkę z pomidorem. Co ona tak lubi te pomidory? Tym razem nie brudzi sukienki. Jestem przez to spokojniejszy. Bardziej zrelaksowany. Nic nie zakłóca tej szczęśliwej sielanki. Wchodzę na chwilę do domu, żeby znowu się wysikać. Może za dużo wypiłem soku pomarańczowego. Uwielbiam ten napój. Od razu mam skojarzenia z palmami i słoneczną plażą w krainie mórz południowych oraz sentymentalną romantyczną muzyką, płynącą jak rześki strumyk z czeluści hawajskich gitar. Nie wspomnę o zachodach Słońca, gdyż nie chce denerwować żony. Wódki nie pije. Muszę mieć trzeźwy umysł, żeby je odróżniać od normalnych ludzi. Stoję w progu i doznaję szoku. Nie ma żony ani córki. Na ratanowych fotelach siedzą te wstrętne maszkary. Jedna duża druga mała. Ta mniejsza jest bardziej ohydna od tej drugiej. Znowu widzę te gładkie twarze, przyklejone uśmiechy z byle czego, a z przegubów w rękach i nogach, wystają śruby. Resztki ubrań mają dziwnie sztywne. Ruszają się jak zwykle: wstrętnie, poklatkowo. To małe trzyma w sztywnych palcach coś czerwonego i kładzie do ust. Ale prawdziwych nie ma. Wszystko ścieka po bokach. Ohyda. Rzygam na trawę. Jestem przerażony, smutny i cholernie wnerwiony. Tego jeszcze nie było. Zaatakowały moją rodzinę. Zabiły żonę i córkę, a ciała wywlekły nie wiadomo gdzie. A teraz sobie spokojnie siedzą, jakby nigdy nic. Coś tam skrzeczą, ale mam to gdzieś. Wbiegam do domu. Schodzę do piwnicy. Biorę siekierę. Wybiegam na zewnątrz. Wstały z miejsca. Chyba chcą uciekać. Ta mała poczwarka, głośno się wdziera. Duża bierze ją na sztywne kikuty i mają zamiar zwiać. To przecież śmieszne. Czyżby naprawdę myślały, że mnie przechytrzą? Że im wybaczę i daruję to, co mi zrobiły. I tak bym je zabił. Ale teraz to już na pewno. Doganiam je z łatwością. Rozbijam siekierą obydwie głowy. Najpierw mniejszej a później dużej. Przed uderzeniem dziwnie na mnie spojrzała, namalowanym okiem. Aż jej się uśmiech odkleił. Nie chcę tu zostać. Bez mojej żony i dziecka, jestem zbyteczny. Miałbym za dużo różnych skojarzeń. Spoglądam za siebie. Nasz drewniany dom się zapada. Słyszę znajome odgłosy. A byłem pewien, że był murowany. Przysięgam sobie w myślach, że teraz dopiero mnie popamiętają . Do tego czasu byłem litościwy. Zabijałem sprawnie i szybko. To się niebawem skończy. Czas na tortury. Stoję na skraju lasu. Przede mną mała łąka. A po drugiej stronie, znowu las. Odczuwam wewnętrzny spokój. Być może oczekiwanie na zemstę, tak mnie dobrze nastraja. Poranek jest rześki. Klękam na kolana, kładąc dłonie na mokrej trawie. To takie przyjemne. Zielone źdźbła muskają delikatnie skórę. Dodają otuchy. Mała biedronka ląduje na palcu. Omija kropelkę rosy. Nie wiem skąd się wzięła na dłoni. Świat jest taki cudowny. Widzę żółty kwiatek. Nie zrywam go, bo za bardzo by cierpiał. Podobno rośliny też odczuwają ból. Patrzę w niebo i proszę Go o wsparcie. Żebym nie zwątpił, nie utracił wiary. Pytam się, czy słusznie czynię. Nie słyszę słów sprzeciwu. Widzę poczwarę. Większą niż dotychczas. Bardzo dobrze. To i zemsta będzie większa. Mam przy sobie dwie siekiery. Jedną dużą, drugą małą. Mniejszą w torbie na pasku przerzuconym przez ramię. Zabrałem także piłkę do metalu. Żeby im pomalutku te pieprzone długaśne przegubowce poobcinać. Aż ręce mi się pocą jak sobie o tym pomyślę. Na plecach odczuwam gęsią skórkę. Zawsze tak mam, gdy odczuwam zadowolenie. Muszę jakoś do potwora podejść. Żeby nie wzbudzić podejrzeń, żeby nie spłoszyć. Niektóre żwawo uciekają, a mnie serducho nawala. Łykam tabletki, żeby mi sił starczyło i żebym nie stracił wiary. Nie może mi cholerstwo zwiać. Nigdy bym sobie tego nie darował. Przegapić choćby sekundę zemsty? To ponad moje siły. Wtem doznaję kolejnego dowcipu mózgu. Dlaczego mi tego nie pokazał. Zachował dla siebie. Dopiero teraz to widzę? Tyle czasu likwiduję te łajdactwa i nigdy nie dostrzegłem, że coś się między rękami plącze. Lecz teraz widzę. Długaśne, pod same niebo sznurki. Jest ich naprawdę bardzo dużo. Jak mogę okiem sięgnąć. Na całym widocznym obszarze, rzucają długie, szare cienie. Teraz wiem, że są sterowane. Przez jakąś wielką siłę. Tam między chmurami, musi być jakaś ogromna ręka, która nimi kieruje. Porusza ich ciała. To tylko marionetki. Cholerne drewniane kukły. Widzę, że wiązka grubych nitek, skupia się prawie w jednym punkcie, ginącym w przestworzach. Czyżby jeszcze ich tyle zostało? Mimo, że unicestwiłem