Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dziadek grafoman

Użytkownicy
  • Postów

    105
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Dziadek grafoman

  1. Arman wszedł do ostatniego domu jaki mu został do sprawdzenia. Na dworze już zaczęło mocno padać a kolejne grzmoty zwiastowały nadchodzącą, gwałtowną burze. Zszedł do piwnicy. Szedł korytarzem, bo wydawało mu się, że tunel powinien przechodzić pod budynkiem gdzieś na jego końcu. W końcu usłyszał szum wody. - “Kurde jednak jest, jest wejście w tym domu.” Nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Uśmiechał się do siebie. Podszedł do metalowych drzwi. Zdziwił się, że były uchylone. Załączył latarkę. Słyszał już wyraźnie szum wody. Zszedł po schodach i zobaczył płynącą wartką rzekę. Woda pędziła jak we wzburzonym górskim potoku. Miała przynajmniej z metr głębokości. W pewnej chwili wydawało mu się, że coś usłyszał. Jakby ludzki głos. Zaczął patrzeć w kierunku z którego płynęła woda. I wtedy zobaczył światło latarki, które raz się pokazywało na jej powierzchni a raz gasło a następnie usłyszał przerażony kobiecy krzyk. Dźwięk narastał i szybko zbliżał się wraz z prądem wody. W końcu zobaczył dziewczynę porwaną przez nurt, która bezskutecznie próbowała się czegoś złapać. Nie zastanawiał się ani przez chwilę. Wskoczył do wody i złapał ją za rękę. Jednak nurt był tak silny, że został porwany wraz z nią. Udało mu się z największym trudem chwycić jakiś metalowy element wyposażenia tunelu. Tak przez chwile razem balansowali. Arman trzymał się ściany a Petia trzymała go za rękę. Zaparł się z całych sił przeciwstawiając się nurtowi i z wielkim wysiłkiem podciągnął dziewczynę do siebie a następnie trzymając ją w pasie i łapiąc elementy obudowy wyciągnął się z nurtu i usiadł na betonowych schodach, trzymając Petię na kolanach. Całkowicie przemoczony próbował wyrównać oddech. Petia zemdlała z wysiłku. Za kilkadziesiąt metrów tunel przechodził w rurę o dużej średnicy. Gdyby nie udało mu się chwycić obudowy to zginęliby w tej rurze oboje. Elena, jak dobiegała do budynku to widziała również, że przed budynkiem z piskiem kół hamuje pikap Fidana. Fidan wyskoczył i wbiegł za nią do budynku. Był przekonany że Petia nie żyje. Oboje w tym samym czasie dobiegli do metalowych drzwi. Weszli na schody, panowała ciemność tylko słyszeli głośny szum. Petia z Armanem zgubili latarki walcząc z wodą. Fidan poświecił swoją latarką i wtedy oboje zobaczyli obcego mężczyznę trzymającego na kolanach nieprzytomną Petię. Elena ją chwyciła. Arman był tak zmęczony, że nie był w stanie nic powiedzieć. - Petia, Petia co ci jest? Elena potrząsała córką. W końcu Petia zaczęła dochodzić do siebie. - Nie wiem kto to jest i skąd się tu wziął, ale to on mnie wyciągnął. Gdyby nie on, to byłoby po mnie. Elena zwróciła się do Armana: - Rozumiesz po angielsku? Bardzo ci dziękuję! Arman pokiwał głową. Pomyślał tylko po mongolsku: - “Ku..a było blisko.” Petia doszła do siebie na tyle, że mogła już sama iść. Wszyscy wyszli z piwnicy i poszli w kierunku samochodu Fidana. Jednak ten w ostatniej chwili ich zatrzymał. Powiedział do nich szeptem: - Idźcie drugim wyjściem. Tam przejdziecie na następną ulicę i potem naokoło do domu. Przy aucie stoją żołnierze. Dwóch żołnierzy patrolujących miasteczko zainteresowało się niedbale zaparkowanym autem na samym środku ulicy. Stali przy nim i rozmawiali. Fidan spieszył się ratować Petię i nie zastanawiał się jak zaparkować. - Ciekawe po co przyjechał? - Może szabrownik albo złodziej? - Poczekamy chwilę a jak sam nie przyjdzie to pójdziemy go poszukać. Fidan spokojnie wyszedł z budynku i podszedł do żołnierzy. - Ty młody, to twoje auto? - Tak, wujek wysłał mnie tu, żeby sprawdzić czy mieszkanie jest zamknięte. - Jesteś mieszkańcem, wolno ci tu być? - Tak mam przepustkę. Fidan pokazał stosowny dokument. - I co z tym mieszkaniem? - Wszystko w porządku, zamknięte. - Gdzie teraz mieszkasz? - Na nowym osiedlu, zaraz wracam do domu. - To spadaj stąd. Wieczorem nie masz tu czego szukać! - No jadę już, jadę. Fidan wsiadł do pikapa i pojechał do swojego mieszkania, do Eleny i Petii dwie ulice dalej. Jak odjeżdżał, to widział jednak, że żołnierze zaczęli coś podejrzewać i weszli do budynku z którego przed chwilą wyszedł. Fidan przyszedł do mieszkania, byli tam wszyscy, Elena, Petia i Arman. Elena zapłakana tłumaczyła Petii oraz Armanowi co właściwie się stało, że mocno zasnęła i nie słyszała telefonu. Arman ją pocieszał. - Fidan co z tymi żołnierzami? - Nie dobrze, chyba coś podejrzewają, weszli do budynku jak odjeżdżałem. Muszę wracać do domu. Wyszedł a po chwili słychać było odjeżdżające auto. Arman się zmartwił. W końcu powiedział: - Słuchacie, jak jutro nie będzie padać to spróbujemy umieścić w tunelu Petię i moją córkę. Co wy na to? - Nie wiem czy chcę tam wracać? - Petia nie gadaj takich głupot, musisz tam wrócić. Arman to ty tu jesteś z córką? - Tak, muszę do niej wracać. - Gdzie mieszkacie? - Dwa domy dalej, na parterze, pod dwójką. - Oczywiście, że umieścimy je razem. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję czy możemy ci się jakoś odwdzięczyć? - Może możecie zrobić coś ciepłego do jedzenia? Zostały nam tylko resztki. Elena odpowiedziała: - Pewnie że możemy, przyniosę wam za dwadzieścia minut. - Byłbym bardzo wdzięczny. Arman poszedł a Elena przygotowała jedzenie. - Chcesz iść sama do niego? - Co takiego? - Przecież go nie znamy. - Przestań, uratował cię. - Mama, a nie spodobał on ci się czasem? Elena się zarumieniła: - Oberwiesz mała wiedźmo, ciesz się że on tam był. ***** Elena cicho zapukała do drzwi. Arman jej otworzył. - Wejdź, ciemno tu trochę, staram się nie zwracać na siebie uwagi w nocy. Jamila siedziała w kącie na fotelu. - A, to jest twoja córka, jak masz na imię? - Nie odpowie ci. - Dlaczego? - Nie mówi, jest chora, poza tym nie rozumie cię, jest na pół Czeczenką w jednej czwartej Rosjanką a w jednej czwartej Mongołką. - Co? - No tak. - A ciebie rozumie? - Oczywiście, bardzo dobrze, mówię do niej po rosyjsku. - A ty, ją? - Lepiej niż myślisz. Arman się uśmiechnął. - A na imię ma Jamila. - Cześć Jamila. Elena podała jej rękę. Arman długo opowiadał Elenie swoją historię. Opowiedział jej o tragicznej śmierci Amani i o chorobie Jamili. Opowiadał również o przygodach jakie go w drodze tutaj spotkały i o tym, że byli już w strefie. Arman z natury rozmowny nie był, ale tym razem cieszył się, że nareszcie ma z kim porozmawiać, a poza tym Elena bardzo mu się spodobała. Ona wcale nie śpieszyła się z powrotem. Jego towarzystwo jakoś również wyjątkowo jej odpowiadało i to nie tylko z wdzięczności za uratowanie Petii. Jamila się przysłuchiwała i patrzyła z ciekawością na Elenę aż w końcu przyszła do niej i sama usiadła jej na kolanach. Po kilkunastu minutach zasnęła przytulona. - Kurde, jestem w szoku. Zdobyłaś zaufanie Jamili. Pierwszy raz ją taką widzę. Ona z reguły jest nieufna i unika obcych. - Pewnie brakuje jej mamy. - Pewnie tak. - Idę już, późno się zrobiło. - Odprowadzę cię, w nocy tu jest niebezpiecznie. - Nie boisz się zostawiać jej samej? - Nie raz zostaje sama, wie że tak musi być. - Jest dzielna, dobrze sobie razem radzicie. - Obiecałem sobie, że muszę spróbować jej pomoc, jeśli tylko będę umiał. ***** Nazajutrz rano spakowano Petii i Jamili niezbędne rzeczy. Arman poszedł z nimi do tunelu. Plan był taki, że dziewczyny będą tam do wieczora a on po nie przyjdzie. Nie chciał żeby zostawały w tunelu na noc. Niestety naukowcy, przeprowa- dzając badania, nie ustalali czy pobyt w strefie musi być ciągły czy wystarczy aby łączny czas ekspozycji wynosił dwanaście pełnych dób. Nie ustalano również jak długie mogą być przerwy. Arman i Elena wiedzieli, że nie mogą dziewczyn cały czas trzymać w ciemnym korytarzu bo to raczej by im bardziej zaszkodziło niż pomogło. Zdecydowali, że będą tam w dzień a w nocy będą spać w domu. Arman na początku bardzo bał się o bezpieczeństwo dziewczyn i cały czas był z nimi albo czuwał gdzieś w pobliżu ale po dwóch dniach, gdy wszystko szło dobrze to przestał się tak przejmować. Z nudów chodzili z Eleną na spacery, wtedy gdy dziewczyny były w strefie. Poznali w ten sposób dokładnie wszystkie zakamarki miasteczka, które były dla nich dostępne. Wiedzieli gdzie jest każdy sklepik, apteka, każdy zakład usługowy. Weszli do piekarni bo drzwi były otwarte. Ktoś ją splądrował w poszukiwaniu resztek jedzenia. Do apteki też dało się wejść. Wiele leków było jeszcze w szufladach i na półkach. Spacerowali i dużo rozmawiali. Po trzech dniach nawet zaczęli trzymać się za ręce, oczywiście w wielkiej konspiracji przed dziewczynami. No tak, żeby się nie zgubić. Na jednym z takich spacerów trafili do miejskiego centrum kultury. Był to duży budynek który łączył funkcje sali teatralnej i kina jednocześnie. Co prawda teatr był opuszczony i zamknięty, ale przypadkowo zauważyli, że jedno z bocznych wejść jest otwarte. Prawdopodobnie wyważyli je jacyś szabrownicy, którzy włamali się z nadzieją znalezienia czegoś wartościowego. Oboje weszli do środka bo chciała tego Elena. Obejrzeli dużą salę teatralną z trzystoma krzesłami, weszli do operatorni kinowej gdzie był projektor, aż trafili do garderoby dla artystów. Było tam specjalne pomieszczenie w którym przygotowywano się do występów. Elena natychmiast rozpoznała wszystkie kosmetyki i cały zestaw akcesoriów i narzędzi do charakteryzacji. Szczegółowo rozróżniała, co do czego służy. Była zaskoczona, że w takim prowincjonalnym teatrze jest tak dobrze zaopatrzona charakteryzatornia. Szabrownicy nie znali rzeczywistej wartości tego wszystkiego. Nikt stąd nie chciał tego zabierać. Elena wiedziała, że niektóre profesjonalne specyfiki które tu były, są naprawdę bardzo drogie. Popłakała się na widok tego wszystkiego. Tak bardzo już tęskniła do normalnego spokojnego życia. Tęskniła za swoją pracą. Arman o nic nie pytał, ale nie bardzo rozumiał co ją tak poruszyło. Następnego dnia wieczorem, jak Petia wróciła z tunelu do mieszkania i była sama z matką to zapytała: - Mamo, a co wy właściwie tu robicie jak my tam z Jamilą w tym lochu siedzimy? - E nic, a co się pytasz... głupio? - A bo wiesz ten Arman to jakiś taki uprzejmy się zrobił. - Tak? eee, wydaje ci się, nie zauważyłam. - No i tak jakoś dziwnie gada. Elena to, Elena tamto i ty też tak jakoś Arman i Arman. - No co ty? Masz jakieś halucynacje chyba? - I tak jakoś patrzy dziwnie na ciebie. - Jak dziwnie? - No takie oczka mu się duże robią i lśniące, jak u sarenki albo cielaczka. - Petia. - Tak? - Czy mamusia już ci mówiła że ten wścibski łeb kiedyś ci urwie? Petia się śmiała a Elena przytuliła ją do siebie. - A co właściwie z tą małą? - Z Jamilą? - Tak. - A co ma być? - Ciągle jak was widzę to przyklejona do ciebie, aż nie wiem czy nie powinnam być zazdrosna? - No, to dziwne, sama nie wiem. Traktuje mnie jak matkę. Nie wiem dlaczego tak jest. Armana też to dziwi, nawet bardzo. Przez to i ja ją polubiłam. W piątym dniu pobytu dziewczyn w tunelu u Petii można było zauważyć już wyraźną poprawę. W pewnej chwili ona właśnie, przez przypadek upuściła lampkę. Latarka zgasła i w tunelu zrobiło się całkiem ciemno. W miejscu w którym dziewczyny przebywały nie było już studzienek przez które wpadało światło. Petia podniosła latarkę, ale Jamila wzięła ją za rękę i kazała jej ponownie ją wyłączyć. Dziewczyny pozostawały w zupełnej ciemności a Jamila bardzo uważnie przypatrywała się twarzy Petii. Petię to zaniepokoiło. - Jamila, co z tobą? Co robisz? Jamila wyraźnie czymś bardzo przejęta zapaliła latarkę i pokazywała na oczy Petii a następnie na swoje i ponownie ją wyłączyła. Petia zrozumiała, że dziewczyna chce zwrócić jej uwagę i również zaczęła się przyglądać oczom Jamili. W końcu zaniemówiła na chwilę z wrażenia a potem z przejęciem powiedziała: - Jamila! Twoje oczy. One świecą! Jamila pokazywała jej, że jej również. Petia w oczach Jamili a właściwie w tęczówkach jej oczu, widziała błękitny blask. Blask był tak słaby, że nawet w zupełnej ciemności trzeba było się bardzo uważnie przyglądać, żeby go zauważyć. Petia wzięła Jamilę za rękę i po ciemku zaczęły powoli iść razem w stronę wyjścia z tunelu. W pewnej chwili blask ich oczu zniknął. Dziewczyny zawróciły z powrotem w stronę strefy i w tym samym miejscu blask znowu się pojawił. Dziewczyny powtórzyły próbę dwukrotnie, za każdym razem z tym samym rezultatem. W końcu Petia powiedziała: - Jamila! Ci cali naukowcy to przegapili! Wszystko badali a tego nie zauważyli! Ten blask jest tak słaby, że można go zaobserwować tylko w całkowitej ciemności. Widać nie przyszło im do głowy, żeby to zbadać. Przynajmniej wiemy, że jesteśmy w strefie. Jamila nie rozumiała co Petia mówi, ale domyślała się o co jej chodzi. Obie były bardzo przejęte odkryciem. Niestety nazajutrz wszystkich spotkało kolejne nieszczęście. Arman, kiedy prowadził dziewczyny rano do tunelu, zauważył przed budynkiem duże poruszenie. W ostatniej chwili zdążył się schować tak, że jego ani dziewczyn nikt nie zauważył. Przed budynkiem było kilku żołnierzy i jacyś robotnicy. Po chwili przyjechała ciężarówka i wyładowano z niej materiały budowlane. Robotnicy zaczęli wnosić je do środka. Arman natychmiast zawrócił. Poszedł tam ponownie wieczorem. Budynek znowu był pusty. Wszedł do piwnicy a następnie pod właściwe drzwi. Śruba była bardzo silnie zakręcona. Jak w końcu udało mu się ją odkręcić i otworzył drzwi to to, co zobaczył odebrało mu już wszelką nadzieję na sukces ich misji. Za drzwiami stał mur, który zamykał dostęp do tunelu. Żołnierze wtedy, gdy legitymowali Fidana znaleźli wejście do tunelu i po kilku dniach przyjechali je zamurować. Arman wraz z Fidanem planowali ten mur rozebrać. Na pewno by sobie z tym poradzili, jednak Arman bacznie obserwował to miejsce i zorientował się, że codziennie podjeżdża tam patrol i kontroluje czy do tunelu nikt tamtędy nie wchodzi. Zrozumiał, że jego misja, pomimo całej determinacji, dobiegła końca. Że nic więcej nie jest w stanie zrobić. .............................. Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  2. Albania, kilkadziesiąt kilometrów od strefy. Dziewięć miesięcy od błysku. Elena i Petia szły na piechotę w stronę strefy. Starannie dobierały trasę tak, żeby trzymać się jak najdalej od głównych dróg i skupisk ludzkich a w szczególności od miast. W odle- głości poniżej stu kilometrów od strefy, czyli w tam gdzie się znajdowały, wszystkie główne drogi dojazdowe były już kontrolowane. Policja i wojsko poszukiwało podróżujących bez wiz i biletu. Takich ludzi było naprawdę dużo. Nadciągali z całego świata. Oczywiście większość z nich przepadała gdzieś po drodze na kolejnych granicach, jednak niektórym, tak jak Elenie i Petii udawało się dostać do Albanii. Ta podróż była dla dwóch kobiet szczególnie niebezpieczna. Najwytrwalsi przybysze z całego świata koczowali w lasach i w opuszczonych zabudowaniach. Nie mieli nic do stracenia. Mogli być niebezpieczni. Pomimo to Elena z Petią z pełną determinacją, po około 30 km dziennie, zbliżały się do strefy. Pierwszą noc przespały w zaroślach gęstego lasu. To był zły nocleg. Było zimno i wilgotno. Petia brała leki oraz wyciągi z ziół, które dostała od Hany, jednak pomimo to czuła się coraz gorzej. Obie były bardzo zmęczone a Petia coraz słabsza. Zaczęła regularnie, co kilka godzin wymiotować i czuła silne bóle brzucha i głowy. Drugiego dnia wieczorem podeszły pod małą wieś. Na skraju wsi stał dom. Zapukali w nadziei, że znajdą tam pomoc. Jednak właścicielka, starsza kobieta była bardzo nieufna. Musiała mieć już do czynienia z obcymi którzy szli w stronę strefy. Poza tym nie rozumiała po angielsku i Elena z Petią nie umiały się z nią porozumieć. Język albański nie przypominał języka kraju z którego pochodziły. W końcu na migi udało się jej wytłumaczyć tyle, że pozwoliła im spać w stodole. Żadnej innej pomocy nie chciano im udzielić. Poszły do tej stodoły, jednak Elena zauważyła, że właścicielka rozmawia z kimś przez telefon. Elena była czujna, nie umiała zasnąć. Petia zasnęła od razu. Tuż przed zmrokiem Elena zauważyła że pod dom podjeżdża samochód. Z samochodu wysiadł młody mężczyzna i od razu poszedł w ich stronę. Prawdopodobnie był to syn tej, z którą rozmawiali. Wpadł do stodoły i zaczął się na nie wydzierać po albańsku a następnie bardzo słabym angielskim wykrzyczał, że mają się wynosić. Elena z Petią wyskoczyły ze stodoły, bo nie wiedziały czy na krzyku się skończy. Czy napastnik nie będzie agresywny. Jednak w stodole zostały ich plecaki. Mężczyzna wykorzystał to i zamknął drzwi a następnie wyjął telefon i powiedział, że dzwoni na policję. Przynajmniej tak Elena to zrozumiała. Do stodoły nie chciał ich wpuścić. Po prostu je okradł a właściwie obrabował. Elena na szczęście miała paszporty i dokumenty przy sobie. Obie uciekły w stronę lasu. W plecakach zostało ich jedzenie, ciepłe ubrania oraz wszystkie leki Petii. Zdecydowały się na kolejny, bardzo zły nocleg w lesie. Nazajutrz Petia była już tak słaba, że z trudem się pozbierała. Próbowały iść dalej, znowu przez las. Korzystały z GPS-u w telefonie, jednak bateria się wyładowała. Elena ustaliła przybliżony kierunek na podstawie położenia słońca. Petia szła pierwsza. Nagle zaczęła przerażona krzyczeć. - Petia? Co się dzieje? - Tam zobacz, pod tym drzewem. Elena spojrzała i od razu odwróciła wzrok. Wzięła Petię za rękę i odciągnęła ją z powrotem. Obeszły to drzewo szerokim łukiem. Pod drzewem były ludzkie zwłoki w znacznym stopniu rozkładu. Ten kto tam umarł, siedział oparty o to drzewo. Kobiety nie miały wątpliwości, że to ciężko chory człowiek, który tak jak one zmierzał nielegalnie w stronę strefy. Petia szła jeszcze godzinę aż w końcu się zatrzymała: - Dalej chyba nie dam rady, źle się czuję. - Petia próbuj jeszcze, za 3 kilometry powinna być jakaś osada, może tam ktoś nam pomoże? - Mamo, czy to ma sens. Jesteśmy bez rzeczy, bez jedzenia, bez leków. - Dopóki mamy choć trochę sił to walczmy. Zmobilizowała się i szła jeszcze trochę. Potem już ostatecznie opadła z sił. Były około 30 km od strefy. Doszły do nowo budowanego osiedla. Na jego skraju, nieco powyżej, stała jakaś stara stodoła. Elena pomogła Petii do niej wejść i położyła ją na połaci pokrytej sianem. Sama przy niej usiadła. Nie wiedziała co ma dalej robić. Na szczęście nadchodząca noc wydawała się być wyjątkowo ciepła. ***** Albania. Nowa osada, 30 km od miasteczka. Dziewięć miesięcy od błysku. - Ale ciepła noc. - I ten księżyc. Oszalał chyba, taki wielki. - Pełnia. - Kaltrina, kocham cię. - Fidan przecież wiem, ja ciebie też. Kaltrina przytuliła się do Fidana. Następnie stanęła na palcach a on objął jej głowę dwoma rękami i namiętnie ją całował. Oboje stali boso na łące w pobliżu “ich” stodoły. Z oddali słyszeli muzykę i widzieli blask ogniska, które ktoś rozpalił w pobliżu osiedla. Kaltrina objęła Fidana i całowali się namiętnie w zupełnej ciszy. Oboje słyszeli przyśpieszone bicie swoich serc i szybki oddech. Fidan rozpiął jej stanik i namiętnie całował jej piersi oraz docisnął wewnętrzną część dłoni do pępka dziewczyny i zaczął powoli przesuwać ją w dół. Kaltrina przytrzymywała jego rękę, jednocześnie namiętnie go całując. Fidan jednak zaczął bardziej zdecydowanie napierać dłoń i dziewczyna z coraz większą siłą go powstrzymywała, ale w pewnej chwili wyraźnie zwolniła opór i dłoń Fidana, minąwszy gumkę majtek, trafiła tam gdzie chciał, żeby trafiła. Kaltrina przytulona wyczuwała podnieconego chłopaka. Po chwili Kaltrina chwyciła Fidana za rękę i pociągnęła go za sobą w stronę stodoły. Oboje niemal wbiegli do środka. Fidan ułożył Kaltrinę na plecach na połaci pełnej siana a ta już nie stawiała żadnego oporu. Fidan zdjął jej majtki i usta chłopaka od piersi, w szeregu namiętnych pocałunków, podążały w stronę gorącego krocza podnieconej dziewczyny, a ta obejmowała rękami jego głowę i kierowała ją niżej i niżej. I wtedy gwałtownie odepchnęła go od siebie krzycząc przerażonym głosem: - Fidan, ktoś tu jest!!! Kaltrina usłyszała odruch wymiotny Petii. Oboje wystraszyli się tak, że na chwilę zaniemówili. Wybiegli przerażeni ze stodoły, ale dalej nie uciekali, tylko stali przy wejściu zdezorientowani. - Nie bójcie się, nie krzyczcie. Chcemy tylko tu przenocować. Powiedziała cicho Elena po angielsku. Była tak zmęczona, że nawet nie miała siły się podnieść. - Znacie angielski? - Fidan widzisz ją? - Nie, nic nie widzę. Poczekaj mam telefon. Fidan włączył lampkę w telefonie i ostrożnie wszedł z powrotem do stodoły. W słabym świetle lampki zobaczył siedzącą w kącie Elenę i leżącą na jej kolanach, półprzytomną Petię. - Kaltrina, chodź zobacz. - Znamy angielski trochę, co tutaj robicie? - Szliśmy do strefy, ale nie mamy już siły. - Skąd jesteście? Elena wymieniła nazwę kraju. - Możecie przynieść nam trochę wody? Córka jest chora, chce się jej pić. - Mamy wezwać pogotowie? - Nie, to nic nie da, tylko trochę wody. Rano sobie pójdziemy. Nie mówcie nikomu że tu jesteśmy. - Poczekajcie, zaraz wrócimy. Fidan i Kaltrina uspokoili się trochę i poszli w stronę kontenerów w których mieszkali. Nie mówiąc nic rodzicom wzięli wodę, ciepłą herbatę i coś do zjedzenia. Kaltrina wzięła duży koc i ogrodową lampę na baterie. Wzięła też jakiś popularny lek na żołądek. Oboje wrócili do Eleny i Petii. Napoili je i trochę nakarmili. Petia doszła do siebie na tyle, że mogła usiąść. - Jak ona ma na imię? - Petia. - Jest poważnie chora, ma gorączkę. Może jednak wezwać jakiegoś lekarza? - Nie, lekarz nie pomoże. Jutro wróci trochę do sił. Elena powiedziała cicho, tak żeby Petia nie słyszała: - Jej nie da się już pomóc. Litość i współczucie zastąpiły strach i nieufność u Fidana i Kaltriny. - Możemy wam jakoś pomóc? - Nie wiem, chciałyśmy iść w stronę strefy, ale i tak już nie mamy siły. - Przecież i tak tam nie wejdziecie, tam trzeba mieć bilet. - No wiem, ale tak jakoś myślałyśmy. - Jeśli chcecie to mogę was jutro zawieźć w pobliże strefy. Mamy tam przepustkę bo jeszcze niedawno tam oboje mieszkaliśmy, ale nic wam to nie da. Do strefy nikt nie wejdzie bez biletu, nawet jakby umierał przed bramą. Zresztą wielu tak właśnie umarło. - Zostawcie nas same do jutra. Jutro zdecyduję co będziemy dalej robić. Możliwe, że będziemy już wracać w stronę domu. Nie wiem jak jutro Petia będzie się czuła. Bardzo dziękuję wam za pomoc i przepraszam, że was wystraszyliśmy. - Nic się nie stało. Przyjdziemy do was jutro. Noc jest ciepła, nie zmarzniecie. Fidan i Kaltrina poszli do swoich kontenerów. Umówili się na jutro, że przyjdą i zastanowią się wspólnie, co mogliby dla nich zrobić. Ustalili również, że nic nie powiedzą o Elenie i Petii rodzicom. Oni pewnie wezwaliby do Petii lekarza, tym samym ją dekonspirując. Fidan długo nie mógł zasnąć i intensywnie myślał co można by zrobić. Miał tą przewagę nad obcymi, że znał każdy kąt, niemal każdy kamień w miasteczku w którym się urodził i wychował. W końcu zasnął. Miał dziwny sen. Śniło mu się, że jest dzieckiem tak jak kiedyś i że jest z kolegami w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Koledzy wołali do niego, żeby do nich przyszedł bo muszą mu coś ważnego powiedzieć. Rano gdy się obudził to starał się, żeby nie zapomnieć co mu się śniło. Ten sen bardzo go poruszył. Bardzo się nim przejął. I wtedy, jak leżał jeszcze w łóżku, doznał olśnienia. W jednej chwili dotarło do niego co odkrył. Zerwał się jak oparzony. Włożył tylko spodnie i pobiegł pod okno Kaltriny: - Kaltrina, Kaltrina, wstawaj! - Ty, szósta rano, odbiło ci? Kaltrina wystawiła zaspaną głowę przez małe okno jej pokoju w kontenerze. - Wiem jak im pomóc! Chyba wiem jak im pomóc! - Fidan, kurde ja jeszcze śpię. Pobudzisz wszystkich. O dziewiątej w stodole, tak, jak się umówiliśmy. - No, ok. Fidan wrócił do siebie, ale nie mógł już zasnąć. ***** Albania, bezpośrednie sąsiedztwo strefy. Dziewięć miesięcy od błysku. Arman mieszkał z Jamilą w opuszczonym mieszkaniu już prawie tydzień. Wychodził sam albo na krótko z Jamilą. Jeśli sam, to na dłuższe rozpoznanie. Najczęściej późnym wieczorem. Znał już na pamięć całą dostępną część