Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

P.Mgieł

Użytkownicy
  • Postów

    59
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez P.Mgieł

  1. Wieczorem mieszkanie zawsze kurczyło się od chłodu. Najpierw znikał przedpokój, potem ciemniała kuchnia, aż zostawał tylko pokój z lampą stojącą krzywo jak zmęczony człowiek. Matka zasypiała w fotelu z rękami opuszczonymi bezradnie ku podłodze, a ojciec siedział przy stole i obierał jabłko tak długo, jakby od długości tej spirali zależało przetrwanie zimy. Za oknem gołębie chodziły po dachu ciężko i uroczyście. Były podobne do starych kobiet wracających z targu — pełne jakiejś niepotrzebnej godności. Czasem któryś zatrzymywał się przy rynnie i patrzył w ciemność z taką uwagą, jakby spodziewał się, że noc odpowie. Pamiętam krzesło stojące pod ścianą. Nikt na nim nie siadał. Ojciec mówił, że jest chwiejne, ale mnie wydawało się raczej obrażone. Miało jedną krótszą nogę i przy każdym dotknięciu wydawało cichy stuk — nie protest, raczej przypomnienie, że rzeczy także mają swoje zmęczenie. W tamtym domu nic nie znikało naprawdę. Kurz zbierał oddechy. Filiżanki przechowywały kształt ust. Nawet cisza była wielokrotnego użytku — przechodziła z pokoju do pokoju jak stara krewna, której nikt już nie pyta o imię. Najdłużej pamięta się jednak chwile najmniejsze. Nie śmierci, nie odejścia, nie wielkie słowa. Tylko to, że pewnego listopadowego wieczoru ojciec odsunął talerz, spojrzał na swoje dłonie i powiedział cicho: — Z człowieka zostają głównie drobiazgi. A potem zgasił światło, jakby chciał oszczędzić ciemności dalszego czekania.
  2. @Alicja_Wysocka Jak ślad, który nie znika nawet wtedy, kiedy przestajesz na niego patrzeć @Berenika97 Bardzo pięknie to odczytałaś. Zależało mi właśnie na pamięci, która nie robi z siebie ceremonii.
  3. na placu po dawnym targu został tylko kamień który pamięta ciężar jabłek i dłonie kobiet liczących drobne urzędnik miasta powiedział że przestrzeń odzyskała funkcję dzieci jeżdżą tam teraz na hulajnogach z aluminium kamień milczy jak milczą świadkowie którzy przeżyli zbyt wiele aby ufać językowi wieczorem sprzątaczka z banku karmi gołębie resztką bułki ptaki schodzą się powoli jak myśli do starego człowieka i tylko wiatr ten wieczny donosiciel historii próbuje jeszcze odczytać nazwiska starte podeszwą czasu lecz może nie trzeba już pomników ani spiżu odpornego na deszcz wystarczy czasem że ktoś poprawi przewrócone krzesło zgasi światło w pustym pokoju i wyjdzie cicho nie domagając się pamięci.
  4. @Berenika97 Ogromnie mnie porusza taka interpretacja. Zwłaszcza że wierzę, iż poezja zaczyna się tam, gdzie kończy się krzyk
  5. Wieczór zsuwał się z dachów jak ciężka zasłona z ramion wdowy, a drzewa — nieruchome i skupione — stały w ogrodzie jak myśli, których nikt nie odważył się wypowiedzieć. I tylko studnia przechowywała jeszcze głos dnia, ciemny, głęboki, drżący od gwiazd, które dopiero miały nadejść. Człowiek jest samotny bardziej, niż przypuszcza. Nosi w sobie zamknięte pokoje, gdzie od lat nie wszedł nawet Bóg. Czasem jedynie noc dotyka klamki. Widziałem starą kobietę, jak niosła chleb przez pustą ulicę — tak ostrożnie, jakby niosła własne serce. Nad nią krążyły wrony podobne do spalonych listów. I wtedy zrozumiałem, że piękno nie mieszka w rzeczach wielkich, lecz w tym, co odchodzi cicho: w świetle gasnącym na ścianie, w filiżance pozostawionej po kimś, w dłoni, która już nie potrafi zatrzymać drugiej dłoni. A noc rosła. Ogromna, cierpliwa, pełna niewidzialnych schodów. I szedłem przez nią długo, jak przez wnętrze własnej duszy.
  6. @Berenika97 Najlepsze jest to, że ten obraz jest jednocześnie odpychający i piękny. Bardzo noir: miasto jako żywy organizm, ale już lekko gnijący.
  7. @Wiechu J. K. To porównanie działa, bo łączy dwa różne rodzaje „ciemności” — dosłowną i psychiczną.