taką ilość. Ta ogromna ręka musi do kogoś należeć. Jeszcze bardziej podłego od tego, czym kieruje. One tylko wykonują rozkazy. Chodzą jak sterowane figurki. Ile jest takich istot, które nimi zawiadują. A może tylko ta jedna, tak sobie cholernie dobrze radzi. Muszę zobaczyć jej twarz. Koniecznie. Natychmiast. Zemsta może w takiej sytuacji poczekać. Sięgam po jeden sznurek. Jest bardzo gruby i dziwnie chropowaty. Drży w dłoniach, jakbym trzymał latawca. Wspominam czasy dzieciństwa. Najbardziej lubiłem bułkę z wątrobianką i ogórkiem. To wszystko minęło bezpowrotnie i już nigdy nie powróci. Kombinuję żeby siekierą poprzecinać i w ten sposób uniemożliwić sterowanie. Ale po pierwsze jest ich za dużo, a po drugie są cholernie mocne. Spoglądam w górę wzdłuż sznurka. Gdzieś tam niknie wysoko, cienki jak prawdziwa nitka. Ciągnę ze wszystkich sił. Szarpię mocno. Może wreszcie mi się uda i na końcu linki ujrzę wyjaśnienie. Jestem zdziwiony, że tak łatwo poszło. Dostrzegam wystającą dłoń. Za chwilę ukazuje się twarz. Nie widzę jej dokładnie, bo zasłaniają częściowo chmury. Musi być ogromna, skoro mogę rozpoznać jej zarysy. Nie wierzę własnym oczom. To nie może być prawdą! Widzę twarz córki. Czy to naprawdę ona? Ten cudowny skarb, dla którego każdej miłości za mało. Chmura odsłoniła ją całkowicie. Nie mam żadnych wątpliwości. W mojej głowie słyszę głos: – Tatusiu! Dlaczego zabiłeś mnie i mamę? Co ona mówi? Że ich zabiłem? To naprawdę moja córka? Skoro tak, to jej się w głowie miesza. Przecież ich nie zabiłem. Tylko wstrętne maszkary. – Tato! Odpowiedz! – Nie zabiłem was. Przysięgam. Jakbym mógł. Nie możesz tak mówić. Twarz zaczyna się zmieniać. Leci z niej krew. Krople są ogromne. Uderzają w ziemię. Rozbryzgując wokół gęstą czerwień. Ciemne chmury znowu zasłaniają widok. Po chwili ciemność ustępuję. Widzę wyraźnie swoją twarz. Jak to moją twarz? To ja tym wszystkim steruję? To niemożliwe. Mam jakieś przewidzenia. Coś ze mną nie tak. Takimi maszkarami miałby zarządzać, skoro im wolę łby rozwalać? Prawdziwa ohyda. Chyba zaraz zwymiotuję. Byle nie na kwiatki, bo szkoda. Przecież jestem po to, żeby je niszczyć. Wyplenić ile się da. Nawet Ten, do którego się modliłem o wsparcie, nie powiedział mi, że źle postępuję. Jak tylko minie ta cała heca ze sznurkami, to biorę się porządnie do roboty. Już i tak mam zaległości. Tamta sobie poszła. Ale jeszcze ją dorwę. Jest wielka, to się wyróżnia. Coś mnie tknęło i spoglądam za siebie. Ogromna twarz wisi nisko nad ziemią, niedaleko mnie. Rzeczywiście ma pokaźne rozmiary. Jak mały dom. I niewątpliwie to moja twarz. Myślę sobie, że jest tylko jedno radykalne wyjście z sytuacji. Biorę siekierę do ręki i zaczynam w nią uderzać. To nie mogę być ja. Nie ma takiej opcji. A może jednak? Wykluczone! Uderzam coraz mocniej i mocniej. Ze wszystkich sił jakie w sobie posiadam. Lecz twarz pozostaje niezmieniona. Uświadamiam sobie, że to jakiś pokręcony hologram lub coś podobnego. Wchodzę do mojej twarzy. Ze środka widać mniej. Trochę jakby wszystko zamazane. Mam wrażenie, że otacza mnie ciemność, chociaż ciemno nie jest. Nagle jest mi przeraźliwie duszno. Jakby mnie coś przytłaczało. Chcę wyjść na zewnątrz, lecz słyszę dziwne odgłosy. Ze wszystkich stron nadchodzą pokręcone kukły, a przed nimi ich podłużne cienie. Dotykają mnie bezgłośnie. Przekraczają próg twarzy. Kukły są różnej wielkości. Uderzają o siebie. Stąd te parszywe dźwięki. Duże, małe ale niektóre ogromne. Tyle wytłukłem a ciągle ich pełno. Trzymają w pokracznych przegubowcach jakieś dziwne narzędzia. Niektóre są trójpalczaste. Kiwają się poklatkowo na boki. Pionowe sznurki wiewają nad nimi jak anielskie włosy. Nie ustają w swoim marszu. Podchodzą ze wszystkich stron. Nie mam gdzie uciec. Niektóre nitki wpadają do środka. Owijają moją szyję, ściskając coraz mocniej. Mam trudności z oddychaniem. Słyszę klekotanie drewnianych cymbałków. Hałas się wzmaga i wiatr. Zaczyna padać krwawy deszcz. Mlaskające odgłosy padających kropel penetrują umysł. Poczwary wchodzą do środka. Do mojej głowy. Upadam na ziemię. Słyszę te dźwięki w sobie. Jestem nimi. Mam wrażenie, że wgryzają się do mózgu, do myśli, chcąc rozszarpać istotę mnie, od środka. Spłoszona biedronka startuję z palca, rozbryzgując skrzydełkami kropelkę potu. Dobrze, że chociaż ona się uratuje. Nie lubię patrzeć jak giną niewinne istoty. To ponad moje siły.
