Równo pada deszcz.
Jakby ktoś zapisał niebo w brajlu dla ślepego Boga,
który nie chciał już patrzeć.
Jakby świat próbował się wypłakać bez jęku, bez patosu, po prostu zacząć od nowa, od wody.
Na szybach rozmazuje kontury, rzeczy za oknem przestają być konkretne.
Bo przecież konkretność jest sprawą światła.
Nie pyta, czy może i nie rozróżnia pól od miast, winy od bruku.
Jest sprawiedliwy jak nicość i tak samo kojący.
Na dachu dudni równość, na trawie pisze spowiedź, na języku zostawia ślad metalu.
Jak po słowie, które ugrzęzło w gardle i już nie wróci.