miasteczka. Poznał dokładnie rozkład ulic, których zresztą nie było wiele. Nawet z widzenia poznał już kilku mieszkańców, którzy zdecydowali się nie opuszczać swoich domów. Byli to najczęściej starsi ludzie. Na początku bali się Armana, ale jak zorientowali się, że jest z małą córką to przestali się go bać. Wyludnione miasteczko w tej części wyglądało trochę jak po wojnie atomowej. Do mieszkania w którym zamieszkał, na razie nikt nie przychodził. Arman nie zbliżał się już do strefy bo wiedział, że jest bardzo mocno strzeżona i w dzień i w nocy. Unikał również wszelkich kontaktów z żołnierzami z którymi miał już do czynienia. W zasadzie zrezygnował już z zadania. Pogodził się z porażką. Był już w strefie i rozumiał, że nawet jakby udało mu się jakimś cudem dostać tam drugi raz to nie był w stanie tam przetrwać z Jamilą niezauważony. Tam nie było się gdzie schować. Rozważał jeszcze jedynie wariant dotarcia do strażników, czyli pilnujących strefę żołnierzy, którzy zarabiali tam na nielegalnym przyjmowaniu chorych. Jednak bez znajomości albańskiego było to dla niego niewykonalne. Domyślał się, że to jakiś rodzaj albańskiej mafii, która zarabia na tym procederze fortunę. Prawdopodobnie nawet jakby znalazł sposób porozumienia się z nimi, to pewnie nie byłoby go na to stać. Podejrzewał, że cena nielegalnego pobytu liczona jest w setkach tysięcy dolarów, co i tak stanowiłoby mały procent tego, co płacą za bilety milionerzy licytujący je na aukcjach. Jednak jeszcze był w miasteczku bo nie mógł rozwiązać jednego problemu związanego z infrastrukturą. Arman zauważył, że główna ulica przecinająca miasto na całej swojej długości i kończąca się w strefie, jest w obniżeniu ze względu na pagórkowaty teren. Ulica ta w znacznej części swojej długości położona była w niecce bezodpływowej. To znaczy, że w przypadku deszczu tworzyłyby się kałuże a w przypadku intensywnych opadów, cała niecka byłaby zalana wraz z sąsiadującymi do ulicy domami, na głębokość kilkunastu centymetrów. Zauważył, że aby zabezpieczyć teren przed ciągłymi podtopieniami, to ulica ta została tak zaprojektowana, że stanowiła linię spływu wody i była w najniższym miejscu tej niecki. Rozumiał, że podłączenie kanalizacji burzowej wzdłuż tej ulicy do zwykłej rury kanalizacyjnej byłoby ryzykowne, bo w przypadku nagłej ulewy, woda mogłaby się w tej rurze nie zmieścić i doszłoby do podtopień piwnic domów w samym centrum. Arman zaczął się bacznie przyglądać studzienkom kanalizacyjnym i zauważył, że są one bardzo gęsto rozmieszczone. Regularnie co kilka metrów, wzdłuż całej ulicy. Następnie odkrył, świecąc latarką do środka, że łączą one jezdnię ulicy nie z rurą, ale z tunelem odwadniającym, który był usytuowany około dwóch metrów pod jezdnią i tak wyniwelowany*, że odprowadzał wodę poza nieckę. Arman widział ten tunel przez studzienki i bardzo chciał się do niego dostać. Z obserwacji niwelacji ulicy wychodziło mu, że jest bardzo prawdopodobne, że ten tunel kończył się w strefie. Jednak kanały odprowadzające wodę z licznych studzienek do tego tunelu były wykonane z rur o średnicy około 30 cm i nie dało się przez nie wejść do środka. Podejrzewał, że ten tunel jest na tyle wysoki, że da się w nim chodzić na stojąco. Przynajmniej tak to wyglądało przez otwory studzienek. Domyślał się, że utrzymanie takiego tunelu, który jest bardzo ważny dla miasteczka, musi wymagać jakiejś jego kontroli. Trzeba tam na pewno co jakiś czas wejść i skontrolować choćby stan jego obudowy. Jednak przeszedł całą dostępną część ulicy kilkanaście razy i nigdzie nie umiał znaleźć wejścia do środka. Były tylko studzienki, ale wejścia nie było. Domyślał się, że w takim razie wejście jest albo gdzieś w strefie, co czyniłoby go dla niego bezużytecznym albo gdzieś tutaj, jednak tak ukryte, że on nie może go znaleźć. Szukał wejścia do tunelu, dlatego jeszcze był w miasteczku. Właśnie wybrał się na kolejny rekonesans. Pogoda dosyć gwałtownie się zmieniła. Nad miasteczkiem pojawiła się ciemna burzowa chmura, choć jeszcze kilka godzin temu było słonecznie i bezchmurnie. Wiedział już, że wejścia do tunelu wzdłuż ulicy nie ma, ale tunel jeśli był prosty, a tak podejrzewał, to poprowadzony był pod kilkoma domami. Postanowił wejść do piwnic każdego z nich i znaleźć miejsce przecięcia tunelu z tymi piwnicami. Choć wydawało mu się to mało prawdopodobne, to być może do tunelu wchodziło się z piwnicy któregoś z tych domów. Znowu kładł się na jezdnię i świecił latarką do kolejnych studzienek. Zaczął padać deszcz a po chwili bliskie grzmoty zapowiadały gwałtowną burzę. Zerwał się wiatr i zaczęło bardzo mocno lać, chciał już wracać. Wejścia nie znalazł. Do skontrolowania pozostał mu już tylko jeden dom. Pomyślał: - “Wejdę jeszcze tam, czas to już zakończyć.” ***** Albania. Nowa osada. Dziewięć miesięcy od błysku. Fidan znowu przyszedł do Kaltriny. Ta przygotowała śniadanie i gorącą kawę i razem poszli do stodoły. - To co wymyśliłeś? - Pamiętasz Fransa? - Tego z podstawówki? - Dokładnie. - Chyba wyjechał z rodzicami kilka lat temu. - Tak, trzy lata temu. Jak chodziłem do podstawówki to był moim najlepszym kumplem. Do tej pory czasem gadamy przez telefon. On mieszkał w domu przy głównej ulicy. Kiedyś jak przyszedłem do niego, to nie było rodziców. Byliśmy sami i nudziliśmy się. W końcu on powiedział, że może mi pokazać coś ciekawego, tylko żebym nikomu o tym nie mówił. Wziął latarkę i małe kombinerki, zeszliśmy do piwnicy i prowadził mnie po korytarzu. Wszystkie drzwi były do piwnic, ale na samym końcu były drzwi trochę inne od pozostałych. Były całe stalowe i zamykane nie na kłódkę, ale na taką śrubę. Frans umiał kombinerkami tą śrubę odkręcić i weszliśmy do środka. Za drzwiami były krótkie betonowe schody na dół. Zeszliśmy nimi i Kaltrina,... tam był korytarz, taki tunel ściekowy do odprowadzania wody z ulicy. Poszliśmy z Fransem tym tunelem. Oświetlało go światło dzienne ze studzienek połączonych z ulicą. Ten tunel był bardzo długi, szliśmy chyba z dwadzieścia minut, aż w końcu doszliśmy do końca. - Co to ma wspólnego z tym, żeby pomóc tej kobiecie? - Kaltrina, nie rozumiesz? Ten tunel chyba kończył się w strefie. - Myślisz, że by to przeoczyli? - Trzeba to sprawdzić. Ci ze strefy mogą w ogóle o nim nie wiedzieć. Frans mówił, że widział czasem jak przychodzi jakiś dwóch facetów, z wodociągów i go kontrolują. Kiedyś podsłuchał jak wychodzili z piwnicy. Mówili, że jak się tam wchodzi to trzeba bardzo uważać, żeby nie było deszczu bo wtedy płynie w nim woda i można się utopić. Frans mówił, że jego ojciec mówił mu, że ten tunel jeszcze w latach 50-tych kończył się na powierzchni i był na końcu zamknięty kratą. Nawet mi pokazywał gdzie. Ale potem, jak zrobiono główny rurociąg kanalizacyjny, to podłączono go do głównej rury o dużej średnicy. Teraz, jak woda kogoś porwie to się w tej rurze utopi. Dlatego ojciec zabronił mu tam wchodzić. - No tak, Frans zawsze był ciekawy a ojca nie zawsze słuchał. - No właśnie. - Myślisz że warto to sprawdzić? - Koniecznie trzeba to sprawdzić, może to wejście jeszcze tam jest. Bo tunel jest na pewno. Możliwe że kończy się już w strefie. Kaltrina i Fidan podeszli pod stodołę. - Hej tam, żyjecie? Jesteście jeszcze? - Tak tak, jesteśmy. - Jak Petia? - Chyba trochę lepiej. Petia wyszła na zewnątrz ledwie trzymając się na nogach. Najpierw zwymiotowała a potem się przedstawiła. - Cześć, Petia jestem. Mama nie mówiła, że jesteście tacy młodzi. - Jak się czujesz? - Nawet nie pytajcie. - Co ci właściwie jest? - Mam białaczkę. - Zjesz coś? - Spróbuję, może sam chleb, kawy chętnie się napiję. - Macie może coś przeciwbólowego? - Pójdę jeszcze raz i poszukam. Na pewno coś się znajdzie. Elena zapytała: - Kaltrina nie wiemy co mamy teraz robić? Możecie podwieźć nas jakoś z powrotem w stronę tego miasta z któregośmy przyszli? - Fidan ma pewien pomysł. Fidan gadaj. - Możliwe, że jest sposób żeby Petii pomóc. Może potrafiłbym umieścić ją w strefie. Pewnie nie na dwanaście dni, ale chociaż na kilka godzin. - Co takiego ?! Co ty mówisz? Jak? Fidan streścił Elenie i Petii swój plan: - Do tej części miasteczka przy samej strefie wolno wejść? - W zasadzie to nie. Pilnują jej żołnierze. Ale ja znam polną drogę, którą tam czasem jeżdżę. Tam żołnierze są rzadko. Tam mieszka jeszcze paru ludzi. Ci żołnierze aż tak bardzo tego nie pilnują, właściwie to tylko ścigają złodziei bo ludzie pozostawiali tam część dobytku. A poza tym, ja i Kaltrina mamy specjalne przepustki. - Zawieziecie nas tam? Jeździsz samochodem. Petia już dalej nie pójdzie. Nie ma siły. - Mam starego pikapa. Jak wypłacili odszkodowanie to ojciec kupił sobie nowe auto, a pikapa dostałem ja. Niewiele jest wart, ale jeszcze dobrze jeździ. - Kiedy jedziemy? - Zbierajcie się, nie ma na co czekać bo nam Petia zaraz zejdzie. - Ale zabawne, wcale mi nie do śmiechu. Fidan poszedł po samochód. Po kwadransie podjechał pod stodołę. Zapakowali się w czwórkę i pojechali w stronę miasteczka. Polnej drogi nikt nie pilnował. Dojechali na miejsce i Fidan zaprowadził ich do swojego mieszkania. Petia była w tak kiepskim stanie, że musieli pomóc jej wysiąść z samochodu i wejść na drugie piętro. - Idę rozeznać sprawę a wy tu na mnie spokojnie czekajcie. Fidan uzbroił się we wcześniej przygotowane małe kombinerki, olej w sprayu i latarkę. Na miejsce doszedł po 10 minutach. Pełen obaw wszedł na korytarz domu o którym mówił i poszedł do piwnicy. Wejście było otwarte. W całym domu było zupełnie cicho i pusto. Prawdopodobnie nikt w nim nie mieszkał. Po przejściu piwnicznego korytarza doszedł do drzwi, które pamiętał sprzed lat. Nic się nie zmieniło. Te same drzwi były na swoim miejscu tyle, że od tego czasu mocno zardzewiały. Widać było, że nikt o nie nie dbał i dawno ich nie otwierał. Zaczął siłować się ze śrubą. Była zardzewiała i na początku nie chciała nawet drgnąć. Ale w końcu udało mu się ją trochę rozruszać i powoli, zwój po zwoju zaczął ją odkręcać. Udało się i wszedł do środka. Poczuł intensywny zapach wilgoci i stęchlizny. Zszedł po schodach i zobaczył tunel. Był taki jak wtedy. Uznał, że pójście nim dalej to strata czasu. Pójdzie nim z Petią. Zamknął drzwi, zakręcając lekko tylko śrubę i szybko poszedł z powrotem do swojego mieszkania. - Otwarłem, wszystko jest tak jak myślałem. Petia idziemy. W międzyczasie Elena i Kaltrina przygotowały Petii mały plecak z zapasem jedzenia i termosem z herbatą a Fidan zabrał dodatkowo turystyczny karimat, składane krzesło i dużą folię. Wyposażyli Petię w telefon i umówili się, że jeśli rzeczywiście uda im się wejść do strefy, to Petia będzie w tunelu do wieczora. Wieczorem Fidan po nią pójdzie. Właściwie to nie wiedzieli czy Petia wejdzie do strefy czy nie, bo nie było sposobu żeby to jakoś sprawdzić. Nie wiedzieli również czy w podziemnym tunelu strefa również “działa”. Fidan umówił się z Petią, że będzie z nią kilka godzin a potem zostawi ją samą. Gdyby coś ją niepokoiło to ma dzwonić. Petia ledwie umiała chodzić. Fidan nie chciał podjeżdżać samochodem pod ten dom, bo obawiał się, że zwróci to czyjąś uwagę. W końcu Petia wsparta na jego ramieniu, powoli poszła na piechotę. Rozejrzał się nerwowo i weszli do budynku. Od razu poszli do piwnicy i zaprowadził Petię pod stalowe drzwi. - To tutaj, poczekaj otworzę je. Fidan otworzył drzwi i lekko zamknął je za sobą. Włączył latarkę i pomógł Petii zejść ze schodów. Następnie powoli poszli tunelem w stronę strefy. Po około 30 minutach Petia nagle się zatrzymała. Ślepy koniec tunelu był już blisko. W świetle latarki widać już było jego końcową ścianę. - Fidan czekaj. - Co się dzieje? - Jesteśmy w strefie. - Skąd wiesz? - Czuję to. - Co czujesz. - Trudno mi to opisać. Przestało mnie mdlić. Jestem pewna. Fidan wybrał najlepsze, najsuchsze miejsce, rozłożył karimat i małe składane krzesło i pomógł Petii przygotować legowisko w tunelu. Petia się położyła. Posiedział z nią jeszcze z godzinę. W końcu powiedziała: - Idź już, przecież nie będziesz tu ze mną siedział cały czas. Dam sobie radę. Fidan zostawił ją i wrócił do mieszkania. - I co? - Wszystko się udało, Petia jest w strefie. - Na pewno? - Tak na 100%, już się lepiej czuje. Elena się rozpłakała: - Nie wiem jak mam wam dziękować. - Nie musisz dziękować. Jutro po południu musimy wracać. Nie wszystko mówiliśmy rodzicom. Ty tutaj zostaniesz. Wieczorem wyciągniemy Petię z tunelu, w nocy nie może tam być sama. Nakarmimy ją a potem zaprowadzimy ją rano z powrotem. Pójdziesz ze mną, żebyś wiedziała gdzie jest i jak jej pomóc w razie czego a potem zostawimy cię tutaj. Elena, to bardzo ważne. Jak Petia będzie w korytarzu to musisz cały czas pilnować pogody. Jeśliby zbierało się na deszcz to dzwoń do niej, niech stamtąd wyłazi. Jakby nie odbierała to idź po nią. Jak będzie lało a nie zdąży stamtąd wyjść to może się utopić. Przyjedziemy do was pojutrze. Bez potrzeby nie wychodź z mieszkania i w nocy nie zapalaj światła. - Ok, będę na was czekać. Wieczorem Fidan poszedł po Petię. Trochę zmarzła, ale ogólnie czuła się lepiej niż przez cały okres ostatnich kilku tygodni. Już sama, bez pomocy potrafiła szybko wyjść z tunelu i przejść kilkaset metrów ulicą. Elena radośnie się z nią przywitała: - Jak się czujesz? Nie bałaś się sama? - Jakoś niespecjalnie. Czuje się rewelacyjnie. Moc strefy działa. Idę do łazienki. Elena znowu się rozpłakała. Była bardzo zmęczona. Bardzo przeżywała wydarzenia ostatnich dni. Z sytuacji beznadziejnej, udało im się w jakiś cudowny sposób odzyskać jeszcze nadzieję na to, że Petia wyzdrowieje. Nazajutrz Elena z Fidanem zaprowadzili Petię z powrotem do tunelu. Elena koniecznie chciała iść do końca razem z Petią, zobaczyć jak jest w strefie. Następnie zostawili Petię i oboje wrócili do mieszkania. Elena została w domu a Fidan z Kaltriną wrócili do siebie do nowego osiedla. Był ciepły letni dzień, jednak wieczorem pogoda nagle zaczęła się zmieniać. Nad miasteczkiem pojawiła się nie wiadomo skąd, ciemna chmura. Fidan zauważył to z osiedla. Do miasteczka było tylko 30 km. Zaczął dzwonić do Petii jednak telefon nie miał zasięgu. Już wcześniej były z tym kłopoty, widocznie tunel osłabiał sygnał. Zaczął dzwonić do Eleny. Niestety ona też nie odbierała. Była tak zmęczona, że bardzo mocno zasnęła. Fidan się przestraszył. Pobiegł do Kaltriny. - Kaltrina wracam z powrotem! - Co się dzieje? - Wyjdź i zobacz. - Kaltrina wyszła na zewnątrz i zobaczyła czarne niebo nad miasteczkiem. - Ja pierniczę, dzwoń do nich. - Dzwonie, żadna nie odbiera. - Co takiego? - Jadę, jadę z powrotem! - Jedź, a ja będę dzwonić cały czas. Wsiadł w pikapa i szybko pojechał w stronę strefy. Elenę obudził dopiero silny hałas grzmotu gwałtownej burzy. Wyjrzała przez szybę i zobaczyła ścianę wody, wyjątkowo ulewnego deszczu. - Petia, Petia... moje dziecko! Wybiegła z domu nawet się nie ubierając, wprost w ulewę. ............................. Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  3. Nazajutrz w domu na dole było kilku mężczyzn. Arman słyszał cichą, ale emocjonalną rozmowę, jednak nic nie rozumiał, nikt go również nie budził. Dopiero jak sam zszedł na dół, to jeden z mężczyzn zagadał go po angielsku: - Witamy cię, jestem kuzynem gospodarza tego domu a to mój brat. Ojciec Nili u mnie pracuje. Wszystko wiemy, wiemy jak się zachowałeś i jesteśmy ci bardzo wdzięczni. Uratowałeś Nilę i jej ojca, mojego kuzyna. - Mieli wielkie szczęście, że akurat tutaj spaliśmy. - To prawda, chcielibyśmy ci się zrewanżować, tylko musisz być z nami szczery. - O co wam chodzi? - Wiemy, że twoja córka jest chora. Czy zmierzasz z córką do Albanii? - No a gdyby nawet, to co? - Wiesz jak trudno dostać się do strefy, bez biletów to niemożliwe. - Może wiem i co z tego? - Możliwe, że jest sposób żeby ci w tym pomoc, ale bardzo ryzykowny. Ryzykowny dla ciebie i twojej córki, ale również dla nas. Arman usiadł wyraźnie zainteresowany. - Co możecie zrobić? - Chodzi o to, że w strefie przebywa bardzo dużo ludzi i oni potrzebują bardzo dużo jedzenia. Moja firma oraz inni rybacy z okolicy, których dobrze znamy, jesteśmy jednym z ich dostawców. Co kilkanaście dni wysyłamy dwa tiry pełne ryb wprost do strefy. Kontrola odbywa się u nas. Robi to urzędnik z Salonik który przyjeżdża i plombuje tira. Potem tir jedzie wprost do strefy i nikt go już nie otwiera po drodze, aż do końca. Na granicy też nie. - Ten urzędnik by się zgodził? - Nie może nic wiedzieć. Przyjeżdża do nas jak auta są już załadowane. Ma do nas zaufanie. Nie jest w stanie sprawdzić załadowanego tira dokładnie. Kierowca też nie może nic wiedzieć. Nie znamy go dobrze. - Umieścicie nas tam? - Masz na imię Arman? - Tak. - Słuchaj Arman, jest z tym problem, te tiry to chłodnie. Posyłamy surowe ryby a w tych chłodniach cały czas jest około minus 15 stopni. - Jak długo trwa podróż? - Około 10 godzin. - Damy radę, potrzebujemy tylko ciepłe ubrania. - Dostaniecie je. Tylko jak już przyjedziecie na miejsce, to musicie tak opuścić chłodnie, żeby was nikt nie zauważył i żebyście niczego po sobie nie zostawili. Wymyśliliśmy sposób, jak otworzyć chłodnię od środka. Trochę przerobimy zamek. Nauczymy cię. Jak tir wjeżdża do strefy, to przy bramie zrywają plomby i sprawdzają chłodnię. Nie zauważą was bo będziecie z tyłu za skrzynkami. Następnie chłodnia wjeżdża do środka, ale nikt jej już nie plombuje, wtedy, przed rozładunkiem, musicie z niej uciec i zamknąć drzwi. To będzie w nocy. - Kiedy jedzie tir? - Jutro po południu. - Bardzo wam dziękuję, jestem wdzięczny, że chcecie mi pomóc. - Zasłużyłeś sobie. - Ci bandyci to młodociane gnojki, wątpię żeby chcieli tu jeszcze raz przyjeżdżać, ale do końca nigdy nie wiadomo. Mogą chcieć się zemścić. - Nie martw się, myślimy o tym. Uzbroimy Nilę i jej ojca, wzmocnimy drzwi i okna domu a poza tym będziemy mieć ich na oku przez jakiś czas. Przez kilka tygodni ktoś będzie z nimi w nocy. Obronimy ich. Skąd umiesz tak walczyć? - Jestem żołnierzem, komandosem. Nazajutrz Arman z Jamilą zostali wyposażeni przez miejscowych w ciepłe kurtki i swetry oraz ciepłą bieliznę. Dostali również ciepłe czapki, rękawiczki i szaliki oraz duży termos z gorącą herbatą. Arman bardzo się cieszył, że los znowu im sprzyja. Nie dowierzał że to, co wydawało się absolutnie niemożliwe, nagle stało się takie proste i takie osiągalne. Pomimo licznych niedogodności, ich podróż jednak ma szansę zakończyć się powodzeniem. Zaczął wierzyć w sukces. W tirze tak poukładano skrzynki aby stworzyć bezpieczną przestrzeń dla dwojga ludzi, a jednocześnie w ten sposób, aby niczego od strony drzwi do chłodni nie dało się zauważyć. Umieszczono tam Armana z Jamilą a następnie wypełniono tira skrzynkami ze świeżymi rybami, zasypanymi w lodzie. Po jakiejś godzinie przyjechał urzędnik celny. Arman długo tłumaczył Jamili, że w kluczowych momentach ma być cicho jak myszka. Urzędnik zajrzał tylko przez chwilę i zamknięto wrota. Po kolejnej godzinie Arman usłyszał hałas od strony kabiny kierowcy. Wiedział, że przyszedł kierowca i wchodzi do kabiny. Następnie uruchomił się silnik i tir ruszył. W chłodni było zupełnie ciemno, ale Arman z Jamilą byli wyposażeni w latarkę. Jak auto zaczęło jechać, szybko zrobiło się bardzo zimno. Arman przytulił córkę najmocniej jak potrafił. Co kilkadziesiąt minut oboje wstawali ze swoich skrzynek i wykonywali proste ćwiczenia, dla rozgrzania mięśni. Pomimo ciepłego ubrania, podróż była bardzo uciążliwa. Oboje siedzieli w dość niewygodnej pozycji i z każdą godziną marzli coraz bardziej. Jamila w końcu zasnęła w objęciach ojca. On wiedział, że na pewno w chłodni nie zamarzną, jednak mogli się silnie wychłodzić i Jamila mogła tą podróż odchorować. Tir jechał cały czas, nie zatrzymując się w ogóle po drodze. Widać kierowcy zależało aby jak najszybciej wykonać swoje zadanie. Zatrzymał się tylko na chwilę, chyba na granicy. W końcu, po dziesięciu godzinach jazdy, tir stanął i kierowca wyłączył silnik. Po kilkunastu minutach zaczęto zdejmować plomby i szeroko otwarto wrota ładowni. Ostre światło wdarło się do wnętrza oślepiając Armana i Jamilę. Oboje zastygli w bezruchu. Arman zasłonił małej usta reką. Ktoś świecił do środka, jednak ich nie zauważył. Następnie znowu zamknięto drzwi i tir znowu ruszył. Po kilku minutach wolnej jazdy stanął na dobre. Arman zrozumiał, że to właściwy moment na opuszczenie chłodni. Szybko włączył latarkę i poprzestawiał kilkanaście skrzynek w górnej części tak, aby oboje mogli dostać się do drzwi. Starał się robić wszystko najciszej jak to tylko możliwe. Następnie przeniósł plecaki i pomógł Jamili przejść górą przez ładunek na drugą stronę. Tak jak mu pokazano, za pomocą dużego śrubokręta, który specjalnie został włożony do jednej ze skrzynek, bardzo powoli i niemal bezgłośnie, otworzył i uchylił jedno skrzydło wrót. Wiedział, że kierowca jest w środku i że jeśli go usłyszy to zostaną zdekonspirowani. Cicho wyskoczył na zewnątrz i wyciągnął Jamilę. Na zewnątrz było ciemno, był środek nocy a tir czekał przy rampie magazynowej na rozładunek. Jednak Arman nie umiał poradzić sobie z zamknięciem drzwi. Trzeba było do tego użyć dużej siły, a to na pewno spowoduje hałas. W końcu odbiegł z Jamilą i kazał jej schować się pomiędzy innymi tirami wraz z plecakami a następnie wrócił i siłowo, szybko zamknął ładownię, powodując przy tym głośny trzask. Szybko podbiegł do Jamili i oboje z ukrycia obserwowali cieżarówkę. Kierowca usłyszał hałas i wysiadł z kabiny. Dokładnie obejrzał drzwi ładowni, następnie je otworzył i zajrzał do środka. Stwierdził, że wszystkie skrzynki są na swoich miejscach. Rozejrzał się uważnie dookoła i uspokojony ponownie zamknął ładownie, a po chwili otrzymał sygnał, że ma podjeżdżać do rozładunku. Oboje z Jamilą wreszcie poczuli ciepło letniej nocy. Choć na dworze nie było więcej jak 15 stopni, to im po podróży w lodówce wydawało się, że znaleźli się w tropikach. Arman badał teren. Wiedział, że jest w części technicznej strefy za ogrodzeniem i bramą, ale nie w samej strefie. Ta od części technicznej również była odgrodzona płotem z siatki. Ale był to pojedynczy płot, którego nikt nie pilnował. Korzystając z ciemności, wraz z Jamilą, krótkimi skokami przebiegali odcinki drogi w stronę strefy, starając się unikać miejsc oświetlonych. Oboje widzieli, że w części technicznej strefy pracuje wielu ludzi, w szczególności przy przygotowaniu posiłków. Arman z grubsza znał rozkład budynków i ogrodzenia, bo dane na ten temat można było znaleźć w internecie. Po kilkunastu minutach znaleźli się pod płotem, za którym była już widoczna biała linia, oznaczająca przestrzeń cudownej mocy strefy. Teren za tym ogrodzeniem był oświetlony i zabudowany konstrukcjami drewnianymi, na których widać było bardzo dużo ludzi leżących na materacach. Pozostało tylko przejść na drugą stronę. Zauważył, że za płotem stoi budynek który ma piwnice. Jego celem było za wszelką cenę dostać się właśnie tam. W siatce trzeba było zrobić dziurę. Schowali się razem za ścianą baraku, który prawie przylegał do ogrodzenia. Arman podczołgał się i nożycami, które kupił jeszcze na Cyprze, przeciął siatkę przy samej ziemi. Tylko tyle, aby mogli się zmieścić. Rozejrzał się uważnie i w końcu podjął decyzję. Podbiegł po Jamilę i plecaki, przytrzymał przeciętą siatkę i Jamila, plecaki a na końcu on sam, byli za płotem. Jeszcze kilka szybkich kroków i oboje znaleźli się za białą linią a następnie przy otwartym, małym piwnicznym okienku, do którego wskoczyli. Musieli przebiec kilkanaście metrów pod pomostem, na którym leżeli ludzie na materacach. Ponieważ był środek nocy, to ci którzy mogli ich zauważyć, akurat spali. Możliwe też, że ktoś ich widział, ale nie zainteresował się tym na tyle, żeby wzbudzać alarm. Oboje wskoczyli przez okienko do piwnicy i zastygli nieruchomo. Arman słyszał szybkie bicie własnego serca. Nie mógł uwierzyć że to, co wydawało mu się niemożliwe, jednak się ziściło. Byli w strefie! Udało się! Znaleźli miejsce za jakimiś starymi meblami. Tam zorganizowali sobie schronienie i legowisko. Położyli się i zdrzemnęli do rana. Jednak Arman wiedział, że musi stamtąd wyjść i zrobić rozeznanie. Musiał