  13. Dekaos Dondi

    Wesoły ? Alfabet

    ? A bo jestem najładniejsze. Bo ja ciągle najmądrzejsze. Często słucham pieśni rzewnych Dywagacji miłych zwiewnych E tam zwykle jest przystojne. Fakt wesołość słyszę ciągle Gaworzenie też tu wspomnę Hałasują wciąż z humorem Ija ija kaftan w porę. Ja nie mogę to jest chore. Kuźwa cisza jestem królem Lewatywę dać mu w dziurę Łoj tam łoj tam to ja bogiem Matko droga wyproś spoko Nam nie trzeba niby po co Oj dzieciątko ze mnie grzeczne. Pierdu pierdu niekoniecznie. Rewolucję trza rozpętać. Siłą gęby fajne spętać. Trzeba zerknąć na alfabet Uytłany słodko nawet Wariujemy jak idioci Xycę o tym bom się spocił Ytek płacze biedny w kącie Zaraz prędko tu zarządzę. Delete zrobi porządek ???
  14. @Marek.zak1 Dzięki:) →Miło, że podeszło:) ? Pozdrawiam:)
  15. piekielny smutek diabłów dziś piecze wielu szatanom to myśli pląta zabrakło duszy jednej człowieczej by plan wyrobić na koniec miesiąca jeden się zgłasza cwane ma myśli rogi głaciutkie słodkie spojrzenie ogon dokładnie codziennie czyści ogólnie mówiąc nie bity w ciemię właśnie rzecze wspólnocie piekielnej duszę zdobędę najpóźniej jutro jak wiecie mądry diabeł jest ze mnie nawet w kotłach przestanie być smutno oddala się w diabły z piekła rodem ludzki wygląd on przyjął ukradkiem lecz rogi włochate ma też i brodę oraz kopytka błyszczące gładkie widzi młodzieńca urody słusznej oddaj swą duszę to ciupciać będziesz nie jedną śliczną na ciebie wpuszczę rozkosze ty zaznasz ciałem wszędzie na nic kuszenie gadanie sprośne tłucze on czorta pięścią po gębie przywala też butem prosto w mosznę teraz on jęczy swym ciałem wszędzie )^^^( lecz bies jest cwany przestaje jęczeć zresztą z pomysłów w piekle on słynie wymyśla szybko nie duma wielce oddania skarbu dam mu przyczynę odchodzi płacząc choć okiem błyska do ciebie wrócę tak myśli sobie włożę ją wnet do mego koszyczka słowa oddania ty wnet wypowiesz )^^^( młodzieniec słyszy słowa anielskie oddaj mi duszę jam twoją będę widzi cud lico włosy przepiękne aż mu stanął bo dostał on chętkę nie tylko skarb mój oddam ja tobie całe swe ciało i członki wszystkie możesz polegać na moim słowie jeśli cię zdradzę niechaj mi skiśnie *^^^* w siódmym niebie bez duszy zalega pieści ją całą nawet jej łydkę aż nagle czuje i wnet dostrzega nóżka się kończy czarnym kopytkiem
  16. Wyczuwał, że go nie widzi. Miała takie dziwne oczy. Było mu z tego powodu bardzo przykro. Pomagał jej jak mógł. Wiele razy marzył o tym, żeby jego Pani mogła go zauważyć. Swego wiernego przyjaciela. Bo takim niewątpliwie był. Nie szczycił się tym przed innymi psami. Zresztą mało co je widywał. Może trochę na ulicy, gdy razem wędrował ze swoją Panią, troszcząc się o to, żeby trafiła gdzie zamierzała. Pewnego razu przypomniał sobie, że w dalekiej krainie istnieje Psia Wróżka, z którą można się na odległość skontaktować, jeżeli ktoś potrzebuje pomocy. A on wiedział o jaką pomoc by poprosił. W tym samym czasie jak o tym pomyślał, usłyszał w głowie słowa: ’’Możesz pomóc swojej Pani. Wystarczy, że pokonasz w ciągu jednej nocy drogę do mnie i z powrotem. Pamiętaj tylko, że to się wiąże z utratą czegoś, co ciebie dotyczy.” Nie dowiedział się co może utracić, gdyż Wróżka dała do zrozumienia, że gdyby był tego