Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Michał_Bębenek

Użytkownicy
  • Postów

    154
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Odpowiedzi opublikowane przez Michał_Bębenek

  1. w górze wróbelek łaskocze chmurę
    koniczynka rośnie w cztery strony świata
    puchata śnieżynka maluje moje czerwone palce
    Chrystus w drewnie wystukuje rytm

    minęły dawne lipce
    i zgasły pieczęcie stada aniołków pochowały się
    a w mej studni rosną białe poziomki
    bledziutkie słoneczko w różowej bańce

    po co tu przyszłaś dziewczynko z biczem
    by mnie zbić i moje zmory w sierści i krwi
    wytarzać by zgruchotać moje kości
    po co przyszedłeś chłopczyku z fajką

    by mój dym stał się chmurą na niebie bez krwi
    by moje piosenki umarły wraz z lalkami
    by poranny ogień podeptał ziemię bez wierszy
    po co przyszłaś moja ballado senna kulawa?

  2. zimny wiatr wtapia się w moją kurtkę
    w okolicy jest szaro i cicho
    stoję pod furtą i nasłuchuję
    mylnie wzięto mnie za kandydata

    jestem tylko widzem zwiedzam kościół
    moje serce jest zamknięte i nie potrafi powiedzieć słów modlitwy
    chciałbym zbliżyć się jednak krew przeszkadza mi jak ziemia
    krzyż Zbawiciela jest schronieniem zawiedzionej miłości

    powiedziała Amalia ze Zbójców Schillera
    mógłbym o tobie myśleć w godzinę jutrzni
    gdy klęczę naprzeciw krzyża albo w kaplicy św. Sebastiana
    gdy już całkiem się wyposzczę i wreszcie zemdleję

    za murami jest zakątek filozofów
    fajne ławeczki są ułożone w okrąg
    czytałem o samotności Rousseau
    moja była na chwilę bliżej Pana

    ale gdy wracałem sto dziewiątką już nie było Pana
    na przystanku zostawiłem niedopałek
    nie pomyślałem że mógłbym zostawić więcej
    gdy będą kręcić Zakochanego mnicha zgłoszę się na casting

    na razie piję sok porzeczkowy palę niebieskie downtowny i jestem coraz dalej od źródła

  3. jest twój czarny sweter zielone oczy i zagadka wiosny
    całkiem mnie opętaj bo nie mam kasy żeby postawić
    ci kolejnego drinka ta wisienka na dnie usycha naszą śmiercią
    powoli zdrabniam się rozmieniam na drobne nie mam drobnych

    pożyczam od ciebie kasę bo nie mam jak wrócić uderzam ostrzem
    w nic czarne nie wyprane chustki zimne oddechy pamięć
    jest bielą pomiędzy nami to kryształowe wewnątrz pali się mrocznie
    w domach naszych wspólnych przyjaciół koty szukają jedzenia

    byłaś moim pokarmem kawą i papierosami
    codziennie ciebie piłem czytałem i paliłem
    kaszlałaś będąc moim dymem chowałaś się po kuflach
    zasłaniałaś piersi jadłaś przy mnie frytki i udawałaś nieśmiertelną

    teraz zakładam moje czarne okulary odchodzę do swojej pamięci

  4. zielonogórskie powietrze dobrze mi robi
    powiedział mój brat w śmierci i w bieli
    w białej pidżamie świat wygląda inaczej można go wypić
    jak kawę a potem zapomnieć o nim paląc w palarni papierosa

    a kiedy nie ma się rąk a ma się wielki talent
    świat wygląda tym bardziej czerwono jak paszcza Lewiatana
    i dlatego trzeba rzucić się na ziemię i paść krzyżem aby przeprosić
    pewnego faceta z krzyżem na włochatej piersi za cudze cierpienie

    to piękne kiedy kaznodziejski ton przybiera błazeńską postać
    a spisywane przeze mnie wiersze mego brata mienią się światełkami
    drobnymi jak popiołki szczęścia które odmierza w zachwycie
    pewien szubrawiec mieniący się lekarzem dusz a będący złodziejem wierszy

    za chwilę z tego potopu powstanie twoja potargana dusza szaleńca
    i będzie lśnić w szpitalnym wietrze odbitym blaskiem
    nieznanym mi bliżej ale przeczuwanym tak jak przeczuwana jest miłość
    odbita w łazienkowym lustrze nigdy nie goliłeś się dokładnie

    i dlatego masz zadatki na Mesjasza niestety jesteś
    tylko brodatym aniołem kompletnie zwariowanych fraz poetyckich
    codziennie szorujesz naczynia swymi nieistniejącymi dłońmi
    karmią cię kruche ptaszki w przebraniu pielęgniarek a czas wiszący u góry

    jest kulawy garbaty a na dodatek ma gówniane pojęcie o niebieskich krowach

  5. na stoliku nocnym leży ogryzek jak wyrzut sumienia Afrodyty
    dzieląc jabłko na pół nie myślałem że druga połowa
    dostanie się tobie to przecież był czysty przypadek
    jak zapalony papieros w środku nocy gdy jeszcze nieśmiało marzysz

    myślałem że twoja dłoń sięgnie do kontaktu aby zapalić
    naszą lampkę nocną aby światło wtuliło się w pościel
    jak ja wtulam swoją dłoń barbarzyńcy w twój policzek
    jakby nadgryziony przez śmiertelny ząb czasu jesteś cokolwiek blada

    zaparzę kawę może poczujesz się lepiej może akurat na wiosnę się obudzisz
    wiesz ciągle marzę że akurat obudzisz się na wiosnę a ty
    jesteś ciągle w proszku przepraszam w sproszkowanej materii
    świata jak zbutwiały jesienny liść który depczę ciężkim butem

    niestety to sztampowe ale ciężki deszcz uderzył o parapet
    no i wtedy obudziłaś się na tę jedną chwilę i powiedziałaś
    wybacz Misiu ale ostatni raz do ciebie przychodzę zrobiło się późno
    jeślibyś mógł zgasić światło byłabym wdzięczna kocham cię

    a ja zgasiłem światło i niedługo potem spotkaliśmy się
    ławka w parku była mokra ale wytarłem ją chusteczką
    opowiadałaś mi że strasznie ci ciąży brzmię bycia lalką
    lalunią malowaną lalą a ja jestem twoim miśkiem z tej samej półki

    nie wytrzymałem i podarłem kartkę którą przysłałaś mi na Walentynki
    myślę że odwiedzę cię prędko cały czas myślę zapalając światło
    stojąc w oknie moknąc drąc na strzępy wszystkie listy które do Ciebie pisałem
    jest jeszcze wcześnie jeszcze zdążymy się spotkać w tym lub w innym parku

  6. na stoliku nocnym leży ogryzek jak wyrzut sumienia Afrodyty
    dzieląc jabłko na pół nie myślałem że druga połowa
    dostanie się tobie to przecież był czysty przypadek
    jak zapalony papieros w środku nocy gdy jeszcze nieśmiało marzysz

    myślałem że twoja dłoń sięgnie do kontaktu aby zapalić
    naszą lampkę nocną aby światło wtuliło się w pościel
    jak ja wtulam swoją dłoń barbarzyńcy w twój policzek
    jakby nadgryziony przez śmiertelny ząb czasu jesteś cokolwiek blada

    zaparzę kawę może poczujesz się lepiej może akurat na wiosnę się obudzisz
    wiesz ciągle marzę że akurat obudzisz się na wiosnę a ty
    jesteś ciągle w proszku przepraszam w sproszkowanej materii
    świata jak zbutwiały jesienny liść który depczę ciężkim butem

    niestety to sztampowe ale ciężki deszcz uderzył o parapet
    no i wtedy obudziłaś się na tę jedną chwilę i powiedziałaś
    wybacz Misiu ale ostatni raz do ciebie przychodzę zrobiło się późno
    jeślibyś mógł zgasić światło byłabym wdzięczna kocham cię

    a ja zgasiłem światło i niedługo potem spotkaliśmy się
    ławka w parku była mokra ale wytarłem ją chusteczką
    opowiadałaś mi że strasznie ci ciąży brzmię bycia lalką
    lalunią malowaną lalą a ja jestem twoim miśkiem z tej samej półki

    nie wytrzymałem i podarłem kartkę którą przysłałaś mi na Walentynki
    myślę że odwiedzę cię prędko cały czas myślę zapalając światło
    stojąc w oknie moknąc drąc na strzępy wszystkie listy które do Ciebie pisałem
    jest jeszcze wcześnie jeszcze zdążymy się spotkać w tym lub w innym parku

