Ona.
Z gwiezdnego pyłu wykreowana, nagłym wybuchem energii scalona.
Przez poruszyciela z nicości scenerii za rękę wyprowadzona.
Wobec kosmicznej przestrzeni obrazem symetrii, gwiazda z pustki narodzona.
W akcie astralnej misterii, na obraz celestialnego dzieła starannie wytworzona.
Przez stwórcę sekretami złotego podziału naznaczona.
W wir egzystencji nagle do ogrodu wrzucona.
Ona.
Szóstego dnia, cudnie z żebra Adama ulepiona.
Jakże harmonijnie, z dokładnym detalem stworzona.
Uszyta wieczystą nicią, z pomocą niebiańskiego wrzeciona.
Córa świata, ludzkim pierwiastkiem z uczuciem natchniona.
W sadzie boskim za bzdurę wieki temu potępiona.
Jej nowy dom - tajemnica, przeze mnie w tym skrawku słowem ujawniona.
Ona.
Od kształtu Wenus jak gdyby akademickim pędzlem nakreślona.
W antycznych odcieniach, czystą falą na brzeg pianą wyniesiona.
W bezładzie tak tkwiła, bez szat, obnażona.
Czekając na impuls, chwilę - wobec krążących kupidynów nieco speszona.
Nagle w słoneczne promienie została jej anielska faktura wpleciona.
Inicjując przeobrażenie córy w matkę - naturę, ówcześnie niepokojem przepełniona.
Bosymi stopami grunt pod swoje ostateczne łoże przygotowała.
Kwiecisty charakter ogrodu wbrew woli boskiej zachowała.
Z wewnętrznym spokojem i ulgą na Ziemi się rozkładała.
Wyprężona zmysłowo, formowała z rozkoszą gładkie łąki.
Zagłuszając nawet ostry świst kniei, gdy pękały eufonicznie pąki.
Pełen ozów i kemów, krajobraz różnorakimi formami upstrzony.
Na Marsowy fragment wyczekując ze wzgórza Palatynu ambony.
W wieku gotowości, nadszedł. Twardym budulcem skonstruowany.
Ich fuzji towarzyszył polifoniczny zgiełk, dotąd nigdzie niespotykany.
Na szczycie zaczerpnął z nieskończonego kielicha, architekt zdyszany.
Gdy w akcie uniesienia chwytała jego łuki napięte, wyprostowane.
Rozdrgany liść obrastał scalone akwedukty cegłą zbudowane.
Owa euforyczna chwila w czasie omal zatrzymana.
Wiecznym echem w historii, jako koloseum ery zapamiętana.