  8. Noc sączyła atrament w gardziel starych ulic, a księżyc — jak rozpustnik w srebrzystych mankietach — dotykał mokrych dachów z leniwą pogardą, gdy szedłem sam, odziany w zapach dawnych grzechów. Miasto oddychało zgniłym winem portowym, sutereny mruczały pacierze pijaków, a prostytutki, blade niby święte z ołtarzy, nosiły w oczach błękit cmentarnych robaków. W zaułku spał kot czarny jak spalone sumienie. Nad nim wiatr rozwieszał kir z fabrycznego dymu. I wtedy ujrzałem twarz — piękną aż do bólu — w oknie pełnym świec, luster i zwiędłego jaśminu. Byłaś tam. Jak cesarzowa zarazy. Twe dłonie pachniały chłodem marmurowych kaplic, a szyja miała blask topora przed egzekucją. Mówiłaś cicho, lecz każde słowo spadało na moje serce ciężkie jak złota trucizna. Piłem cię wzrokiem. Jak piją umarli deszcz. I nagle całe miasto zakwitło rozkładem: rynsztoki stały się organami katedr, szczury — chórem aniołów o skrzydłach z popiołu, a noc rozwarła nad nami purpurowe wnętrzności. Caowałem twoje usta gorzkie od tytoniu i czułem pod językiem smak końca stulecia. W oddali biły dzwony, jakby sam Bóg pijany zataczał się po niebie w kałużach wszechświata. Lecz świt jest zawsze rzeźnikiem. Rozpruł brzuch ciemności. Uciekłaś bez imienia. Został jedynie zapach perfum i wilgoci, oraz mój cień — przybity do bruku jak wyrok — który do dziś modli się do twojej nieobecności.
  9. @Berenika97 Bardzo dziękuję. Chyba właśnie taki niepokój chciałem w nim zostawić
  10. Nie pamiętam chwili, w której cisza zaczęła mieć ciężar. Najpierw była tylko brakiem dźwięku, przerwą między jednym oddechem a drugim, niewinną przestrzenią. Potem zaczęła rosnąć. Zajęła ściany, weszła w szczeliny mebli, osiadła na książkach jak kurz, którego nie da się strzepnąć, bo nie jest materią, tylko decyzją świata, by nic więcej nie mówić. Siedziałem naprzeciw drzwi, choć nie pamiętam, dlaczego uznałem je za ważne. Nie prowadziły nigdzie konkretnie. Nie oddzielały mnie od nikogo. A jednak wiedziałem, że jeśli się otworzą, coś zostanie odebrane — nie dodane. Nie było pukania. To jest pierwsza rzecz, którą trzeba zrozumieć. Nie było żadnego dźwięku, a mimo to wiedziałem, że ktoś stoi po drugiej stronie. Nie „ktoś” w znaczeniu osoby. Raczej obecność, która nie potrzebuje ciała, bo ciało byłoby ograniczeniem. Czekała. I w tym czekaniu było coś bardziej niepokojącego niż jakikolwiek ruch — jakby czas przestał być linią, a stał się spojrzeniem, które nie mruga. Wstałem dopiero wtedy, gdy zorientowałem się, że siedzę tam od zawsze. Nie pamiętam dzieciństwa. Nie pamiętam pierwszego dnia w tym pokoju. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był gdzie indziej. Jakby życie zostało skrócone do tej jednej sceny, powtarzanej bez wariacji. Ręka na klamce nie była moją ręką. Była gestem, który musiał się wydarzyć, bo wszystkie inne możliwości już wygasły. Kiedy drzwi się otworzyły, nie zobaczyłem niczego, co mógłbym opisać. Nie było ciemności. Ciemność jest czymś, co można nazwać. Tam nie było nawet tego. To było miejsce, w którym znaczenie jeszcze się nie narodziło albo już zostało zużyte. I wtedy zrozumiałem, że to nie ja patrzę na zewnątrz. To coś patrzyło na mnie od zawsze, cierpliwie, bez zamiaru wejścia — bo nigdy nie było na zewnątrz. Drzwi nie oddzielały dwóch przestrzeni. Oddzielały dwa złudzenia. Zamknąłem je powoli, z ostrożnością kogoś, kto nie chce obudzić śpiącego w sobie świadka. Ale od tamtej chwili każda powierzchnia stała się podejrzana. Ściany nie są już ścianami. Podłoga nie podtrzymuje — tylko udaje. A cisza cisza nie jest już ciszą. Jest dowodem, że coś przestało potrzebować dźwięku, żeby istnieć.
