Chodź, okryta grubą szmatą,
dla mnie byłaś naga.
Chodź, byłaś naga,
dla mnie wciąż ubrana.
Trzymałaś w głowie szafę pełną traum,
a ta szafa przygwoździła mnie jak strzał.
Rozpaliłaś świeczkę, w której zamiast wosku byłem ja,
nie wiedziałem, że dla ciebie to przystań,
która dla mnie okazała się wieczna.
Zatrzaśnięty między deszczem a ogniem.
Byłem mono, ty chroma, moje życie wówczas — my oboje.
Błękit — pierwsza i ostatnia barwa darowana,
po czym rozmyłaś się jak w morzu farb.
Ten obraz, który dałaś, odspajał się i spadł,
zobaczyłem wtedy jego prawdziwą twarz,
pękniętą twarz —
jedna, która chciała, lecz nie mogła trwać,
druga, która była mi tak bliska cały czas.