znaleźć miejsce, gdzie będą mogli załatwiać potrzeby fizjologiczne oraz musiał pozyskać w jakiś sposób przynajmniej wodę do picia. Wcześnie rano poszedł się rozejrzeć. Wyszedł na piwniczny korytarz, który okazał się być bardzo długi i łączył piwnice w całym budynku. To co zobaczył bardzo go zdziwiło. Okazało się, że w piwni- cach wcale nie był sam. Jak skradał się po piwnicznym korytarzy to z jednej otwarły się drzwi a z nich wyszedł ciemnoskóry starszy mężczyzna. Jakby nigdy nic, minął Armana w wąskim korytarzu i poszedł w kierunku jego końca. Korytarz piwnicy był oświetlony elektrycznymi żarówkami. Arman powoli poszedł za nim i wtedy zorientował się, że przed piwnicą do której zmierzał, stoi kilka osób w kolejce. Byli to ludzie w różnym wieku, zarówno starcy jak i małe dzieci. Nikt nic nie mówił, stali w ciszy i czekali. Podszedł bliżej i wtedy zza tych drzwi wyszła kobieta, a następny w kolejce wszedł do środka. Po dźwięku spłukiwanej wody i po zapachu, zorientował się od razu, że w piwnicy tej była zaimprowizowana ubikacja, właśnie dla ludzi którzy tu mieszkali. Idąc wzdłuż korytarza słyszał, że zza niektórych drzwi kolejnych piwnic słychać głosy ludzi rozmawiających w różnych językach. Rozmawiano po cichu jednak oczywistym było, że ci którzy tam są, wcale nie obawiają się nagłej dekonspiracji. Arman już po niedbałym wyglądzie tych co stali w kolejce do ubikacji zorientował się, że musieli być to ludzie, którzy byli w strefie nielegalnie. Ich wygląd różnił się znacząco od tych, których obserwował przez okienko piwnicy a którzy leżeli schludnie ubrani i zadbani na przydzielonych im, ponumerowanych miejscach, na pomostach zbudowanych pomiędzy budynkami. Każdy z tamtych miał jakiś identyfikator na szyi. Ci w piwnicy żadnych identyfikatorów nie mieli. Wrócił po Jamilę i zaprowadził ją do ubikacji. Kiedy szli z powrotem, zostali zaskoczeni przez patrol dwóch żołnierzy, którzy akurat zeszli schodami i wyszli wprost na nich. Pomyślał, że to koniec, że zostanie za chwile aresztowany, tak jak pozostałe piwniczne towarzystwo. Jednak nic takiego się nie stało. Żołnierze minęli ich w korytarzu nie zatrzymując się i nie mówiąc ani słowa, jednak obaj bacznie im się przyglądali oraz patrzeli z uwagą do której piwnicy Arman z Jamilą wejdą. Arman zauważył, że każdy z nich, zamiast broni niósł z trudem dużą, załadowaną torbę, a potem widział jak pukali do niektórych piwnic i rozdawali z tych toreb żywność i plastikowe butelki z wodą mineralną. Żołnierze dokładnie wiedzieli w których piwnicach są ludzie. Do piwnicy w której był Arman z Jamilą nie zapukano. Arman pomyślał: “- Co tu jest grane?” Zaczął domyślać się o co tu chodzi. ***** - Na dole są jacyś nowi. - Jacy nowi? Co ty gadasz. Od kogo? - Nie wiem od kogo. Jakiś przystojniak z małą dziewczynką. Widzieliśmy ich na korytarzu. - Szef nic nie gadał, nie ma dla nich prowiantu. - No właśnie, to dziwne. - Chodźmy do szefa, zapytamy się. Dwóch żołnierzy udało się do sztabu oddziału wojskowego, który zajmował się ochroną strefy. Wejścia do gabinetu pilnowała sekretarka. - My do pana majora, mamy ważną sprawę. - Muszę się zapytać czy szef ma czas teraz. Możecie wejść. Żołnierze weszli do gabinetu dowódcy. - Panie majorze musimy się o coś zapytać. - W jakiej sprawie? - W wiadomej, tajnej. Major podszedł do nich bliżej i mówił szeptem: - Mówiłem wam nie raz, że w tych sprawach nie wolno wam tu przychodzić i tutaj ze mną rozmawiać. Tu ściany mogą mieć uszy. - Wiemy szefie, ale jest ważna sprawa. - Co się stało? - Jest jeden nowy a właściwie dwoje bo to facet z dzieckiem, nic o nim nie wiemy. - Co za bzdury gadacie, jak to nowy, jesteście pewni? - Tak, dwóch naszych dzisiaj ich widziało. - Nic nie wiem. - No właśnie, my też nie. - Może od Ripla? Major wymienił nazwisko dowódcy drugiego oddziału, zajmującego się bezpieczeństwem kadry medycznej i naukowej. - Może, nie wiemy, nikt nic nie mówił. - Poczekajcie tu, zaraz wrócę. Major wziął komórkę i wyszedł na korytarz. Wrócił po kilku minutach. - Od Ripla też nie. On nic nie wie. Jak tu weszli? Może szpiedzy? Namierzają nas? - Panie majorze, to co robimy? ***** Arman przy pomieszczeniu z ubikacją znalazł kran z wodą. Nie miał wyjścia, musiał uznać ją za zdatną do picia, smakowała normalnie. Widział, że inni też ją pili. Miał niewielkie zapasy jedzenia, przy głodowych racjach może starczyłoby go jakoś na 12 dni. Dla niego liczyło się tylko zdrowie córki nawet gdyby miał przez ten czas nic nie jeść. Miał nadzieję, że tutaj przetrwają i że skoro są tu nielegalni “kuracjusze” to może i im się uda. Jeden dzień jakoś już minął. Jednak w środku nocy brutalnie wyrwano ze snu jego i Jamilę. Do piwnicy wpadło czterech żołnierzy, tym razem już z bronią gotową do strzału i zapytano Armana czy rozumie po angielsku. Skinął głową. - Nie wiem jak się tu dostaliście i kto was tu wpuścił, ale tutaj rządzimy my. Bierzcie swoje rzeczy i wychodźcie. - Zostawcie nas tu, zapłacę wam albo waszemu szefowi, mam pieniądze. - Nie ma mowy, nie znamy cię, nie wiemy kim jesteś. Wypad stąd. Arman i Jamila wzięli plecaki i pod eskortą zostali zaprowadzeni do wojskowego pojazdu, który stał na zewnątrz. Zanim wyszli to widzieli, że inni żołnierze przeszukują piwnicę za piwnicą, sprawdzając czy ci, którzy się tam znajdują to wyłącznie “ich” chorzy. Arman myślał, że został oficjalnie aresztowany, ale nic takiego się nie działo. Żadnych kajdanek nie używano. Nikt nie chciał dokumentów oraz ich nie przesłuchiwał. W pojeździe było kilku ludzi. Nie wyglądali na zestresowanych, raczej na szczęśliwych. Uśmiechali się, choć zamieszanie z Armanem i Jamilą trochę ich deprymowało. Żołnierze którzy ich przyprowadzili, kazali im być cicho. Jamila wystraszona do granic możliwości, cicho płakała. Pojazd szybko ruszył i bez kontroli wyjechał w środku nocy ze strefy. Arman zapytał się pozostałych gdzie nas wiozą? - Jak to gdzie? Mister to już koniec, dwanaście dni minęło, jesteśmy zdrowi. Jedziemy do domu. Zrozumiał, że jedzie z tymi, którzy nielegalnie zostali umieszczeni w strefie i którzy zakończyli już swoje leczenie. Po krótkiej jeździe pojazd nagle się zatrzymał. Żołnierz krzyknął: - Wszyscy wysiadać! Wszyscy wysiedli gdzieś w zupełną ciemność nocy, na jakimś odludziu. Auto gwałtownie ruszyło a Arman usłyszał jeszcze na pożegnanie: - A ciebie chojraku, jak tu jeszcze raz złapiemy to będziemy gadać z tobą inaczej. Był w strefie z Jamilą tylko jedną dobę. Wiedział, że to o wie- le za mało, żeby pomóc jego córce. Był wściekły. Było już tak blisko. Wiedział już, że nawet dostanie się do strefy nie rozwiązuje problemu. Tam nie ma się gdzie schować na 12 dni a dostanie się tam nielegalnie jest nie w smak tym, co robią tam swoje interesy. Jednak Armana trudno było złamać. Żołnierze, choć wywieźli go wraz z innymi poza strefę, to pozostawili go niedaleko od niej. Od razu poszedł z Jamilą w odwrotnym kierunku niż reszta pasażerów. Udali się w stronę tej części miasteczka, która była poza strefą a w której nikt nie mieszkał już na stałe. I jeszcze tej samej nocy Arman sforsował ogrodzenie i tam się znalazł wraz z Jamilą. Tego ogrodzenia, w przeciwieństwie do oświetlonego i bardzo silnie strzeżonego ogrodzenia samej strefy, w nocy nikt nie pilnował. Arman włamał się do mieszkania na parterze, w którym nie było nikogo od kilku miesięcy. W mieszkaniu był zapas butelkowanej wody i trochę jedzenia. Zdecydował, że zanim ostatecznie opuści okolice, to jeszcze parę dni rozpozna jej bezpośrednie otoczenie. Miał jakąś nadzieje czy przeczucie, że może coś jeszcze przyjdzie mu do głowy. W trakcie dnia miasteczko wydawało się całkiem wymarłe. Obserwował przez okno, tak aby go nikt nie zauważył. Rzadko kręcili się tam ludzie. Były patrole tej samej jednostki wojskowej z którą miał już do czynienia oraz kręcili się tam dawni mieszkańcy, którzy czasem przyjeżdżali obejrzeć swoje pozostawione mieszkania. Jednak po zmroku ludzi było więcej. Nie wiadomo kim byli i skąd się brali, ale kręcili się po ulicach, prawdopodobnie szabrując pozostawiony dobytek. Arman w nocy również wychodził na kilkanaście minut, tak aby Jamila długo nie zostawała sama. Jej psychiczny stan po przygodach w strefie wyraźnie się pogorszył. Rozglądał się po miasteczku. Podchodził pod ogrodzenie strefy. Idąc ulicą jeden szczegół przykuł jego uwagę. Uważnie przyglądał się jej jezdni, aż w końcu położył się na chodniku i zaczął świecić latarką w miejsce, które wydało mu się interesujące. ........................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  4. @Kapistrat Niewiadomski Dzięki wielkie. Jestem amatorem a do tego to jest pierwsze moje opowiadanie. Jest w nim dużo technicznych błędów, zwłaszcza powtórzeń.
  5. Albania. Nowa osada 30 km od strefy. Siedem miesięcy od błysku. - Lutnę ci. - Tylko na chwilkę. - Oberwiesz, zobaczysz, złamie ci nos albo wybiję ci zęba. - Kaltrina, chciałabyś mieć chłopaka z wybitym zębem? - Wstawisz sobie. - Ale tylko na chwilkę. - Za chwilkę, to zobaczysz błysk silniejszy od tamtego, mówiłam ci, możesz przez stanik. - Kaltrina, przez stanik? Chłopak jęknął zawiedzionym głosem. - Przez stanik to nie to samo. Przecież ja kocham ciebie a nie twój stanik. Fidan wsunął dłoń pod stanik i delikatnie pieścił nabrzmiały sutek podnieconej dziewczyny, wewnętrzną częścią dłoni. - Jakie śliczności. - Jakżeś już tą łapę wsadził to przynajmniej się nie wierć. Kaltrina przycisnęła dłoń Fidana do swojej piersi. Siedziała na jego kolanach przytulona plecami, a on siedział na belce połaci na siano w starej rozwalającej się stodole i delikatnie nagryzał ucho dziewczyny. - Ucho mi odgryziesz. Oboje patrzyli przez otwarte wrota stodoły na swoją nową okolicę. Równie malowniczą jak ta, którą przyszło im zostawić po błysku. Teren również był górzysty, a ze zbocza na którym powstawała osada, rozciągała się rozległa panorama. Tylko okolica wydawała się bardziej dzika i odlu- dna. Budowę osady dla przesiedleńców z miasteczka rząd rozpoczął już kilkanaście tygodni od błysku. Zaraz po pierwszych badaniach i zrozumieniu jakie właściwości ma strefa jasne było, że stali mieszkańcy nie będą mogli tam zostać. Nawet gdyby chcieli, to nie mogliby tam normalnie żyć, a każdy metr ziemi w strefie był bezcenny dla ludzi chorych z całego świata. Rząd, najpierw dobrowolnie a potem już przymusowo wysiedlał ludność, wypłacając bardzo wysokie odszkodo- wania. Nawet najbiedniejsi, którzy byli mieszkańcami strefy, stali się w jednej chwili ludźmi zamożnymi. Dodatkowo rząd wykupił kilkadziesiąt hektarów gruntu i angażując bardzo duże środki, zatrudniwszy kilka dużych firm budowlanych, budował dla wysiedleńców nową osadę. Każda wysiedlona rodzina miała prawo do otrzymania jednorodzinnego domu. Były one podobne do siebie. Nie były duże, ale nowoczesne i dobrze budowane, z pełną infrastrukturą. Powstawały na dość dużych działkach. Jednak budowa musiała trochę potrwać i dla tych, którzy nie mieli możliwości przeczekać jej czasu u swoich rodzin w innych miejscowościach, postawiono w kilka tygodni, tymczasowe miasteczko kontenerowe. W takich kontenerach mieszkała teraz Kaltrina i Fidan wraz ze swoimi rodzinami. Każda rodzina wiedziała już, który domek będzie ich i mogła przyglądać się budowie a nawet wnosić swoje uwagi i dodatkowe wymagania, które w miarę możliwości uwzględniano. Rząd nie wywłaszczał na stałe mieszkańców miasteczka. Umowa zakładała, że gdyby okazało się, że właściwości strefy zanikły, to mieszkańcy mieliby prawo do powrotu do swoich mieszkań oraz zachowaliby odszkodowanie i nowe, właśnie budowane domy. Kaltrina mieszkała bezpośrednio w strefie i nie miała prawa wejścia do strefy, ale Fidan nie mieszkał w strefie, ale około trzystu metrów poza nią. Tych mieszkańców również wysiedlano, na podobnych zasadach jak mieszkańców strefy, ale na zasadach dobrowolności. Jak ktoś się uparł to mógł pozostać w tych budynkach. Ponieważ warunki wysiedlenia były bardzo atrakcyjne, to niemal wszyscy się na to zgodzili. W tej części miasteczka prawie nikt już nie mieszkał. Powstała strefa “widmo” w której obowiązywała godzina policyjna i nie wolno było wychodzić z domów po zmroku, bo było to niebezpieczne. Żeby wjechać do tej części miasteczka trzeba było mieć specjalną przepustkę, wydawaną tylko dla byłych mieszkańców. Kaltrina i Fidan mieli takie przepustki a Fidan wraz z ojcem odwiedzał czasem swoje opuszczone mieszkanie. Nieco powyżej budowanego osiedla, znajdowały się ruiny dawnej przedwojennej wsi w której już od dziesięcioleci nikt nie mieszkał. Zachowało się kilka rozpadających się drewnianych chałup a w śród nich właśnie ta stodoła w której Fidan obmacywał swoją dziewczynę. Teraz to było “ich” miejsce, właśnie ze względu na to, że przez otwarte wrota był widok na całą osadę oraz na to, że stodoła była w najlepszym stanie ze wszystkiego, co po wsi pozostało. Kaltrina przytuliła się mocniej. - Fidan, w jednym z tych nowych domów będziemy wychowywać nasze dzieci. - Też tak myślę, choć kto wie co jeszcze może się wydarzyć? ***** Małe państwo europejskie. Hospicjum i dom starców. Pięć miesięcy od błysku. - Dzień dobry Penka. Znowu jesteś dzisiaj? - No przecież powiedziałam, że będę chodzić do was do końca wakacji. - Ech, ileż tu już młodych wolontariuszy się deklarowało, że będzie nam pomagać, a po kilku dniach już nie przychodzili. Penka, a ile ty właściwie masz lat? - 18. - Aż się dziwię, że masz tyle zapału, zobaczysz to ciężka i niewdzięczna praca. - Jak obiecałam to dotrzymam słowa. Młoda wolontariuszka Penka rozmawiała z niewiele od niej starszą pielęgniarką o imieniu Mila, zatrudnioną na stałe w domu opieki i hospicjum dla starych ludzi. - Mila o co tu właściwie chodzi z tymi dziadkami? Oni tworzą jakieś grupy? - Już to zauważyłaś? Wiesz, to w sumie dziwna sprawa. Wydawałoby się, że wszyscy są w podobnej sytuacji i wszyscy razem powinni się kochać i wspierać nawzajem. - No właśnie. - A widzisz, jednak nic takiego się nie dzieje. To swoista subkultura pełna psychicznej przemocy, nietolerancji i zazdrości. Trochę to przypomina subkulturę dzieci w szkole. Tam też nie obowiązują żadne prawa. Może dlatego, że starym ludziom rozumy dziecinnieją. Najgorszy jest ten, którego przezywają Kazu. Jest tu najdłużej i w sumie, choć jest ciężko chory, to trzyma się z nich wszystkich najlepiej. Potrafi dokuczać nawet umierającym pacjentom. Aż mam czasem ochotę trzepnąć go w tyłek. Ma grupę swoich popleczników i trzymają się razem. Inni ich nie lubią. Też tworzą różne grupy. Jedne się wspierają a inne wręcz przeciwnie. Potrafią drzeć się na siebie o głupoty. O to, co oglądać w telewizji albo kto ma dostać pierwszy porcję przy posiłku. Mila i Penka zajęła się pacjentami z sali w której przebywają najciężej chorzy. Wymagają oni stałej opieki, włącznie z czynnościami higienicznymi. Nie mają już siły wstawać z łóżka. - Chodź, od nich zaczniemy. Tu mamy najwięcej pracy. Pomożesz mi. Ten od którego zaczniemy ma przezwisko Dziadek. Tak go przezywają bo czasem przychodzi do niego wnuczka i tak do niego mówi. Wielu z nich ma tu swoje przezwiska. Dziadek jest chyba w najgorszym stanie ze wszystkich. Ma raka prostaty, zostało mu najwyżej kilka tygodni życia. Ma tu przyjaciela z którym razem spędzali czas, jeszcze jak Dziadek był w lepszym stanie. Ma na imię Tatun. To ten bardzo szczupły, wysoki, który właśnie wyszedł z sali jak weszliśmy. Tatun siedzi przy Dziadku prawie cały czas. Bardzo się lubią. Dziadek teraz często traci świadomość. Leży i mówi coś do siebie, często też wymawia imię jakiejś kobiety. Ale jeszcze czasem jest przytomny i świadomy. Zawsze był bardzo uprzejmy. - Czy ich ktoś z zewnątrz odwiedza? - Bardzo rzadko i tylko niektórych. Do Dziadka akurat przychodzi wnuczka, raz na jakiś czas. Teraz, jak mu się pogorszyło, to nawet dosyć często. Po kilku dniach. Penka pracowała w sali sąsiadującej z tą, w której przebywali najbardziej chorzy pacjenci. Ponieważ drzwi były pootwierane, to mogła słyszeć co dzieje się obok. Na salę przyszedł pacjent o którym mówiła mu Mila, a którego przezywali Kazu. Nie zauważył, że Penka jest w sali obok i może słyszeć co on mówi. - Co staruchy? Kostucha już wam w oczy zagląda? Już niedługo, niedługo się z nią przywitacie. Jeden z pacjentów powiedział mu żeby sobie poszedł, ale ten ani myślał. - A co to, nie wolno mi sobie tu przyjść? Nikt mi niczego tutaj nie zabroni. A może nieprawdę mówię? O, jak tam nasz Dziadek? Jemu to się jeszcze panienek zachciewa. Co to za jedna o której ciągle bredzisz? Co? - Co cię to obchodzi, wypad stąd bo zawołam siostrę. - A sobie wołaj, ciebie już kostucha za rękę trzyma a tobie jeszcze dupeczki w głowie. - Jakbym był silniejszy to w ryj byś za to dostał. - Teraz to możesz sobie siusiu do pieluchy zrobić. Do piachu Dziadek, to twój plan na najbliższe dni. Tobie to by już nawet bozia z Albanii nie pomogła. Penka to usłyszała i zastanowiła się nad ostatnim zdaniem wypowiedzianym przez Kazu. Pomyślała: - “Skąd to wiesz, staruchu?” Do sali przyszedł Tatun. Pomimo, że nie zostało mu już wiele sił to wypchnął Kazu z sali. - Wypierniczaj stąd stara pierdoło! Penka nie wytrzymała i weszła do sali. Dziewczyna zabroniła Kazu tu przychodzić. - Ty smarkula to możesz sobie pogadać. A tobie Tatun już też wiele nie zostało. Obrońca zasrańca się znalazł. Po kilku dniach Penka zauważyła, że do Dziadka przyszła wnuczka w odwiedziny. To była młoda dziewczyna o imieniu Slavia. Jak Slavia już wychodziła to Penka do niej zagadała: - Cześć, jestem Penka, pracuję tu społecznie na wakacjach i poznałam trochę twojego dziadka. To bardzo miły człowiek. - Tak wiem, dziękuję wam wszystkim, że się nim opiekujecie, sama widzisz w jakim jest stanie. - Chciałam się zapytać czy nie myślałaś o złożeniu wniosku, aby twojego dziadka umieścić w strefie? - W jego stanie? Myślisz, że to jeszcze możliwe? - No chyba właśnie w jego stanie powinien tam pojechać. - Podobno dużo z tym roboty. - Może mogłabym ci pomóc, poczytamy razem o tym w internecie. Może kierowniczka nam pomoże? - Ok, to rzeczywiście trzeba zrobić! Trzy dni później Penka i Slavia rozmawiają z dyrektorką domu starców. - Pani dyrektor. - Tak. - Tu jest wielu starych, umierających ludzi. - Wiadomo. - No właśnie, dlaczego nie składacie dla nich podań o dostanie się do strefy? Może któregoś z nich przyjmą i przedłużą mu życie? - Nie mamy obowiązku ani nawet prawa wypełniać dla nich tych wniosków, to powinny robić ich rodziny. A poza tym, z tego co wiem, to już każdemu odmawiają. Wszystkie miejsca rozdysponowane podobno. - No tak na pewno nie wiadomo, ta weryfikacja chyba jeszcze jest w toku, a ich rodziny rzadko już się nimi interesują. - Chciałybyśmy we dwie wypełnić wniosek dla dziadka Slavi. Pomoże nam pani? - Jeśli chcecie to proszę bardzo. Udostępnię wam wszystkie dane i powiem jak przygotować dokumentację medyczną. Trzy dni później. Na salę z najciężej chorymi przyszedł Pop. Jak co dzień rozdał chętnym komunię i już miał wychodzić jak Dziadek dał mu znać, żeby ten do niego podszedł: - Chciałbym się o coś zapytać. - O czym chcesz porozmawiać? - Właściwie to tylko zapytać. - Słucham cię. - Proszę mi odpowiedzieć na pytanie. Pop przysunął się do ust pacjenta, a ten zaczął mu coś przejęty, szeptem opowiadać. W końcu skończył. - Nie martw się synu. Prawdziwa miłość nie może być grzechem. Pan Bóg dał nam wolną wolę i mamy prawo z niej korzystać. Pop wyszedł a Dziadek wyraźnie uspokojony pogrążył się w dawnych wspomnieniach i uśmiechał się do siebie. ***** Sześć tygodni później. Dyrektorka woła wolontariuszkę: - Penka, chodź do mnie do gabinetu. - Tak pani dyrektor. - Jurto kończysz, chciałam ci bardzo podziękować. Jesteś nadzwyczajną dziewczyną. Mam dla ciebie jeszcze wiadomość. Przyszła decyzja w sprawie tego pacjenta dla którego pomagałaś sporządzać wniosek. Dostał zgodę, przysłali bilet. - Ma pani bilet dla Dziadka? - Mam. Za dziesięć dni ma jechać do strefy. Powiadomiłam już rodzinę. Jego wnuczka zadeklarowała, że z nim pojedzie, zawieziemy go specjalną karetką. Tylko nie mów nikomu bo inni bardzo by się tym przejęli. On też jeszcze nie wie. Ja naprawdę nie rozumiem kto tam te bilety przydziela i jak to wszystko tam działa. Do tej pory dla wszystkich naszych pacjentów przychodziły tylko odmowy, że rekrutacja już jest zakończona i przez dwa lata nie będzie już miejsc. Muszę ci przyznać, że miałaś dobry pomysł. - Ale się cieszę. - Tak naprawdę to Dziadek nazywa się Petyr Sokol. ***** Grecja, wioska rybacka na wybrzeżu Morza Egejskiego w okolicach Salonik, dziewięć miesięcy od błysku. - Lalunia, hej lalunia, gdzie tak pędzisz, co? Czekaj no, pogadamy. Trzech młodych Greków, którzy zatrzymali swojego pikapa na parkingu przed małym wiejskim sklepem, piło piwo i głośno zaczepiało młodą dziewczynę z wioski. Piwo pili wszyscy, nawet kierowca. Dziewczyna próbowała szybko oddalić się z tego miejsca nie podejmując rozmowy. Przestraszyła się tych ludzi, których nie znała bo nie pochodzili z jej okolic. Jednak towarzystwo nie dawało za wygraną. Dziewczyna była bardzo ładna a cała trójka rozzuchwalona wypitym już alkoholem. Wstali i zastąpili jej drogę. - No gdzie tak uciekasz, nie chcesz z nami pogadać? Nie podobamy ci się? - Nie mam czasu, spieszę się do domu. Dziewczyna ominęła zaczepiających gwałtownym skrętem i zaczęła uciekać bardzo szybkim krokiem, niemal biegnąc. - Poczekaj, nic ci nie zrobimy, tylko pogadamy. Masz chłopaka? Jednak dziewczyna nie chciała już z nimi rozmawiać tylko biegła w stronę domu. Dwóch z nich jednak ją dogoniło i jeden złapał ją za ramię. - Dokąd to lalunia? Jak ci mówimy, że masz z nami pogadać to znaczy że masz! - Puść mnie to boli! - Puszcze cię, jak powiesz jak masz na imię. - Puść mnie, mam na imię Nila. - Nila, no proszę. Jaka krnąbrna. - To masz chłopaka czy nie masz? - Nie mam, zostawcie mnie. - Nie masz? To może chciałabyś mieć. Wybierz sobie któregoś z nas. - Puśćcie mnie bo będę wołać o pomoc. - Nie podobamy ci się? - Nie. - Co takiego? Słyszeliście, nie podobamy się panience! Dziewczyna w końcu wyrwała się i zaczęła uciekać. Po chwili cała trójka wsiadła do auta i zaczęła powoli jechać w stronę, w którą ona uciekała. Pech chciał, że akurat jak wyjechali zza rogu w następną przecznicę, to zdążyli zobaczyć gdzie wbiega do domu. Był to ostatni dom na wysokiej skarpie tuż przy plaży, najbliżej morza. Natręci popatrzyli na siebie znacząco i postanowili, że nie pojadą dalej, ale zatrzymają się na noc w tej wiosce. Umówili się, że będą spać na plaży i skierowali pikapa w jej stronę. ***** Kiedy pociąg dojeżdżał już do Salonik to Arman zdecydował, że nie będzie wjeżdżał do centrum miasta. Nie chciał znowu ryzykować poszukiwania noclegu w hotelu, gdzie sprawdza się paszporty a poza tym robiło się już późno. Oboje z Jamilą byli już bardzo zmęczeni. Postanowił, że wysiądą na przedmieściach Salonik i pójdą w stronę morza do najbliższej wioski, próbując znaleźć jakiś nocleg. Wysiedli na nieznanej sobie, małej stacji. Arman widział z okien pociągu, że stacja jest w pobliżu morza. Udali się z przystanku kole- jowego w stronę zabudowań. Arman wybrał pierwszy dom na skraju z ładnym widokiem na morze i zapukał do drzwi. Otworzył mężczyzna w średnim wieku o spalonej słońcem twarzy. - O co chodzi? Zapytał po grecku. - Przepraszam, czy mówi pan choć trochę po angielsku? - Nic nie rozumiem, jesteście turystami? - Czy ktoś mówi po angielsku? - Nila, chodź na chwilę! Mężczyzna zawołał w stronę wnętrza domu. Po chwili przyszła ładna młoda dziewczyna. - Może ty go zrozumiesz? - Mówisz po angielsku? - Trochę, słabo, a o co chodzi? - Szukam noclegu dla siebie i córki, zapłacę wam albo może pokaż mi kogoś kto przyjmuje turystów. - W wiosce nie ma nikogo kto wynajmuje pokoje turystom, jesteśmy tu rybakami. Miejscowości turystyczne są bardziej na północ. Chce pan u nas spać? - Tak, jeśli to możliwe. - Jesteście turystami? - Tak, właśnie. Dziewczyna zapytała ojca po grecku czy to możliwe. Ojciec długo się zastanawiał, ale w końcu odpowiedział: - Jeśli chcą zapłacić to niech śpią, przygotuj im pokój na górze i tak stoi pusty. W