świadomy, to próżny jego wysiłek. A zatem musiał zadziałać w ciemno. I zadziałał. Gdy jego Pani zasnęła, wymknął się z domu przez otwarte drzwi. Dziwne to było, że nie zamknięte, ale nie myślał o tym. Zaczął biec w kierunku Wróżkowej Krainy, niewidocznej dla ludzi. Był przekonany, że na pewno istnieje. Nie wiedział dlaczego wie, w którym kierunku ma podążać. Biegł bardzo szybko. Musiał wrócić o brzasku. Nagle zdał sobie sprawę, że z jego ciałem dzieje się coś dziwnego. Niby takie samo, lecz o wiele słabsze. Coraz trudniej pokonywał różne przeszkody. Z każdą mijającą sekundą, jego zmęczone ciało, szybciej traciło swoją witalność. Starzało się w zastraszającym tempie. Usłyszał w głowie słowa: ”Możesz zaprzestać biegu. Odzyskasz młodość i siły. Będziesz taki, jaki byłeś przed chwilą. A nawet sprawniejszy. Musisz coś postanowić. Wybieraj” I wybrał. Biegł dalej cierpiąc ogromnie. Gdy dobiegł do Wróżkowej Krainy, zaczął biec z powrotem. Wrócił przed świtem. Kilkadziesiąt ostatnich metrów czołgał się po ziemi, plując krwią. Jakoś wszedł do mieszkania. Drzwi nadal nie były zamknięte. Położył się przy łóżku. Gdy jego Pani się obudziła, nie mogła uwierzyć własnym oczom. Odzyskała wzrok. Widziała wszystko, co zapragnęła. Na dodatek ten sen, którego nie zdołała zapamiętać. Siedziała na łóżku i płakała ze szczęścia. Niewiele widziała przez łzy, ale to jej nie przeszkadzało, gdyż miała świadomość, że w każdej chwili może je wytrzeć i będzie wyraźnie widzieć. Taka była tym wszystkim skołowana, że w pierwszej chwili nie zauważyła swojego wiernego Przyjaciela. Leżał przy jej papciach i wypisie ze szpitala. Spojrzała na niego. Teraz mogła. Wiedziała jak wygląda. Ale dlaczego jest taki stary. Zmarnowany życiem. Czy to moja wina. Aż taka wymagająca przecież nie byłam. No piesku… obudź się. Twoja Pani cię widzi. Zapewne się ucieszysz z tego powodu. Wyobraź sobie nasze wspólne spacery. Będzie wszystko inaczej, weselej, radośniej. I znowu łzy popłynęły z oczu. Z kolejnego szczęścia. Tylko że coś tu nie grało. Jeszcze niedawno chociaż nie widziała, to słyszała znajome odgłosy: radosne poszczekiwania, dreptanie po podłodze lub chłeptanie wody z miseczki. A teraz nic. Absolutna cisza. Schyliła się i pogłaskała ukochane stworzenie. Ciało było zimne i martwe. Po raz kolejny łzy napłynęły do oczu. Tym razem nie szczęścia, tylko z rozpaczy. Nigdy w swoim życiu tyle razy nie płakała, co teraz. Ale nie wstydziła się tego. Ani tamtych łez, ani tym bardziej: tych. Zadawała sobie pytania: Dlaczego? Jak to się mogło stać. Czyżbym doprowadziła do jego śmierci? Nie, to niemożliwe. Był moim prawdziwym przyjacielem. Czy kiedyś się dowiem, co było przyczyną? Nigdy się nie dowiedziała. Bo przecież nie mogła. W jaki sposób? Zakopała go w przydomowym ogródku od strony ulicy. W najpiękniejszym zakątku. Bo wiedziała, które to miejsce. Miała wybór. Na jego grobie przymocowała tabliczkę z napisem: Kiedyś ciebie nie widziałam, za to ty widziałeś mnie. Teraz jest odwrotnie. Niech mi ktoś do jasnej cholery wytłumaczy, dlaczego nie mogliśmy się widzieć wzajemnie?! Wielu ludzi przystawało i czytało. Niektórzy ją namawiali, żeby zlikwidowała tabliczkę, gdyż napis jest dziwaczny. Jakby człowieka dotyczył. A to tylko zwykły pies.