  7. zużyta torebka po herbacie Fado Stasiuka i pies pod drzwiami
    to są góry tu można się zakochać poczuć jak oddycha przestrzeń
    ten czarny śnieg pod stopami nie wróży nic dobrego
    tylko powolnie gnicie wieczorową porą obok słoiczka z cukrem

    z radia leci jakiś głos nienamacalny słabo go słyszę
    żarówki są ciche tak jak światło i jak pokój w schronisku
    te drzewa za oknem słabo się tlą ta przestrzeń kipi i stygnie
    wędrowca obejmuje śnieg a ogień nakazuje mu milczeć

    milczenie zewnętrznych pejzaży dogasający błękit
    powoli kroję ten schyłek na plastry i wlewam go do herbaty
    małe czarne oczy ukryte w pelerynce zmierzchu
    to wilk pada pod naporem nocy kusi go nieobecny dym

    a niedaleko stąd na otomanie śpi wystrzałowa dziewczyna
    nie śmiem jej budzić bo czuję że ten czar pryśnie
    ten cały cholerny urok gór pryśnie gdy ona otworzy oczy
    więc siedzę piję herbatę patrzę na psa i udaję że czytam Fado

  8. Czytam „Fado” Stasiuka. Szczególnie zapada w pamięć rozdział pt. „Pamięć”. Cytat z Marqueza jest genialny. Życie nie jest tym, co człowiek przeżył, ale tym co i jak zapamiętał.
    W końcu to prawda, że życie w gruncie rzeczy jest pamięcią. Nieważne jest co przeżyjemy, ważne jest jak to wspominamy. Im człowiek starszy, tym bogatsza staje się jego biografia i każde, nawet niewinne doświadczenie nabiera cech monumentalnych. Ale przede wszystkim dla pisarza, przede wszystkim dla artysty. Poranne picie kawy, palenie papierosa, odwożenie dziecka do szkoły to niewinne szczegóły tzw. szarej prozy życia, które pod wpływem odpowiedniego, artystycznego spojrzenia urastają do rangi mitu.
    Czytam „Fado” Stasiuka, siedzę przy wielkiej ławie w schronisku i popijam piwo. Koło mnie, na tej samej ławie siedzą znajomi i grają w scrabble.
    Kiedy nie mam niczego do roboty leżę na łóżku i wspominam najbardziej błahe wydarzenia z przeszłości, czuję, że moja pamięć pracuje i mnie nie zdradza.
    „Fado” mnie wciągnęło. Kiedy Stasiuk przykładowo pisze o domu swoich dziadków, czuję się jakbym tam był. No i zazdroszczę mu trochę tego męstwa w przeżywaniu własnej samotności. Wyobraziłem sobie małego chłopca spuszczającego wiadro ze studni w głąb cembrowiny, otoczonego przez milczącą nicość obłoków, czarny jeszcze świt i przestrzeń, której do końca nie jest w stanie jeszcze pojąć, ale którą głęboko przeczuwa jakby predestynując swoją późniejszą, pisarską wrażliwość, widzenie świata.
    Stasiuk jest z jednej strony przywiązany do przeszłości z wszystkimi jej implikacjami, zakrętasami, meandrami i niespodziankami, a z drugiej strony jest głęboko nieufny wobec przyszłości, można powiedzieć, że przyszłość dla Stasiuka praktycznie mogłaby nie istnieć, jest fantomem, znikliwą zjawą, której nijak uchwycić się nie da. Pozostaje kwestia teraźniejszości, która o tyle jest warta zachodu i rozważenia o ile w pewien sposób nawiązuje do przeszłości poprzez analogię lub inny rodzaj zapośredniczenia. Rozważmy przykład. Córka Stasiuka, chodząca do szkoły, hodująca pleśniaka na parapecie okna, któremu nawiasem mówiąc przygląda się jedynie ojciec i troskliwie się nim opiekuje, ponieważ córka nie wykształciła w swej młodej duszy chwalebnego nawyku troskliwości i opiekuńczości. A zatem Stasiuk – przepraszam – narrator w rozdziale „Nasza gra w Bildung” dogląda owego pleśniaka, ale też ( jak to artysta ) nie bezinteresownie. Oczywiście wyręczanie córki w niewygodnych, szkolnych zadaniach, której motorem napędowym jest ojcowska miłość, nie ulega tutaj żadnej wątpliwości. Niemniej można tutaj niejako powiedzieć o drugim, jakby ukrytym mechanizmie wprawiającym w ruch czuwanie nad dojrzewającym na oknie pleśniakiem. Otóż jest nim nie tylko ojcowska miłość, ale coś, co mógłbym na poczekaniu nazwać „przekleństwem pamięci”. Artysta, który wspomina jest zupełnie innym rodzajem człowieka niż wspominającym dzieje swojej młodości dziadek. Może zresztą niezbyt zręcznie użyłem tutaj rozróżnień, by tak rzec „wewnątrz ludzkich” i bardziej na miejscu byłaby tutaj opowieść o odmiennych typach wrażliwości na przeszłość. Wspominający gawędziarz roztacza przed słuchaczem ogólne tło, na plan pierwszy wysuwa różne, czasami niesamowite, zapierające dech w piersiach wydarzenia. Wspominający pisarz o określonym typie wrażliwości, jak na przykład Stasiuk, Hrabal, czy Bruno Schulz na plan pierwszy swoich opowieści wysuwają z pozoru nieważny nic niewarty szczegół, których głębszych zachwytów wzbudzić nie potrafi. Jest zbędny jak stary dywan wiszący na trzepaku koło rozwalającej się rudery, biegających w zniszczonych ubraniach dzieci gdzieś w zapadłej wsi w Europie Środkowej.
    Wczoraj byłem we wsi Nowice, która jest jakieś 20 km od Wołowca i widziałem hipotetyczne twory Stasiukowej wyobraźni pisarskiej. Stąd obrazek powyżej - nie wziąłem go z tekstów Stasiuka, wziąłem go z życia.
    I tak sobie myślę, że może źle użyłem przymiotnika na określenie wyobraźni Andrzeja Stasiuka. Nie jest to jedynie wyobraźnia pisarska, w gruncie rzeczy jest to wyobraźnia poetycka, bo każdy dobry pisarz jest w gruncie rzeczy poetą ( niespełnionym ) i dlatego wielu poetów daremnie stara się dorównać dyscyplinie światopoglądu Stasiuka, który rzeczom marginalnym i brzydkim potrafi nadać majestat wieczności.

  9. igiełka tkwi w zębach czasu
    stulona jak stuletnia dziewczyna
    między chmurą a deską do prasowania
    zwiewne języki błękitu głaszczą twoją chustkę

    kochanie patrzy na ciebie ząb czasu
    między żelazkiem a magnetofonem
    dzieciak słucha Bacha Bóg grzmi
    a czajnik jest parą zasłuchaną w kipieniu

    podobno w wolnych chwilach szyjesz swetry
    igiełką burzy słońca kalejdoskopem chwil
    na twoim poddaszu kaszlą ptaki i chusteczki mają katar
    jest woń czasu i woń soku malinowego ty jesteś pomiędzy

    dzisiaj wiele baloników w mieście choć śmiertelni płaczą
    pożyczam igiełkę chcę poczuć tę gorzką sól popsuć zabawę
    będziesz żyć umazana popiołem dlatego śmiertelnym bicz
    mam już nić powietrze dyktuje mi układy oddechów

    jeszcze posiedź przy mnie poszepcz trochę
    uszyj mi oczko niech się przypatrzę
    igiełka to ość ryby zabrana wędkarzom
    tylko się nie skalecz szyjąc mi sweter zamiast życia