końcu jest z dzieckiem a robi się późno, gdzieś spać muszą. Nila przetłumaczyła Armanowi, że jeśli chce, to mogą spać w pokoju na górze, ale luksusów u nich nie ma. Arman się ucieszył. - Zrobić wam coś do zjedzenia? - Jeśli to możliwe, to byłbym wdzięczny. - A ty mała jak masz na imię? Uśmiechnęła się do Jamili. - Ona nie mówi, jest chora. Nila zaprowadziła Armana i Jamilę do skromnie urządzonego pokoju z jednym dużym łóżkiem, stolikiem z czterema krzesłami i pustą szafą. - Zaraz przyniosę wam pościel. Usmażę wam rybę, będzie za 20 minut, zejdźcie na dół na taras. Łazienka jest na dole, można wziąć prysznic. - Dziękuję za wszystko, jesteś bardzo miła. Oboje skorzystali z prysznica a następnie zasiedli do kolacji. Ryba smakowała im znakomicie, zwłaszcza że od rana nic nie jedli. Porozmawiali z dziewczyną oraz z jej ojcem, któremu Nila trochę tłumaczyła. Opowiedziała im, że mieszka tylko z ojcem. Matka zmarła kilka lat temu a wcześniej ciężko chorowała. Ojciec jest rybakiem i pracuje na kutrzeu bogatszego kuzyna. Kilka razy w tygodniu wypływają w morze. Ona pomaga przy przygotowaniu ryb i przy sieciach oraz dojeżdża do szkoły średniej do Salonik. Wiodą skromne, spokojne życie, jak większość ludzi w tej rybackiej osadzie. Nila zapytała również o Jamilę. Jej ojciec kiedy usłyszał, że Jamila jest chora, to coś powiedział do Nili po grecku. Arman tego nie zrozumiał, ale widział, że dziewczyna i ojciec znacząco na siebie popatrzyli. W końcu oboje poszli na górę i szybko zasnęli. Byli bardzo zmęczeni. W środku nocy obudził ich głośny łomot i krzyki. Najpierw ojca Nili a potem jej samej. Arman nie rozumiał słów, ale wiedział, że rodzina na dole została napadnięta i że oboje na pewno wzywają pomocy. Kazał wystraszonej Jamili położyć się pod łóżkiem i w żadnym razie stamtąd nie wychodzić. Po cichu otworzył drzwi, ale nie zapalał światła. Podszedł do schodów na korytarzu i obserwował co dzieje się na dole. Krzyki ucichły, słychać było tylko szamotaninę. Arman widział, jak jeden z bandytów posadził ojca na krześle i przyłożył mu nóż do gardła a dwóch pozostałych rzuciło Nilę na łóżko w jej pokoju. Jeden trzymał jej ręce i kneblował dłonią usta a drugi zerwał z niej majtki i rozchylał uda. Arman widział to przez otwarte drzwi pokoju. Dziewczyna walczyła. Po cichu zszedł na dół. Ponieważ korytarz był ciemny, napastnicy nie mogli go zauważyć. Był spokojny. Ocenił chłodno siłę napastników. Byli młodocianymi bandytami. To nie byli wojownicy jego kalibru i nie mieli broni palnej. Najbliżej schodów był ten, który terroryzował ojca nożem. Nawet Armana nie zauważył, poczuł tylko że jakaś niewidzialna siła łapie go nagłym żelaznym uściskiem za nadgarstek ręki w której trzymał nóż, a następnie poczuł potworny ból wykręcanego gwałtownie przedramienia i usłyszał chrupot rozrywanych wiązadeł stawów, łokcia i barkowego. Nóż przeleciał w powietrzu cały pokój. Następnie Arman wskoczył do pokoju i wyprowadził dwa szybkie ciosy. Jeden ręką, drugi nogą. Pierwszy złamał nos i wybił dwa zęby temu, który próbował zgwałcić dziewczynę, a drugi zadany w okolicę splotu słonecznego, pozbawił przytomności na kilkanaście sekund tego, który ją przytrzymywał. Ci przytomni zaczęli wrzeszczeć z bólu i uciekać w panice wywlekając swojego kolesia, który znowu zaczął oddychać, ale nie był w stanie nawet krzyczeć. Nila i jej ojciec zaniemówili zaskoczeni nagłym zwrotem akcji. W końcu wszyscy wyszli na taras przed dom. Wtedy zauważyli, że napastnicy dobiegają do swojego pikapa zaparkowanego na plaży. Samochód natychmiast ruszył i najszybciej, jak to tylko było możliwe, boksując w piaszczy- stej plaży, wjechał na asfaltową drogę a następnie z piskiem opon odjechał w stronę głównej drogi prowadzącej do Salonik. Nila objęła Armana za szyję i płacząc przytulała się do niego, powtarzając po angielsku jak mantrę: - Dziękuję, dziękuję. Nawet Jamila wyszła spod łóżka i patrzyła z góry przez otwarte okno co się dzieje. Kiedy emocje trochę opadły Arman spokojnie poszedł na górę i położył się spać. Zanim zasnął, to słyszał jeszcze, że poruszony rybak do kogoś dzwonił. Miał nadzieję że nie na policję. Kłopoty nie były mu potrzebne. ............................. Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  6. Nazajutrz Arman od razu udał się do wypożyczalni samochodów, których w Nikozji jest kilka i wypożyczył wysłużonego Forda. Spakowali się i pojechali do Kato Pirgos. Po dojechaniu do miasta, zaparkował w dzielnicy portowej i poszli na spacer do portu. Oglądali statki wycieczkowe, małe i większe jachty prywatne, zacumowane przy portowej kei. Większość z nich była na głucho pozamykana i zabezpieczona, ale przy niektórych kręcili się ludzie. W końcu przechodząc koło baraku kapitanatu zauważył, że z małego budynku wyszedł oficer w rozpiętym, marynarskim, białym mundurze i niedbale założoną marynarską czapką. - Dzień dobry, duży ruch dzisiaj. - Tak, środek sezonu, przypływają i odpływają. - Wszystkie płyną do Grecji? - Nie, różnie, niektóre do Turcji, niektóre na wyspy, przede wszystkim turyści. - Da się stąd kupić bilety na jakiś prom do Grecji? - Nie, nie słyszałem o regularnych promach, chcecie płynąć do Grecji? - Gdyby była taka możliwość. - Musielibyście chyba się z kimś dogadać, nie raz się zdarza, że żeglarze zabierają pasażerów, najczęściej żeby trochę dorobić, ale do Grecji leci się samolotem, to za daleko na wycieczkę morską. To prawie całe Morze Śródziemne, żartów nie ma, bywają sztormy. - Nie wie pan które łódki popłyną do Grecji w najbliższym czasie? - Z tego co wiem to w najbliższych trzech dniach nikt stąd nie wypłynie. Wtedy z dużego, bogatego jachtu, przycumowanego do portowej kei, jakieś sto metrów od miejsca w którym się znajdowali, wysiadła... ona. Arman szanował kobiety i nigdy nie był w stosunku do nich zanadto złośliwy, jednak tą księżniczkę zupełnie bez udziału świadomości, natychmiast ochrzcił w myślach na własny użytek. Ona to “Piggy”*. Otyła czterdziestolatka o tłustej okrągłej twarzy i ogromnych ustach, nastrzykniętych botoksem i pomalowanych czerwoną szminką, szła w różowej, za krótkiej i za ciasnej sukience, eksponując swój wielki biust, tłuste łydki oraz obcierające o siebie uda. Szła niezdarnie w wysokich czerwonych szpilkach, kołysząc zamaszyście olbrzymimi biodrami, nad którymi w harmonii z jej ruchem, podskakiwała opona sadła, obejmująca właścicielkę jak koło ratunkowe. W ten rytm wpasowały się również podskakujące, masywne okrągłe piersi, szukające sobie drogi wyjścia ze zbyt obcisłego dekoltu. Mechanika ruchu księżniczki Piggy wydawała się tak niestabilna, jakby każdy kolejny krok groził katastrofą. Jednak ona parła naprzód jak wielka wojenna machina. Na dodatek zbliżała się do miejsca gdzie Arman rozmawiał z dyżurnym oficerem portu. Za księżniczką, dziarskim krokiem, podążało dwóch przystojnych młodych ochroniarzy. Arman z Jamilą i oficerem przybliżyli się do budynku, żeby ten śmieszny korowód miał wystarczająco dużo miejsca na bezpieczne przejście obok nich, bez konieczności zbliżania się zanadto do krawędzi portowego basenu. W chwili, kiedy księżniczka przesunęła swoje body tuż obok Armana, ten popatrzył jej w oczy. Jednak rzadko się mylił. Zobaczył to, czego oczekiwał. Czuł, że znowu dopisuje mu szczęście. Piggy mierzyła go wzrokiem od dołu do góry z wyraźnym przystankiem w połowie, a następnie on w jej oczach zobaczył blask. Od razu zauważył, że to nie były niewinne robaczki świętojańskie. Rozpoznał w tym blasku “kurwiki”. Nie miał czasu ogarnąć myślami sytuacji, jednak instynkt podpowiadał mu włączyć uśmiech. Uśmiech, który pomoże mu rozwiązać kolejny problem. Pochód minął obserwatorów i Piggy udała się w stronę czekającej już, wynajętej limuzyny. Jednak księżniczka obejrzała się jeszcze, odwzajemniając uśmiech. Po krótkiej chwili, kiedy oszołomienie sytuacją oraz silnym zapachem drogich perfum minęło, zwrócił się do oficera: - Kto to jest? - To jakaś niemiecka milionerka, która mieszka w Grecji, chyba wdowa czy rozwódka, często w sezonie przypływa tu grać w kasynie. - Jest sama? Oficer uśmiechnął się znacząco. - No, wychodzi z jachtu sama, ale rzadko sama na jacht wraca. Prawie zawsze kogoś przyprowadzi. - Aaa, przyprowadzi, długo tu będzie? - O, rzeczywiście, o niej nie pomyślałem, ona wraca pojutrze. - Mówi po angielsku? - Tak, dosyć dobrze, kiedyś z nią rozmawiałem. - Wychodzi na ląd o jakiś stałych porach? - Wydaje mi się, że zawsze około 14 a wraca późnym wieczorem, chcesz się z nią zabrać? Oficer uśmiechnął się jeszcze bardziej znacząco niż poprze- dnio i popatrzył rozbawionym wzrokiem. - Chyba drogo by chciała. Tym razem Arman się uśmiechał. - Chłopie lećcie samolotem, taniej cię wyjdzie. - No dzięki, zobaczymy. W głowie Armana od razu rysowały się ramy planu jutrzejszej zasadzki, którą zamierzał zastawić na księżniczkę. Lustrował otoczenie i ustalał szczegóły. W odległości około dwustu metrów od miejsca w którym się znajdowali w bezpośrednim sąsiedztwie morza, znajdowała się mała nadmorska knajpka. Pomimo tego, że przylegała do portu to właściciel zorganizował na niej niewielką plażę. Przywiózł parę ciężarówek piasku oraz rozstawił dla klientów kilka leżaków i parasoli. Można było kupić napój, wino lub drinka i usiąść nad wodą. Było tam kilku turystów, pewnie tych ze stojących na kei jednostek, a niektórzy nawet w kąpielowych strojach. Do tego, do tej plaży przynależał mały park zabaw dla dzieci z kilkoma huśtawkami i piaskownicą. Wszystko to było bardzo blisko drewnianego pomostu, którym z kei schodziło się na ląd. Czyli księżniczka musiała tamtędy przechodzić. Plan który konkretyzował się w jego głowie był w sumie dosyć prosty. Przyjedzie tu jutro o 13 z Jamilą. Zamówi coś w barze, zainstaluje córkę na placu zabaw a sam przysunie leżak tak blisko jak tylko się da do pomostu, rozbierze się do kąpielówek, nasmaruje olejkiem, ustawi leżak w taką stronę, żeby Piggy zanim koło niego przejdzie, mogła mu się dobrze przyjrzeć i dokładnie ocenić wszystkie zalety jego atrakcyjnej anatomii. Resztę postanowił pozostawić naturze. Jeśli księżniczka do niego nie zagada i sama nie zaproponuje mu wizyty na jachcie to w ostateczności spróbuje ją zapytać czy może zabrać ich do Grecji. Nazajutrz pożyczonego Forda zaparkował przy nabrzeżu i zjawił się z Jamilą punktualnie o 13 w upatrzonym miejscu. Kupił córce napój i wytłumaczył jej, że gdyby na pół godziny musiał odejść z jedną panią, to żeby się o niego nie martwiła tylko spokojnie na niego czekała oraz żeby bez niego nie wchodziła do wody i nie oddalała się z placu zabaw. Jeśli będzie z kimś rozmawiał, to żeby mu nie przeszkadzała. Następnie zdjął ubranie, zostając tylko w najbardziej seksownych kąpielówkach jakie posiadał i wysmarował się olejkiem do opalania. Zajął również upatrzone miejsce. Jamila głupio się na niego patrzyła, ale w końcu poszła na huśtawki. Wyglądał jak grecki bóg na wakacjach na Cyprze. W końcu nadeszła godzina zero. Znajomy korowód wyruszył w jego stronę z tą tylko różnicą, że zamiast różowej, sukienka była czerwona i Piggy wyglądała jeszcze bardziej wyzywająco. No w zasadzie jak aktorka filmów “xxx” w rozmiarze “xxl“. Arman naprężył mięśnie eksponując kaloryfer i bicepsy i zamarł w bezruchu, oczekując rozwoju sytuacji. Wyglądał tak, że nie było na świecie kobiety w wieku od lat piętnastu do stu, która nie zwróciłaby na niego uwagi, choćby nawet była zakonnicą. Milion dolarów to chyba zbyt mało, żeby właściwie wyrazić jego efektowną posturę. Udawał, że patrzy w stronę morza, jednak czuł niemal fizyczny dotyk wybałuszonych oczu Piggy, która wpatrywała się w niego jakby był kosmitą. Potknęła się przez to, omal nie lądując w jego ramionach i może pozbawiając go życia, a na pewno przytomności. Jednak księżniczce przyszedł z pomocą ochroniarz i udało jej się złapać równowagę. Zatrzymała się tuż przy nim i zagadała łamaną greką: - Ej wojowniku, jesteś marynarzem? - Wolałbym rozmawiać po angielsku, nie znam greckiego. - Pytam cię wojowniku czy jesteś marynarzem? Odpowiedziała po angielsku. - Tak jestem, pływam na tankowcach, ale teraz jestem z córką na wakacjach. Za kilka dni muszę wrócić do Grecji, bo znowu rozpocznę długi rejs. - W Grecji masz żonę? - Nie, jestem wdowcem. - A wdowcem, to może chciałbyś zwiedzić mój jacht? - No, nie chciałbym przeszkadzać. - Ależ nie będziesz mi przeszkadzał, serdecznie zapraszam, gdybyś chciał, to mógłbyś nawet ze mną wrócić do Grecji. - Naprawdę? To byłaby wspaniała przygoda dla mojej córki. - A no tak, twoja córka, no mogłaby z nami płynąć, na jachcie jest kilka kajut. Co z nią zrobisz w Grecji? - Przyleci po nią babcia. - Moglibyście nawet zwiedzić mój grecki apartament i pomieszkać ze mną kilka dni. - Ależ droga pani, byłoby wspaniale. - Naprawdę? No mój “warrior“* powiedz, że wpadłam ci w oko? Jak masz na imię? - Mam na imię Arman. - Dziwne imię, czy mogę mówić ci warrior? - No jeśli tak, to ja będę do pani się zwracał księżniczko. A jak księżniczko, ty masz na imię? - Jestem Helga, to kiedy przyjdziecie? Wypływam jutro po południu. - Naprawdę możemy? - Oczywiście. - No to przyjdziemy około 15, czy tak będzie dobrze? - Ok, każę przygotować kajutę dla twojej córki. - No, ja też chciałbym popłynąć. - Dla ciebie też znajdzie się miejsce, może wystarczy nam moja kajuta? Odebrało mu głos, jedyne co umiał zrobić w danej chwili to głupio się uśmiechnąć i przełykać ślinę, lecz po chwili krtań mu odblokowało i na zakończenie dodał: - Ok, jesteśmy umówieni. Księżniczka Helga wyraźnie zadowolona, poprowadziła swój konwój w dalszą drogę, a on złapał głębszy oddech i rozejrzał się za Jamilą. Na szczęście spokojnie się bawiła. Zawołał ją: - Kończ zabawę, wracamy do hotelu, jutro popłyniemy statkiem, popłyniemy do innego kraju. Arman zanim wrócił do hotelu to udał się do wypożyczalni samochodów: - Dzień dobry, mam od was wypożyczony samochód. - Coś z nim nie tak? - Nie, wszystko w porządku, ale chciałbym się dowiedzieć czy mogę go jutro zwrócić w Kato Pirgos a nie tutaj w Nikozji. - Niestety, jest to niemożliwe. Nie mamy nikogo w Kato Pirgos, ale poczekaj chwilkę. Właściciel wziął telefon i gdzieś zadzwonił. Po kilkuminutowej rozmowie po grecku, której Arman nie rozumiał, właściciel powiedział: - Zadzwoniłem do innej wypożyczalni. Oni mają filię w Kato Pirgos. Ten nasz zwróć dzisiaj a oni jutro podstawią wam inny samochód, który będziesz mógł zwrócić w Kato Pirgos. - Dzięki za pomoc. Nazajutrz rzeczywiście dostarczono starego Volkswagena. Arman zostawił Jamilę w hotelu a sam udał się w stronę centrum Nikozji. Miał jeszcze jedną ważną sprawę do załatwienia, która według niego była istotnym elementem jego planu, a mianowicie wizytę u lekarza. Zauważył już wcześniej w centrum prywatny gabinet lekarski w którym zapewne udzielano pomocy medycznej turystom. Zwrócił uwagę, że na witrynie był napis o tym, że porady udzielane są także po angielsku. Jeszcze w hotelu, rano pod prysznicem, rozpoczął intensywne przygotowania do tej wizyty. A mianowicie bardzo mocno i długo drapał się w miejscu intymnym. Nie bez bólu, ale udało mu się w końcu wydrapać bardzo ładny rumień a nawet w kilku miejscach poczynić zadrapania tak głębokie, że spowodowały kilka drobnych ranek w okolicach krocza. Z uśmiechem lustrował wacka z orzeszkami przed lustrem i był wyrażanie zadowolony z efektu. Wszedł nieśmiało do gabinetu z nadzieją, że zastanie tam emerytowanego lekarza płci męskiej, no a już w najgorszym przypadku jakąś starą, słabo słyszącą i widzącą lekarkę. No niestety tutaj szczęścia nie miał. Przywitała go z uśmiechem i wyraźnym zainteresowaniem, młoda zgrabna Greczynka, której kruczo czarne, gęste, długie włosy, kontrastowały z bielą lekarskiego fartucha. Na szyi miała przewieszony stetoskop. Chciał w pierwszym odruchu uciekać, ale jednak zdecydował się kontynuować misję. Rozpoczął nieśmiało konwersację: - Dzień dobry, czy mówi pani po angielsku? Bo ja nie znam greckiego. - Oczywiście, słucham co panu dolega? - Hmmm, pani doktor, chodzi o to że... mnie bardzo swędzi. Lekarka popatrzyła na niego z wyraźnym zaciekawieniem. Choć jej twarz wydawała się profesjonalnie obojętna to on doskonale widział, że w oczach tej młodej “francy” pojawił się błysk radości. - A gdzie? - No właśnie pani doktor nie bardzo wiem jak to powiedzieć. - No chyba nie tam gdzie myślę? Jednak lekarka do końca jeszcze profesjonalistką nie była, bo na jej twarzy, pomimo intensywnych starań z jej strony i tak zaczął pojawiać się uśmiech: - No wyjścia nie mamy, za parawan i ściągaj chłopie gacie, trzeba to zobaczyć. Pomimo, że walczył z sobą, to nie miał innego wyjścia jak wykonać polecenie. Zrozumiał co narobił. Ta młoda dziewczyna będzie pierwszą od czasu Amani która... go zobaczy, i to jeszcze podrapanego. - Ojejej, nie możesz się człowieku aż tak drapać, bo jeszcze jakiejś infekcji się nabawisz. Lekarka zrobiła krótki wywiad, pytała czy ma jeszcze jakieś inne poważniejsze objawy czy ma gorączkę czy miał jakieś ryzykowne zachowania seksualne. Arman zaprzeczył. - Nie wygląda to szczególnie groźnie. Kim jesteś z zawodu? - Marynarzem. - No właśnie, na statku pewnie trudno dobrze dbać o higienę a ciężko się pracuje. To wygląda na infekcję grzybiczą. Przepiszę ci maść i za kilka dni objawy powinny ustąpić. Gdyby do tygodnia swędzenie nie ustępowało to koniecznie jeszcze raz do lekarza. Wtedy trzeba będzie zrobić szczegółowe badania. - To świetnie, bardzo się cieszę, że to nic groźnego. Pani doktor mam jednak do pani pewną prośbę. - Tak, słucham? - Chodzi o to, że za dwa dni wypływam w długi rejs na tankowcu. Kłamanie przychodziło mu z trudem, ale jego zadanie było najważniejsze. - I chodzi o to, że na naszym statku jest bardzo upierdliwy felczer, który jest pupilkiem kapitana i który znając moralność członków załogi, przed rejsem zawsze chce... oglądać. Jak ma jakieś wątpliwości to każe iść jeszcze na lądzie do lekarza a jak nie, to zdarzało się, że nie wpuszczał marynarzy na pokład. Właściwie to dlatego tu przyszedłem. Czy pani doktor mogłaby wystawić mi zaświadczenie, że to nic groźnego? Takie na zwykłej kartce czy recepcie. - Wydaje mi się że tak, jednak będę musiała napisać, że nie wolno ci przez dwa tygodnie mieć kontaktów seksualnych, aż do zakończenia leczenia. W tym momencie Arman poczuł się bohaterem. Czuł, że nikt go nie pokona. Przyszedł tylko po zaświadczenie, że jest niegroźnie chory. Natomiast to, co zaproponowała lekarka było absolutnie trafną odpowiedzią na jego potrzeby. - To nie ma znaczenia, przecież my same chłopy. - No różnie to bywa. - No, pani doktor, mnie podobają się tylko szczupłe brunetki o greckiej urodzie. - Marynarzu, jesteś pierwszym, który podrywa mnie na... swędzącego wacka. Oboje się roześmiali: - No przyjdź jak wrócisz, popatrzymy czy jesteś już zdrowy. No dobrze to piszemy, tutaj masz receptę na maść a tu piszemy zaświadczenie, rozpoznanie, zalecane leczenie i zakaz seksu! Arman wziął kartkę do reki i popatrzył z rozczarowaniem. - Co to jest? Przecież to po łacinie? - No to co? Każdy lekarz zrozumie. - Ten nasz to felczer, pewnie niedouczony i do tego jest Niemcem, najlepiej byłoby jeszcze dopisać to samo po niemiecku. - Sorry człowieku, chyba mnie przeceniasz. - No a po grecku albo angielsku? - No dawaj z powrotem, to da się zrobić. Odetchnął z ulgą. Lekarka przybiła pieczątkę. Popatrzył na zaświadczenie z prawdziwym rozrzewnieniem. Trzymał w ręku to, co w ojczystym kraju jego ojca jest absolutnie niezbędne do rozwiązywania każdego, nawet błahego problemu, a mianowicie... bumaszkę*. Wrócił do hotelu, odmeldował się w recepcji przepraszając, że wyjeżdża szybciej niż pierwotnie planował, pomógł się Jamili spakować i pojechali razem do Kato Pirgos aby nie spóźnić się na jacht księżniczki Piggy. Dojazd i zwrot samochodu zabrały trochę czasu i niemal punktualnie o 15 zameldowali się na portowej kei. Pani Helga już na nich czekała. Przywitała ich radosnym uśmiechem i wprowadziła na jacht. Był rzeczywiście luksusowy, choć może nie aż tak bardzo duży, jak to sobie wyobrażał. Była to duża pełnomorska motorówka. Cała załoga składała się z pięciu osób, wliczając w to również ochroniarzy księżniczki, którzy przeobrażali się z chwilą wejścia na pokład, jeden w kucharza a drugi w służącego miss Helgi. Do tej roli zresztą zdecydowanie bardziej pasował. Arman natychmiast nazwał go sobie roboczo... “fiutkiem“. W skład załogi wchodził jeszcze kapitan, jego zmiennik, powiedzmy pierwszy oficer (drugich ani żadnych innych już tu nie było) oraz mechanik, który zajmował się napędem oraz obsługą wszystkich urządzeń technicznych na jachcie z toaletami włącznie, a może nawet w szczególności. Jacht był wyłącznie motorowy i nie wymagał liczniejszej załogi. Po obejrzeniu kilku luksusowych kajut i kambuza, Jamilla rozlokowała się w swojej kajucie z wielkim oknem i dużym telewizorem, a Arman poszedł integrować się z księżniczką Helgą i jej załogą. Wszyscy siedzieli w pomieszczeniu, które było skrzyżowaniem messy z salonem. Arman lustrował załogę pod kątem obrony siebie i córki przed wyrzuceniem za burtę na pełnym morzu w krytycznym momencie, w którym będzie musiał udokumentować stosownym dokumentem swą niemoc przed księżniczką. Od początku w swoim planie absolutnie nie zakładał, że relacje pomiędzy nim jako pasażerem a właści- cielką mogą posunąć się do granicy, poza którą musiałby się obawiać złości ducha swojej żony. Kapitan wraz z Helgą i Armanem siedzieli wyluzowani na miękkich skórzanych sofach i rozmawiali łamaną angielszczyzną o bzdurach. O kasynach na Cyprze, o pogodzie, o kosztach utrzymania jachtu, o interesach księżniczki i związanych z nimi podatkach płaconych na Cyprze i innych nieważnych rzeczach, a “fiutek” serwował im drinki. Kapitanowi nie przeszkadzało to, że za chwilę powinien odpływać w stronę stałego lądu, ochoczo sączył alkohol a księżniczka w ogóle nie zwracała na to uwagi. Aż Arman poczuł się swojsko i zapytał go, czy czasem nie ma rosyjskiego pochodzenia, ale nie miał. Tak przegadali ponad dwie godziny. Arman zajrzał do kajuty Jamili i wyłą- czył telewizor bo zmęczona dziewczyna zasnęła. Jak wrócił, to po chwili dało się słyszeć na zewnątrz jakieś poruszenie, kroki po pokładzie i stukot odcumowywania jednostki. Kapitan przeprosił towarzystwo i udał się na górny pokład, na mostek. Po kilku minutach zawarkotał rozrusznik a następnie swój klekot rozpoczął wolnoobrotowy diesel. Po chwili obroty trochę wzrosły i Arman doczekał się wreszcie tego, co było dla niego najważniejsze. Za dużym bulajem ląd zaczął się coraz szybciej przesuwać i stopniowo oddalać. Zdążył spytać kapitana o której będą w Grecji i usłyszał, że około 8 rano. Został sam z Helgą. Rozmawiali jeszcze dwie godziny, aż w końcu stało się to, co musiało nastąpić. - Chodź pokażę ci moją kajutę, jest najładniejsza ze wszystkich. Rozumiał, że o odmowie nie może być mowy. Trzeba było zmierzyć się z sytuacją i spłacać rachunek. Jak tylko weszli do środka to nie zdążył nawet dokładnie obejrzeć różowego wystroju a od razu poczuł uścisk silnych ramion pani Helgi, z jednoczesną penetracją jamy ustnej, mokrym, mięsistym i bardzo długim językiem. Na domiar złego wojownik poczuł lekki uścisk genitaliów. - Powiedz mój warrior, pociąga cię wilgotny ślimaczek twojej księżniczki? - Bardzo moja piękna, jednak... Nerwowo złapał się za tylną kieszeń i zaczął sięgać po bumaszkę. - Nic nie mów, bardzo chciałabym byś mnie brał mój wojowniku, jednak musisz mi wybaczyć. U twojej księżniczki właśnie zaczęły się trudne dni i musimy ze trzy dni poczekać. Nie wierzył własnym uszom. Piggy była tak blisko, że nie mogła widzieć szyderczego banana na jego twarzy. Duszę wojownika wypełniło uczucie wielkiej ulgi i prawdziwego szczęścia, jednak wydobył z siebie głos a właściwie jęk pełen zawodu: - O nie, akurat dzisiaj? - Nie gniewaj się, tak nieszczęśliwie się złożyło, ale proponuję żebyśmy napili się razem i poprzytulali się trochę. No przecież zostaniecie u mnie parę dni i wszystko nadrobimy. - Nadrobimy, nadrobimy. Ochoczo przystał na propozycję. Reszta wieczoru zeszła im na spożywaniu drogiej whisky mieszanej z coca-colą. Arman przejął inicjatywę i mieszał drinki własnoręcznie, tak aby nie zwracać na to uwagi księżniczki. Mieszał te drinki w odwrotnych proporcjach, sobie trochę whisky a resztę coca-coli i lodu a księżniczce odwrotnie. Już po wlaniu w siebie przez nią pierwszego drinka zorientował się, że Piggy jest głęboko uzależniona od alkoholu. Lady wlewała więcej niż mogła przełknąć a nadmiar spływał jej po brodzie, via tłuste podbródki, wprost za dekolt. - Mój warrior, robisz świetne drinki. - Ja, ja. Po nieco ponad godzinie, jeszcze przed północą, było “po zawodach”. Arman miał przed sobą dwie puste butelki whisky, na kolanach trzymał głośno chrapiącą, przytuloną do niego Helgę. Ułożył ją na koi, troskliwie przykrył kocem i poszedł prawie trzeźwy do kajuty córki. Kobieta którą naprawdę kochał, właśnie tam potrzebowała jego obecności. Wcześnie obudził się po nerwowo przespanej nocy. Był czujny. Około szóstej rano, gdy Jamila jeszcze mocno spała, spakował jej i swoje rzeczy, tak aby na wierzchu pozostało tylko jej ubranie w którym opuści jacht. Wyszedł na pokład i uważnie wypatrywał lądu. Pogoda sprzyjała i jacht płynął bardzo szybko. Około 8 rano zbliżył się do Pireusu a właściwie do portu jachtowego, już w pobliżu centrum Aten. Na pokład wyszedł służący księżniczki. Arman powiedział “fiutkowi”, że pani nakazała aby nie budzić jej rano tak długo aż sama wstanie. Fiutek pokiwał głową ze zrozumieniem, tak jakby oczekiwał takiej właśnie deklaracji. Arman obudził Jamilę i kazał jej się przygotować “do desantu”. Niemal natychmiast jak tylko przycumowano jacht i przerzucono trap, powiedział do Jamili: - Spadamy stąd. Na pokładzie spotkali pierwszego oficera i poinformowali go, że zgodnie z umową z panią, opuszczają jednostkę i natych- miast zeszli na ląd. Kapitan był zaskoczony i zdziwiony, ale nie miało to dla niego dużego znaczenia. Mieli szczęście, ponieważ celnicy dobrze znali ten jacht. Często pływał i wiedzieli do kogo należy i skąd przypłynął. W związku z tym, nie przeprowadzali kontroli celnej u nikogo, kto z niego schodził. Układ z Piggy okazał się być dla Armana i jego córki idealnym rozwiązaniem na dostanie się z Cypru do Aten. Oboje szybko opuścili port i udali się od razu na najbliższy postój taksówek. Do centrum Aten było około 10 km. Arman bez zastanowienia zażyczył sobie, aby zawieźć ich na dworzec główny i tak skończyła się przygoda księżniczki Piggy z pięknym wojownikiem. Kiedy Helga otwarła swoje zmęczone powieki i spojrzała przekrwionymi oczyma na swoją zalaną słońcem, różową kajutę, to jej warrior siedział już w pociągu, który za chwilę powinien odjeżdżać. Arman nie zamierzał rozwodzić się nad szczegółami dalszej podróży. Saloniki były niemal wprost na północ od Aten i kierunek z grubsza mu odpowiadał. Ponieważ pociąg odchodził za 10 minut to po prostu kupił bilety, byle jak najszybciej i jak najdalej od księżniczki, która mogła poczuć się oszukana. Kto wie do czego zdolna jest niezaspokojona kobieta? .................