Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

SKINI

Użytkownicy
  • Postów

    5
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez SKINI

  1. kot jara fajkę zaraz popiół z fajki niezgrabnie kapnie na mnie niefajnie
  2. Bliźniaczki stoją przy pustej framudze - cierpliwie czekając. PROPONUJĄ Jedna nóż, druga serce - ręce z nimi naprzód wystawiając. Wędrowiec trudzi się i trudzi, dylematy rzeczywistości bez ustania mieszając. WYCHODZI Na elizejskie pola, na wpół plugawe i kwitnące, w półmroku się zlewając. Wybory w helisie wiją się - przez meandry umysłu dryfując. DECYDUJĄ O słowie, losie, uczuciu, człowieku - z bezsensem u obcych zapisując.
  3. Ona. Z gwiezdnego pyłu wykreowana, nagłym wybuchem energii scalona. Przez poruszyciela z nicości scenerii za rękę wyprowadzona. Wobec kosmicznej przestrzeni obrazem symetrii, gwiazda z pustki narodzona. W akcie astralnej misterii, na obraz celestialnego dzieła starannie wytworzona. Przez stwórcę sekretami złotego podziału naznaczona. W wir egzystencji nagle do ogrodu wrzucona. Ona. Szóstego dnia, cudnie z żebra Adama ulepiona. Jakże harmonijnie, z dokładnym detalem stworzona. Uszyta wieczystą nicią, z pomocą niebiańskiego wrzeciona. Córa świata, ludzkim pierwiastkiem z uczuciem natchniona. W sadzie boskim za bzdurę wieki temu potępiona. Jej nowy dom - tajemnica, przeze mnie w tym skrawku słowem ujawniona. Ona. Od kształtu Wenus jak gdyby akademickim pędzlem nakreślona. W antycznych odcieniach, czystą falą na brzeg pianą wyniesiona. W bezładzie tak tkwiła, bez szat, obnażona.
 
Czekając na impuls, chwilę - wobec krążących kupidynów nieco speszona. Nagle w słoneczne promienie została jej anielska faktura wpleciona. Inicjując przeobrażenie córy w matkę - naturę, ówcześnie niepokojem przepełniona. Bosymi stopami grunt pod swoje ostateczne łoże przygotowała. Kwiecisty charakter ogrodu wbrew woli boskiej zachowała. Z wewnętrznym spokojem i ulgą na Ziemi się rozkładała. Wyprężona zmysłowo, formowała z rozkoszą gładkie łąki. Zagłuszając nawet ostry świst kniei, gdy pękały eufonicznie pąki. Pełen ozów i kemów, krajobraz różnorakimi formami upstrzony. Na Marsowy fragment wyczekując ze wzgórza Palatynu ambony. W wieku gotowości, nadszedł. Twardym budulcem skonstruowany. Ich fuzji towarzyszył polifoniczny zgiełk, dotąd nigdzie niespotykany. Na szczycie zaczerpnął z nieskończonego kielicha, architekt zdyszany. Gdy w akcie uniesienia chwytała jego łuki napięte, wyprostowane. Rozdrgany liść obrastał scalone akwedukty cegłą zbudowane. Owa euforyczna chwila w czasie omal zatrzymana. Wiecznym echem w historii, jako koloseum ery zapamiętana.
  4. Ten pokój, pokój. Pożera jak potwór, widza w całości połyka. Bez opozycji wchodzę, już znajoma mi tego miejsca mistyka. W odmętach bestii zadomawiam się, nadzwyczaj komfortowo. Kruszę swą obecność, niechętnie czekając na kolej, by znów odrodzić się na nowo. Po zamglonym błysku, przyjemnie w mroku znów znikam. Poddając się w całości. Wytchnienia doświadcza moja fizyka. Bezmiar i pustka formatu porywają oddaną duszę. W portalu znika szum, darząc rozkwitłym bodźcem, gdy myślą się włóczę. Obramowana iluminacja, muska smugami płótno wyrazu, ekspresji. Formą izolacji i tej pięknej, szalenie artystycznej dygresji. Z łatwością przenosi, by manipulować, w pełnej kontroli mną pomiatać. Ja, oddany zupełnie, pełzam, skaczę, latam. Trawiony przez wielkie monstrum, porwany w wir zmysłów i boskich tonów. Wtedy właśnie czuję się najbardziej jak w domu. To robi ze mną ten pokój, pokój.
  5. To jest jak stłamszony w gardle zwitek słów, gdy zza zębów wygląda marny dźwięk bez nut. Serce łudzi się, bo uczuć ciepłych głód zaznałem, rozum wie, że na języku tylko chłód zostanie. To jest jak zgubiony w sieni ulubiony but, w obliczu szeroko rozpostartych wrót. Przygody chęć przytłacza mój umysł zmieszany, bosą nogą idąc w głąb izby - ja, wycofany. To jest jak zostanie pod kołdrą, gdy praca z dala nawołuje, wobec wizji zmiażdżonego auta, gdy przepowiednię katastrofy powstrzymuję. W paranoi odrzucając marzenia, niespełnione z obawy, kłębię się w tkaninie, zakopując w norze skrępowany. To jest jak niewykonany pierwszy ruch w klubie, gdy widząc w oddali ptaszynę, wzrokiem kąsam ją i skubię. W stroboskopowym świetle gubię kroki, za basem nie nadążam, Odchodząc od zmyślonych szponów harpii, samotnie w błędnym transie się pogrążam.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...