  10. kiedyś upadnę i zostanie po mnie popiół
    ale tamto morze jeszcze szumi mi w uszach
    fale przypływają jedna za drugą jak wieczorne pieśni
    siedzę na piasku wpatrzony w czerwoną obręcz i lekko się unoszę

    mewy trzymające w dziobach ryby wydają mi się nieporozumieniem
    ten pejzaż nie potrzebuje udogodnień wystarczy że jest
    tak jak jest smażalnia ryb które zostają między zębami
    i jak pierwszy pocałunek wczasowiczki zakochanej w wytrawnym rybaku

    pomiędzy granicami wielu pamięci cienka linia znaczy przetrwanie
    zostałem sam w domu rysując na podłodze zabawy plażowiczów
    albo w cichej udręce marzyłem o pieśni której echo jeszcze znam
    całowałem niebyt strącając z niego liście styropianu

    jakby w nadziei że to co nieżywe znienacka uniesie się w górę
    i wytryśnie barwami podobnymi do spływającego po brodzie miodu
    nie umiałem jeszcze kochać ale w cudzych pięknach zawsze było mi do twarzy
    dlatego opatulony w trzy dresy liczyłem na łatwy żer w cieniu lata

    mój ojciec nosił koronę i rozwieszał pranie przed domkiem
    mała Matylda nieustannie pytała się gdzie jestem
    a wujek Kazik celował z wiatrówki w rybitwy jak w pień
    moja pamięć jednak jest ułomna jak ułomna jest kreska Nikifora

    i jak ułomne są blade świty w dygoczącej przestrzeni
    jedyne co teraz potrafię to zmienić się w pogrzebacz
    który moja babcia użyje do poprawienie drewien w kominku
    jestem nieistniejącą struną przez którą przepływa strużka światła

    i dlatego blade karty płomieni wciąż się tlą jakby prosiły o jeszcze

  11. Dziękuję za komentarze. Byłem ciekaw reakcji. Mój stosunek do tego wiersza jest dość ambiwalentny, raz jest on mi niesłychanie bliski, a raz daleki, jakby za mgłą, za szybą. Niemniej pisząc go, nie czułem się pogubiony, a raczej uskrzydlony obrazem pewnej damy, której ten wiersz złożyłem w hołdzie. Jako dowód wieloletniej przyjaźni.

  12. zima niebiesko się pali masz dwadzieścia lat
    za dwadzieścia lat coś się zmieni my friend a taka jesteś ładna
    i do twarzy ci w czarnym kusisz mnie swoim śmiertelnym niebem
    płatki padają na moją skórę kiedy pławię się w zimnym pierzu

    czasem sobie ciebie wyobrażam gdy kwitniesz po drugiej stronie baru
    sprzedałem wszystkie twoje bransoletki bo nie miałem na jabłka
    a taki zajebisty gościówa z targu jeszcze nie rozpoznał we mnie
    pomyleńca kocham ten śnieg którego się tak boisz dzisiaj

    zasnąłem w cieniu zimowej jabłoni marząc o kocich łapach snu
    takie były liżące te języki wiatru twoja apaszka sturlała się
    po pagórku na sankach jechaliśmy przez białą pościel Pan Bóg
    już wtedy był bardzo stary i nie palił tyle co przedtem

    jesteś największą z najmniejszych bo się nie przejmujesz
    nadchodzącą wiosną latem i czasem który pali się w piecu
    okryję cię skórkami z jabłek i moim pragnieniem
    w zimie najlepiej przytulić się do nieistniejących zjaw nie myśleć

    o świecie który bywa potwornie zaniedbany(zwłaszcza w kwestii paznokci)
    czas trzeba podzielić na równe odcinki każdy umaczać w winie i popiele
    z papierosa swoją bieliznę suszyć w grudniowych wiatrach
    przykryć bandażem swoją chorobę moja to śmierć w styczniu

    i zmartwychwstanie na wiosnę a twoją jest doskonała nieśmiertelność
    dlatego wybacz że kolejny raz nie podaruję ci bladej różyczki
    mam ważne przeziębienie które mnie zmogło i naradę w sprawie świateł
    odbijam się od twoich płomyków w oczach i coraz mniej rozumiem

    niepojęte jest po to żeby je podrzeć na kawałki a potem spalić

  13. tak rzeźbiony jestem codziennie przez marcowe deszcze
    po południu wstaję rozgrzebuję pościel twarz wystawiam
    dniowi a on mnie głaszcze po włosach zaczerpnąć chcę
    powietrza i widzę piękną kobietę w szlafroku palącą papierosa

    w porannych papierosa dymach czasem nawet można stracić świat
    bo najłatwiej jest stracić świat kiedy za dużo wiosny w duszy
    a dusza ledwo co wyszła z nocnego szamba i modli się o świt
    taki grudniowy zimny świt który zabija zarazki i można go kochać

    i tak pokochałem panią w żółtym szlafroku na balkonie
    palącą papierosa chciałem jej podać rękę żeby mnie zaprowadziła
    do źródła gdzie śpiewają drozdy kawki i czajki a ona tajemniczo
    się uśmiechnęła a ja poczułem że we mnie wlewa się krew świata

    i lała się ta krew niebieskimi strumieniami a ja płynąłem
    w powietrzu bo pływać umiem dobrze ekstaza o wschodzie słońca
    to była czy inne licho raczej wielkie wypłynięcie w pustkę
    przeźroczystą jak doskonała cisza połykałem kropelki deszczu

    połykałem kropelki światła wjeżdżali do moich bram
    tajemniczy bogowie wojny trzymający wędzidła palący na stosie
    swoje prawdy tańczyłem byłem tańcem wiosna mnie objęła
    i kazała roztopić się w doskonałym bezbrzeżu to się nazywa miłość