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  7. Wyspa Cypr. Podróż promem była krótka i bardzo wygodna. Arman i Jamila dopłynęli do Girne Kalesi. To portowe miasto w części Cypru przynależnym do tureckiej jego części, czyli do Cypru Północnego. Był już wieczór, ale Arman planował jeszcze tego samego dnia dostać się do Nikozji i tam dopiero znaleźć pensjonat w którym zatrzymają się na parę dni. Chciał stamtąd zrobić rozeznanie dotyczące przekroczenia granicy do greckiej części miasta. Meldowanie się w pensjo- nacie bez wiz tureckich wiązało się z ryzykiem i nie chciał robić tego wiele razy. Przeszedł z Jamilą z portu do centrum miasta i dopytał się o możliwość dojechania do Nikozji. Okazało się, że nie byłoby z tym żadnego problemu, zarówno autobusem jak i siecią połączeń małych busów, ale ponieważ było to tylko 20 km to postanowił pojechać taksówką. Liczył na to, że znajdzie taksówkarza który mówi trochę po angielsku i dobrze zna Nikozję. Miał nadzieję, że pomoże mu znaleźć odpowiedni pensjonat. Arman już wiedział, że najlepiej dla niego nadają się małe, prywatne pensjonaty, ponieważ formalności ze szczegółowym sprawdzaniem dokumentów nie stanowią tam priorytetu. Poszedł na postój. Stało tam kilka taksówek. Przeprowadził krótki test znajomości angielskiego przez ich kierowców. Po wybraniu młodego chłopaka, który całkiem biegle posługiwał się angielskim, sformułował swoje wymagania. Taksówkarz pomyślał chwile i uśmiechnął się szeroko. - Mister wiem gdzie was zawieźć, będziesz zadowolony. Podróż nie trwała dłużej niż pół godziny i oboje wyciągali swoje plecaki przed małym pensjonatem w centrum Nikozji. Arman w recepcji załatwił pokój z dwoma łóżkami i poprosił o to, aby mógł paszporty zatrzymać bo wybierają się na wycieczkę do greckiej części miasta i będą im potrzebne. Młoda recepcjonistka wypisała tylko z paszportów niezbędne informacje i zwróciła je Armanowi, wiz nie sprawdzała. Odetchnął z ulgą i oboje poszli zanieść bagaże do pokoju, a następnie zeszli z powrotem do małej restauracji, która nie przynależała do pensjonatu, ale z nim bezpośrednio sąsiadowała. Większość gości tam właśnie przesiadywała. Wewnątrz, pomimo sporej ilości ludzi, panował spokojny, wieczorny nastrój. Słychać było stonowane rozmowy oraz cichą orientalną muzykę. Wybrali stolik i Arman dał Jamili menu, mówiąc po rosyjsku: - Wybierz coś. Wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Wzięła niepewnie kartę do ręki i wpatrywała się w nią z takim przejęciem, jakby od tego miało zależeć ich życie, a on przyglądał się tej scenie z uśmiechem. Nie rozumiała niczego, co było tam napisane po turecku i po angielsku. Jamila ogólnie miała problemy z czyta- niem. Ojca rozumiała tylko po rosyjsku, choć zauważył, że od początku podróży rozpoznawała już niektóre słowa po angielsku. Czytać nawet po rosyjsku umiała bardzo słabo. Składała litery powoli i odczytywała tylko krótkie, proste słowa. Jamila z matką porozumiewały się po czeczeńsku. On czeczeński znał słabo i jeszcze przed śmiercią Amani nie zawsze dobrze córkę rozumiał. Jamila w końcu pojęła, że ojciec robi sobie z niej żarty i zwróciła mu kartę, wykonując gest, który odczytał jako “sam sobie wybierz”, choć mógł znaczyć wiele innych rzeczy. Podeszła kelnerka i Arman zrobił zamówienie. Przyniesiono kurczaka z ryżem i warzywami, który bardzo im smakował. Następnie Arman zamówił po wielkiej szklance napoju pomarańczowego i oboje, siorbiąc powoli swoje słomki, kontemplowali nastrój orientu. I wtedy spokój został zburzony. Do restauracji wtargnęła para młodych amerykanów z ich około 10 letnią córką. Darli się na siebie już przy wysiadaniu z taksówki a następnie wydzierali się w restau- racji, najpierw długo sprzeczając się przy którym stoliku usiądą a następnie nie mogąc absolutnie dojść do porozumienia, co będą zamawiać. Arman z Jamilą odczuli to szczególnie boleśnie, bo Jankesi wybrali stolik tuż przy nich. Arman uśmiechał się patrząc na zniesmaczoną minę Jamili. Pomyślał: - „Ciekawe co by powiedziała jakby umiała mówić?” Domyślał się, że goście to amerykanie, bo już przy taksówce, jak jeszcze byli na zewnątrz, słyszał rozmowę z charaktery- stycznym amerykańskim akcentem. Intruzi trochę się uspokoili i zaczęli jeść, a on ponieważ akurat siedział w dogo- dnym miejscu, zaczął im się uważnie przyglądać. Pierwsze co zauważył to to, że mężczyzna, choć był w kolorowym t-shirtcie, to miał na sobie znoszone krótkie spodnie, które mogły być kiedyś częścią polowego umundurowania z wyposażenia jednostek pustynnych amerykańskiej armii. Zwróciła również jego uwagę muskulatura obojga. Byli bardzo atrakcyjnymi ludźmi. Ona szczupła, bardzo zgrabna o średnim wzroście a on wysoki i bardzo przystojny. Na pierwszy rzut oka było widać, że oboje są bardzo wysportowani i regularnie trenują. Arman się zarumienił bo zauważył, że nie tylko on się przygląda, ale kobieta również z ciekawością zerkała na niego i jego córkę. W końcu Amerykanka odwróciła się w stronę Jamili, która właśnie wstała z krzesła i przechodząc zbliżyła się do niej. - Cześć, może się poznamy? Jestem Gina, znasz angielski? Jak masz na imię? Jamila wystraszona schowała się za ojcem. Amerykanka się przestraszyła, że niechcący zrobiła jej jakąś krzywdę. - Jamila nie zna angielskiego, ale ja trochę znam. Arman uśmiechnął się szeroko. - Może będę mówił za nią. Ona jest małomówna. Tym razem Jankes uśmiechnął się od ucha, do ucha. - W przyszłości żona idealna, już zazdroszczę jej mężowi. To poznajmy się razem. Ja jestem Jack, a to moje; żona Gina oraz córka Nicki. Co tu robicie? Jack był bardzo bezpośredni. Zdobył tym od razu sympatię Armana. Arman lubił kontakty z takimi ludźmi. Doświadczył już, że rzadko byli nieszczerzy i złośliwi. - Właściwie to nic szczególnego, zwiedzamy, siedzimy w basenie, jeździmy nad morze, to co wszyscy. Niedawno przyjechaliśmy. Niestety z Armanem był problem. Okłamywanie innych nie wychodziło mu zbyt dobrze. Od razu zauważył, że Gina zrobiła się lekko podejrzliwa. Zwróciła również uwagę, że Jamila w ogóle się nie odzywa i jest dziwnie wystraszona. - Twoja córka boi się obcych? - W pewnym sensie tak. Nie mówi, bo jest chora. - Oj, przepraszam bardzo. Gina się speszyła. - Nic się nie stało, skąd mogłaś to wiedzieć, zresztą ona i tak nie zna angielskiego, jej matka była Czeczenką. - Była? Nie żyje? - Tak. Gina speszyła się po raz drugi. - Rozmawiasz z nią po czeczeńsku? - Słabo znam czeczeński. - To jak? Teraz to nawet Jack i Nicki czekali z żywym zainteresowaniem na odpowiedź. - Rozmawiam z nią po rosyjsku. Ona rozumie. Jestem Rosjaninem. Jack znowu uśmiechnął się od szeroko. - To ty Ruskij, nasz wróg, może jeszcze powiesz że jesteś żołnierzem? - No powiem, powiem. - Przyjacielu, nam nużno razem wypić. Przerobimy cię na naszego szpiega! Choć żarty Jacka, może na wskutek wypitych wcześniej tego dnia wielu piw, od początku do subtelnych nie należały, to Arman poczuł się prawdziwie rozbawiony i swobodny. Rozmowa zaczęła się toczyć a Arman dowiadywał się coraz więcej o swoich restauracyjnych znajomych. Wiedział już, że oboje są żołnierzami amerykańskiej armii, którzy mieszkają na stałe wraz z córką w amerykańskiej bazie wojskowej w Turcji. Dowiedział się również, że oboje są na kilkudniowym urlopie i że mają pokój w tym samym pensjonacie co on oraz że razem zwiedzają Cypr i byli już dwukrotnie w greckiej części wyspy. Armana zainteresował ten temat i Gina szczegółowo mu wytłumaczyła, że wystarczy na granicy pokazać paszporty i wypełnić prostą deklarację o grecką wizę. Tą deklarację wystarczy wypełnić tylko raz, a potem już swobodnie, po pokazaniu paszportów, można przechodzić lub przejeżdżać granicę tyle razy ile się chce. Ponieważ robiło się już późno to Jack zaproponował Armanowi, żeby umówili się na jutro po południu w tej restauracji na wspólną piwną kolację. Arman, choć w swojej szczególnej sytuacji nie specjalnie chciał integrować się z innymi, to jednak się zgodził bo inaczej mu nie wypadało a poza tym polubił bezpośredniość Amerykanów. Zaraz potem poszli z Jamilą na nocleg do swojego pokoju. Nazajutrz zwiedzali okolice, a właściwie to on poszedł zrobić rozeznanie odnośnie sposobu sforsowania granicy. Po wyjściu z pensjonatu zorientował się, że mieszkają na głównej ulicy Nikozji, która to ulica kończy się przejściem granicznym do greckiej części miasta. Z pensjonatu do tego przejścia było pięć minut drogi na piechotę. Podszedł tam z Jamilą i chwilkę się przyglądał. Panował tam duży ruch. Turyści przechodzili i przejeżdżali całymi grupami. Formalności były ograniczone do minimum, jednak paszporty sprawdzano. Następnie poszedł wzdłuż granicy, po kilka kilometrów w jedną i drugą stronę. Granicą był wysoki płot, czasem wzmocniony drutem kolczastym. Nie wyglądało to zbyt estetycznie w samym centrum historycznej zabudowy Nikozji. Praktycznie nie istniał żaden pas graniczny. Bezpośrednio za płotem, zarówno po jednej jak i drugiej stronie, tętniło życie tego zabytkowego ale również nowoczesnego, dużego miasta. Upatrzył sobie dogodne miejsce, blisko pensjonatu. Płot na krótkim odcinku przechodził wzdłuż muru niskiego budynku. Za tym murem można było się schować. Pomiędzy płotem a budynkiem było nie więcej niż dwa metry. Za płotem, po drugiej stronie, był mały ogródek prywatnego domu a wzdłuż płotu biegła tam wąska asfaltowa droga. Armana przeczucie nie myliło. Intuicja podpowiadała mu wcześniej, że w centrum takiego miasta granica będzie łatwa do sforsowania i rzeczywiście tak właśnie było. Choć ryzyko oczywiście istniało. Cała granica była dobrze oświetlona i wyposażona w kamery monitoringu. Arman wiedział, że Jamila przez ten płot nie przejdzie i on będzie musiał przeciąć siatkę i zrobić w nim dziurę. Widać było, że tego na bieżąco pilnowano i płot był wyjątkowo solidny na całej swojej długości. Dbano również o to, żeby w nim nie było dziur. Zdecydował, że po spotkaniu z Amerykanami podejdzie jeszcze dzisiaj wieczorem w to miejsce, żeby zobaczyć jak wygląda w nocy a na jutro, późnym wieczorem, zaplanował akcję. Wrócili razem do pensjonatu i Arman zostawił Jamilę na basenie a sam wziął taksówkę i pojechał do marketu budowlanego w handlowej części Nikozji. Długo zastanawiał się jakie nożyce wybrać do cięcia grubego drutu solidnego płotu. Wszystkie odpowiednie były bardzo duże, ale w końcu udało mu się znaleźć stosowny model do... swoich potrzeb. Ponieważ Amerykanie wrócili do pensjonatu wcześniej to Gina spotkała Jamilę na basenie. Przyjaźnie jej pomachała a Jamila odpowiedziała uśmiechem. Gina zdziwiła się dlaczego Arman zostawia ją samą, jednak chorą i nie umiejącą mówić. Po południu nadeszła chwila umówionego party. Gdy Arman z małą weszli do restauracji to zauważyli, że czekali już na nich Amerykanie w komplecie, przy specjalnie złożonym dla wszystkich wspólnym stole. Arman rozmawiał z Giną i Jackiem o tym jak żyją w swoich krajach, o rodzinie, o pracy. Rozmawiano również o wydarzeniach w Albanii. Od czasu tych zdarzeń, nie odbywały się na świecie żadne towarzyskie spotkania, na których nie poruszono by chociaż na chwilę tego nadzwyczajnego tematu. W miarę wypijania kolejnych piw przez Armana i Jacka oraz kolejnych lampek wina przez Ginę, rozmowa stawała się coraz bardziej przyjacielska i bezpośrednia. Jack przyznał się, że był na misjach w Afganistanie a Arman opowiadał o swoim pobycie w Czeczenii. W końcu opowiedział im historię swojego małżeństwa i tragicznej śmierci Amani. Historia ta żywo Amerykanów poruszyła. Rozmawiano również na temat stanu zdrowia Jamili i o tym, że lekarze nie umieją jej pomoc. Gina nawet zadeklarowała gotowość rozeznania tematu leczenia Jamili w Stanach. W końcu Arman poprosił Jacka czy nie mógłby pojutrze rano uregulować rachunku za niego i Jamilę, bo chcą wyjechać jutro w nocy i nie chciałby robić zamieszania. Dodał, że oczywiście zostawi na to pieniądze. Jacka bardzo zaniepokoiła ta propozycja. Popatrzyli z Giną na siebie znacząco. - Co ty Ruskij kombinujesz? Dlaczego sam tego nie zrobisz? Arman tyś jest od początku podejrzany. Ty chyba jesteś ruskim szpiegiem? Jack wywodził z uśmiechem i radością. - Gadaj nam prawdę co tu jest grane? Arman się speszył, że został zdemaskowany. - A nie wydacie mnie? - No najpierw gadaj a potem się zobaczy. - Idziemy jutro z Jamilą do greckiej części miasta. - A stamtąd pewnie do Grecji a potem do Albanii? - No, a skąd wiecie? - Jaki masz problem z tą grecką częścią Cypru? - No... nie mamy wiz. - Cooo? Arman to jakżeś tu się znalazł? Nie macie wiz tureckich? - No wielkie mi coś, nie mamy. - To weź nam wytłumacz co to znaczy... idziemy do greckiej części miasta? - Przez... dziurę, dziurę w płocie. - Cooo? Jack i Gina otwarli usta ze zdziwienia i na chwilę zanie- mówili. - Ciebie Ruskij... popieprzyło. Pięć minut stąd jest granica a ty chcesz dziecko narażać na niebezpieczeństwo? - Taki mam plan i chcę go zrealizować. Jack i Gina popatrzyli na siebie chwilkę i jednocześnie na ich twarzach pojawił się szeroki uśmiech. - Drogi mężu, czy ja dobrze rozumiem, że chcesz mnie wypożyczyć temu oto przystojnemu facetowi? Gina zatrzepotała powiekami w zalotny sposób. - No, no, żebyś sobie tego zbyt dosłownie nie wzięła. Gina zdjęła z krzesła torebkę i popatrzyła do niej uważnie, coś w niej sprawdzając. - Nawet o tym nie myślcie. - Jamila wstawaj! Idziesz z ciotką na spacer. Arman przetłumaczył i Jamila wyszła z Armanem i Giną na ulicę. Arman wziął Jamilę za jedną rękę a Gina za drugą i tak jak stali, w klapkach, bez żadnych bagaży, poszli w stronę granicy. Choć było po 21 to na granicy panował jeszcze ruch. Gina wyciągnęła z torebki paszporty, swój, swojego męża i Nicki i podeszła do okienka. Arman z Jamilą stali przy szlabanie kilkanaście metrów dalej. Po kilkunastu sekundach szlaban się otworzył i w trójkę, spokojnie przeszli na drugą stronę. Następnie przeszli ulicą około dwustu metrów i weszli do najbliższego, małego pensjonatu po drugiej stronie granicy. Gina zapytała tylko Armana: - Ile dni? - Cztery. Arman z Jamilą usiedli w małym holu a Gina podeszła do blatu recepcji. - Dobry wieczór, mówicie po angielsku? - Tak, oczywiście. - Chciałabym wynająć pokój dla męża i córki na cztery dni. Podała paszporty Jacka i Nicki. Recepcjonistka spisała dane i dała klucz. - Nie macie bagażów? - Nie, bagaże będą jutro, czy mogę od razu zapłacić? - Jeśli pani chce, to oczywiście. Gina uściskała Armana i dała mu wyjątkowo namiętnego całuska, typowego raczej dla zakochanej młodej żony niż dla koleżanki. - Jutro o dziewiątej przywieziemy wam bagaże bo i tak chcemy jutro wynająć samochód. Uważajcie na siebie. - Bardzo wam dziękuję. Gina spokojnie wyszła z pensjonatu i wróciła na granicę a następnie do męża i córki. Nie było jej w sumie 40 minut. Arman skomentował w myślach absolutny brak jakichkolwiek emocji u Giny i Jacka. Żadnego zdenerwowania, nic. -“Nie chlałbym mieć ich za swoich przeciwników, to prawdziwi wojownicy.” Nazajutrz około dziewiątej rano, Gina, Jack i Nicki podjechali pod pensjonat wynajętym samochodem. Przywieźli plecaki Armana i Jamili oraz wszystkie pozostałe rzeczy, jakie Gina znalazła w ich pokoju. - Arman, te nożyce na pewno chcesz zabrać? Jeszcze zamkną was za nie jak jakiś złodziei. - Wezmę je, kto wie co nam się jeszcze może przydać, mieszczą się w plecaku. Amerykanie nie chcieli nawet zwrotu pieniędzy za rachunek, który uregulowali w pensjonacie, ale Arman się uparł i uczciwie z nimi rozliczył. - Arman, za dwa miesiące jedziemy z powrotem do Stanów. Jak już będzie po wszystkim, przyjedź do nas z Jamilą. Opowiesz nam co udało ci się załatwić. Przyjmiemy was u siebie. Pokażemy co się da. - Dziękuję wam bardzo, kto wie co się zdarzy. Jeśli Jamila będzie zdrowa to obiecuję, że przyjadę. On sam za bardzo nie wierzył w sukces swojej misji, dlatego takie deklaracje przychodziły mu z łatwością. - Arman wierzysz że to się uda? - Powinienem nie wierzyć, to nie ma prawa się udać. Jednak jakaś intuicja ciągle każe mi próbować. Powiem wam, wydaje mi się, że słyszę jakiś wewnętrzny głos. To głos mojej żony. Amani mówi do mnie...“próbuj, uda się”. Gina jeszcze raz wyściskała Armana i Jamilę. Arman pożegnał się z Jackiem i Nicki i Amerykanie na dobre odjechali. Wyspa Cypr c.d. Arman po pożegnaniu z Amerykanami postanowił rozejrzeć się trochę po greckiej części Nikozji a następnego dnia kontynuować swoją misję. Już po wstępnym rozeznaniu sytuacji wiedział, że dostanie się z greckiej części Cypru do lądowej części Grecji wcale nie będzie proste. Regularnych połączeń promowych nie ma. Przede wszystkim dlatego, że jest to, w przeciwieństwie do wybrzeży Turcji, bardzo daleko. Kilkaset kilometrów. Poza tym Cypr Grecki, tak naprawdę nie jest częścią Grecji, tylko autonomicznym quasi państwowym bytem, blisko związanym z Grecją. Najbliższy większy port na greckiej części wyspy znajduje się w miejscowości Kato Pirgos. Jest oddalony od Nikozji o około 70 km. Arman nie chciał już zmieniać miejsca zamieszkania. Postanowił, że nazajutrz wynajmie samochód na trzy dni i pojedzie z Jamilą zrobić rozeznanie, z jakiego portu i czym dostać się do Grecji. Będą przy tym udawać turystów. Oczywiście duże i małe jachty pływały pomiędzy Grecją a Cyprem, ale były to albo wyczarterowane wycieczkowce albo jachty prywatne. Zawsze pozostawała mu jeszcze wypróbowana opcja przekupienia szypra rybackiego kutra albo właściciela prywatnej motorówki, co powinno być znacznie prostsze niż w przypadku wyprawy z Krymu do Turcji, jednak zapewne bardzo drogie i związane z ryzykiem dekonspiracji. Spacerując po greckiej części Nikozji postanowił, że wieczorem wstąpi z Jamilą do zabytkowej cerkwi. Bardzo znanej, głównej świątyni cypryjskiego prawosławia, a jedno- cześnie popularnej atrakcji turystycznej. Długo przyglądali się razem zabytkowym freskom i licznym ikonom. Słońce zaszło i w świątyni zaczęło robić się ciemno. Akurat trafili na chwilę w której jeszcze nie załączono oświetlenia elektrycznego i cerkiew oświetlona była bardzo słabo, światłem wieczornego nieba i palących się świec. Arman zauważył, że Jamila zwróciła uwagę na jedną ze starych, niewielkich ikon. Stanęła przed nią i z uwagą jej się przyglądała. On podszedł do niej. Wskazała mu ręką na obraz a następnie pokazała na swoje oczy. I wtedy zauważył to, co zwróciło uwagę córki. W słabym świetle, oczy bizantyjskiego świętego uwiecznionego na ikonie świeciły bardzo słabą niebieską poświatą. Podszedł zaciekawiony jeszcze bliżej i wtedy ktoś załączył w cerkwi oświetlenie elektryczne. Efekt, który tak spodobał się Jamili, momentalnie zniknął. Oboje stali jeszcze przez dłuższą chwilę przed obrazem. Świątynię zwiedzali liczni turyści. Wśród nich była mała grupa z jakiegoś kraju anglojęzycznego wraz z prawosławnym zakonnikiem, który pełnił rolę przewodnika i opowiadał po angielsku na co warto zwrócić uwagę. Grupa podeszła do Armana i Jamili i stanęła przed ikoną. Zakonnik tłumaczył grupie: - A tutaj widzicie bardzo starą, XII wieczną ikonę świętego Dionizego, napisaną przez nieznanego mistrza. Najprawdopodobniej obraz ten pochodzi z Konstantynopola i został przywieziony przez mnichów na Cypr, po upadku tego miasta. Święty Dionizy to znacząca postać w historii wczesnego chrześcijaństwa. Był uczniem świętego Pawła i Biskupem Aten. Źródła podają, że był świadkiem zaśnięcia Najświętszej Marii Panny. Grupa przeszła dalej. Jamila była mocno przejęta efektem zauważonym na ikonie. Arman dziwił się, że przewodnik nic nie wspomniał o blasku oczu. Widać uznał to za nieistotne, albo sam o tym nie wiedział. ................................ Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  8. Dwa dni później. - Musimy jechać dalej, dziękujemy ci za opiekę i nocleg, jesteś dobrym człowiekiem. Jakup ile jesteśmy ci winne? - Nic mi nie jesteście winne, polubiłem was i chcę wam jakoś pomóc. Nie wiem jak chcecie iść czy jechać dalej? Petia kiepsko wygląda. - Pogorszyło jej się, bierze leki, ale nie zawsze pomagają. - Podwiozę was do miasta. To jakieś 30 km. Potem nie możecie już niczym jechać. Na drogach, co kilkanaście kilometrów są punkty kontrolne. Musicie iść leśnymi drogami na piechotę, inaczej zaraz was złapią i deportują do domu. - No tak, wiemy, taki mamy plan. Jak chcesz nas podwieźć? konno? Jakup się uśmiechnął. - Jeżdżę czasem do miasta po zakupy i w innych sprawach. Mam samochód, zobaczycie. W mieście zawiozę was do znajomej. Jest znaną znachorką i zielarką. Zaskoczę was, ale pochodzi z waszego kraju, może coś Petii pomoże. Ma już 75 lat, ale ma jeszcze bystry umysł. Jak byłem bardzo chory, to ona utrzymała mnie przy życiu jeszcze kilka miesięcy. Wystarczyło, żeby dożyć do błysku. Lekarze wypisali mnie już do domu ze szpitala. Nikt tego otwarcie nie powiedział, ale nie umiano mi już pomóc. Wypisano mnie, żebym spokojnie umarł, bo ich o to prosiłem. Wtedy znajomy zawiózł mnie do tej zielarki. Albania kiedyś była bardzo biednym krajem. Nie wszyscy leczyli się u lekarzy. Znachorzy, zielarze i tym podobne profesje były popularne w naszym kraju. Ta, do której chcę was zawieźć, jest jedną z nich. Leczy ludzi przynajmniej od pół wieku , jej matka i babka też to robiły. Cudów nie zdziała, ale coś pewnie pomoże. Bądźcie gotowe, za dwie godziny pojedziemy. Do lekarza to chyba zawieźć was nie mogę? - Nie wiem czy coś by pomógł a tylko byśmy się zdekonspirowały. Jakup wyjechał ze stodoły starym terenowym Uazem, który pamiętał jeszcze czasy przyjaźni albańsko radzieckiej. Elena i Petia weszły do kabiny wraz z nim i wszyscy pojechali do miasta odległego o 30 km. W mieście Jakup zaprowadził Elenę i Petię do zielarki o imieniu Hana. Weszli na piętro starego przedwojennego domu. Mieszkanie otworzyła starsza kobieta o bystrym spojrzeniu. Starsza pani wyglądała na jakieś 50, góra 55 lat. Była zgrabna, zachowała figurę i miała ładną, zadbaną cerę. Musiała być kiedyś bardzo atrakcyjną kobietą i wiele z tego uroku jeszcze zachowała. Petii wydawało się to niemożliwe, że ona może mieć już 75 lat, tak jak mówił to Jakup. - Witaj Hana, pacjentkę ci przyprowadziłem, może umiesz jej pomóc? - Rozumiem, że chodzi o dziewczynę. - Właśnie. - Chodź no tu dziecko na co chorujesz? Znachorka Hana rozumiała wszystko w języku ojczystym Eleny i Petii. Elena opisała skróconą wersję przebiegu choroby córki. Zielarka zrobiła zafrasowaną minę. Wzięła Petię za ręce i obmacywała jej skórę w okolicy ramion. Powiedziała coś cicho po albańsku do Jakupa i on również się zmartwił. W końcu zwróciła się do Heleny: - Dam wam wyciągi z ziół. Petia ma pić je regularnie pięć razy dziennie. One trochę ją wzmocnią, ale choroby w ten sposób nie da się niestety wyleczyć. Hana zaproponowała, żeby posiedzieli jeszcze trochę u niej. Cieszyła się z rzadkiej okazji porozmawiania w swoim ojczystym języku. Petia zainteresowała się jej historią. - Jak pani znalazła się w Albanii? - O dziecko, to długa historia. Mogę ci trochę opowiedzieć jeśli chcesz. Przyjechałam do Albanii z rodzicami jak miałam 20 lat. Przyjechaliśmy za pracą, za chlebem. U nas była wtedy straszna bieda, zresztą w Albanii też. Powstawały tutaj duże państwowe gospodarstwa rolne. Ojciec był mechani- kiem, znał się na maszynach rolniczych i nadarzyła się okazja pracy w Albanii. Rodzice wyjechali. To były czasy, kiedy Albania była we wspólnym bloku komunistycznym, włącznie z naszym krajem. Potem to wszystko się zmieniło, ale rodzice zostali już tutaj na stałe. Ojciec był zadowolony z pracy, nieźle zarabiał jak na tamte czasy. Matka leczyła ludzi. Pomimo powszechnej tutaj biedy, my nigdy nie byliśmy głodni. Pokażę ci album ze zdjęciami. Hana wyciągnęła stary album z czarno-białymi zdjęciami i zaczęła opowiadać o swojej rodzinie oraz pokazywać zdjęcia. Petia zapytała: - Pani też była w strefie? Wszyscy macie taką dobrą pamięć pomimo wieku i tak ładnie pani jeszcze wygląda. Hana się uśmiechnęła: - O dziękuję ci. Nie dziecko. Nie byłam, po prostu jeszcze pamiętam a o wygląd i o pamięć dbałam przez całe życie. Pamiętajcie, że jestem zielarką. Natura daje nam wiele różnych substancji roślinnych, które umiejętnie stosowane, mogą pomóc nam przywrócić zdrowie, ale również zachować sprawność umysłu i urodę. Jak już uda wam się wyjść z tych wszystkich kłopotów i tobie dziecko odzyskać zdrowie, a będziecie mieli okazję, to przyjedźcie do mnie, zdradzę wam co nieco. Petia podchwyciła temat. - Ja na pewno przyjadę, też chcę tak wyglądać w pani wieku. - Dziecko drogie, dla ciebie jeszcze za wcześnie. Ciebie zdobi młodość i ona jest najlepszym lekiem na piękny wygląd. Ale jak już będziesz na przykład w wieku swojej mamy. Obie popatrzyły na siebie nawzajem. Petia nie mogła ukryć radości na twarzy z widoku zaskoczonej miny matki. - No, niech udam, że tego nie słyszałam. Petia już wcześniej zauważyła stare, czarno-białe zdjęcie, oprawione w ramkę i postawione na honorowym miejscu na półce kredensu. Był na nim młody mężczyzna, właściwie chłopak. Tą samą osobę Petia rozpoznała na jednym z ostatnich zdjęć w albumie. Hana przytulała się do niego. - Miała pani męża, rodzinę? Kto to jest? - Nie, nie miałam męża ani dzieci. W oczach Hany pojawiły się łzy. - To mój Petyr. Tak, mój ukochany Petyr. - Co się z nim stało? - Nie wiem? Jak wyjechaliśmy to straciłam z nim kontakt. Pisałam do niego, ale nic nie odpowiadał. W końcu nawet pojechałam go szukać. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata. Rodzice byli źli, ale sama pojechałam. Powiedziano mi, że musiał wyjechać. Przeprowadzili się zaraz po tym jak my wyjechaliśmy. Tak bardzo za nim tęskniłam. - Nie próbował pani szukać? - Podobno próbował, sąsiadki mi mówiły. Ale one jeszcze wtedy nie wiedziały gdzie mieszkamy. - Kochała go pani? Tęskni pani za nim? Hana się rozpłakała, nie umiała już nic mówić, jednak Petia drążyła temat. - W dzisiejszych czasach, w dobie internetu, Facebooka i innych takich, nie można go odszukać? - Nawet Jakup kiedyś próbował. On już na pewno nie żyje. Był pięć lat starszy ode mnie. Miałby 80 lat. - A jak się nazywał? - Po co ci to dziecko wszystko wiedzieć? - Proszę powiedzieć, może ja lepiej znam się na internecie? - Nazywał się Petyr Sokołow. - Gdzie mieszkaliście? Hana wymieniła nazwę miasta. Do rozmowy wtrącił się Jakup. - Sokołow to bardzo popularne nazwisko w waszym kraju. - To prawda. - Starzy ludzie nie mają profili na Facebooku. To raczej beznadziejna sprawa. - No tak. Petia wyciągnęła zdjęcia z albumu. Były tylko trzy zdjęcia młodego Petyra. Jedno było przygotowane do jakiegoś dokumentu. Petia zauważyła, że było podpisane ołówkiem. Napis już prawie całkiem wyblakł, ledwie go było widać. Ale Petia, pomimo ciężkiej choroby, miała jeszcze bardzo dobry wzrok, podeszła do okna i patrzyła na podpis w jasnym świetle. - Jest pani pewna że Sokołow? - Tak zapamiętałam. - Wydaje mi się, że tu pisze Petyr Sokol. - Naprawdę? Ja nie widzę. Dziecko zostaw to. Mój Petyr dawno na cmentarzu. Ale gdybym wiedziała gdzie go pochowano to pomimo mojego wieku, pojechałabym jeszcze go odwiedzić. Zakończono rozmowę i wszyscy ciepło pożegnali się z zapłakaną Haną. Petii zapadło w pamięci te smutne spojrzenie. Pomyślała odchodząc: - “Przecież ona całe życie na niego czeka.” Jakup podwiózł Eelenę i Petię na leśną drogę, oddaloną o kilka kilometrów od miasta. Elena posługując się telefonem z GPS-em zdecydowała, że pójdą dalej pieszo właśnie tą drogą. Do strefy miały jeszcze ponad 100 km. To wyprawa na kilka dni. Jakup pożegnał się i wyściskał je na drogę. Jak Petia już odeszła to Elena zwróciła się do Jakupa: - Co ona ci powiedziała po albańsku o Petii? - Na pewno chcesz wiedzieć? - Tak. - Najwyżej trzy miesiące życia jej zostało. Jakup przytulił Elenę ostatni raz na pożegnanie. ***** Duże miasto w Ameryce północnej, sześć miesięcy od błysku. Emily ogląda wiadomości w TV. - “W wyniku negocjacji rządu Albanii z Organizacją Narodów Zjednoczonych, na wskutek licznych protestów chorych, którzy otrzymali odmowę na pobyt w strefie ze względu na brak miejsc oraz na rosnące koszty utrzymania strefy i bezpieczeństwa wokół niej uzgodniono, że stworzona zostanie możliwość licytowania niewielkiej liczby biletów dla osób którzy dostali odmowę, na specjalnych aukcjach internetowych. Wylicytowane środki przeznaczone będą na pokrycie kosztów utrzymania strefy oraz innych wydatków rządu Albanii z tym związanych.” - Mamo gdzie jest ojciec? - A gdzie ma być? W pracy. - Słuchałaś co mówili w TV, muszę z nim porozmawiać albo lepiej ty to zrób. - A co mówili? - Mówili, że można kupić bilety. - Cooo takiego??? To wspaniała wiadomość! Matka Emily radośnie się uśmiechnęła. - Oczywiście że porozmawiam i to zaraz, już do niego dzwonię, a po ile te bilety? - Co to ma za znaczenie? Przecież i tak musi mi go kupić. - Zapomniałaś chyba o Lilly, swojej młodszej siostrze? Musi kupić dwa bilety. - O niczym nie zapomniałam, po prostu na razie mówię o sobie. Matka Emily dzwoni do męża: - Kochany, kochany, wiesz co powiedzieli przed chwilą w telewizji? - Co powiedzieli? To coś ważnego? Jestem w pracy, nie bardzo mogę rozmawiać. - Powiedzieli, że można już kupować bilety na jakiejś licytacji. - A ciekawe, a nie mówili po ile te bilety? - Co to ma za znaczenie? Przecież chodzi o nasze córki, nasze dzieci. - Jeśli uważasz, że to bez znaczenia ile należy zainwestować w naszą starszą córkę, to sama kup jej ten bilet na tej aukcji. Porozmawiamy o tym w domu, teraz jestem zajęty, właśnie próbuję zarabiać te miliony, które ty chcesz tak ochoczo wydawać. Parę godzin później w domu. Emily i jej matka rozmawiają z ojcem: - Jak sobie to wyobrażacie? Że ja będę inwestował miliony w bilet po to, żeby leczyć narkomankę? I to narkomankę bezczelną, chamską i podłą? - Widzisz, mówiłam ci że będzie tak gadał. - No przecież jak wróci zdrowa, to nie będzie już brać narkotyków, to oczywiste. - Tak? Przecież jeszcze niedawno była zdrowa i ćpała cały czas a my żyliśmy z tym w błogiej nieświadomości. - Przecież to nasze dziecko. Twoja córka. - Lily może spokojnie czekać, na razie nie ma objawów choroby a dla tej panienki możemy rozmawiać o bilecie do Albanii nie wcześniej jak za trzy miesiące, po zakończeniu terapii odwykowej, inaczej kupcie sobie ten bilet same, jeśli was na to stać. - Cooo takiego??? W życiu nie zmusicie mnie do żadnej terapii. Co wy sobie myślicie, że ja dam się tam zamknąć na trzy miesiące? Jesteś chamem a nie ojcem. Przecież jestem chora i do niczego mnie nie zmusicie. - Emily, nie mów tak do ojca! - Twój wybór córeczko, chcesz bilet to pójdziesz na odwyk, a nie to nie. Ja zdania nie zmieniam. Emily pojechała na wózku do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami. Po tygodniu. - Kiedy wreszcie przekonasz go do tego, żeby kupił te pieprzone bilety? - To beznadziejne, próbowałam wiele razy, przez te kłótnie nasze relacje znacznie się pogorszyły. Efekt będzie taki, że rozwalisz nasze małżeństwo a on i tak nie ustąpi. A poza tym Emily, obie wiemy że on ma racje. Więcej nie będę go już przekonywać. - Co takiego? Mamo jak możesz? Ja potrzebuję ten pieprzony bilet. - Wiem, ale ja ci go nie załatwię, jak chcesz, to sama go przekonaj. Po kolejnych trzech dniach. Emily rozmawia z Ojcem: - No dobra, postawiłeś na swoim, pójdę na tą kurację odwykową tylko kup bilety. - Powiedziałem ci, że o biletach rozmawiamy po zakończeniu terapii i to pod warunkiem, że przestaniesz brać narkotyki. Amen. Emily zastanawiała się dłuższą chwilę. - No dobrze, załatwiajcie tą terapię, Pójdę na nią. Minęło kilka dni. Emily dzwoni do Logana: - Cześć, wiesz jutro idę na terapię odwykową, te sukinsyny mnie zmusiły. Nie będziemy się widywać bo tam nie ma odwiedzin. Jak wyjdę stamtąd to będziesz jeszcze ze mną? - Emily przecież wiesz, zawsze będę z tobą, poza tym jest szansa, że niedługo będziesz całkiem zdrowa i nie będziesz jeździć na wózku. Będę dzwonił codziennie. Będziemy znowu wolni. - Dzięki Logan, czekaj na mnie jak wrócę. ***** Minęło trzy miesiące. Matka Emily odbiera ją z kliniki odwykowej: - Emily moje dziecko, jak się czujesz? Jak tam było? - To najgorsze trzy miesiące w moim życiu, w więzieniu byłoby mi lepiej. - Najważniejsze że z narkotykami koniec, chyba to zrozumiałaś? - Tak mamo, zrozumiałam. Po przyjechaniu do domu: - Emily popatrz, wiesz co to jest? Matka trzymała w ręku grubą, dużą kopertę. Twarz Emily po raz pierwszy od wielu miesięcy rozjaśnił szczery uśmiech. - Naprawdę? Macie je? - Tak, ojciec kupił je w zeszłym tygodniu dla ciebie i Lily. - Drogie były? - Nawet nie pytaj, w sumie kosztowały prawie trzy miliony dolarów. Pojedziemy tam wszyscy, wy dwie i my oboje, jako wasi opiekunowie, takie mamy bilety. - Kiedy jedziemy? - Za miesiąc, już niedługo. - Znowu będę zdrowa i wolna, nareszcie. Pięć minut później Emily dzwoni ze swojego pokoju: - Logan słyszysz, mam bilet, Logan! - To wspaniale, gratuluję, bardzo się cieszę. - Logan spotkamy się dzisiaj? - No pewnie, tam gdzie zawsze, za godzinę. Przyjadę na motorze. - Logan mam prośbę. - Tak? - Przywieź dla mnie jedną. - Zwariowałaś? Przecież dopiero skończyłaś odwyk, nie ma mowy! - Logan, proszę, bardzo proszę tylko jedną, ja muszę, Logan proszę, proszę! - Emily, jeśli mamy być razem dalej to musisz być czysta, to mój warunek. - Nie bądź taki jak oni wszyscy, Logan przecież ty mnie rozumiesz, Logan ja muszę, tylko jedną. Bez niej możesz nie przychodzić. - Dobra, tylko jedną. ............................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  9. Duże państwo azjatyckie. Ośrodek treningowy. Dziewięć miesięcy od błysku. - Trzymaj, trzymaj!!! Nogi razem! No kochany, to już naprawdę coś, zadziwiasz nawet mnie. - Staram się trenerze. - Ściągaj ze sztangi. - Tak jest dobrze, dam radę. - Tak to się będziesz bawił na mistrzostwach, na razie ściągaj. Zawody za trzy miesiące. Nie możesz mieć kontuzji, bo cała nasza wieloletnia robota przepadnie. Liu posłusznie zmniejszył ciężar. - Liu, musimy pogadać. - Co tam znowu? - Federacja. - Czego znowu chcą? Powiedz im, że osioł czuje się lepiej. Oboje się roześmiali. - Tych zastrzyków mam już całą reklamówkę. Ale nie błaznuj, to poważna sprawa. Wiesz, oni naprawdę mnie zadziwiają tymi swoimi pomysłami. - Co wymyślili? - Możesz lecieć do strefy. - Cooo takiego??? Liu przerwał trening i usiadł z wrażenia. - Trenerze żartujesz. Ja do strefy? Po co? Jestem okazem zdrowia. - Jest taka możliwość to ci mówię. Musu nie ma tym razem, ale jeśli byśmy zdecydowali, że to ma sens to oni wszystko nam załatwią, tylko nikt o tym nie może wiedzieć. - Jak załatwią? Przecież tam potrzeba specjalne bilety, jakaś komisja bada stan zdrowia. - Pokażę ci, wszystko dostałem, nawet skaner do odcisków palców. Zobacz te druki. Tu podpis, tu podpis, a na nośniku skan odcisków i zdjęcie. Resztą masz się nie martwić. Do tygodnia przyjdzie bilet, paszport i bilet lotniczy tam i z powrotem. - Przecież nikt nie powiedział, że pobyt tam coś pomoże w robieniu wyniku. - Ale też nikt nie wie, czy nie pomoże. - Trenerze, twoje zdanie? - To bezsens. Przecież to przerwa w treningu i to na kilkanaście tygodni przed zawodami. To bardziej zaszkodzi niż pomoże. - Odpowiedz im że nie pojadę i wszystko w tym temacie. - Tak zrobimy. Liu zamilkł. Myślał nad czymś intensywnie. W końcu powiedział: - Zmieniam zdanie, pojadę. - Wiedziałem że tak powiesz. Jak tylko mi to przekazali to od razu na to wpadłem. Liu, jak się wyda to za taki numer skończymy w więzieniu na wiele lat. - Jak się wyda. Trener znał sytuacje rodzinną Liu i wiedział o jego chorym bracie bliźniaku. - Rodzice nawet nie aplikowali. Brat może tak żyć a i tak podobno wszystkim odmawiają. - Czy on jest podobny do ciebie? - Twarz mamy taką samą, jesteśmy bliźniakami. - Poradzi sobie sam na lotnisku i w drodze? - Oczywiście, nie jest taki głupi. - Jedź po niego i przywieź go jutro do mnie. Zrobimy mu zdjęcie, zeskakujemy palce i przygotujemy papiery. Powiem im dzisiaj, że zdecydowałem że pojedziesz. Jak przyjdzie bilet to ja zawiozę ciebie do twojego domu i tam was podmienimy. Ja zawiozę brata na lotnisko a ty masz się ukryć na wsi. Nikt cię nie może zobaczyć. Nawet znajomi i sąsiedzi. Nikt nie może wiedzieć! - W stodole mam siłownię. Będę trenował. ***** Małe miasto w górach Macedonii. Osiem miesięcy od błysku. Macedonia, mały kraj sąsiadujący z Albanią. Narada grupy przemytników zajmujących się nielegalnym przemytem ludzi przez granicę z Albanią: - Co dzisiaj mamy? - Komplet, jedenaście osób, dziewięciu mężczyzn i dwie kobiety, chyba matka z córką. - W jakim są w stanie? - Raczej kiepskim, wszyscy chyba chorzy w tym dwóch starych dziadów. Ta młoda też kiepsko wygląda, przed chwilą wymiotowała. Nie wiem czy dadzą radę w nocy. - Dobra, umowa to umowa, wiedzieli na co się piszą. Nie będą w stanie iść, to ich zostawimy, ich sprawa, ich ryzyko. - Kasę masz od wszystkich? - Tak, każdy dał trzy i pół tysiąca euro, zgodnie z umową. - Ok, pakuj ich do busa i jedziemy w stronę granicy. Stawaj często, stare dziady będą chciały sikać i masz jechać spokojnie, zgodnie z przepisami. Jeden z przemytników wyszedł na zewnątrz i wydał komendę: - Wsiadajcie do busa, za chwilę odjeżdżamy. Elena z Petią weszły pierwsze a za nimi reszta “klientów” gangu przemytników. Elena i Petia są mieszkankami kraju sąsiadującego z Macedonią i ponieważ mieszkają niezbyt daleko od granicy, to udało im się legalnie wjechać do tego kraju na zasadach ruchu przygranicznego. Elena na granicy nakłamała celnikom, że jedzie z córką do rodziny w Macedonii i w ten sposób otrzymała kilkudniową wizę. Nie miała żadnego planu. Wszystko o czym myślała to dostać się jak najbliżej strefy i liczyć na jakiś cud, który sprawi, że Petia wejdzie do strefy. Logicznie rzecz biorąc nie było na to żadnych szans i obie doskonale zdawały sobie z tego sprawę. Już samo nielegalne przedostanie się do Albanii było bardzo trudne. Legalnie nie wpuszczano tam nikogo obcego. Ruch turystyczny całkowicie zamarł. Jedyna turystyka, to chorzy szczęśliwcy posiadający bilety. Dostanie się w pobliże strefy było dla obcych jeszcze trudniejsze, a dostanie się do strefy bez biletów było absolutnie niemożliwe dla każdego. Elena była zdesperowana. Stan zdrowia Petii pogarszał się z dnia na dzień. Elena, pomimo że niezwłocznie jak tylko było to możliwe aplikowała o bilet do strefy dla Petii, to otrzymała odpowiedz odmowną. Zresztą tak samo jak prawie wszyscy mieszkańcy państwa w którym mieszkała. Dziennikarze od razu zauważyli, że darmowe bilety jakimś dziwnym trafem trafiły do obywateli największych i najbogatszych państw świata. Próbowano to jakoś racjonalnie wytłumaczyć, ale nikomu na razie się to nie udało. Leczenie białaczki u Petii nie dawało trwałej poprawy. Czasami czuła się lepiej, ale choroba ciągle nawracała i postępowała. Zdesperowana Elena postanowiła w końcu zaryzykować niebezpieczną podróż. Niewiele mieli do stracenia. Życie Petii było zagrożone. Bus przejechał Macedonię w ciągu jednego dnia bez żadnych nieprzewidzianych przygód. Przemytnicy szmuglowali ludzi przez granicę w taki sposób, że przeprowadzano ich przez górskie bezdroża pod osłoną nocy. Bardzo dobrze znali teren przygraniczny. Znali również zasady ochrony granicy. Dobrze się orientowali jakim sprzętem dysponują pogranicznicy i gdzie znajdują się posterunki. Znali również czas i częstotliwość granicznych patroli. Elena była pełna obaw. Petia akurat źle się czuła. Była bardzo słaba, nie miała apetytu i często wymiotowała. Przemycani ludzie mieli pod osłoną nocy przejść 25 kilo- metrów przez górskie ścieżki a w kluczowych odcinkach przedzierać się przez gęste zarośla. Wszystko to w ciemności bez korzystania z latarek. Taka przeprawa wymagała dużego wysiłku fizycznego. Elena bała się, że Petia nie da rady. Przemytnicy postawili sprawę jasno. Jeśli nie przejdziesz w nocy to twoja sprawa. Każdy kto nie zdąży i zostanie w strefie granicy, będzie złapany przez straż graniczną i deportowany do swojego kraju. Za próbę nielegalnego przekroczenia granicy groziły wysokie grzywny oraz kara więzienia. Więzienia w stosunku do ludzi chorych jednak nie orzekano. Bus dojechał na skraj jakiejś przygranicznej wsi i podje- chał pod opuszczony budynek starego tartaku. Kierowca, po czujnym rozejrzeniu się dookoła, kazał pasażerom wysiąść i ukryć się w tym budynku. Po jakiejś godzinie pod stary tartak podjechały dwa zdezelowane jeepy pomalowane na zielono. Wyglądały jakby na co dzień były używane do prac leśnych. Upchano pasażerów w kabinach tych pojazdów i jeepy, po przejechaniu kilu kilometrów drogą asfaltową, wjechały na leśną ścieżkę wykorzystywaną do wywożenia drewna z lasu. Dalsza podróż trwała ponad dwie godziny. Pojazdy powoli wznosiły się coraz wyżej, jadąc po coraz gorszych drogach. W końcu wjechano na bezdroża pełne dziur i wyjeżdżonych przez opony pojazdów terenowych, głębokich kolein. Zatrzymano się w gęstym, młodym lesie i kazano wszystkim wysiąść. Jeepy szybko odjechały. Ludzi ukryto w zaroślach tak, aby nie dało się ich wypatrzeć z drona czy helikoptera. Został tylko jeden przewodnik. Pozostali przemytnicy zniknęli wraz z pojazdami. Przewodnik powiedział, że tu będą czekać do zmroku. W drogę wyruszą dopiero za około cztery godziny. Zabronił głośno rozmawiać oraz rozpalać ogień i używać latarek. Wcześniej wszystkim uczestnikom niebezpiecznej wyprawy wyjęto baterie z telefonów komórkowych. Powtórne założenie ich dozwolone było dopiero w Albanii, przynajmniej 40 kilometrów od granicy. Przewodnik wyjaśnił, że jak ruszą, to wszyscy mają iść jego śladem w zupełnej ciszy. Nogi należy stawiać tak, aby nie robić hałasu i wszyscy muszą podążać jego tempem. Każdy kto nie da rady iść za nim, będzie pozostawiony samemu sobie. Elena i Petia leżały na trawie i próbowały trochę odpoczywać. Jednak strach i napięcie ciągle narastały. W końcu zapadł zmrok i w gęstym lesie zapadła niemal całkowita ciemność. Przewodnik szeptem wydał polecenie: - Zbierać się, idziemy. Ustalił kolejność w jakiej mają iść, cały czas jeden za drugim i jak najciszej. Obie kobiety były zmarznięte i zmęczone a to co najtrudniejsze dopiero było przed nimi. Na początku wszystko szło w miarę sprawnie i spokojnie. Przewodnik prowadził po wąskiej, ale wygodnej, dobrze wydeptanej leśnej ścieżce. Światło księżyca, po przyzwyczajeniu wzroku, pozwalało widzieć miejsce do postawienia kolejnych kroków. Po jakiś dwóch godzinach marszu ścieżka zrobiła się ledwie widoczna i bardzo stroma. Przewodnik zarządził przerwę a następnie poinformował, że przed nimi najtrudniejszy odcinek drogi, ponieważ za kilometr będą przekraczać grani- cę. Jak da znać to trzeba będzie iść za nim bardzo szybko. Wyruszono dalej i w pewnej chwili przewodnik wprowadził grupę w bardzo gęstą trawę i nakazał absolutną ciszę. Z zarośli, jakieś dwieście metrów dalej, widoczna była leśna, dobrze utrzymana droga. Musiało przejeżdżać nią często wiele pojazdów. Po kilkunastu minutach czekania w krzakach, dało się słyszeć odgłos silnika nadjeżdżającego samochodu tereno- wego. Odgłos narastał i samochód się zbliżał. W końcu, gdy wycie silnika pracującego na wysokich obrotach było już bardzo bliskie, z lasu wyłonił się snop światła. Patrol pograniczników przejechał dwieście metrów od przyczajonych w krzakach ludzi i samochód zniknął za zakrętem. Przewodnik szeptem, ale stanowczo polecił: - Teraz, cały czas szybko za mną, bez gadania i bez przerwy przez przynajmniej godzinę, to najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy odcinek drogi. Przewodnik ruszył i wszyscy poszli za nim. Niestety szli bardzo, bardzo szybko a ścieżki nie było wcale. Wszyscy cały czas się potykali a kobiety i dwóch najstarszych, zaczęli zostawać w tyle. W końcu przewodnik na chwile się zatrzymał i zaczął mobilizować wszystkich do dalszego, szybkiego tempa. Petia usiadła na trawie i się rozpłakała. - Mamo, nie dam rady, muszę odpocząć. Przewodnik zaprotestował. - Nie tutaj, zaraz nas tu złapią. Petia wstała, zrobiła dwa kroki i osunęła się z powrotem na ziemię. Elena ledwie zdołała ją złapać, żeby bezwładnie nie upadła. - Ok, chcecie tu zostać, wasza sprawa, wiedziałyście na co się piszecie. Jesteście już kilometr za granicą. My nie możemy tu czekać. Jak dacie radę to idźcie w tą stronę w którą my pójdziemy. Jeśli nie złapią was do rana to idźcie na zachód tak, aby słońce mieć za plecami. Reszta zbierać się, idziemy dalej. Cała grupa poszła dalej a przerażone Elena i Petia zostały. Po jakiś dziesięciu minutach w lesie rozległy się krzyki. Kobiety przytuliły się do siebie przerażone ze strachu. Pojedyncze krzyki narastały i przeszły w głośną awanturę, choć były na tyle daleko, że słów nie dało się rozróżnić. Zresztą i tak krzyczano w nieznanym im języku. Pojazd, który kilkanaście minut temu tędy przejechał, zawrócił i znowu się zbliżał, a z drugiej strony dało się słyszeć kolejne nadjeżdżające pojazdy. Elena postanowiła, że zawrócą do miejsca przy drodze z którego przed chwilą wyszły, bo tam były gęste zarośla w których można było się łatwo schować, a tu gdzie są teraz, las wydawał się dosyć rzadki. Petia zmobilizowała resztki sił i szybko obie zbiegły z górki, przebiegły z powrotem leśną drogę, którą jeździły samochody straży granicznej i dosłownie w