  11. @wiedźma Już w pierwszych wersach pojawia się wyraźny motyw przewodni: pustka jako stan nie tylko emocjonalny, ale niemal materialny. Porównania („jak niebo przed deszczem”, „jak kurz na półce”) są trafne i komunikatywne — nie próbują być przesadnie wyszukane, lecz działają dzięki swojej codzienności. To dobry wybór stylistyczny, bo wzmacnia autentyczność przeżycia. Czwarta strofa dobrze rozwija metaforę przestrzeni — pustka jako coś, w czym można „utonąć” albo „rozłożyć ręce”. Podoba się tu ambiwalencja: zagrożenie i potencjalna wolność współistnieją bez rozstrzygnięcia. Końcowa część to wyraźna zmiana tonu: od biernego trwania do refleksji. Puenta („Może pustka to nie brak…”) wprowadza element nadziei, ale robi to ostrożnie, bez patosu. To bardzo spójne z całością — wiersz nie próbuje na siłę się „domknąć”, raczej pozostawia czytelnika w stanie otwartym. Można rozważyć lekkie doprecyzowanie niektórych wersów (np. „a zaczynał ktoś”), jeśli zależy Ci bardziej na klarowności niż na wieloznaczności. Mocne 8/10 To dojrzały, świadomie napisany wiersz, który nie epatuje formą, lecz buduje nastrój i refleksję. Najlepiej działa tam, gdzie pozwala sobie na prostotę i ciszę — dokładnie tak, jak sugeruje jego temat.
  12. @Perykles To dobry, świadomy formalnie wiersz z wyraźnym głosem — szczególnie wartościowy jako zapis wewnętrznej walki i procesu zmiany. Utwór spójny w swojej koncepcji i emocjonalnie wyrazisty. Najlepiej działa tam, gdzie pozostaje niedopowiedziany i symboliczny. Słabsze momenty pojawiają się, gdy wchodzi w zbyt dosłowny lub instruktażowy ton.
  13. @Nata_Kruk Cieszę się, że mogłaś to poczuć @Sekrett Lubię zostawiać coś na koniec
  14. @Alicja_Wysocka Cieszę się, że ktoś lubi moje słowa @LessLove Czasem najwięcej prawdy jest właśnie w smutku @Lenore Grey Chyba najbardziej przemawiają do mnie właśnie te najcichsze słowa
  15. Mogę dziś zapisać najcichsze rzeczy. Noc stoi przy oknie jak ktoś, kto nie odszedł do końca. Światło latarni rozlewa się po chodniku i udaje, że pamięta nasze kroki. Powietrze jest chłodne jak miejsce obok mnie. Byłaś tu kiedyś — wystarczy to powiedzieć szeptem, żeby wszystko znowu zaczęło istnieć: ławkę, która skrzypiała pod ciężarem milczenia, przystanek, gdzie czas spóźniał się razem z autobusem, śmiech, który nie należał do nas, a jednak nas uratował na chwilę. Teraz noc układa się inaczej. Gwiazdy są dalej niż wtedy, albo to ja stoję gdzie indziej. Mogę dziś zapisać, że Cię nie ma. I że to zdanie nie mieści się w żadnej linijce. Bo są rzeczy, które zostają jak ślad po czyimś głosie w powietrzu — niewidoczny, a jednak cięższy niż cisza. I tylko papier udaje, że to wystarczy.
  16. @Alicja_Wysocka Może właśnie dlatego warto pisać — żeby nic nie przepadło bez śladu. @Berenika97 Fajnie, że to wybrzmiało — bo właśnie w takich drobiazgach najłatwiej się odnaleźć.
  17. miasto znowu pachniało tanim piwem i czymś, co miało być nadzieją, ale zgubiło się gdzieś między chodnikiem a porannym kacem. kobieta na przystanku paliła papierosa jakby każdy dym był ostatnim słowem, którego nigdy nie powiedziała nikomu. ja stałem obok z rękami w kieszeniach pełnych niczego i kilku starych powodów, żeby jeszcze nie zniknąć. autobus spóźniał się jak zwykle, ludzie patrzyli w ziemię jakby tam była odpowiedź, albo przynajmniej coś bardziej sensownego niż niebo. i wtedy, cholera, ktoś się zaśmiał. tak zwyczajnie, bez powodu. i przez sekundę to brzmiało jak coś prawdziwego. więc pomyślałem, że może to wszystko ten brud, zmęczenie, samotność — to tylko tło dla tych krótkich momentów, które nie proszą o nic i zostają trochę dłużej, niż powinny. autobus w końcu przyjechał, drzwi się otworzyły, a ja wszedłem do środka jak ktoś, kto jeszcze nie przegrał do końca.