    to się nazywa wyschnięta trawa a w trawie żar

  14. Ten zakład fryzjerski wsiąkł w topografię mego miasta jak stare drzewo. Był najbardziej obskurnym zakładem fryzjerskim w mieście i sąsiadował z najbardziej obskurną knajpą w mieście. Brudne, zaniedbane pijusy z knajpy „Pod czerwonym bucikiem” chodzili się strzyc do zakładu Pana Jabłonki dwa razy do roku, przed Bożym Narodzeniem i przed Wielkanocą. Jak byłem mały omijałem te miejsca szerokim łukiem bo mama mi mówiła, że tam siedzą Cygany i że mnie porwą. Kiedyś tylko mój przyjaciel Dziudzia zaprowadził mnie w te zakazane rejony, ale szybko uciekłem, bo bałem się Cyganów. Zobaczyłem tylko przez szybę w zakładzie jak Pan Jabłonka popija z różowej buteleczki tajemniczy płyn i strzyże Felka Gąsienicę, który nazajutrz miał ślub córki. Jak podrosłem, zaglądałem do „Czerwonego bucika” częściej z moim przyjacielem Szakalem, ponieważ była to jedyna knajpa w okolicy, do której nie chodziły dziewczyny, a Szakal dobrze wiedział, że jak tylko laski pojawią się na horyzoncie, ja nie pozostanę bezczynny i biedaczyna nażre się przeze mnie niezłego kwasu. Moja opowieść powinna zacząć się w miejscu, w którym po raz pierwszy postanowiłem przekroczyć próg zakładu Pana Jabłonki, ponieważ głównym bohaterem tej opowieści będą wydarzenia, które w owym zakładzie miały swój początek.
    Ale najpierw trochę historii.
    Każdy znał w mieście Maryjkę, córkę starego Borówy, który na umór pił w „Czerwonym buciku” z podejrzanymi typami i przepijał swoją co miesięczną pensję pracownika zakładów gazowniczych. Maryjka była w moim wieku, kiedy ja jeszcze byłem szczylem i myślałem tylko o tym jakby rzucić w zimie jakąś panienkę śnieżką, albo na przerwie w szkole zajrzeć jej pod spódnicę w poszukiwaniu ledwo przeczuwanego skarbu.
    Maryjka była najbardziej rozbrykaną dziewczyną w okolicach starej bożnicy żydowskiej i placu rybnego, zadawała się z największymi łotrami i za garść cukierków kupowała im papierosy w kiosku starego Trzmiela, który serdecznie nienawidził swej pracy. I nic nie zapowiadało, że będzie z niej sensowna dziewczyna, z którą warto by na przykład pójść do kina w wieku licealnym. Miała piegi, była niska, wiecznie umorusana, nie lubiła wody, ciągle zapowietrzona, dokładnie przeciwieństwo mnie i Dziudzi, którzy zatopieni w czasopismach komputerowych próbowaliśmy rozszyfrowywać tajemnice programów komputerowych. Niemniej zaprosiłem ją kiedyś dla jaja do siebie, żeby z Dziudzią serdecznie pośmiać się z babskich fobii. Ona jednak była inna, nie była typową babą, miała w sobie coś chłopięcego, co automatycznie czyniło ją na przykład częścią teamu piłkarskiego albo hersztem bandy młodych łotrów. Od razu namówiła nas do różnych jajec. Na przykład rzucaliśmy z balkonu śnieżkami w pobliskie okna, a gdy sąsiedzi zdziwieni wychylali swe głowy, szybko uciekaliśmy z powrotem do domu i śmialiśmy się do rozpuku. Z takich dziewczyn wyrastają niekiedy niezłe laski, tudzież fajne foczki, ale jeszcze wtedy nie byłem tego świadom.
    Ona się kumplowała ze wszystkimi, w tym i ze mną się kumplowała, chociaż ze mnie był bardziej naukowiec niż łotr. Dopiero później zrobiłem się bardziej łotrem, a mniej naukowcem, ale po kolei. Jak już powiedziałem, Maryjka dorastała razem ze mną, ale nie trzymaliśmy się razem. Pamiętam tylko jak raz zaprosiła mnie nad rzekę płynącą obok burku, żeby porzucać kaczki. Nie cierpiałem rzucać kaczek, bo nigdy mi to dobrze nie wychodziło, ale ona była mistrzynią i ze wszystkich sił zazdrościłem jej tego, ponieważ zawsze zazdrościłem komuś innemu jego zdolności i pytałem Boga, czemu mnie nie dał tylu talentów abym stał się mistrzem nad mistrze, albo arcymistrzem. Ale zostawmy moje chore ambicje. W pewnym momencie Maryjka przestała rzucać kaczki i spoczęła na łysym kamieniu w cieniu wody. Przycupnąłem na sąsiednim kamieniu obok niej i tak przez chwilę milczeliśmy kontemplując wartki przepływ rzeki. Był środek sierpnia, wakacje, miałem iść do liceum, Maryjka szła do technikum fryzjerskiego, jedne z piękniejszych wakacji jakie miałem, które zasługują na osobną, dłuższą opowieść. Maryjka nagle oparła się ni z tego ni z owego na moim ramieniu. Jako zielony jeszcze sztubak nie wiedziałem co robić, ale instynkt podpowiedział mi, że trzeba ją objąć, co też uczyniłem po dłuższym wahaniu. Siedzieliśmy tak, jakbyśmy byli parą i słońce oświetlało nasze twarze, smarowało je swoim lepkim miodem, myślałem tylko o tym, że trzymam swoją dłoń w pobliżu nieukształtowanej jeszcze piersi Maryjki i to mi wystarczało. Jednocześnie byłem bardzo zdenerwowany i spięty, chwile dłużyły się niesłychanie, a Maryjka zamknęła oczy. Załamałem się w duchu, pomyślałem: no to ładne jajca, ona mi tu będzie na ramieniu spać, a ja ze strachu, żeby czegoś nie spitolić chyba jajko zniosę. Na szczęście albo nie, Maryjka rychło otworzyła oczy, popatrzyła na mój zegarek, ponieważ nigdy nie nosiła swojego i powiedziała, że musi już iść do domu, ponieważ ojciec czeka z obiadem ( matka Maryjki wyjechała do swojej matki z wieś, była w ostrej kłótni ze starym Borówą i nie spieszyło się jej szybko wracać ). Byłem uratowany, dziękowałem Bogu, że ten moment trwał tak krótko, a równocześnie dziękowałem Jemu, że był tak intensywny.
    Kiedy wróciłem do domu, rodziców nie było, postawiona była zupa na ogniu, którą miałem odgrzać, a z drugim daniem poczekać na babcię, aż wróci od koleżanki z ulicy naprzeciwko. Babcia miała bowiem zwyczaj, że między moim popołudniowym przyjściem do domu, a drugim daniem wychodziła do koleżanki na tzw. herbacianą godzinkę z panią Ziutą wzbogaconą o plotki z ulicy i ze świata.
    Usiadłem przy stole na fotelu, na którym przeważnie siedział mój stary i ćmił te swoje popularne czytając przy tym ultraprawicową i ultrakonserwatywną prasę, stary mój bowiem nie znosił komuny, ale nie przeszkadzało mu to czytywać od czasu do czasu „Nie” Urbana, jakby w celu wzbogacenia swoich intelektualnych przeżyć. Wyjąłem z kieszeni paczkę czerwonych „Marlboro”, które od czasu do czasu kupowałem, aby poczuć się prawdziwym mężczyzną i też zacząłem ćmić chcąc trochę poczuć się jak mój stary i myślałem o Maryjce. Myślałem, że jej twarz zaczęła stopniowo nabierać cech dziewczęcego piękna, choć jeszcze w sposób dość raczkujący, ale na tyle wydatny, że trudno to było przeoczyć nawet chyba tym przyjaciołom Maryjki, którzy dorastali z nią od kołyski. Myślałem o jej piersiach dojrzałych jak na jej wiek, o jej ustach, które były świeże i czerwone, o jej cerze, która oddychała powietrzem, spalinami, błotem i zielenią trawników, ogółem rzecz biorąc esencją miasta. Zgasiłem papierosa, potem przyszła babcia, nic ode mnie nie wyczuła, bo powstałby mały raban w domu, zjadłem obiad, coś tam jeszcze robiłem w ciągu dnia, czytałem włóczyłem się z Dziudzią i Szakalem po spelunach, w których stare łotry kupowały nam piwo, ale tylko pod warunkiem, że my im też postawimy jedno. Kiedy znalazłem się w końcu sam w łóżku, zapragnąłem, żeby Maryjka była obok mnie, wiele razy robiłem to, co robiło wielu chłopaków w moim wieku, kiedy w kiosku starego Trzmiela kupowało pornosy, żeby potem w ubikacjach rozładować swój wiek młodzieńczy. Starzy spali w swoim pokoju, babcia była w osobnym mieszkaniu, a ja podniecony poszedłem do łazienki i myśląc, że robiłbym wiele rzeczy z Maryjką, tam nad Wątokiem, koło burku, czyniłem sprawnie i przez chwilę czułem się, jakby Maryjka robiła to sama, zamiast mnie. Zasnąłem z ciałem Maryjki pod powieką, była kilka ulic ode mnie, pomyślałem, że jutro zaproszę ją do kina, ale tego nie uczyniłem.
    Od tego czasu przez bardzo długi okres nie widziałem Maryjki. Wyjechałem do liceum do Krakowa, moja rodzina przeprowadziła się, a mnie do mego rodzinnego miasta nie spieszno było wracać. W Krakowie czułem się dobrze, poznałem nowych ludzi, watahę z dawnych lat pozostawiłem w Tarnowie, Dziudzia i Szakal stali się przeszłością i jednocześnie stanowią w dalszym ciągu materiał na kilka opowieści. Ale jednak, kiedyś wróciłem. Nie mówię, że wróciłem dla Maryjki, wróciłem na pogrzeb starego Borówy, którego umysł, całkowicie przeżarty przez denaturat, nie wytrzymał kolejnych porcji alkoholu. Pojechałem w przeddzień pogrzebu. W sposób nieświadomy lub nie, może specjalnie, albo nie. Byłem na III roku prawa na UJ i zacząłem równocześnie studia filozoficzne. Być może racja jest po stronie tych, którzy powątpiewają, tak, chciałem spotkać Maryjkęi jednocześnie oddać cześć niezłomnemu intelektowi starego Borówy, chociaż Bogiem, a prawdą bardziej chodziło o to pierwsze.
