Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'teatr' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 7 wyników

  1. Nie myśl, że milczę gdy w ciszy siedzę, gdy me gardło słów nie wypuszcza. Mam głos w sobie, który nigdy nie milknie, czasem zdarzy się mu krzyczeć, czasem czule szepnie do mnie, a czasem zbyt ciężki się staje. Nie myśl, że walk krwawych nie prowadzę bo ran mych dostrzec nie umiesz, a oczy me przecie błyszczą ciągle. Jednak noc zdziera maski wszystkie, groza myśli wypełnia, każda niechciana historia powraca bez zgody, a każde słowo ostre, staje się mantrą. To tylko ja i noc walk krwawych, to tylko oczy pełne wody, to tylko krzyk zbyt głośny. To tylko mrok, w którym wszystko się kryje, i wszystko wychodzi na wierzch. Lecz gdy słońce powstanie, teatr ponownie zostanie otwarty, a ty nie będziesz widział nic prócz oczu błyszczących.
  2. Nie jestem codziennie zrozpaczony, Ale często czuję się zmęczony. Moja egzystencja mnie przytłacza, Nawet w dobre dni coś mi dokucza. Nie radzę sobie już z własnym życiem. I chociaż na scenie jestem księciem, Czuję uginające się nogi... Jednak ignoruję ciała skargi. Nie sądzę, by kiedyś było lepiej. Wyzbyłem się tej nadziei głupiej. Może będzie jeszcze gorzej, ale Dalej będę się uśmiechać czule.
  3. Czy jest wskrzeszenie? Koniec końców? Pijany bieg w tańcu przeżyć Wszystkie planety wygrały tylko my jesteśmy gościem tylko my, popiół, porządek. Czas na taniec, finał, biel, spektakl, tango, gwizd i wrzaski, podskok, scena, wszystko jest. Lata już ostatniej szansy
  4. Za deskami teatru ekranem telewizora wszystko takie samo to już było chowasz się pomiędzy szczelinami nie wyróżniasz się nie masz czarującego głosu fałszywego szeptu znikasz w tłumie gubiąc rozum logiczne wytłumaczenia czemu jesteś samotny? wychodzisz z cienia skrzydła utulają potrzebujesz zrozumienia płynącego z ludzkiego serca
  5. zapulsowania w kuluarach chmarach szsz_czekania odchrząkiwania niekurtuazyjne przy okazyjnych przesłaniach zabrania (się): odszczekiwać głową kiwać miętolić chusteczkę niedowidzu: obróć się ku mnie choć tak troszeczkę
  6. W teatrze nocnych kukieł nie potrzeba zaproszenia przychodzą tylko ci, którzy nie mogą zasnąć. Długowieczni myśliciele uważnie razem milczą a cisza ta głośniejsza od najgorszego krzyku. W skupieniu oglądają to, co przemyka szybko przez palce zostawiając pył każdego dnia. W rozchodzącym się tłumie dostrzeżesz, niby przypadkiem dziewczynę o pustym spojrzeniu przypatrz się uważnie to mogłam być ja.
  7. *** Zostałem wyrwany z głębokiego snu, podczas którego o niczym nie śniłem. Zostałem wyrwany z jedynego stanu, w którym mogłem odnaleźć spokój – z niebytu. Wyrwano mnie i wrzucono na scenę, zanim zdążyłem się nauczyć mówić „nie”. Zaiste, trudne jest odmówienie w takiej sytuacji. Wylądowałem na środku sceny, a wokół mnie byli aktorzy, tacy jak ja. Niektórzy byli tu od jakiegoś czasu; inni co chwilę do nas dołączali, choć nikt nie wiedział skąd. Rozejrzałem się dookoła i poczułem więź z najbliżej otaczającymi mnie kolegami po fachu. Dopiero po jakimś czasie zdobyłem się na zadanie im pytania: „Co my tu robimy?”. Dostałem prostą odpowiedź – gramy. Poprosiłem o wgląd do scenariusza, ale dowiedziałem się, że takowego nie ma. Chciałem się zobaczyć z reżyserem, lecz choć wszyscy o nim słyszeli, nikt z przebywających na scenie go nie widział, ani nie wiedział gdzie mógł się znajdować. Jednak znakomita większość była zgodna co do tego, że reżyser gdzieś musi być. Jaki inaczej byłby sens wystawiania sztuki? Zapytałem o swoją rolę i termin premiery – rolę miałem wybrać sobie sam, a premiera już się zaczęła i nadal trwa. Miałem grać. Spojrzałem raz jeszcze na otaczającą mnie rzeczywistość i zauważyłem, że miejsca na widowni są całkowicie puste. Jaki w takim razie był sens grania? Dowiedziałem się od jednego z aktorów, że widzowie są, lecz niewidoczni. Zapytany przeze mnie, skąd to wie, odpowiedział, że przecież muszą być, bo jaki byłby sens grania na tej scenie, gdyby było inaczej? Uznałem, że na odpowiedzi przyjdzie czas; teraz trzeba było zacząć grać. Szybko zorientowałem się, że mój własny wybór roli nie przypadł do gustu innym. Zdecydowana większość chciała być pierwszoplanową postacią, przez co sztuka stawała się zbyt wielowątkowa i zatracała cały swój sens. Zacząłem odnosić wrażenie, że całe to przedsięwzięcie jest formą sztuki dla sztuki, ale bez artyzmu, sensu, konspektu, a przez to sztuka ta traciła swą istotę. Jaki jest więc sens sztuki dla sztuki, w której sztuka nie jest sztuką? Co, i dla czego? Kto, i dla kogo? Mało kto zwracał na to uwagę. Trzeba było grać. W teorii nikt nie kazał, ale po