  17. tam hen w oddali horyzont jest co kiedyś czystym on był blask słońca plugawić zaświtał mi cel brudny pokrył mnie pył serca mam cover on umysł tnie spadam jak kamień na dno dostrzegam o zmroku możliwość tą jak słodkie może być zło apetyt większy niedosyt też pragnę wciąż więcej ja wiem aż pomyślałem wzmacnia mój świat nie gardzę tym ciastkiem o nie spoglądasz z nieba na cały ten kram tak błądzić każesz mi wciąż dlaczego nie zmienisz coś w życiu tak bym brud odrzucił ja w kąt czemu ty pragniesz bym kochał zło wszak miłość w tobie aż lśni mógłbyś pomóc lecz milczysz znów proszę wytłumacz to mi biadolę znowu nad losem wiem tak bardzo skrzywdził mnie świat a jeśli to bagno w którym tkwię pogłębiam już sam wiele lat miałem dzisiaj znowu ten sen te ślady w tym świecie znów są a ja w nich idę choć brak mi sił by ujrzeć rodzinny mój dom matka na progu czeka już tam synu jak dobrze żeś tu chciałem przepraszam powiedzieć jej płakałem nie rzekłem tych słów niedługo przestanę zbliża się czas okienko z kratą tu jest o świcie na wolność mam stąd wyjść wschód słońca zakończy tę pieśń zaufam chwilom nie zdradzą dni po których stąpam co dnia choć nie powrócą przecież wiem życie w nich będzie wciąż trwać zaufam chwilom nie zdradzą dni po których stąpam co dnia choć nie naprawię straconych dni przyszłość sens dla mnie ma
  18. Zaistnieli razem. Ona i on. W ich własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, był dla nich: wspaniałym pałacem. Pięknym w swojej prostocie i urzekającym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, szałas przeciekał. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, podziwiając wszystko co ich otaczało. A kiedy słońce traciło swój blask, wytwarzając śliczną poświatę w ich sercach, siadywali na trawę, spoglądali na różnokolorowe iskierki, błąkające się wśród srebrzystej toni i prawie nie rozmawiali. Zdania tyle razy wypowiedziane, zasnęły cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności im wystarczało. Słowa mogły by podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce uśmiechały się do nich, gdy je spożywali. Ślady ich zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w ich otoczeniu. Wyspa była ostatnim bąbelkiem czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali jej trwania. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili, gdyż mimo wszystko, brała ich w posiadanie nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć. Kiedy słońce chowało swój łagodny blask za niewidoczną linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach wśród ziarenek piasku i ech, dobywających się z muszelek. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami tej rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi jej ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Całowali się naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były zwarte i gotowe do dalszych działań. Nawet języki swoje trzy grosze wrzuciły, do sklepienia skarbonki. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. I powtórnie kropelki potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach ich wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na ich skórze. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Był dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. A wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ich ciała nadal przytulone do siebie, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej wyspie, gdzie odrobinki przemijania snuły się po piaszczystej plaży, udając, że ich nie widzą. A zatem czas ich nie gonił. Był za leniwy, zauroczony. Nie spełniał wymagań czaso-przestrzeni na własne życzenie. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnionych. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin. Zaistnieli razem. Ona i on. W ich własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, był dla nich: wspaniałym pałacem. Pięknym w swojej prostocie i urzekającym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, szałas przeciekał. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, podziwiając wszystko co ich otaczało. A kiedy słońce traciło swój blask, wytwarzając śliczną poświatę w ich sercach, siadywali na trawę, spoglądali na różnokolorowe iskierki, błąkające się wśród srebrzystej toni i prawie nie rozmawiali. Zdania tyle razy wypowiedziane, zasnęły cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności im wystarczało. Słowa mogły by podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce uśmiechały się do nich, gdy je spożywali. Ślady ich zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w ich otoczeniu. Wyspa była ostatnim bąbelkiem czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali jej trwania. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili, gdyż mimo wszystko, brała ich w posiadanie nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć. Kiedy słońce chowało swój łagodny blask za niewidoczną linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach wśród ziarenek piasku i ech, dobywających się z muszelek. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami tej rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi jej ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Całowali się naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były zwarte i gotowe do dalszych działań. Nawet języki swoje trzy grosze wrzuciły, do sklepienia skarbonki. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. I powtórnie kropelki potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach ich wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na ich skórze. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Był dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. A wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ich ciała nadal przytulone do siebie, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej wyspie, gdzie odrobinki przemijania snuły się po piaszczystej plaży, udając, że ich nie widzą. A zatem czas ich nie gonił. Był za leniwy, zauroczony. Nie spełniał wymagań czaso-przestrzeni na własne życzenie. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnionych. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin. Zaistnieli razem. Ona i on. W ich własnym świecie, którego wybrali. Obiektywnie rzecz biorąc, szałas przez nich zbudowany, był bardzo brzydki, sklecony z gałęzi oraz z różnych innych osobliwości, będącymi skrawkami wyspy. Mimo tego, był dla nich: wspaniałym pałacem. Pięknym w swojej prostocie i urzekającym wyglądzie. Kiedy padał deszcz, szałas przeciekał. Gdy świeciło słońce, było w nim za gorąco. Wychodzili więc na zewnątrz przytuleni do siebie. Zdawali sobie sprawę, że właśnie tutaj są naprawdę szczęśliwi. Spacerowali po żółtej plaży, słuchali plusku fal, podziwiając wszystko co ich otaczało. A kiedy słońce traciło swój blask, wytwarzając śliczną poświatę w ich sercach, siadywali na trawę, spoglądali na różnokolorowe iskierki, błąkające się wśród srebrzystej toni i prawie nie rozmawiali. Zdania tyle razy wypowiedziane, zasnęły cichutko w krainie potrzebnego milczenia. To że byli blisko siebie, w zupełności im wystarczało. Słowa mogły by podciąć eteryczne skrzydełka myślowych doznań, fruwających między nimi. Tam gdzieś daleko, ludzie zupełnie powariowali, zmieniając świat na podobno lepszy. Soczyste owoce uśmiechały się do nich, gdy je spożywali. Ślady ich zębów, tworzyły specyficzny wzorek, niepodobny do żadnych tworów, będący w ich otoczeniu. Wyspa była ostatnim bąbelkiem czystego powietrza, a oni mieli wielkie szczęście tutaj przebywać, gdzie wszystko było takie prawdziwe i takie niezastąpione. Krzywe zwierciadła z fałszywymi odbiciami, zostawili po tamtej stronie. Nie zakłócali jej trwania. Ona im też. Żyli we wzajemnym poszanowaniu. Prawdziwie się: radowali, kłócili, kochali i smucili, gdyż mimo wszystko, brała ich w posiadanie nostalgia tęsknoty za tamtym światem, którego znienawidzili, a nie mogli zapomnieć. Kiedy słońce chowało swój łagodny blask za niewidoczną linię horyzontu, powracali do szałasu. Do kolebki nowej, jak im się wydawało i w co wierzyli, historii. Leżała na zielonych liściach wśród ziarenek piasku i ech, dobywających się z muszelek. Całował ją delikatnie, muskał lekko – jak koliber skrzydełkami, słodki od owoców wiatr – żeby za chwilę rękami błądzić po zielonej łące, między wilgotnymi wzniesieniami tej rozkosznej krainy. Ona czyniła to samo, lecz trochę inaczej. Marzyła o jaskini, do której wchodzi jej ukochany z wielką maczugą. Obija ściany, robi małe dziurki, z którego tryskają rześkie strumyczki. A później jest rzeka, wodospad, morze i grzmiące bałwany, których nie trzeba się bać, tylko sobie odpocząć. Całowali się naprawdę długo. Jej usta pachnące bananami, a jego świeżo przypaloną dziczyzną, jeszcze długo były zwarte i gotowe do dalszych działań. Nawet języki swoje trzy grosze wrzuciły, do sklepienia skarbonki. Za nic w świecie nie chciały się oderwać, z uroczym cmoknięciem. I powtórnie kropelki potu, bombardowały chodzące owady, po poszczególnych zaułkach ich wtopionych w jedno drugie, ciał. Wilgotne pociaki tańcowały na ich skórze. Muchy bzykały miłosną uwerturę, a trzmiele: arie. Pasikoniki podskakiwały, dostosowując się do rytmu, takiej czy innej gimnastyki. Namiętnie chłonęła ich wyspa. Był dziewicza. Ale tylko ona. Stanowili jedno. A wystającą ziemię otaczało morze. Pragnęli nie zapomnieć żadnej chwili i żadnego odgłosu, przerywanego świergotem ptaków i małp. Ich ciała nadal przytulone do siebie, jak skórka do banana, wyrażały właściwie wszystko. Szczególnie tutaj, na tej wyspie, gdzie odrobinki przemijania snuły się po piaszczystej plaży, udając, że ich nie widzą. A zatem czas ich nie gonił. Był za leniwy, zauroczony. Nie spełniał wymagań czaso-przestrzeni na własne życzenie. Tak jak: Ona i On. Też byli wygnańcami, samych siebie. Na wyspę spełnionych. Tylko jedno zakłócało im świat. Wszechobecne i nachalne reklamy na niebie. I to, co ewentualnie mogło wyjść z morskich głębin.
  19. Dekaos Dondi

    Dziwny Chłop

    Poszczególne zwrotki da się też czytać od końca (całe wyrazy) apetyt twój wielki nie chcesz zajadać gruby jesteś dosyć nie boisz się głodny padać * mądrość moja nie głupota błyszczy tak rzekł idiota * panienki śpiewająco bzykają panowie im wtórują małe i duże ptaszki żwawo podskakują * megafon stary potłuczony jak rzekłeś to prawda naprawić dać trzeba ciebie zawczasu ponaglam * konia porwać musiał nie sprzedał jałówkę za małe prosięta oraz domu połówkę * trochę jeszcze pożyję dostał nową szansę wszak umrze nie dlatego * wiesz sama młoda nie stara jesteś piękna nie brzydka też szczupła nie gruba jesteś mądra nie głupia chyba przecież wiesz * żywym trupem nie martwym jestem lecz ciało cieplutkie zimne nie wcale pasuje nie trochę jeden trybik że tak powiem niezrozumiale * chcemy świata pięknego nie brzydkiej kloaki potrzebujemy pokoju bez serc krwawienia przebaczenia z miłości nie zła i rozpaczy zrozumienia szacunku bez szyderstwa i poniżenia pragniemy zobaczyć interes bliźniego nie tylko swój * czubkiem nie psychiatrą jest a wciska mu głupot ciąg siedzi jak mądry wszystko niby wie pożal się boże dziwny chłop
  20. @Młoda Dzięki→Bo wiesz... nie na każdym obrazie, ciemną farbę nocy, można rozwodnić do samego świtu. Tyle zależy od tej bańki różnych spraw, w której żyjemy. Trza żywić nadzieję, by w ludzia nie zwątpiła :-)?