    Włóczyłem się ulicami mego miasta, zatrzymałem i rozpakowałem się u wujka, odwiedziłem Szakala i Dziudzię, z którymi umówiłem się na picie wieczorem, a ścieżka mojej dedukcji zaprowadziła mnie do zakładu Pana Jabłonki, w którym nigdy bym się nie ostrzygł, gdybym nie wiedział, że pracuje tam Maryjka. Co prawda nie wiedziałem, domyśliłem się, ale domysł mój okazał się trafny.
    Nie od razu jednak przekroczyłem próg zakładu, którego przez całe moje dzieciństwo i później wiek młodzieńczy nie przekraczałem. Najpierw spytałem się Dziudzi czy wie, co u Maryjki. Dziudzia wiedział już prawie wszystko o wybitnych postaciach tarnowskich, ponieważ sam, wraz z Szakalem, Czyżem, Żbikiem i Pietruchą stanowili swoisty kanon pijusów, którzy byli rozpoznawalni dla miastowych dzieciaków zarówno w stanie na trzeźwo, jak i nie na trzeźwo. Dziudzia siedział na starych śmieciach podobnie jak Maryjka i utrzymywał z nią w miarę luźny kontakt, czasem wpadał do niej do domu, żeby pomajstrować coś przy komputerze, ponieważ od zawsze był zapalonym komputerowcem, studiował wtedy informatykę z techniką na tarnowskiej uczelni i zamierzał pracować w firmie starego Żbika jako technik informatyk. Dowiedziałem się od Dziudzi, że Maryjka stała się najbardziej ekstra dupą od wałowej do końca krakowskiej wliczając w to jeszcze Wojtarowicza, Romanowicza i całe Falklandy rzecz jasna. Nie wiedziałem, czy ufać Dziudzi, ponieważ miał on zawsze skłonności do dramatycznej przesady, która przechodziła nierzadko w bezkrytyczny zachwyt bez pokrycia, ale tym razem moja męska, więc psia intuicja podpowiadała mi, że w tym jego mitologizowaniu Maryjki jest dużo materiału opartego na faktach autentycznych. Opierałem moje przypuszczenia po trosze na własnych obserwacjach, ponieważ Maryjka już wtedy nieźle się zapowiadała, gdy dałem drapaka z Tarnowa i znalazłem się na emigracji w Krakowie. Pora jednak była, aby przekonać się o tym, czy Dziudzia mówi prawdę czy nie na własnej skórze.
    Poszedłem zatem do zakładu Pana Jabłonki po obiedzie, który zjadłem wraz z wujkiem w barze „Pod słonecznikiem”. Tam się z nim rozstałem i powędrowałem w stronę ulicy Bernardyńskiej, gdzie Maryjka uskuteczniała swój fryzjerski fach. Jak zwykle wszedłem w ciemną uliczkę, zakazaną i śmierdzącą od psich szczyn i kup, na której zawsze było pełno petów i rozbitych butelek po wódce i piwie. Trochę się jednak bałem, że jakiś Cygan znienacka sprzeda mi kosę między żebra, ponieważ było już ciemno, w zimie robi się ciemno około czwartej po południu, a słowa matki jednak zapadają w pamięć, nawet gdy ma się już dwadzieścia trzy lata i nie w takie rejony się chodziło. Jak powiedziałem, była zima, piździło grudniowym wiatrem, śnieg leżał na chodnikach zmieszany z psim i ptasim gównem i zbliżały się nieuchronnie święta, było dokładnie tydzień przed Bożym Narodzeniem, a Pan Jabłonka postarał się, żeby jego zapomniany przez Boga zakład również przypominał o przyjemnej, ciepłej atmosferze świątecznej. Na oknach były zawieszone srebrne łańcuchy, a pomiędzy tymi łańcuchami jechał w swoich saniach ciągnionych przez dwa brązowe renifery św. Mikołaj, pożyczony z reklamy coca coli. Kiedy w końcu wszedłem do środka, zobaczyłem choinkę przystrojoną w złote bombki, na której szczycie znajdowała się betlejemska gwiazda. Pod choinką były położony był jeden pakuneczek oprawiony w srebrny papier, przepasany czerwoną wstążką. Klientów było niewielu, rozpoznałem dwóch kumpli świętej pamięci starego Borówy i starą Marcową, wdowę po starym Marcu, pracowniku kolei tarnowskich i namiętnym palaczu nikotyny, który zmarł w wieku lat pięćdziesięciu pięciu na raka płuc. Stara Marcowa nie mogła odżałować śmierci męża, a jako, że nie znalazła pociechy w dzieciach, bo ich nie miała, zaczęła pić dzień w dzień owocowe nalewki.
    Po pewnym czasie, od alkoholu i od rozpaczy Marcowej zaczęło się mieszać w rozumie i wylądowała w psychiatryku w Dębicy. Podobno zaprzyjaźnionym pacjentom opowiadała, że mąż ją zostawił z piątką dzieci, a sam uciekł do Egiptu z kochanką. Kiedy Marcowa wyszła ze szpitala, przyznano jej rentę w wysokości 580 złotych polskich plus dodatkowe świadczenia za przepracowane lata w zakładzie krawieckim u starego Bubla. Razem było tego koło tysiąca złotych i ledwo wystarczało na opłacenie dwupokojowego mieszkania, rachunków za gaz, prąd, abonamentów za radio i telewizor, rachunku za telefon i tym podobnych spraw. Marcowa jednak jakoś sobie radziła, skoro starczało jej na alkohol, a i wyglądała na nieźle odżywioną, chociaż o otyłość nie można jej było posądzić. Siedziała więc Marcowa na krześle i próbowała prowadzić rozmowę ze starym Jabłonką, który jak zwykle w antraktach strzyżenia klienta zaglądał do różowej buteleczki, teraz już nie tak bardzo różowej, bo zeszło z niej sporo farby, od momentu, kiedy widziałem ją po raz pierwszy jako młody szczyl.
    W zakładzie strzygł Jabłonka, trochę nierozgarnięty Piotrek Dembosz, którego ojciec, stary Dembosz, miał posłać na architekta, ale Piotrek zawsze lubił strzyc i tak wylądował u Jabłonki. Przez całe lata w zakładzie strzygł jedynie Jabłonka, potem przyjął Piotrka, a teraz zobaczyłem trzecie stanowisko, na których w białym fartuchu do kolan strzygła jakiegoś starego grzdyla, którego pierwszy raz na oczy widziałem, nie kto inny, jak Maryjka Borowa, córka starego Borówy, na którego pogrzeb miałem iść jutro. Powiem szczerze, że Dziudzia nie kłamał, a jeśli trochę mitologizował jak to zwykle czynił, w tym wypadku jego mitologizacja była jak najbardziej uzasadniona. Maryjka, w wieku 22 lat zasługiwała na miano piękności numer jednej jeśli idzie przynajmniej o tarnowskie klimaty, bo w Krakowie były też niezłe laski, piękne, może ładniejsze od Maryjki, ale nie darzyłem ich nigdy takim sentymentem, jakim darzę Maryjkę. Oczy jej zrobiły się całkiem czarne, duże i głębokie, patrzyły z mieszaniną zachwytu i refleksji na świat dookoła, oczy te, widać było, cieszyły się życiem, szczupłe nogi natomiast były niezwykle podniecające w czarnych rajstopach, dodając do tego rozpuszczone, kasztanowe włosy, mogę śmiało stwierdzić że stała się Maryjka naprawdę zajebistą foczką. Usiadłem sobie na krześle, niby że chciałem się strzyc, ponieważ chciałem odwlec moment rozmowy, chciałem, żeby Maryjka mnie nie poznała od razu, czekałem, patrzyłem, byłem cierpliwy. Ale wypadki potoczyły się same, Maryjka w pewnym momencie spostrzegła mnie w lustrze i powiedziała: „cześć Błażeju. Nic a nic się nie zmieniłeś. Pewnie przyjechałeś na pogrzeb mojego tatusia, jestem ci bardzo wdzięczna, dziękuję, że mnie odwiedziłeś, może wybierzemy się gdzieś wieczorem?. Kończę o 18, czyli równo za godzinę.” Odpowiedziałem jej, że bardzo chętnie, że jestem też umówiony z Dziudzią i Szakalem i że miło jest spotkać starych przyjaciół, pomimo że okoliczność za bardzo nie sprzyjają wesołej, przyjacielskiej rozmowie. Poczekałem więc u Jabłonki jeszcze godzinkę, dałem się ostrzec Piotrkowi Demboszowi i nawet tego nie żałowałem, a potem wyszliśmy z Maryjką na dwór, w zimny grudzień, ona opatulona w brązowy kożuszek, ja przewiązany szalikiem i ze szlugiem w zębach, ponieważ szlugi już teraz paliłem regularnie i czasem nachodziło mnie poczucie, że jestem Humpreyem Bogartem albo Jamesem Deanem. Jeśli ktoś pamięta okładkę drugiej płyty Boba Dylana, „Freewheelin”, to Maryjka i ja wyglądaliśmy podobnie jak Dylan i jego laska. Maryjka trzymała mnie pod ramię, a ja z rękami w kieszeniach narzekałem w duchu na śnieg, który piździł mi w twarz i przez pewien czas nawet fajnie nam się milczało. W końcu nastąpił dialog, który mniej tutaj przytoczę, moja pamięć bywa bowiem zawodna, ale w kwestiach zasadniczych działa prawidłowo. Pierwsza odezwała się Maryjka:
    - Jak się studiuje w Krakowie?
    - A wiesz, leci kabarecik, to tu to tam, dwa kierunki teraz robię, ogółem git
    - Wiesz, ja też chciałam iść na studia, tutaj w Tarnowie, ale jakoś tak nie wyszło, mama potrzebowała pieniędzy, więc poszłam do Jabłonki, ale wiesz, co z biblioteki miejskiej pożyczam dużo książek, ostatnio przeczytałam coś o kobiecie upadłej, ale zapomniałam już autora
    - No wiesz, z tymi autorami to jest tak, że ich się w ogóle nie pamięta, bo czasem są tak miałcy, że w ogóle nie warto ich czytać. Wiem to, bo przez rok studiowałem polonistykę, ale gramatyka opisowa dała mi rady i nie zdałem komisa, co było równoznaczne z wylotem ze studiów, a jak wiadomo pierwszego roku nie można powtarzać.
    - Hehe. A jak tam Twoi rodzice? Dobrze się czują?
