siedzę w tym barze
z piwem za dwa dolce
i dziwką, co pachnie jak spalony toast.
wszyscy tu czekają —
na koniec zmiany, na wygraną w totka,
na śmierć z klasą.
a klasa tu umarła w '87.
facet obok gada o swojej kobiecie,
że go zdradziła z pastorem.
pastor podobno ma lepsze auto,
i większe poczucie winy.
może też większego fiuta —
nie wiem, nie pytam.
w łazience śmierdzi krwią i wybielaczem,
jakby ktoś próbował zedrzeć z siebie czas paznokciem.
kiedy wracam do stolika,
kelnerka mówi mi, że wyglądam na zmęczonego.
mówię jej, że to nie zmęczenie,
to życie mnie przeżuło
i wypluło jak pestkę wiśni.
śmieje się.
ma ładne zęby jak na kogoś,
kto widział tyle, co ja.
wracam do domu,
pies szczeka, kot nie żyje,
a listonosz zostawił rachunek
za wodę, której nie mam
i światło, którego nie chcę.
odpalam papierosa,
patrzę w ścianę,
i myślę, że jutro
będzie dokładnie takie samo.
i to, kurwa, najlepsze,
na co mogę liczyć.