  18. nie szukałem cię bo zawsze myślałem że takie rzeczy trafiają się innym albo w książkach które kłamią lepiej niż ludzie a potem przyszłaś bez fanfar bez obietnic po prostu usiadłaś obok jakbyś znała to miejsce od zawsze i nagle świat ten stary sku*wiel przestał mnie bić codziennie zostawił tylko lekkie siniaki żebym pamiętał jak było wcześniej kocham cię w ten brudny, ludzki sposób kiedy myślę o tobie przy pustym kubku o trzeciej nad ranem i wiem że nawet cisza z tobą ma sens tęsknota? jest jak niedopałek w kieszeni ciągle o sobie przypomina ale nie boli bo wiem że istniejesz że gdzieś oddychasz śmiejesz się może właśnie patrzysz w sufit tak jak ja i to wystarczy żeby jutro znów wstać nie wierzę w bajki ale wierzę w ciebie a to więcej niż kiedykolwiek odważyłem się mieć bo po raz pierwszy nie boję się stracić tylko cieszę się że w końcu znalazłem dom w drugim człowieku
  19. Bardzo wysoki poziom. Wiersz jest spójny, gęsty znaczeniowo, emocjonalnie dojrzały i przede wszystkim — szczery. Najlepsze elementy: -świetna metaforyka (konkretna i oryginalna), -mocna pointa, -piękny rytm wolnego wiersza, -bardzo dobra praca z symboliką światła, -język prosty, ale nośny. Gdyby ten tekst znalazł się w tomiku współczesnej poezji, nie odstawałby jakością. Proste, mocne, deklaratywne. Cała kompozycja dąży do tego jednego słowa: Tożsamość. Widzialność. Istnienie.
  20. @Berenika97 Tak, dokładanie ale w jednym i w drugim przypadku pisanie to sposób na przeżycie
  21. @viola arvensis Interpretacja tutaj jest tylko jedna, szarość, po prostu szarość
  22. @Gosława Rozwiń temat bo Miękkie zegary można interpretować na kilka sposobów
  23. tam, gdzie powietrze pamięta kroki, których już nikt nie stawia, świat rozsuwa się jak zasłona i wpuszcza odrobinę ciemności, żeby dzień nie zapomniał, jak smakuje głębia czas stoi tam na jednej nodze jak ptak w połowie myśli, a każda myśl jest powolnym, ciężkim skrzydłem unoszącym się nad milczeniem wśród gałęzi przechodzą przez siebie cienie, jakby szukały wspólnego kształtu dla dwóch niespójnych godzin i tylko serce zawieszone na cienkiej nici zdziwienia bije w rytmie, którego nie da się zapisać — bo każda nuta jest próbą zrozumienia czegoś większego niż światło
  24. budzisz się i już przegrałeś. jeszcze nawet nie otworzyłeś oczu, a dzień stoi nad tobą z rękami w kieszeniach i krzywi się z politowaniem. mówią, że wszystko można zacząć od nowa, ale to kłamstwo dla tych, którzy nigdy niczego nie stracili. twoje marzenia leżą pod łóżkiem, jak stare buty, których nikt nie chce włożyć, bo cuchną przegranymi próbami. ludzie mijają cię na ulicy jak reklamy, których nikt nie ogląda— jesteś tłem, szumem, tapetą życia, którego nigdy nie zamówiłeś. i nawet noc nie przynosi ulgi, tylko ciemność, która przypomina, że jutro znów będzie to samo: powolne topienie się w kubku zimnej kawy i udawanie, że jeszcze coś w tobie płonie. ale nic już nie płonie. został tylko popiół, którego nikt nie posprząta, bo nikt nawet nie zauważył, że kiedykolwiek byłeś ogniem.
  25. jeśli musisz się zmuszać, zapomnij. świat ma dość ludzi, którzy tłuką słowa jak zardzewiałe gwoździe w spróchniałe deski. jeśli nie budzi cię w nocy ta brudna prawda, która gryzie od środka jak szczur — daruj sobie. życie i tak cię połknie, a nawet się nie zakrztusi. pisz tylko wtedy, kiedy nie pisanie zaczyna cię dusić, jakby ktoś wbijał ci kolano prosto w gardło. a jeśli przyjdzie to naprawdę — nie pytaj, nie proś o pozwolenie, nie wyglądaj oklasków. po prostu otwórz drzwi i pozwól temu potworowi wyjść, nawet jeśli zostawi po tobie tylko pusty pokój i podłogę pełną zębów. bo inaczej będziesz tylko kolejnym głosem, którego nikt nie usłyszy, nawet ty sam.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...