cóż znajdować się na scenie, kiedy nie chcesz grać? A skoro trafiło się na scenę to najwyraźniej dlatego bo ktoś dostrzegł twój potencjał. Inaczej, jaki byłby sens znalezienia się na scenie? Niektórym jednak zawód aktora nie przypadł do gustu – być może rozczarował ich fakt, że nikt nie chce ich uznać za pierwszoplanowych aktorów. Nie widząc więc nigdzie reżysera, postanowili sami takowego udawać. Dawali innym wskazówki i rady; udawali, że wiedzą na czym polega to przedstawienie i jaki jest jego cel. Wkrótce jednak doczekaliśmy się przesytu „reżyserów”, choć wielu zagubionych aktorów i tak wciąż szukało wzrokiem pomocy wśród tych „obeznanych”. Postanowiłem się wyłamać i grać własną rolę – taką, która mi odpowiada, jest pierwszoplanowa dla mnie, ale drugoplanowa dla innych. Krótko cieszyłem się swoim sprytem, gdyż pierwszoplanowi szybko oskarżyli mnie o: „nie branie sztuki na poważnie”. Okrążyli mnie i powalili na ziemię, po czym zostawili. Leżałem tak długi czas, postanawiając grać martwego, ale nawet to nie dało mi upragnionego spokoju niebytu. Jednak będąc powalonym mogłem uważniej przyjrzeć się podłodze; z bliska było widać wydrapane, jakby paznokciami, słowa. Niektóre z nich były banalnymi frazesami, inne niosły za sobą większą wartość. Były takie, które trafnie opisywały moje odczucia co do sztuki oraz takie, które dawały wskazówki, jak grać. Spędziłem dużo czasu, czołgając się po podłodze, szukając nowych myśli tych, którzy byli tu powaleni przede mną. W końcu, podbudowany doświadczeniami innych, powstałem znowu, aby powrócić do gry. Szybko zorientowałem się, że nic się nie zmieniło – ot, jakiegoś aktora ubyło, jakiś przybył. Fabuła do przodu nie ruszyła. Zacząłem pytać zebranych czy widzieli napisy na podłodze, czy przyjrzeli się im, ale dla nich scena była gładka. Próbowali wciąż grać według własnej, najczęściej urojonej wizji, pomimo skarbnicy wiedzy, która stała dla nich otwarta – wystarczyło się tylko do niej zniżyć. Ogarnął mnie smutek, związany z obojętnością aktorów do autorów napisów na podłodze. Szukali wciąż reżysera, a zapominali o sobie nawzajem i o tych, którzy już minęli. Zasmuciło mnie, że nikt nie wie i nie pamięta o tych, którzy również, tak jak ja, trafili na tą scenę i tak samo jak ja – nie wiedzieli jak grać. Szybko naszła mnie kolejna refleksja – któż zapamięta moją rolę? Popatrzyłem raz jeszcze na widownię, której nie było i na aktorów, którzy przejmowali się tylko tym, aby dobrze się zaprezentować. Nikt nie zapamięta. Znalazło się kilku takich, którzy myśleli jak ja i postanowili zejść ze sceny przed zakończeniem sztuki, ale co się działo z nimi po zejściu? Nie wiem; znikali i tyle o nich słyszano. Być może dołączali do niewidocznej widowni, która ponoć wciąż nas obserwowała? Chciałem to sprawdzić, ale wtem zobaczyłem rzecz zatrważającą – zdarzali się tacy „reżyserzy”, którzy zlecali aktorom zrzucenie ze sceny innych aktorów, którzy zaraz po tym znikali. Zwykli aktorzy, samozwańcy, „reżyserowie”, którzy podejmowali decyzję za innych – kto będzie dalej grał, a kto jest zbędny, bądź też niewygodny! Gdzie był reżyser? Czy naprawdę nie interesowała go sztuka, prawdopodobnie reklamowana jego imieniem? Bo przecież jakiś reżyser MUSI być. Jaki sens miałaby sztuka bez niego? Usiadłem z powrotem, tym razem z własnej woli, wśród tych wszystkich napisów wokół mnie: „Carpe diem”, „Non omnis moriar”, „Cogito ergo sum…”. Bez reżysera, bez scenariusza, bez określonej roli, bez prób i przygotowania, bez ćwiczonych kwestii, zostałem wyrwany ze snu i wrzucony na scenę, aby zagrać rolę życia, w sztuce, której sens, cel i przesłanie pozostaje zagadką dla każdego. Miałem tylko jedną szansę, aby się pokazać, ponieważ po przedstawieniu nie miało być następnych występów. Postanowiłem więc pozostać niżej, siedząc na ziemi, a nie grać na pokaz. Postanowiłem „przeczytać” całą scenę, a na koniec dopisać coś od siebie. Uznałem, że skoro wokół sceny nie ma nic, to może uda mi się wznieść ponad scenę – w swoim czasie; może tam coś będzie. I postanowiłem pamiętać o tych, którzy ze sceny zeszli lub zostali z niej usunięci. O tych, którzy zniżyli się, tak jak ja. Bo, być może, aby twoja rola została zapamiętana, musisz sam pamiętać? Aby samemu coś wyskrobać na scenie, musisz wpierw zauważyć, że byli przed tobą inni? Także postanowiłem pamiętać, dopóki nie wrócę z powrotem do mojego słodkiego snu, w którym nawet nie musiałem śnić. Pamiętać, dopóki nie poczuję z powrotem rozkoszy niebytu. I nie unosić się; nie wywyższać. Nie jest bowiem rzeczą chwalebną pamiętać. Po prostu rzeczą haniebną jest zapomnieć.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...