Zostanę strażnikiem własnego pokoju,
cztery ściany nieskalane obcą stroną.
Plakaty, dyplomy, klasowe zdjęcia
są wspomnieniem minionych dni.
Światło migającego monitora,
fetor zaduszonego kąta.
Za drzwiami sylwetki rodziców,
wyczekujących z nadzieją,
aż wypełnię wpajane normy.
W ich czasach to działało,
a współcześnie?... cóż...
Moja forteca obroni mnie,
nie ma tu docinków, kpin,
kompleksów, oczekiwań.
Nie jestem w tym sam,
w każdym mieszkaniu jest ktoś,
nierzucający się w oczy.
Ci z orzeczeniem, którzy na dzień dobry
dostali kłody pod nogi.
Artyści z ułańską fantazją, od rana do świtu
zamyśleni o niebieskich migdałach.
Ludzie pracy zacierający dłonie
na widok swojej magicznej oferty pracy.
W grupie zawsze raźniej...
Nie muszę wyściubiać nosa,
parę kliknięć i mam wszystko, co trzeba.
Internet to okno na świat,
w którym możesz żyć
jako mieszkaniec globalnej wioski.
Możesz być tym, kim nie jesteś na co dzień.
Kolejnym anonem na forum, trollem, gwiazdą...
To prostsze niż prawdziwe życie.
Upływ czasu nie baczy na nic.
Zataczam kolejne błędne koło,
licząc na jakiś cud.
Próbuję wygrzebać resztki entuzjazmu,
jakie ostały się u mnie na dnie.
Czy ktoś poda pomocną dłoń?
Ktokolwiek...? Gdziekolwiek...?
Już nie poczuję dotyku dłoni,
blasku i ciepła czyichś oczu.
Nie będzie ocierania się ciał
we wspólnym godowym tańcu.
Żyję jak niedotykalny,
w niechcianym celibacie.
Odkąd tylko byłem mały,
nie miałem powodzenia u dziewczyn.
Zawsze zbyt inny, niski...
Ostatnia klasa liceum, matury napisane,
uciekły w siną dal do bogatszych metropolii.
I na to jest rozwiązanie.
Konto założone, teraz mogę przebierać
w różnych paniach z katalogu usług.
Jak zapłacę, to chociaż powie mój nick.
Usłyszeć od kobiety twój nick...
Usłyszeć go...
Czy to się zmieni?
Epidemia samotności zaraziła każdego.
Tylko że zostałem pacjentem zero,
zanim się domyśliłem.
Ułożony do snu, kulę się do siebie,
aby przez chwilę poczuć ciepło.
Poduszka twoim jedynym powiernikiem,
godnym zaufania.
Nie zamierzam więcej się kształcić,
taśmowa produkcja absolwentów sięgnęła zenitu.
Książki stanowią orbitę mojego życia,
choć nie te tolerowane przez edukację.
W szkolnej ławie niewidzialna kreska
wytyczyła podział:
na lepszych i gorszych.
Nie byłem ani jednym, ani drugim.
Dyplom nie wnosi prawie żadnej wartości.
Bez konkretnej specjalizacji awans społeczny
jest umowny.
Lecz i to nie daje gwarancji zatrudnienia.
Większość stosowała znaną metodę:
zakuć, zdać, zapomnieć.
Dlaczego ja w to wierzyłem?
Czy stać mnie jeszcze na rozwój?
Już nie wiem, co mam robić.
Moja pasja nie zapewni mi godnego życia.
Lata stagnacji i lęku uwiązały mnie od zmian.
Jak podjąć pierwszy krok?
Może tak miało się potoczyć?
Może tak miało...?