ostatniej chwili dobiegły do gęstych, kujących krzewów. Ledwie zdołały się schować, to zza zakrętu wyłonił się snop światła. Z krzaków mogły obserwować drogę, była dwadzieścia metrów od nich. Samochód zatrzymał się tuż przy nich. Były pewne, że zostały zauważone. Petia szepnęła: - Już po nas. - Cicho bądź, nie wiadomo. Po krótkiej chwili dojechały dwa kolejne samochody terenowe i wysiadło z nich kilkunastu żołnierzy. Po kolejnych kilku minutach, z góry zaczęto sprowadzać całą ekipę, której przed chwilą były członkiniami. W końcu byli wszyscy, a przewodnik miał założone kajdanki. Na oczach kobiet, załadowano przewodnika i dziewięciu przemycanych mężczyzn do samochodów. Żołnierze jeszcze przez kilka minut prześwietlali las silnym szperaczem, zamontowanym na pojeździe. Jednak one były tak blisko, że światło lampy nawet do nich nie sięgało. Na szczęście patrol nie miał psa. Ostatecznie cała ekipa odjechała a w ciemnym lesie nastała zupełna cisza. Elena i Petia wyszły z krzaków. Petia z wrażenia zapomniała, że jest zmęczona. - Ale jajca, co teraz? - Jak to co? Kazał nam iść w tą stronę gdzie go złapali to pewnie wiedział co gada. - No, przewodnik w końcu to pewnie wiedział. - Nie ciesz się za szybko, pewnie podzielimy ich los, powolutku ale idziemy, dasz radę. Elena i Petia poszły w tą stronę, gdzie niedawno schwytano ich poprzedników. Ustaliły, że będą szły powoli i najciszej jak to tylko możliwe. Mozolnie gramoliły się pod górę, nie widząc właściwie po czym stąpają. Co kilkanaście minut odpoczywały. Petia w takim powolnym tempie dała radę iść. Przeszły kulminację terenu i natrafiły na jakąś ścieżkę, która prowadziła poziomo a następnie zaczęła schodzić w dół. Było łatwiej, mogły iść szybciej i rzadziej odpoczywać. Rozchmurzyło się trochę i blask księżyca oświetlał drogę na tyle, że marsz stał się łatwiejszy. W ten sposób szły około trzech godzin. Nikogo nie spotkały i nikt ich nie zauważył. Petia była już bardzo zmęczona. Zaczął się świt. Na wschodzie niebo z czarnego, zaczęło zmieniać kolor na ciemnoniebieski. Na tej podstawie stwierdziły, że idą chyba w dobrym kierunku. Świt nadchodził z tej strony, z której właśnie szły. Petia musiała dłużej odpocząć, Elena też nie miała już sił. Choć było lato, to noc w górach była chłodna, były zmarznięte i odwodnione. Elena zdecydowała, że spróbują zaszyć się w najgęstszych zaroślach jakie uda im się znaleźć i przeczekać w ten sposób cały następny dzień, aż do kolejnej nocy. Musiały jeszcze odejść od ścieżki, którą szły. Po kilkuset metrach przedzierania się przez leśne chaszcze, znalazły gęste krzaki, takie jakich szukały. Wydeptały w samym środku po kawałku miejsca, na tyle żeby móc się położyć i padły ze zmęczenia. Petia zasnęła niemal od razu a Elena niedługo po niej. Zaczęło wschodzić słońce. Elena zmęczona do granic możliwości zapadła w głęboki, nerwowy sen. Śniło jej się, że idzie ulicami małego miasteczka o zabudowie śródziemnomorskiej. Nie było tam żadnych wysokich budynków tylko małe domki z płaskimi, prymitywnymi, drewnianymi dachami. Miasteczko przypominało rekonstrukcję historyczną jaką Elena widziała kiedyś w muzeum, ale istniało naprawdę. Całe zalane było ostrym słonecznym światłem. Nagle, nie wiadomo skąd, nad miastem pojawiła się czarna chmura a z niej zaczął padać intensywny deszcz. Ulice zamieniły się w wartkie strumienie i Elena została porwana przez wodę. Woda we śnie zmieniła barwę z błękitnej i przeźroczystej w czarną i mętną. Elena czuła, że za chwilę się utopi, ale w kluczowym momencie uniosła się nad ziemią i zaczęła swobodnie lecieć nad wartkimi potokami. W pewnym momencie ktoś do niej strzelił, poczuła ból w okolicach żeber i zaczęła bezwładnie spadać do mętnej wody. Przebudziła się przerażona. Przebudziła się, ale ból nie mijał. To Petia naciskała ją coraz mocniej, żeby ją obudzić: - Mamo, obudź się, alarm żołnierze, patrol. Elena ocknęła się i odruchowo przywarła do ziemi. Słychać było szczekanie psa. Dwóch żołnierzy szło ścieżką, którą w nocy tutaj przyszły. - Wywącha nas? - Nie wiadomo, bądź cicho jak myszka. Krzaki w których się znajdowały były położone powyżej tej ścieżki i obie mogły dokładnie obserwować całą sytuację. Patrol zbliżył się najbliżej do ich miejsca, pies zachowywał się trochę nerwowo i szczeknął dwa razy w ich stronę. Ale ostatecznie odwrócił łeb i żołnierze powoli poszli dalej, oddalając się od nich. - Nie wywąchał nas, ale mamy farta. - Co to za pies, pies emeryt? Petia uśmiechnęła się szeroko. - Myślę że dlatego że wiatr wiał od nich w naszą stronę. A poza tym moja droga, cuchniemy jak skunksy. Nasz zapach zharmonizował się z naturą. - No tak, widziałam kiedyś hipopotama w zoo. To pewnie ten sam zapach? - Noo. - Jak czegoś z tym nie zrobimy to umrę z własnego smrodu. - A masz jakiś pomysł, co można by z tym zrobić? - Mam, potrzebujemy prysznica. - Odkrywczy nie powiem. Petia która godzina? - 16.40. - Matko, przespałyśmy prawie cały dzień! - Jak tylko zrobi się ciemno to spadamy stąd, następny pies na pewno nas wywącha, jak się czujesz? Dasz rade iść dalej? - Lepiej niż wczoraj, odpoczęłam, dam radę. Dobrze że noc była ciepła. Wypiły resztkę wody która im została i podzieliły się ostatnią suchą bułką. - Jutro musimy gdzieś dojść, inaczej nie przeżyjemy bez jedzenia i picia. Słońce zachodziło późno. Obie czekały ukryte w krzakach jeszcze wiele godzin. W końcu przyszła odpowiednia pora i najciszej jak tylko umiały, szły ścieżką z której wczoraj zeszły. Jej kierunek odpowiadał mniej więcej kierunkowi na zachód, czyli takiemu w którym obie miały się przemieszczać. Teren był łatwy a ścieżka wyraźna i szło im się znacznie lepiej niż wczoraj. Szły wiele godzin. Kiedy zaczęło już świtać, ścieżka nagle zamieniła się w górską drogę po której można już było jeździć samochodami terenowymi. Po kolejnej godzinie zauważyły, że spomiędzy drzew prześwituje światło. Zrozumiały, że światło księżyca oświetla nie zalesioną przestrzeń. Las się kończył. Podeszły do jego skraju i wyszły na olbrzymią polanę, która w dolnej części stawała się uprawną łąką. Poniżej łąki, w świetle księżyca oraz słabej jeszcze poświaty świtu, widoczna była mała wieś. Powyżej wsi na polanie, najbliżej nich, stała drewniana chata. Pomimo, że była jeszcze noc, to w chacie paliło się światło. - Petia co robimy? - Dalej i tak nie dam rady, mam już dosyć, musi nam ktoś pomóc. - Ok, zaryzykujemy, idziemy do tej chaty. Co ma być, niech będzie. - Mam nadzieje, że w tych stronach do obcych nie strzelają. - To chyba miał być żart. Podeszły do chaty. Zaczął szczekać mały pies, biegający swobodnie za drewnianym płotem. Stanęły przed furtką i czekały. Pies szczekał zza furtki cały czas. W końcu drzwi się otworzyły a z domu wyszedł stary dziadek z kijem w ręku, którym dał znak psu. Ten natychmiast przestał szczekać i pobiegł w głąb podwórka. - Czy... możesz... pomoc... my? Elena zastosowała w praktyce kilka z kilkunastu słów po albańsku, których z wielkim wysiłkiem nauczyła się przed wyprawą. Dziadek podszedł do furtki i ją otworzył. Pokazał ręką, że mogą wejść i powiedział coś cicho po albańsku. Poszły za gospodarzem a Petia szepnęła do matki: - Na razie nie strzela. Obie się uśmiechnęły. Po cichu zamieniły jeszcze kilka zdań, w tym kilka słów po angielsku, zakładając że starzec na pewno jest głuchawy i pewnie nic nie usłyszy, a poza tym pewnie nie zrozumie. Dziadek wprowadził je do dużej izby jasno oświetlonej elektrycznym żyrandolem. Zauważyły, że żwawo się porusza. Jego ruchy były raczej typowe dla zdrowego mężczyzny w średnim wieku niż dla starca. Lekkość ruchu nie pasowała do jego zewnętrznej fizyczności i zwracała uwagę. Obrócił się w ich stronę i z ciekawością się im przyglądał, uśmiechając się przy tym. Następnie stało się coś, co bardzo je zdziwiło. - Miło mi panie gościć, słyszę, że rozumiecie po angielsku? Mogę rozmawiać z wami po angielsku. Elena z Petią zaniemówiły. Obie zastygły w bezruchu i obie otworzyły usta ze zdziwienia. Dziadek odezwał się płynną angielszczyzną i do tego głosem tak żywym i pełnym percepcji, że bez wątpienia jest w pełni sprawny psychicznie. Jest bystry oraz wszystko doskonale słyszy i rozumie. - Oczywiście, znamy angielski, ale skąd mieszkaniec takiej wsi na skraju świata, mówi po angielsku i to tak płynnie? - Opowiem wam, to ciekawa historia, ale najpierw może się przedstawmy, Jestem Jakup a panie? - Elena. - Petia. - Czemuż to zawdzięczam ten zaszczyt odwiedzin mnie w środku nocy? - Chyba nie musimy wiele tłumaczyć, widzisz jak wyglądamy. Ktoś musi nam pomóc. Potrzebujemy prysznica i chciałybyśmy trochę odpocząć i coś zjeść, musimy również zrobić pranie, mamy pieniądze, zapłacimy, pomożesz nam? - Skoro już tu jesteście to chyba nie mam innego wyjścia. Jak rozumiem zabłądziłyście z Macedonii i niechcący udało wam się przejść przez granicę. - No, lepiej tego ująć się nie da. Elena się uśmiechnęła. - Wielu różnych ludzi teraz tu błądzi. Przemytnicy przemycają ludzi całymi dziesiątkami. Wszyscy ciągną do strefy i wy zapewne też. Obie jesteście chore czy tylko Petia? - Tylko Petia. - Mam nadzieje, że zdajecie sobie sprawę z tego, że dostanie się na teren Albanii w istocie niczego nie załatwia. Dostanie się tam teraz bez biletów jest po prostu niemożliwe. Jak chcecie to zrobić? Kobiety zamilkły. - No dobrze, łazienka jest na końcu tego korytarza. Nie ma może luksusów, ale jest prysznic z ciepłą wodą i ubikacja. Przygotuję wam pokój na górze i coś do jedzenia. Możecie wypocząć tutaj kilka dni. Przy kolacji opowiem wam skąd znam angielski. Nie zostawiajcie niczego na dole. Czasem przyjeżdża patrol pograniczników. Wtedy musicie być na górze bardzo cicho. Na piętro nie wejdą, jeśli nic nie wzbudzi ich podejrzeń. Jesteście piętnaście kilometrów od granicy. A i możecie mówić mi po imieniu. Helena i Petia wzięły prysznic, zrobiły pranie i przyszły na śniadanie. Jakup przygotował smaczny posiłek oraz dobrą herbatę. Obie piły bez końca, jak wielbłądy na pustyni w oazowym wodopoju. - Jakup to skąd znasz angielski? - Mój ojciec był anglikiem. Był pilotem RAF-u. W 1942 roku w czasie bombardowania południowej części Włoch jego samolot został trafiony. Nie chcieli lądować we Włoszech bo czekała ich śmierć z rąk nazistów, więc zdecydowali, że spróbują dolecieć do Albanii. Wylądowali na polu i cała załoga Lancastera została przejęta przez albańskich partyzantów. Ojciec był ciężko ranny i trafił do albańskiego szpitala. Personel nie wydał go Niemcom. Nawet jakby chcieli, to nie mogli tego zrobić bo partyzanci go chronili. W tym szpitalu pracowała moja mama. To był burzliwy romans. Ojciec się wyleczył i chciał wracać do Anglii, ale matka zaszła ze mną w ciąże. Albania szybko odzyskała niepodległość i zakochany ojciec postanowił zostać z matką w Albanii. Choć szybko nauczył się albańskiego to często rozmawiał ze mną i z moją siostrą po angielsku i tak się nauczyłem. - Jakup, ile ty właściwie masz lat? - 79. - Ćwiczysz ten angielski cały czas? Masz świetną pamięć. - Jeszcze niedawno prawie całkiem zapomniałem angielskiego, przez całe dziesięciolecia nie rozmawiałem z nikim po angielsku, w ogóle z moją pamięcią było bardzo kiepsko, ale niedawno pamięć mi się poprawiła. Obie przestały jeść, popatrzyły z ciekawością na siebie a następnie na Jakupa. - Jak to pamięć ci się poprawiła? - Tak jak mówię, Jakup się uśmiechnął. - Jakup, ty... tam byłeś? - Pewnie że byłem. Pamiętajcie, że to już Albania. Byłem bardzo chory, właściwie umierający. Kilka miesięcy temu to był początek. Ludzie już wiedzieli co się tam wyrabia, choć nie wiedzieli dokładnie jak to działa. Tam każdy mógł pojechać. Wystarczyło wsiąść do pociągu albo do samochodu i już było się w strefie. Nikt, niczego nie pilnował. Tam dopiero zaczęli zjeżdżać się ludzie. Można było tam pojechać z materacem albo składanym łóżkiem i położyć się na ulicy. Wielu ludzi tak właśnie robiło. Ja miałem to szczęście, że w sąsiednim miasteczku mieszkał mój daleki kuzyn i on miał znajomego, który mieszkał w strefie. Przygotowali mi pokój i żywili mnie przez dwa tygodnie. Wtedy jeszcze nie wiadomo było, jak długo trzeba przebywać w strefie, żeby wrócić zdrowym. To był okres kilku tygodni. Połowa ludzi ciężko chorych z Albanii zdążyła tam pojechać. - Mamo, popatrz, tak to działa. - Idźcie spać, widzę że ledwie żyjecie. Obie poszły do przygotowanego dla nich pokoju. Padły na wielkie małżeńskie łoże. Elena natychmiast zasnęła a Petia przejęta opowieścią Jakupa, zasypiała powoli, długo przemyśliwując jak działa strefa. ................................ To tak ode mnie: Jakup w tym tekście nie jest błędem ortograficznym :) Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  10. Wyłącznie zabawa. Oczywiście opowiadanie już dawno napisałem. 3 lata temu. To moje pierwsze, napisałem ich kilka. Wydaje mi się ze pisanie opowiadania po kolei, po zakończonym bloku i dodawanie kolejnych części do zamkniętego już tekstu jest niemożliwe. Pisze bloki tekstu z rożnych jego części, z początku ze środka, równocześnie. Często wracam już do napisanego i wprowadzam nowe wątki i nowe rozwiązania, które rodzą się w trakcie. No i zawsze piszę przynajmniej dwa opowiadania równocześnie.
  11. @akwamenA dzięki. Pisaniem się bawię. Tak naprawdę to sie na tym nie znam, ale często sprawia mi przyjemność.
  12. Nazajutrz, około godziny 7 rano, po przygotowaniu posiłku, zwinął obóz i ostrożnie zaczęli wycofywać się ze strefy przygranicznej. Po kilku godzinach marszu wyciągnął telefon i włożył do niego baterię. Wybrał numer który otrzymał od tych, co go tu przeszmuglowali. - Witam, jestem w pobliżu greckiej granicy, przywieźliście mnie tutaj. - Tak, i co z tego? - Chcę wrócić z powrotem. - Mister, dobrze się czujesz? Jak to z powrotem? - Normalnie z powrotem, zmieniłem plany. - Chyba zwariowałeś, była umowa. - Umowa była to wam zapłaciłem, a teraz zapłacę wam jeszcze raz, jak przywieziecie mnie z powrotem. - Gdzie chcesz jechać? - Na południowe wybrzeże Turcji. - Ty miałeś ze sobą dziewczynkę? - Tak to ja. - Gdzie konkretnie chcesz jechać? - Najbliżej miejsca, gdzie płyną promy na Cypr. - Promy na Cypr płyną z Tasucu, tam na pewno cię nie zawie- ziemy, możemy ewentualnie zawieźć cię do Antalyi. Stamtąd rusza nasz bus. Potem możesz sobie już normalnie dojechać dalej, tam już nie kontrolują. - To chyba kurort nad Morzem Śródziemnym. - Tak, ale z powrotem jest drożej. - Jak to drożej? Przecież bezpieczniej wam jest wieźć mnie z powrotem. - Jak chcesz z powrotem to płać za siebie i dziecko dwa tysiące dolarów inaczej nie gadamy. - Dwa tysiące? Zwariowałeś człowieku? - Chcesz albo nie? - Dobrze, za dwa tysiące do Antalyi. - Jutro o siódmej wieczorem musisz być na tym parkingu, na którym wysiedliście. Tam jutro będzie nasz bus. - Ok. będziemy tam jutro o tej porze. Arman pomyślał, że cała ta podróż to kompletne szaleństwo. - Jamila, zbieramy się, musimy dzisiaj jeszcze sporo przejść. Dała znak, że bolą ją nogi i że nie ma już siły. - Trudno, chodź jeszcze przynajmniej z godzinę. Potem rozbijemy namiot i zrobimy dłuższą przerwę. A jutro musimy przejść jeszcze kilkanaście kilometrów i wracamy z powrotem. Popatrzyła na ojca ze zdziwieniem jakby chciała powiedzieć: - “Jak to z powrotem?” Pokazała ręką w stronę granicy. - Nie córko, zmiana planów, tu nie damy rady przejść. Jutro wracamy z powrotem, w ten sam sposób w jaki przyjechaliśmy tutaj. Spróbujemy przejść przez granicę gdzie indziej. Jamila machnęła ręką ze zniechęceniem, wzięła swój plecak i poszła za ojcem. Po przejściu 6 kilometrów Arman znalazł dogodne miejsce nad małym strumykiem i rozstawił namiot. Przygotował najlepszy posiłek jaki był w stanie i oboje wcześniej się położyli. Jamila zasnęła wraz z zachodem słońca a on długo jeszcze myślał nad swoją trudną sytuacją. Przekonywał sam siebie, że ta podróż ma sens i że musi próbować do końca. Nazajutrz, około 8 rano, zwinęli obóz i z pomocą GPS-a Arman wyznaczył drogę do miejsca, gdzie musieli znaleźć się wieczorem. Starał się jak najszybciej oddalać od granicy. Wiedział, że czym dalej od niej, tym są bezpieczniejsi. Po całodziennym marszu, około piątej po południu, doszli na znajomy parking. Jamila była wykończ- ona. Arman odliczył pieniądze i jednocześnie sprawdził ile mu ich jeszcze zostało. Było jeszcze całkiem sporo. „Musi wystarczyć”- pomyślał. Położyli się na parkingowych ławkach i czekali na swoje “biuro podróży”. Parę minut przed siódmą wieczorem przyjechał znajomy bus. Za kierownicą siedział ten sam młody Turek. Arman z Jamilą siedzieli obok siebie na ławce i przyglądali się towarzystwu które tu dotarło. Bus był pełen ludzi, tak jak ostatnio. Arman westchnął: - “Dobry Boże.” Zobaczył kto wychodzi z busa. Najpierw wyszła młoda kobieta o arabskim wyglądzie i podtrzymywała za rękę babcię, która ledwie była w stanie sama wyjść. Widać było, że dobrze się znają. Prawdopodobnie była to matka z córką. Następnie wyszło trzech dziadków. Dwóch podtrzymywało trzeciego, był tak ciężko chory, że z trudem samodzielnie chodził. Arman od razu przypomniał sobie przypadek śmierci w lesie. Potem wyniesiono składany wózek inwalidzki i młodzi rodzice o europejskim wyglądzie wynieśli na rękach swojego ciężko chorego syna. Posadzono go w wózku. Arman zagadał do nich: - Znacie angielski? - Tak, jesteśmy z Australii. - Z Australii ? Jakim cudem się tu znaleźliście? - Nawet nie pytaj, trzeba by godzin żeby ci to opowiedzieć. - Co właściwie chcecie zrobić? - To co wszyscy, przecież pewnie dobrze wiesz, musimy ratować naszego syna. - Macie jakiś plan? - Przecież niedaleko jest granica, przejdziemy ją i idziemy dalej na północ do Albanii. - Dacie radę przejść tutaj tą granicę? - Przecież jest pewnie w lesie to będziemy próbować. - Naprawdę życzę wam powodzenia z całego serca. - A wy co tu robicie? - Jedziemy z powrotem. - Z powrotem? To w drugą stronę też wożą? - Na pewno to nie wiem, zaraz się okaże. - Dlaczego się wracacie? Byliście w strefie? - Ech, pięknie by było. Gdzie tam, nigdzie nie byliśmy, nie mamy sił już iść dalej. Córka nie jest śmiertelnie chora, może tak żyć. Ta podróż jest dla nas już zbyt trudna. Arman ich okłamał. Młodzi rodzice dziwnie na niego spojrzeli. Nie bardzo rozumieli sens jego słów. On nie uświadamiał ich, że żadne z nich nie ma najmniejszej szansy nielegalnie sforsować granicy w tym miejscu. Nie chciał odbierać im nadziei. W końcu podszedł kierowca i burknął do niego: - Najpierw kasa. - Ty, ale grzeczniej trochę, bo możesz zaraz pilnie potrzebować do strefy, tak jak ci, których tu przywiozłeś. Arman dał mu pieniądze. Turek liczył je długo i przyglądał się dolarom, jakby je pierwszy raz w życiu widział. - Wsiadajcie, wracamy. Wsiedli do busa. Jak ruszyli to Arman zagadał do kierowcy: - Ty wiesz o tym, że nikt z tych ludzi nie przejdzie tutaj tej granicy. - Przecież to oczywiste, oni pewnie też o tym wiedzą, nikt nie pyta się o to, czy granicę da się przejść. Nikogo nie okłamujemy, mówimy uczciwie gdzie ich zawieziemy, niczego więcej nie obiecujemy. Więcej już o nic nie pytał. Słońce chyliło się ku zachodowi kiedy dotarli nad morze. Tym razem nie był to kuter, ale mała motorówka z silnikiem zaburtowym. Przy sterze był młody chłopak, dziecko niemal. - Tym mamy przepłynąć Dardanele? - Mister, nie narzekaj, ciesz się, że chcemy cię wieźć, a poza tym Ahmed robił to już dziesiątki razy, często dla nas pracuje. Zabrali plecaki i usiedli w łódce. Drugi brzeg był ledwie widoczny. Oczywiście o żadnych kamizelkach w ogóle nie wspominano, zresztą i tak ich nie było. Arman zapytał chłopaka czy zna angielski, a ten pokiwał głową, że nie. Zapytał go na migi, pokazując na zegarek i drugi brzeg, jak długo będą płynąć. Chłopak pokazał dziesięć palców na obu rękach i wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. Arman do strachliwych nie należał, ale zamarł z przerażenia, obawiał się przede wszystkim o bezpieczeństwo Jamili. Zrozumiał w pełni sytuację jak zaburtowy silnik odpalił i ryknął z taką siłą, jakby miał napędzać ruski czołg a nie maleńką motorówkę. Łódka stanęła dęba i razem z córką musieli mocno się trzymać aby nie zjechać po pokładzie na szalonego sternika. Motorówka pędziła przynajmniej ze trzydzieści węzłów. Kilwater miał chyba z kilometr a fala za dziobem z metr wysokości. Rzeczywiście po dziesięciu minutach tej niebezpiecznej jazdy byli na drugim brzegu. Choć pochlapani wodą i lekko ogłuszeni, to cali i zdrowi. Chłopak wiedział co robi i precyzyjnie dopłynął do docelowej przystani. Planu “B” takich skoków przez cieśninę ten sternik nie miał żadnych. Widocznie był za młody żeby pomyśleć o takich drobiazgach jak nagłe załamanie pogody czy awaria silnika. W łódce nie było nawet wiosła. Może miał telefon, ale też nie wiadomo. Przystań do której dopłynęli nie była tym małym portem, z którego odpłynęli kutrem kilka dni temu, ale było to jakieś zupełnie odludne miejsce przy skalistej plaży. Było tam małe drewniane molo. Jednak Arman od razu rozpoznał znajomego typa, który był właścicielem “hotelu”. Tego, który oferował noclegi na łóżkach bez pościeli w wieloosobowej sali. Turek uśmiechnął się przyjaźnie i zaprowadził ich do prywatnego samochodu, zaparkowanego na bocznej drodze niedaleko plaży. Ich kurier, pomimo że bardzo słabo mówił po angielsku, to wytłumaczył Armanowi, że wiezie ich na nocleg i resztę dnia spędzą w domu, a bus którym pojadą z powrotem przyjedzie dopiero jutro po południu. Po półgodzinnej jeździe byli w znajomym już gospodarstwie. Okazało się, że nie będzie tej nocy żadnych innych gości i całą salę mają do swojej dyspozycji. Arman wybrał najlepsze łóżka dla siebie i córki i oboje się w nich położyli. Trudy szaleńczej wyprawy ostatnich dni zmęczyły szczególnie Jamilę, ale on też był zmęczony. Mała zasnęła a on myślał nad swoim nowym planem. Co właściwie wymyślił? Otóż kombinował, nie gdzie, ale jak najłatwiej będzie mu przekroczyć granicę turecko-grecką. I w końcu wpadł na pomysł, że przecież Cypr jest wyspą na morzu śródziemnym której połowa należy do Turcji a połowa do Grecji. Gospodarka Cypru to głównie turystyka. Na obu swoich częściach Cypr jest zagospodarowany turystycznie. Tam jest wiele turystycznych kurortów a jemu i jego córce najłatwiej jest udawać turystów, którymi zresztą poniekąd w istocie byli. Wiedział również, że stolicą Cypru jest Nikozja. To duże, licznie odwiedzane, śródziemnomorskie miasto. Nikozja leży w centralnej części wyspy, dokładnie w linii granicznej i podzielona jest na pół. Połowa miasta jest grecka a właściwie to autonomiczna, ale silnie związana z Grecją, a połowa turecka. Arman nigdy tam nie był, ale wyobrażał sobie, że jeśli jest gdzieś granica pomiędzy Grecją a Turcją, którą da się łatwo, nielegalnie przekroczyć, to może być to właśnie ta granica w samym centrum Nikozji. Plan miał taki, żeby dostać się na Cypr z kontynentalnej części Turcji. Nie powinno to raczej nastręczać problemów, bo żegluga promowa jest tam bardzo dobrze rozwinięta. Następnie zakładał przekroczenie nielegalnie granicy na Cyprze, najlepiej w centrum miasta i w jakiś nieustalony na razie sposób, dostanie się drogą morską na kontynentalną część Grecji, co już pewnie proste nie będzie. Tak właśnie to sobie wymyślił. W końcu zasnął. Cały następny dzień spędzili w przemytniczej “dziupli” w oczekiwaniu na busa który miał dowieźć kolejną “wycieczkę”. Po południu, pojawił się wyczekiwany transport. Oczywiście znowu w większości pełen starych i ciężko chorych ludzi, różnych narodowości. Arman już nie chciał wdawać się w żadne dyskusje na temat motywacji uczestników turystyki zdrowotnej. Obejrzał wszystko na własne oczy i doskonale rozumiał w jakiej sytuacji znajdą się ci ludzie. Zapakowano go z córką do samochodu i ten z nimi oraz z nowym kierowcą, odjechał z powrotem na południowy-wschód. Podróż była bardzo długa i prawie bez żadnych przerw. Na szczęście w busie było tyle miejsca, że oboje podróżowali na leżąco. Po około 12 godzinach jazdy, w środku nocy, Arman zauważył że zabudowa jest coraz gęściejsza a ulice coraz szersze i lepiej oświetlone. Dojechali na miejsce, czyli do jednego z najbardziej