    - Stary jak zwykle po pracy narzeka na komunizm w Polsce, a mama jak to mama, pracuje jako nauczycielka w gimnazjum i ogółem też jakoś leci. Dają mi kasę, bo sam nie pracuję, bo nie mam kiedy, a życie studenckie ma się w końcu tylko jedno.
    - Hehe. Takiemu to dobrze, nie zaznałeś jeszcze smrodu życia.
    - Zaznałem jednak smrodu upojnego lenistwa i wierz mi, nie wiadomo co jest gorsze
    Potem milczeliśmy przez chwilę, aż w końcu zapronowałem Maryjce pójście do „Czerwonego bucika”. Chętnie przystała na tę propozycję. Poszliśmy więc do najbardziej obskurnej knajpy w mieście, a w międzyczasie przyleźli Szakal i Dziudzia. Siedzieliśmy tak, rozmawialiśmy o starych, dobrych czasach, śmialiśmy się, Szakal opowiadał o swoim epizodzie z pędzeniem bimbru, o tym jak mało co, go nie złapali, a potem jak poszedł na prawo zaocznie do Rzeszowa, pracując równocześnie w kiosku starego Trzmiela, którego Trzmiel nie daje rady już prowadzić. Coś tak czuję, że samotny Trzmiel zapisze ten kiosk w spadku Szakalowi, ale do tego jeszcze trochę czasu; Trzmiel ma 75, więc dać mu trzeba przynajmniej jeszcze z dziesięć lat, jako że nigdy nie palił, nie pił i ogółem prowadził się dobrze. Dziudzia opowiadał o swoim związku z Biedronką i niezłych widokach na przyszłość. Biedronka, jako wnuczka starego Bubla, ma zagwarantowaną zajebistą chatę blisko centrum, za którą spokojnie można wziąć parę milionów. Jedyną wadą Biedronki jest jej zbytnia puszystość, ale na Dziudzi specjalnie nie robi to wrażenia; raz, że praktycznie podchodzi do życia, a dwa, że dla Dziudzi piękne jest to, co ma trochę ciała i nie jest mizerne, jako, że Dziudzia sam nie może narzekać na niedożywienie. Ja opowiadałem o swoim związku z Melanią Królik, poetką z polonistyki, która była wojującą ateistką i feministką i jak rozstaliśmy, gdy Melania poznała poglądy mojego starego na temat roli kobiety w społeczeństwie i jak nie reagowałem na antyfeministyczne tyrady ojca, tylko spokojnie obserwowałem przebieg kłótni paląc przy tym żółtego marlborasa i rozkoszując się ciepłem domowego ogniska. Moja wina, że nie wziąłem Melanii w obronę, ale Bogiem, a prawdą, miałem gdzieś jej poglądy, a to było równoznaczne z tym, że jej ciało nie było wystarczająco ponętne, żeby poglądów tych bronić wściekle.
    Gwarzyliśmy tak przy grzańcu i przy grzanym winie, wypaliliśmy ze trzy paczki papierosów, a potem udaliśmy się do domów. Szakal i Dziudzia skręcili przy najbliższym skrzyżowaniu, a ja i Maryjka zostaliśmy sami. Tutaj rozmawialiśmy, że świetnie nam się udało to spotkanie po latach i szkoda rzeczywiście, że okoliczności nie mogłyby być lepsze, a potem ni z tego ni z owego, Maryjka powiedziała, że matka jest teraz u siostry i że przyjedzie dopiero jutro na pogrzeb i jeśli chcę to możemy jeszcze chwilę u niej porozmawiać i posłuchać jakichś płyt, jeśli mam ochotę. Szczerze powiem, że przystałem na to z chęcią, ponieważ dobrze przypuszczałem czym skończy się ta rozmowa i wspólne słuchanie płyt. Zapytałem jeszcze strategicznie, czy jej chłopak nie będzie miał nic przeciwko temu, na co Maryjka zaśmiała się nerwowo i powiedziała, że nie ma chłopaka. Nie sądziłem, aby była to prawda, ale jednak postanowiłem zaryzykować, ponieważ w końcu nie jestem stąd i co mi się może stać – Cygan mi wbije kosę między żebra czy co?
    Weszliśmy po schodkach w dość niesympatycznej kamienicy, na piętro, gdzie znajdowało się mieszkanie Maryjki. Najpierw słuchaliśmy płyt, potem rozmawialiśmy i wspominaliśmy stare czasy, a ja zaczepiłem Maryjkę czy pamięta te chwile nad Wątokiem, kiedy puszczaliśmy kaczki.
    - Tak, słabeuszu, pamiętam, pamiętam, że zawsze byłeś strasznie cienki Bolek w puszczaniu kaczek, byłeś cieniutki jak barszcz, a ja byłam w tym niezła
    - A pamiętasz jak oparłaś mi się na nagle na ramieniu? Ciekaw jestem czy wyczułaś moje zmieszanie?
    No to Maryjka wtajemniczyła zniżyła głos, przybliżyła się do mnie na kanapie i w sposób zalotno – prowokujący spytała czy ja teraz też jestem zmieszany. Uśmiechnąłem się trochę głupawo i powiedziałem, że chciałbym być zawsze tak zmieszany jak teraz. Na to Maryjka zbliżyła swoje usta do moich i pocałowała mnie z języczkiem. Ja z kolei zdjąłem jej bluzkę, potem stanik, a potem zgasiliśmy światło. No i przypomniałem sobie te wszystkie kaczki, których nie umiałem puszczać i pomyślałem, że teraz to sobie wynagrodzę i że teraz to ja jestem panem sytuacji i że jest naprawdę zajebiście, bo byłem zajebiście podniecony, a Maryjka działała na mnie niezmiernie skutecznie. I kaczka fruwała po kaczce po wodzie na Wątoku i przechodzili starsi panowie w kapeluszach lub bez i starsze panie zgorszone, że tacy młodzi i już się obejmują i nie musiałem iść do ubikacji i wyobrażać sobie, że Maryjka robi to sama, bo teraz naprawdę robiła to sama i było dokładnie tak jak trzeba. A potem zasnąłem objąwszy Maryjkę i czułem jej ciepłe ciało i było mi dobrze i pomyślałem sobie, że chyba ją kocham.
    Nazajutrz obudziliśmy się, Maryjka zrobiła mi kawy, zapaliłem papierosa, a potem poszedłem do wujka. Później poszedłem na pogrzeb i tam znowu spotkałem Maryjkę i widziałem jak jest zarumieniona i jak stara się tłumić płacz, kiedy starego trumnę ze starym Borówą zasypują ziemią. Patrzyłem na nią i było mi smutno i radośnie zarazem. Smutno, bo żałowałem, że przed świętami musi patrzeć na pochówek swojego starego, a radośnie, że w końcu kogoś kocham i mogę się dla kogoś poświęcić.
    Zanim pojechałem z powrotem do Krakowa, powiedziałem Maryjce, że absolutnie na jednej nocy to się nie może skończyć i że będę przyjeżdżał do Tarnowa i będziemy się spotykali i będzie tak jak dawniej i że ją kocham i że będę za nią tęsknił.
    Kiedy miesiąc później przyjechałem do Tarnowa, czekał na mnie Czyżu z pałą w ręku i Pietrucha, jego najlepszy kumpel. Czyżu odezwał się pierwszy:
    - No Błażej dałeś dupy, poruchałeś, a teraz masz przejebane krótko mówiąc
    - A czemu chłopaki?
    - Raz dlatego, że Maryjka jest moją dziołchą i to ja mam wyłączność na ruchanie jej, a dwa że ona jest w ciąży ty kretynie.
    No i dostałem stosunkowo lekki wpierdol, a potem, połamany poszedłem do wujka porozmawiać, bo starzy nie mogli się dowiedzieć. Wujek jak zwykle rozwiązywał krzyżówki i jedyne, co mi powiedział, to że mam strasznego pecha i że w takim wieku on przynajmniej nie myślałem o żeniaczce. Bogiem, a prawdą wujek jest starym kawalerem i nie sądzę, żeby w ogóle myślał o żeniaczce, ponieważ przez całe życie był zajęty tropieniem tajemnic zwierząt ( wujek jest emerytowanym weterynarzem i wzbogacił się swego czasu pracując w miastowej lecznicy ). Więc nie wiedziałem co robić. Z jednej strony Czyżu ze swoją pałą, z drugiej Maryjka z moim dzieckiem. Byłem jak obłąkany, spotkałem się z Maryjką, płakaliśmy razem i ustaliliśmy, że zamieszkamy w Tarnowie i że ja po studiach znajdę tutaj jakąś pracę. Powiedziałem jej, że musi jeszcze poczekać rok, a na pewno przyjadę. I niech nie przejmuje się Czyżem, bo ja już z nim pogadam.
    I minął rok…
    Przez ten rok starzy zdążyli się dowiedzieć i już byłem na skraju bankructwa, bo przestali mi dawać kasę, więc zatrudniłem się jako barman i nie chodziłem na zajęcia. Potem cudem zdałem egzaminy końcowe i postanowiłem przełożyć obronę pracy magisterskiej pracując w Tarnowie jako ktoś tam. Więc na początku zatrudniłem się u starego Jabłonki jako sprzątacz cudzych włosów. Potem pracowałem przez jakiś czas w kiosku starego Trzmiela i wymieniałem się dniami tygodnia z Szakalem.
    Na koniec Dziudzia ubłagał starego Bubla, żeby w Maryjkę zainwestował i otworzył jej zakład fryzjerski, którego Bubel będzie właścicielem, a Maryjka kierowniczką. W tym czasie, kiedy w Tarnowie powstawał nowy zakład fryzjerski, ja jeździłem do Krakowa pisać moją magisterkę z filozofii, bo prawo już dawno olałem i zagłębiałem się w fenomenologię Husserla i hermeneutykę Gadamera. Połączyłem to z kursami na polonistyce i tak zostałem magistrem polonistyki. Ukończyłem jeszcze blok kursów pedagogicznych, za które zapłacili trochę starzy, trochę Maryjka, trochę wujek, trochę stary Bubel, a nawet stary Trzmielu się dołożył.
    I teraz jestem człowiekiem, który obronił magisterkę z tematu „Filozoficzne aspekty literatury skarnawalizowanej” i pracuję w tarnowskim gimnazjum na stanowisku nauczyciela języka polskiego i wiedzy o kulturze. I zarabiam mniej od Maryjki, lecz więcej od starej Marcowej i jestem nawet szczęśliwy, a mój syn ma na imię Beniamin, ma równy roczek, a mój stary ćmiąc w mieszkaniu Maryjki te swoje popularne i rozmawiając z panią Borową, wdową po starym Borówie, zapowiedział, że będzie wychowywał go na żarliwego antykomunistę.