  21. Mówić czy milczeć co złotem co srebrem Czyż warto swój umysł zaplątać srodze Rujnować niweczyć tak niepotrzebnie Nawet człowieka co pomóc nam może Zamilknąć trzeba gdy mowa złem kusi Do grzechów namawia co ranić mogą Lub teksty ustami słuszne wyrzucić Być może waśnie wszelakie złagodzą Naucz się milczeć gdy mówisz tak do mnie Bo wszak niechlujnie rozumem kołyszesz Zaiste już lepiej gdy o tym zapomnę Udając że owszem słyszałem ciszę Krwawe bolesne przez słowa utkane Blizny co błądzą w umysłu czeluściach A serce człowieka bije wciąż same Gdy spody butów podpora opuszcza Być czy też nie być rozbitym zwierciadłem Gdy los nas przygniata głazem tak ciężkim Że człowiek na słowa czeka co nagle Padół uczynią choć trochę znośniejszym Powstańmy ludy z pomroków zwątpienia Miłość przez mowę szlak nowy wyznaczy Nie runą mury choć drgać będzie ziemia Czy ona potrafi wszystko wybaczyć?
  22. Dekaos Dondi

    4 Limeryki

    –//–– pan samobójca z dużego miasta chciał godnie skonać ciałem nie szastać nad rzeczką pobujał lecz gałąź do ch ?ja krokodyl paszczą zwłoki pochlastał przecudnej panience rodem z Gądek muzyk bez zgody chciał grać na łące lecz nie podymał zrzedła mu mina gdy ona jemu wyrwała trąbkę podczas wiatru jegomość z Warszawy za wulgaryzmy ganił zawiany lecz mimo zakazu wpadł tyłkiem do stawu teraz mu z gęby lecą wciąż żaby jego miasteczko to Strzelce Wielkie pojechał zbierać bursztyny piękne lecz syrenka hoża wyskoczyła z morza wnet sztywną małże włożył w muszelkę
  23. Odeszła nagle. Nie było go przy niej, gdy umierała. Trzy dni temu wyjechał z miasta załatwiać swoje sprawy. Zawiadomiono go telefonicznie. Przyjechał najszybciej jak mógł. Wracał pociągiem. W czasie podróży nie widział świata, przepięknych krajobrazów, nie dostrzegał ludzi. Po prostu nic go nie obchodziło. W jego głowie kołatało się tylko jedno pytanie: dlaczego mi to zrobiła? Było to z jego strony podejście egoistyczne, ale zarazem takie ludzkie. Nie potrafił w danej chwili inaczej myśleć. Jakby utracił ważną cząstkę samego siebie... jakby go ubyło. Zaczęły mu się przypominać różne wspomnienia z nią związane: jej delikatny uśmiech, kosmyk włosów spadających na czoło, nagie stopy w lekko postrzępionych bucikach, które najbardziej lubiła. Nie chciał uwierzyć, że to wszystko już nigdy nie powróci, nie ujrzy jej żywej. Miał pretensje do siebie, że nie powiedział wszystkiego, co pragnął przekazać. Szansa na tego typu wyznania, skryła się w przeszłości niewypowiedziana. Teraz nie miał do niej dostępu. Minęła bezpowrotnie. Słońce prażyło niemiłosiernie nie zasłonięte najmniejszą chmurką. Ta słoneczna piękna pogoda, była zupełnym zaprzeczeniem tego wszystkiego, co działo się w sercach ludzi, którzy ją kochali. Może nie zawsze potrafili to okazać, nie byli wobec niej sprawiedliwi. W takich chwilach przychodzą różne myśli do głowy. To prawda, że nie była święta. Na ołtarz raczej nie trafi.. ale istniała. Dla innych i dla siebie. Tak jak potrafiła i umiała najlepiej. Pomyślał sobie, że tam gdzie teraz przebywa, być może jest szczęśliwa. Wybaczono i zaakceptowano ją taką, jaką pragnęła być. Nie chciał uwierzyć, że w ogóle jej nie ma. To było dla niego zbyt trudne. Kilka godzin przed rozpoczęciem pogrzebu pojechał do lasu nazrywać konwalii. Coś go ściskało za gardło, kiedy to czynił. One tak silnie kojarzyły się z jej osobą. Pamiętał, jak dostawała od niego te kwiaty. Widział wtedy jej delikatny uśmiech oraz oczy skore do łez. Przypomniał sobie pokój, który był dla niej cząstką świata. Te wszystkie maskotki, kwiaty, pocztówki, tak silnie były z nią związane. Przypomniał sobie, jak siedziała na kanapie a on na krześle, jak nie chciała, żeby się na nią glapił jak sroka w gnat, a lampa świeciła mu prosto w oczy, jakby był na przesłuchaniu. Myślał sobie, że ładna z niej dziewczyna, lecz postrzelona, zagubiona... a poza tym trochę cwana. Mimo tego lubił ją... z tym całym zwariowaniem. To jej dodawało uroku. Czuł się jej przyjacielem, ale nie wiedział, czy jest kimś więcej. Teraz