  15. spotkałem wczoraj Sawę przypelętał się do mnie
    jak posłaniec miliardoletniej otchłani miał
    obrzmiałe palce dłonie całe w plastrach oddech z wódki
    i ze snu więc go objąłem na przywitanie postawiłem piwo

    a on mi na to spierdalaj brachu nie chcę cię znać
    więc go poczęstowałem papierosem postawiłem pierogi
    opowiedziałem o swoich klęskach i mrokach a on mi na to
    że się spieszy do Melanii Królik z państwa siedmiu uśmiechów

    Melania Królik napisała piękny wiersz o Tarnowie
    że to miasto dzikich pomarańczy i bzdur szeptanych
    do łóżka kobiecie nocą zbyt podnieconej by mogła je zrozumieć
    piękny był wiersz Melanii i bezbłędny jest gust Sawy

    ale Sawa jak to Sawa nie chciał mnie znać więc powiedziałem mu
    to ja kocham Melanię a nie ty obłąkańcu
    odpierdol się od Melanii ta dziewczyna jest moja jak moje
    jest źródło zaranne i ptaszek z przestrzeloną krtanią

    możesz mnie nienawidzić Sawo jak nienawidzi się dawnych kumpli
    ale kochanej Melanii daj spokój niech rozkwita w jabłoniach
    niech konie galopują przez smętek jej boleści niech światło
    spłynie w ołowianych chmurach na łąkę bezkresną i niech powie

    stań się brachu stań do walki jak masz jaja
    Sawa odszedł został po nim popiół niedopałki niedopite piwo
    nienawiść rozłazi się po kościach jak miłość ale więcej w niej kurzu
    ja odkurzam swoją wyobraźnię i mężnie wyciągam z niej okulary

    jutro będę gadał z kalekami zanęcał chore duchy

  16. nadaremnie szukam w szufladach pastylek od bólu głowy
    dywan jest zmięty pokój w nieładzie koce leżą na podłodze śpią
    pod kocami ludzie przybyli z dawien dawna z pobliskich barów
    ktoś szura butami o wycieraczkę za chwilę zrobi się jasno

    niedługo odsłonię zasłony do pokoju wpadnie trochę mgły
    śniegu i światła to potrzebne by przestać się skarżyć
    na ten cholerny ból głowy pod powieką mam drewienka
    palą się tak i ja płonę cały a Miranda podnosi się z łóżka

    sięga po szklankę z wczorajszą wodą
    zapala papierosa Trzmielu przeciągając się jak kot
    mruczy niebywale lubieżnie poranna toaleta kota
    w miednicy położonej na środku nic nie ma wstyd się przyznać

    a przecież wczoraj było tak wesoło wszyscy byli objęci zajęci
    sobą rozmawiający palący pijący jacy jeszcze Bóg jeden wie
    ale widziałem ich ślady w łyżeczce z miodem popijając piwo
    gdy tańczyli ubrani w nieświeżą pościel zaklęci

    w korowodzie sennym jeszcze nie do końca siebie znający
    bardzo przejęci swoimi rolami we fryzurach na łyso i całkiem
    nie na łyso śpiewający piosenki o nieszczęśliwych miłościach
    idący długim ciemnym korytarzem w sam środek balu

    i ja tam byłem i ja tańczyłem i piłem piwo zagryzając pizzą
    i światło na korytarzu włączyłem gdy przyszła pora
    zapalić papierosa Weronika w podartych chustach ze sklepu
    odzieżowego paliła razem ze mną tak się chłoną opowieści

    w gąbkę nocną aż do szóstej nad ranem
    szukam pastylek daremnie w szufladach
    zaraz mnie ktoś zaaresztuje słyszę jak sąsiadka z drugiego
    właśnie bierze prysznic lej się wodo przyjaciele ta muzyka was obudzi

  17. zawsze pragnąłem być zawieszony
    między karnawałem a świętem
    w dzień postu palić kadzidło
    w dzień karnawału czytać ciemność

    kiedyś miałem lata tłuste i lata chude
    dzisiaj się żegnam z moimi latami
    jestem grubszy i głupszy
    trochę bardziej doświadczony

    piłem grzane wino i rozrabiałem
    gdy byłem całkiem sam
    patroszyłem tłuste ryby
    patrzyłem w czas jak w lustro nie bałem się

    pragnąłem i pragnę diabły wciąż kuszą
    cierpienie przychodzi całkiem samo jak szczęście
    i ponuro i wesoło rysuje na szkle na piasku
    opowieść o piratach i grubym bosmanie

    co właśnie wyleciał ze swojego marzenia

  18. Nigdy naprawdę nie poznałem mego wujka
    jednak widzę go dzisiaj
    w jasnoszarej koszuli popijającego piwo
    w nieznanej mi knajpie w Krakowie
    widzę jego uśmiech
    pośród nieśmiertelnego kurzu książek
    ciężkich starych foliałów z zakresu historii sztuki
    to była historia jego życia
    i historia którą pisały obrazy i rzeźby
    wujek był namiętnym kolekcjonerem
    gromadził zapasy na czarną godzinę
    i każdy suwenir był równie cenny
    bo nie miał ceny
    jego ceną był czas i pamięć
    które idą zakurzonym barokowym pokojem
    w letnie popołudnie
    gdzieś pośrodku zniewalającej pory

    wujek był doktorem historii sztuki
    ale najpierw był księdzem
    a zatem w swej albie udzielał mi chrztu
    a wcześniej ślubu moim rodzicom
    rozkładał ramiona
    i przestrzegał świętej reguły
    wiedział wszystko
    o Wawelu
    gdzie dopadło go kapłaństwo

    ten pokój
    w którym byłem jeden jedyny raz
    oddychał przepychem historii
    bogatej w niuanse mistyfikacje
    nieodgadnione zagadki
    dziurawe tajemnice
    której nie zdążył zaszyć w swej nieomylności
    jego wysokość czas

    nie rozumiałem niczego
    z nudnej rozmowy dorosłych
    ale otaczało mnie coś
    co się nie zmienia i trwa
    nieświadomy grałem z dziadkiem w łapki
    który zdawał się rozumieć moją obojętność
    wobec uroczystej tajemnicy




    wujek zmarł nagle
    chował go ten sam czas i ta sama pamięć
    której postanowił być wierny
    będąc równocześnie posłuszny Panu
    i Jego najwyższej regule
    najokazalej prezentował się nieznajomy szczegół
    w przepysznym majestacie ikony
    Chrystusa najlepiej poznaje się poprzez rysy
    dzieło nieomylnych pędzli i dłut.

  19. No i znowu Święta spędzam sam. W ten dzień urodził się Jezus, zbawiciel świata, a przynajmniej tak się utarło i tak o tym mówią. Nie wiem czy naprawdę był zbawicielem, może był jedynie niepokornym Żydem, który nie słuchał robaczywej mowy ślepo konserwatywnych i zadufanych w sobie rabinów. Gdy zobaczyłem twarz na chuście z Manopello, właśnie o tym pomyślałem, pomyślałem, że ten człowiek musiał mieć poczucie humoru i błyskotliwą inteligencję, a sprawę cudowności jego istnienia oddaliłem na boczny tor, zepchnąłem na tzw. dalsze plany. Mnie interesuje Chrystus ziemski, Chrystusa nieziemskiego już dawno kiedyś doznałem, a mistyczne doznania mają to do siebie, że nie lubią się powtarzać. A zatem doznałem mistycznego Chrystusa, a teraz mnie interesuje na przykład toksyczny stosunek Zbawcy z jego matką i w ogóle pytanie, czy aby toksyczny stosunek z matką nie jest warunkiem swego rodzaju wyjątkowości, swego rodzaju posłannictwa.
    Mówię: doznałem mistycznego Chrystusa, jakby to było równoznaczne ze zjedzeniem pajdy chleba z szynką lub baleronem. A ja mam na myśli tylko tyle, że takie doświadczenie mistyczne z czasem powszednieje i zamienia się w sprawę znaną i doznaną, a przecież to, co znane i doznane przestaje być równocześnie tajemnicą Powstaje zatem pytanie jak jest możliwe doświadczenie tajemnicy bez skutków ubocznych, czyli tej tajemnicy spowszednienia, może nawet i strywializowania. Otóż tak się właśnie dzieje z cudami, cuda powszednieją, zjawiska ponad przyrodzone przestają intrygować, kiedy zostaną puszczone w krwioobieg rzeczywistości i zaczną się po prostu sprzedawać jak każdy news z wieczornych wiadomości. Dlatego ze swego rodzaju satysfakcją czytałem felieton Stanisława Michalkiewicza w „Najwyższym Czasie” o narodzeniu Pańskim we współczesnej Polsce. Oczywiście jad tego felietonu wymaga głębszego namysłu, ale namysłu wymagają również sprawy, które ten jad spowodowały, to jest taka, a nie inna powszedniość. Bo co my w końcu mamy w Polsce Anno domini 2006, a niedługo 2007. Otóż mamy z jednej strony nacjonalizm „Naszego dziennika”, który w sposób trywialny i grafomański próbuje przekonać do tzw. patriotyzmu, a z drugiej strony mamy tzw. liberalnego Michnika, który w zasadzie nie wiadomo do czego próbuje przekonać, ponieważ jego ostatni esej o tzw. demokracie – sceptyku patrzącym na rzeczywistość oczami, które nie dowierzają niczemu, jest mocno wątpliwy, ponieważ na siłę próbuje być mądry. Otóż bohater eseju Michnika zdaje się mówić: ja równocześnie akceptuję wszystko i jednocześnie niczemu nie dowierzam, jestem zdystansowanym długodystansowcem, jedyne co widzę, to prawdę, która nie jest zawarta w żadnej ze skrajności. Arystoteles powiedział kiedyś o złotym środku, zasadzie zasad greckiej paidei, umiarkowanie, cnota wstrzemięźliwości, epikurejska mądrość pogodzona z sokratejskim pryncypializmem w sprawach etycznych. A Michnik ani nie jest pryncypialny, ani nie jest liberalny, w ogóle żaden nie jest, jest rozmyty, najprawdopodobniej płynie, a ja jestem ciekaw ile ten jego swobodny flow lewicowo – postępowy potrwać jeszcze może. Przecież ludzie powinni się w końcu kapnąć, że ta twarda lewicowość Michnika idzie raz po raz na kompromisy chociaż by z przesłaniem kościoła, który przecież jest bardziej na prawo niż na lewo w sensie zjednoczenia katolicyzmu z tzw. sprawą narodową. Więc ja myślę, że ten sukces Michnika to jest przede wszystkim zasługa jego niezdecydowanej, lewicowej postawy, która do końca lewicową nie jest. Dlatego „Wyborczą” mogą kupić głosujący na Kwaśniewskiego jak i na Tuska. Fakt, że dla Korwina ci dwaj panowie to tylko różne odcienie czerwieni, ale faktem jest także to, że przy całej swojej genialności, Korwin jest nieco szajbnięty w sensie lubowania się w nieuzasadnionej przesadzie.
    Ale zostawmy na boku na te dywagacje polityczne, zajmijmy się Bożym Narodzeniem. Jak już wcześniej zdążyłem spostrzec, cuda się trywializują i jest to sprawa powszechnie znana. Ciekawi mnie zatem dalszy ciąg felietonu Michalkiewicza. Co by się mianowicie stało, gdyby Jezus przyszedł na świat w dzisiejszej Polsce i nie tylko przyszedł, ale rósł, rozwijał się, jakie talenty by wykazywał, czy byłby bohaterem dzienników czy byłby playboyem, aktorem, politykiem, a może księdzem. A może Jezus zostałby naukowcem? Ta ostatnia hipoteza mnie najbardziej przekonuje. Być może Jezus zostałby bezlitosnym krytykiem Radia Maryja, a być może Jezus wręcz przeciwnie, stałby na uboczu politycznej zawieruchy i pogrążyłby się w filozoficznym dumaniu o przeznaczeniu religii. Trzeba wziąć każdą z tych hipotez pod uwagę, ale jedna rzecz pozostaje niewątpliwa: narodzenie Jezusa musiałoby być wcześniej zaplanowane, powinno nastąpić w świetle jupiterów, tak że cały świat poznałby swojego przyszłego Zbawcę. Dlatego Jezus podzieliłby w pewnym sensie los bohatera filmu „Truman Show” Wima Wendersa. Nie do pozazdroszczenia jest zaiste los współczesnego zbawiciela.

  20. mistrz nosi w futerale światło
    zagląda do pokoju gdzie hoduję kamienie
    każdy kamień ma swoją historię każdy jest ułomny
    jak ułomne są dłonie mistrza gdy próbuje mnie rzeźbić

    potykam się o jego słowa są ostre jak grzech
    forma z której ulatnia się dym kawa której nie wypiję
    to nazwy doskonale puste jak brzmiący cymbał
    a mogły być wizją zapisaną w wypalonych trawach

    w spalonych liściach snu proszę mistrza o dar prorokowania
    o strzeliste wizje na bolesnych wydmach o zapach
    cmentarza w godzinę szczekania psów o źródło o laskę
    lecz on pozostaje nieugięty pokazuje biały korytarz

    w białym korytarzy spotykam stolik na stoliku wazonik
    z kwiatami pielęgniarki są senne kiwają nogami
    z radia dochodzi głos przepowiedni potem zagrają beatelsi
    a mnie już pora do palarni palić ostatniego papierosa

    przed snem dobrze umyć ręce ciemność połyka wszystkie sale
    dłonie mistrza są białe starannie obrane z pyłków
    siadam na krześle liczę kwiaty z braku lepszego zajęcia
    mistrz siada ze mną dzieląc chaos na fragmenty oswaja nicość

×
×
  • Dodaj nową pozycję...