już nigdy nie wejdzie do tego pokoju, nigdy nie zrobi tam bałaganu ani porządku, nie popłacze cichutko w kącie, nie połapie się w tych swoich zapiskach i mu nie przywali jak się zdenerwuje. Nie będzie też miała ochoty porozbijać mebli. Wrócił z kwiatami prosto do kościoła. Miał w sobie mieszane uczucia. Tak jakby trzymał w rękach cząstkę jej istnienia. Właściwie nigdy jej do siebie nie przytulił. Może postępował głupio jak ostatni osioł. Nie wiedział, czy tego pragnęła, czy nie, ale był na tyle pokręcony, że nawet o to nie zapytał lub po prostu tego nie zrobił. Wtedy by wiedział, co i jak. Zdał sobie sprawę z tego, że ona mogła to tak odczuwać, jakby ją poniżał, traktując w ten sposób. Mówił teraz w myślach: przepraszam, nie wiedziałem... a może nie miałem o czym wiedzieć... tak czy inaczej... wybacz. Msza pogrzebowa zaczęła się w samo południe. Przybyli wszyscy co ją znali, lubili, kochali oraz cała reszta pozostałych, którym wypadało przyjść. Na katafalku stała skromna szczupła trumna. Kryła w sobie jedno wspomnienie więcej. W tej chwili, to najważniejsze. Były w niej także konwalie. Leżały cichutko w ciemności przy jej nieruchomej twarzy. Osobiście położył je w to miejsce. Wierzył, że kiedyś – chociaż teraz zwiędną – odrodzą się w innym świecie, gdzie będzie mogła znowu nasycić się ich zapachem. Lecz w tej chwili zapach śmierci, połączył się z zapachem życia, tworząc jakby symboliczną drogę, do innego lepszego świata. Wierzył w to, chociaż nie wiedział, czy słusznie. Kondukt pogrzebowy posuwał się w kierunku cmentarza, kiedy Słońce prażyło jeszcze bardziej. Pomyślał wtedy: gdyby trumna nie była zamknięta, to byś się ładnie opaliła. Wiedział, że jeśli go słyszy, to się na pewno nie obrazi, bo przecież wie jaki z niego wariat. Przyszło mu na myśl, że człowiek wypływa z jednego portu i dopływa do drugiego, mając do pokonania morze, które jest raz wzburzone, a innym razem spokojne. Dla jednych życie toczy się kołem a dla innych kwadratem. Dla jednych port jest daleko a dla innych blisko. Ona dopłynęła do tego bliskiego. A pozostali sobie jeszcze płyną. Dlaczego właśnie ona nie mogła popłynąć dalej, dlaczego jakaś siła skróciła jej trasę. A może gdyby płynęła dalej, to bardzo by cierpiała z jakiegoś powodu... a jeśli nie. Nie wiedział co o tym myśleć, a nie chciał mieć pretensji do całego świata, bo nie wiedział, co w ostatecznym rozrachunku, jest dla niej lepsze. Na drugi dzień pod wieczór poszedł na cmentarz. Stanął przed grobem, kiedy było prawie ciemno. Było cicho i spokojnie. Można by rzec romantycznie. Nigdy nie chciała dzielić z nim spacerów w ciepłą noc, lub w czasie dnia w blasku Słońca. Domyślał się dlaczego. Ale były to tylko domysły, które domysłami pozostaną. Cała prawda jest po tamtej stronie. Jeżeli owa strona naprawdę istnieje. Chciał wierzyć, że tak. Postawił na grobie mały wazonik z bukietem konwalii. W świetle znicza kwiaty stały się jaśniejsze. Dostał gałązką w głowę, która spadła z drzewa. To mu dało nadzieję. że jeszcze nie wszystko stracone.
  24. ? ?? ? tam zajączek gdzieś na miedzy smacznie sobie śpi ma kołderkę on z kapusty wiem bo mówił mi śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu małą myszkę w swojej norce zmorzył dawno sen dzisiaj byłam ją odwiedzić dlatego to wiem śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu wiewióreczka w swojej dziupli wśród orzeszków jest biednej zimno spać nie może kupimy jej piec spij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu pan ślimaczek w swoim domku swoje różki skrył gdy spotkałam go na drodze bardzo śpiący był śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu śmieszna kózka dziś skakała ale teraz nie powiedziała mi na uszko ja już prawie śpię śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu chmurka tuli srebrny księżyc żeby nie był sam czasem nawet mu pośpiewa bo on świeci nam śpij dzieciątko już słoneczko kładzie się do snu gwiazdka z nieba tobie śpiewa razem ze mną tu ?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...