znanych kurortów turystycznych Turcji, do Antalyi. Kierowca, który trochę znał angielski, wytłumaczył po drodze Armanowi, że działalność ich grupy polega na tym, że organizują przerzucanie ludzi pod grecką granice właśnie z Antalyi, ponieważ tam zjeżdżają się chorzy ludzie z całego świata. Wiele biur turystycznych organizuje wycieczki do hoteli Antalyi i takie wycieczki w całej Europie oraz w dużej części Azji, da się za niewielkie pieniądze wykupić, jeśli chorym uda się oszukać organizatorów. Natomiast ta część Turcji, ze względu na znaczną odległość od Albanii, nie została objęta wzmożoną kontrolą po zdarzeniach związanych z błyskiem i ze strefą. Dlatego to “biuro podróży” z którego korzystali, zaczyna swoje trasy właśnie z Antalyi. Wysiedli w centrum miasta. Pomimo, że była trzecia nad ranem, to miasto tętniło życiem. Wiele lokali, zwłaszcza tych w pobliżu morza, było jeszcze otwartych. Było jasno niemal jak w dzień. Setki turystów kręciło się po ulicach i okupowało ogródki licznych restauracji i barów. Arman skierował się od razu w stronę wybrzeża i po dziesięciu minutach pieszej wędrówki wybrał niewielki pensjonat położony trzysta metrów od morza. Weszli razem do holu. Drzwi były otwarte ale w małej recepcji nikogo nie było. Lekko uderzył w gong, który stał na ladzie. Po dłuższej chwili przyszła zaspana młoda Turczynka i zapytała po turecku w czym może pomoc. Arman nie zrozumiał, ale poprosił po angielsku o pokój dwuosobowy dla siebie i córki na dwa dni. Turczynka, choć słabo mówiła po angielsku, to go zrozumiała i bez żadnych formalności wręczyła mu klucz do pokoju na pierwszym piętrze, informu- jąc jednocześnie, że resztę załatwią rano. Jamila z Armanem padli zmęczeni na wygodne łóżka. Obudzili się bardzo późno, około 10 rano. Arman wyszedł na duży taras przynależny do ich pokoju i zachwycił się pięknym widokiem. Hotel położony był kilkanaście metrów nad poziomem morza, co dawało piękny widok na morze oraz na widoczny w oddali łańcuch górski. - Jamila, chodź poparz jaki widok. Dziewczynka znieruchomiała z wrażenia. Uśmiechnęła się i dała znak ojcu, że tu zostają. Arman zszedł do recepcji. Na dole była właścicielka pensjonatu, która biegle mówiła po angielsku. - Już się zastanawiałam czy nie iść sprawdzić czy wszystko z wami w porządku. Córka przekazała mi, że chcecie zostać jeszcze na druga noc. - Dokładnie, wyjedziemy jutro, mniej więcej o tej porze. Dzisiaj pójdziemy rozejrzeć się po okolicy a po południu będziemy na basenie. - Jasne, proszę wypełnić te formularze dla siebie i dla córki. Potrzebowałabym również wasze paszporty. - Paszporty dam pani jutro, przy płaceniu rachunku. - Może tak być. Arman wypełnił formularze i poszedł po córkę. - Jamila zbieraj się, idziemy do miasta kupić bilety na prom. Ale po południu tu wrócimy. Arman idąc wczoraj w nocy, rozglądał się za biurami turystycznymi i wypożyczalnią samochodów. Wszedł do najbliższego biura, które organizowało krótkie wycieczki. Na witrynie widniał duży napis “We speak English”. - Dzień dobry, czy może mi pani pomóc kupić bilety na prom na Cypr? - Wydaje mi się, że nie powinno być z tym problemu, to może zrobić każdy korzystając z internetu. A kiedy chcielibyście tam popłynąć? - Jeśli to możliwe, to jutro. - Zaraz sprawdzę, to chwilę potrwa. Na jutro jest tylko o 17:40, ranne bilety są już wysprzedane. - Może być o 17:40. - Ok, dwa bilety na 17:40 na prom z Tasucu do Girne Kalesi. Proszę podać kartę płatniczą. Pani przepisała numery z karty i zatwierdziła transakcję. - Ok, już są bilety, drukujemy. Arman trzymał w ręku bilety na prom na Cypr. Był zdziwiony że poszło tak łatwo. - Ile płacę? - Nic pan nie płaci, cieszę się, że mogłam pomoc. - Dziękuje bardzo. Teraz samochód. Wydawało mu się, że idąc wczoraj w nocy, widział po drodze wypożyczalnię i skierował się od razu w to miejsce. Bez trudu znalazł. Było ich w Antalayi kilka. - Dzień dobry, czy mówicie po angielsku? - Oczywiście mister, jaki samochód cię interesuje? - Zwykły, najtańszy ale sprawny. - Renault Clio może być? - Oczywiście. - Na jeden dzień? - Tak, na jutro, czy byłaby możliwość zwrócenia tego auta w porcie w Tasucu ? - W Tasucu nie, ale w Silifke mamy swój oddział, tam można auto zwrócić. Do portu w Tasucu jest stamtąd kilkanaście kilometrów. Można podjechać autobusem albo taksówką. Oddział w Silifke zamykamy o godz.19, do tej godziny trzeba auto zwrócić. - Ok, ile kosztuje? - W jakiej walucie zapłacisz? - Może w dolarach? - 40 dolarów płatne z góry i prawo jazdy potrzebuję, o Rosjanin, sporo was tutaj. W aucie będzie mało benzyny, musisz sam zatankować i to jak najszybciej, na następnej ulicy jest stacja benzynowa, auto jest ubezpieczone, jakby były jakieś problemy to proszę dzwonić na numer, który jest naklejony na przedniej szybie. - Ok. - O której i gdzie podstawić samochód? - Na 10 rano, tu pod ten hotel. Arman pokazał ręką na ich hotel, który był widoczny przez szybę wypożyczalni. Odetchnął z ulgą i poszedł z Jamilą na spóźnione śniadanie do małej restauracji nad samym morzem. Resztą dnia cieszyli się w kurorcie. Pływali w morzu i w base- nie, a większość czasu przeleżeli na tarasowych leżakach. Nazajutrz obudził małą o ósmej rano. Oboje się spakowali i przed dziewiątą byli w recepcji. Była tam córka właścicielki, ta sama która przyjęła ich w nocy. Dziewczyna wzięła ich paszporty i wystawiła rachunek. Następnie przejrzała paszporty i łamaną angielszczyzną powiedziała: - Mister, wasze wizy nieważne. - Tak wiem, właśnie je załatwiamy. Taka odpowiedź w zupełności wystarczyła aby wytłumaczyć sytuację. Arman się uśmiechnął, zapłacił rachunek, wziął paszporty i wyszedł, a jej nawet do głowy nie przyszło robić z tego powodu jakieś problemy. Nawet matce zapomniała o tym powiedzieć. Arman tylko ze zdziwieniem i uśmiechem pomyślał: - “Jak mogą być nieważne wizy, których wcale nie ma.” Ich Clio czekało już na nich przed hotelem. Włożyli plecaki do bagażnika i podjechali na śniadanie do restauracji w której jedli wczoraj oraz na stację benzynową. Następnie Arman uruchomił swój GPS i spokojnie pojechali w stronę Silifke. Do przebycia było około 180 km. W tej części Turcji nie było żadnych punktów kontrolnych ani posterunków wojska czy policji. Około 14 zwrócili samochód do wypożyczalni w Silifke. Arman zapytał się jak dostać się do Tasucu i dokładnie wytłumaczono mu jak dojść na dworzec autobusowy. Do Tasucu autobusy odjeżdżały co kilkadziesiąt minut i oboje, parę minut po 15 byli w porcie. Przed 17 weszli na statek i punktualnie, zgodnie z planem wypłynęli na Cypr. Sprawdzono tylko ich bilety, żadne inne dokumenty nie były już potrzebne. Oboje stali przy barierkach na rufie i patrzyli na oddalającą się Turcję. Arman myślał z niepokojem co czeka ich na Cyprze i jaką jeszcze długą drogę muszą przebyć, żeby dostać się do wymarzonej strefy w odległej Albanii. ***** Duże państwo w Ameryce Północnej. Pięć miesięcy od błysku. Matka Emily odebrała pocztę. Była również jedną z pierwszych, która aplikowała o bilety do strefy dla obu swoich córek. Na początku akcji dystrybucji biletów nikt nie przewidywał, że o leczenie w strefie będzie tak trudno. Rodzicom Emily wydawało się oczywiste, że ich córki zostaną zakwalifikowane. W końcu były młode i nieuleczalnie chore a objawy u starszej Emily były już tak mocno nasilone, że pomimo tego, że dziewczyna codziennie była rehabilitowana, to nie mogła już normalnie chodzić i poruszała się na wózku inwalidzkim. - Emily, Emily, chodź kochanie, poczta z ONZ, dostałyśmy bilety nareszcie! Matka wołała córkę, która siedziała zamknięta w swoim pokoju. Emily otworzyła drzwi i podjechała do niej na wózku. - Nareszcie przysłali, taki burdel tam mają, że nawet nam robią łaskę i każą tak długo czekać! Otwierała kopertę drżącymi rękami. Rozwinęła list i zaczęła czytać. Jej twarz nagle zrobiła się purpurowa i pojawił się na niej grymas złości. - Co takiego? Co takiego? To niemożliwe. - Co napisali? - Emily, oni napisali, że wszystkie dostępne bilety na najbliższe dwa lata zostały już rozdysponowane i dla ciebie oraz Lily nie ma miejsca. - Co takiego? To niemożliwe, nas tak chcą traktować? Niech sobie piszą takie bzdury do kogoś innego, ale do nas? Mamo, do nas? Oni są bezczelni, trzeba reklamować, odwołać się. Przecież ojciec może to załatwić! Emily popłynęły łzy po policzkach. Matka popatrzyła na nią ze zdziwieniem. Od lat nie widziała jej takiej. Zamiast grymasu nienawiści, zobaczyła płaczliwy wyraz jej twarzy. ***** Logan pchał wózek po chodnikach dużego miasta starając się omijać licznych przechodniów. Emily codziennie musiała z domu dostać się do kliniki w której była leczona i poddawana zabiegom rehabilitacji. Po otrzymaniu listu z informacją, że nie będzie mogła pojechać do strefy, kompletnie się załamała i popadła w głęboką depresję. Po pierwszej fazie dystrybucji biletów nie było jeszcze ustaleń, że będzie można, pomimo odmowy, licytować dodatkowo bilety na aukcjach. Dopiero na wskutek nacisku bardzo bogatych ludzi na rządy swoich krajów, wprowadzono możliwość takiej licytacji. Emily nie wiedziała, że w niedalekiej przyszłości taka możliwość powstanie. Nic nie było jej w stanie pocieszyć. Nie mogła zrozumieć dlaczego to akurat ją spotkało takie nieszczęście. Matka chciała aby na rehabilitację ją dowożono i odwożono z domu. W bardzo drogiej klinice istniała możliwość zorganizowania tego w ten sposób. Jednak Emily chciała drogę na zabiegi przebywać sama na wózku, najczęściej przy pomocy i w towarzystwie Logana. On, pomimo nagłej, poważnej choroby swojej dziewczyny i swojego trudnego charakteru, nie zostawił jej samej. Przychodził codziennie i asystował w drodze do szpitala. Pchał wózek i starał się ją pocieszać. Dla niej obecność Logana była ważna. Jednak równie ważne jak sam Logan, było to, co jej przynosił. - Logan masz dla mnie towar? - Emily, nie możesz już tego brać, teraz to tobie naprawdę szkodzi. - Logan ja muszę, daj mi proszę. - Przynajmniej nie bierz codziennie, nie możesz brać leków i tego jednocześnie. To cię zabije. - Logan, mnie już wszystko jedno. Umrę bez tego, daj mi choć jedną. - Logan wysupłał z kieszeni zawiniątko a z niego tabletkę. Emily jak nie skończysz z tym świństwem to przestanę do ciebie przychodzić. - Co ty gadasz? Nie dobijaj mnie. - Poza tym, prawda jest taka, że nie mamy już kasy, nie mam skąd wziąć a nie chcą mi już dawać na kredyt. Muszę im zapłacić. - Załatwię kasę. - Skąd weźmiesz? - Nie wiem, ale załatwię. - Bez względu na to, masz przestać to brać, stajesz się ćpunką albo już nią jesteś. - Nie mów tak, to nieprawda. Emily rozpłakała się. Naciągnęła bluzę z kapturem na głowę i przez dłuższą chwilę dalszą drogę przebywali w milczeniu. Akurat przejeżdżali koło dużego kościoła niedaleko ich szkoły. Drzwi wejściowe były szeroko otwarte. Choć brama była po drugiej stronie szerokiej ulicy, to Emily skupiła uwagę właśnie na niej. Wyszła z nich grupka młodych ludzi. Rozpoznała uczniów z jej klasy. - Poczekaj chwilę. Logan przestał pchać wózek. - Zawieźć cię do nich? Może chcesz wejść do kościoła? - Logan, po co? Bozia mi pomoże? Wyleczy mnie z choroby?! - Tylko zapytałem. W bramie kościoła stanęła uśmiechnięta Ava. Emily gwałtownie odwróciła głowę. Od małego złotego krzyżyka na nadgarstku Avy odbił się promień słońca. Krzyżyk zajaśniał złotym blaskiem. Po policzkach Emily znowu popłynęły łzy. Zakryła głowę kapturem. - Logan jedź już stąd. Nazajutrz. - Dzień dobry czy rozmawiam z mamą Emily? - Tak słucham. - Wie pani, jestem lekarzem prowadzącym leczenie i rehabilitację pani córki. - Tak rozumiem. - Czy mogłaby pani, najlepiej z mężem, się do mnie pofatygować? Mam coś ważnego do przekazania w sprawie leczenia państwa córki i w ogóle myślę, że powinniśmy porozmawiać. - No dobrze zadzwonię do męża, kiedy moglibyśmy przyjechać? - Czy dzisiaj około godziny 15 byłaby możliwość? To pilna sprawa. - Tak, postaramy się, zadzwonię do męża czy Emily ma być z nami? - Nie, nie, w żadnym wypadku, chciałbym porozmawiać tylko z państwem. Klinika, godzina 15. - Witam państwa, miło że państwo przyszli, nie będę owijał w bawełnę, chciałbym poinformować państwa, że zaistniały szczególne komplikacje w leczeniu waszej córki. Matka Emily zbladła. - Zapytam wprost, czy państwo wiedzą, że Emily bierze narkotyki? - Co takiego? Emily, narkotyki? To niemożliwe, co pan za bzdury opowiada, panie doktorze? - Podejrzewałem to już dawno, ale nie miałem 100 % pewności, ale teraz już wiem, że tak jest na pewno. Zleciłem przy okresowym badaniu u Emily sprawdzenie dodatkowo czy jej krew jest zatruta narkotykami. Jest to ważne w kontekście jej bardzo poważnego stanu zdrowia i stosowanej terapii. Regularne branie narkotyków może wchodzić w interakcję ze stosowanymi lekami i osłabiać ich działanie. Poza tym, narkomania sama w sobie jest czynnikiem obciążającym, już i tak jej ciężko chory organizm. Wyniki wskazują na regularne zażywanie popularnego wśród młodzieży narkotyku syntetycznego. - Skąd miałaby go brać, przecież cały czas siedzi w domu? Wychodzi tylko do was na rehabilitację. Chyba sami jej go podajecie? - Droga pani, proszę się zastanowić co pani mówi, powiem wprost, jeśli Emily z tym nie skończy to nie będziemy mogli dalej jej leczyć. - Pan nas szantażuje? Przecież płacimy wam mnóstwo pieniędzy. - Wiem, ale pomimo to nie zmieniam zdania. - Co pan proponuje? - Chciałbym aby wyrazili państwo zgodę na rozmowę Emily z naszą psycholożką, ona spróbuje namówić ją na terapię odwykową. Współpracujemy z ośrodkiem, który organizuje turnusy odwykowe dla narkomanów. Jest w naszym mieście. Pacjenci są tam zamykani na cały czas terapii i izolowani od społeczeństwa. - Ile trwa takie leczenie? - Najkrótszy turnus trwa trzy miesiące i taki właśnie bym państwu dla Emily proponował... na początek, dalej w zależności od wyników. Ponieważ z nimi współpracujemy to będziemy tam czuwać nad przebiegiem jej leczenia. Jeśli chcą państwo nadal korzystać z naszych usług to proszę namówić ją na to leczenie, innego wyjścia nie ma. Narkomanki dłużej leczyć nie będziemy. Proszę o szybką odpowiedź co państwo postanowili. Niestety te turnusy w tej klinice odwykowej są drogie. - Przecież to dla nas bez znaczenia. Mąż popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. Chwilę później w samochodzie. - Teraz znasz prawdę o swojej córce, przecież to diabeł wcielony, próbuję ci to wytłumaczyć od dawna, ale do ciebie to nie dociera. - Co ty wygadujesz, wiadomo że nie jest idealna, ale to nasza córka, jest w trudnym okresie dorastania, a poza tym bardzo chora. - A jak była zdrowa to niby jaka była? Przecież jeszcze gorsza. - Tak ci się tylko wydaje, nigdy nie starałeś się jej zrozumieć, a poza tym, ten lekarz na pewno się pomylił, skąd miałaby brać narkotyki? - Jak to skąd? Ten chłopak, Logan jej przynosi. Matka Emily się rozpłakała. ***** W klinice, psycholożka rozmawia z Emily: - Chciałabym się dowiedzieć jak często bierzesz i kiedy się to zaczęło? - Muszę na to odpowiadać? - Nie musisz, ale chcielibyśmy ci pomóc. - Ja nic nie biorę, jestem czysta. - Taa, akurat, wiesz co Emily nie do mnie z takimi tekstami, jak mamy ci pomóc to mów prawdę. - Może ja wcale nie potrzebuję niczyjej pomocy, słuchaj no wredna, wścibska babo, swoją pomoc wiesz gdzie możesz sobie wsadzić. Jestem wolnym człowiekiem i będę robić to, co mi się podoba. Mój stary płaci wam kupę kasy i powinniście w zamian się ode mnie odp......ić. Koniec przesłuchania. Rodzice w domu rozmawiają z Emily: - Pójdziesz na leczenie przymusowe. - Cooo takiego??? Odpierniczyło wam zupełnie. Przecież cały czas jeżdżę na leczenie. - Pójdziesz na leczenie odwykowe dla narkomanów. Na leczenie zamknięte, będziesz odizolowana od społeczeństwa na trzy miesiące a w szczególności od tego swojego Logana, który cię w to wciągnął i który karmi cię narkotykami. Myślisz, że nie wiemy? - Nie pójdę na żadne leczenie, mnie i tak jest wszystko jedno, po co mam tak żyć? Jak zabronicie mi się spotykać z Loganem to skończę ze sobą. Mam was wszystkich w dupie. Odpieprzcie się ode mnie. Emily odjechała do swojego pokoju i trzasnęła drzwiami. .......................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  13. Wybrzeże Tureckie. Arman i Jamila zjawili się w porcie rybackim około godziny 22, już po zachodzie słońca, tak jak umówili się z szyprem, który podjął się przeszmuglowania ich do Turcji. Jamila była trochę wystraszona, ale ojciec cały czas ją pocieszał, żeby się niczego nie bała, że nic złego ich nie spotka. Szyper, który był jednocześnie kapitanem i jedno- osobową załogą małego kutra, zaokrętował swoich pasażerów w małej kabinie, która była jedyną nadbudówką na tej jednostce. Wziął od Armana pieniądze i starannie przeliczył, uważnie się im przyglądając. Zaoferował im wygodną rozkładaną pryczę i poinstruował w jaki sposób na łodzi realizuje się wiadome potrzeby. Poinformował ich również, że do przebycia mają około 180 mil morskich i że podróż potrwa dobę. Do wybrzeży Turcji dotrą jutro w nocy. Jedyną ofertą kulinarną, jaką kapitan mógł im zaoferować, była gorąca woda. Resztę muszą przyrządzić sobie sami i Arman był na to przygotowany. Arman nie mógł lepiej trafić. Szyper tak naprawdę był rybakiem tylko dla kamuflażu swojej właściwej działalności. W istocie był doświadczonym przemytnikiem, który zajmował się szmuglowaniem różnorodnej kontrabandy z Turcji na Krym. Ci, którzy skierowali Armana do niego właśnie, wiedzieli co robią. Znał on doskonale każdy szczegół wybranych przez siebie fragmentów wybrzeży tureckich. Wiedział dokładnie do jakich zatoczek można podpłynąć, tak aby być poza zasięgiem obserwacji straży przybrzeżnej i jaką pogodę do tego wybrać oraz jaką porę doby, żeby pogranicznicy byli jak najmniej czujni. Nie jedna podejrzana paczka i nie jeden podejrzany typ, płynęli już tą jednostką. Około godziny 23, kapitan odepchnął nogą swój mały okręcik od nabrzeża a następnie jednostka zaklekotała wolnoobrotowym dieslem i wzięła niezwłocznie kierunek, prawie dokładnie na południe. Podróż przebiegła spokojnie, pogoda sprzyjała niebezpiecznej wyprawie. Arman i Jamila próbowali trochę się zdrzemnąć. Kapitan czuwał cały czas i prowadził kuter. Na drugi dzień, koło północy, byli w pobliżu tureckiego wybrzeża. Ostatnie kilka mil kuter płynął w ciemności bardzo powoli. Silnik został ustawiony tak, aby pracować najciszej jak się da. W końcu kapitan skierował swoją jednostkę w małą zatoczkę a następnie płynął wprost w stronę brzegu i wyłączył silnik. Kuter zatrzymał się nie dalej jak trzysta metrów od kamienistej plaży. Arman w międzyczasie napompował ponton i kapitan pomógł jemu i Jamili zająć w nim miejsce, a następnie podał im plecaki. Szeptem życzył im powodzenia i odepchnął ponton. Arman zaczął wiosłować i ponton szybko zbliżał się do brzegu. Kapitan asekurował ich jeszcze przez chwilę, a kiedy się upewnił, że wszystko idzie zgodnie z planem to diesel ponownie cicho zaklekotał. Powoli oddalił się w stronę otwartego morza. Po dwudziestu minutach Arman z Jamilą dopłynęli do pustego, skalistego wybrzeża. Arman wybrał miejsce w którym mógł dobić do brzegu i cicho wszedł po pas do ciepłej wody. Dociągnął Jamilę i wysadził ją bezpośrednio na brzeg. Następnie wyciągnął ponton i najszybciej jak to było możliwe, spuścił z niego powietrze. W nadbrzeżnych skałach było kilka pęknięć i małych wąskich szczelin. Wybrał największą z nich i ukrył tam ponton i wiosła. Udało się to tak dobrze, że nie było nic widać. Powiedział cicho do siebie: - Tu go nikt nie zauważy, przynajmniej przez kilka dni. Następnie się przebrał, poprawił ubranie Jamili i po założeniu plecaka wziął ją za rękę. Spokojnie, jakby nigdy nic, poszli razem wzdłuż wybrzeża udając zagranicznych turystów, którzy trochę zabłądzili i spóźnili się do hotelu. Korzystając z GPS-u odczytał pozycję i ustalił, że do miasteczka do którego chciał dotrzeć jest około 6 km. Wiedział, że w miaste- czku nadmorskim są pensjonaty dla turystów, jednak nie chciał przyjść tam w środku nocy. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Wybrał w lesie, około trzech kilometrów od morskiego brzegu, stosowne, gęsto zarośnięte miejsce i szybko rozstawił tam mały namiot, który niósł w plecaku. Resztę nocy przespali w nim w miarę wygodnie. Obudził się o świcie i rozejrzał w około w świetle dnia. Po stwierdzeniu, że okolica jest bezludna a miejsce biwaku dobrze wybrane, bo zupełnie niewidoczne, pozwolił córce pospać do 10 rano. Następnie zwinęli skromny obóz i spokojnym krokiem udali się do miasteczka. Pierwszych ludzi spotkali po dwóch kilometrach. Arman z ulgą stwierdził, że nikt nie zwraca na nich szczególnej uwagi. Widać miejscowi byli obyci z widokiem turystów. Po dotarciu na miejsce wybrał ładny, czteropiętrowy pensjonat z pokojami, których balkony zwrócone były wprost w stronę morza. Wszedł do recepcji. - Dzień dobry, rozmawia pani po angielsku? - Tak, oczywiście. - Szukam pokoju na trzy dni dla siebie i dla córki. - Oczywiście, nie ma problemu. - Chcielibyśmy z widokiem na morze. - Tak proszę bardzo, jest łazienka i dwa osobne łóżka, cena panu odpowiada? - Tak, w porządku, w cenie jest wyżywienie? - Oczywiście, proszę wypełnić formularz i donieść mi go przy kolacji, a tu jest klucz do pokoju, basen do waszej dyspozycji czynny do 19. Zostawi pan paszporty? - Wolałbym mieć je przy sobie. - To poproszę na chwilę, przepisze tylko wasze nazwiska. O, Rosjanie, często mieliśmy gości z Rosji. Teraz, ze względu na to co stało się w Albanii, to ruch turystyczny trochę zmalał. Ale wierzymy, że wszystko wróci do normy. Arman ze strachem podał paszporty. Recepcjonistka przepisała nazwiska i na szczęście nie sprawdzała wiz. Odetchnął z ulgą. Wiedział, że może czuć się przez najbliższe dni w miarę bezpiecznie. Jamila padła na łóżko i natychmiast zasnęła. On do niej dołączył. Nazajutrz zostawił Jamilę na plaży przy hotelu, w miejscu gdzie było niewielu ludzi i polecił jej spokojnie na niego czekać, a sam zaczął badać miasteczko i okolice. Jamila nauczyła się już, że musi zostawać sama przez jakiś czas. Arman w końcu trafił w rejon dworca autobusowego. Od razu zauważył, że kręciło się tam kilku, dziwnie zachowujących się ludzi. Próbował zrozumieć cokolwiek z tureckiego rozkładu jazdy. Był już pewny, że jeden z tubylców go obserwuje. W końcu Turek podszedł do niego i szeptem zapytał łamaną angielszczyzną: - Mister. Ty znasz angielski? Chcesz gdzieś jechać? - Dlaczego pytasz? - Znam kogoś kto może pomóc. - Ciekawe? A w jaki sposób? - Mister czy ty jesteś chory? - To nie twój biznes. - Organizujemy wycieczki. - Wycieczki dokąd? - Na zachód w stronę granicy z Grecją, tu teraz dużo ludzi próbuje jechać w tamtą stronę. - Przecież jakbym chciał tam jechać, to nie potrzebuję niczyjej pomocy, wsiądę w autobus i pojadę. - O, mister, mylisz się, sam nie pojedziesz. Od czasu wydarzeń w Albanii po Turcji sam nie pojedziesz. Są punkty kontrolne, kontrole w autobusach i pociągach. Sprawdzają dokumenty i pytają dokąd jedziesz. Jak jesteś podejrzany to cię aresztują. Nie przepłyniesz również przez Bosfor ani nie przejedziesz przez mosty bez szczegółowej kontroli. - Co chcesz mi zaproponować? - Możemy zawieźć cię w stronę granicy z Grecją, wiemy jak jechać żeby ominąć kontrole, przeprawimy cię również przez cieśninę Dardanele w okolicach Gallipoli, naszym statkiem do europejskiej części Turcji. Po drodze załatwimy nocleg. Dostarczymy cię 20 km od granicy z Grecją. Co dalej zrobisz to twoja sprawa. Więcej pomóc nie możemy. Jesteś zainteresowany? Tu teraz sporo takich jak ty z nami jeździ. Są i Turcy, ale w większości, powiedzmy turyści z zagranicy. - Ile chcecie za taką “wycieczkę”? - Bierzemy 500 dolarów. - Jestem z córką, zapłacę wam 800 za dwie osoby, więcej nie mam. - Poczekaj chwilę. Arman widział, że Turek odchodzi i do kogoś dzwoni. Miał najczarniejsze myśli, spodziewał się, że został zdekonspirowany, rozglądał się którędy będzie uciekał jak przyjedzie policja. Jednak Turek wrócił po chwili. - Ok, zgodzili się na 800. Tam jedzie się busem, zbiera takich jak wy. Będzie tu za dwa dni w piątek o 8.30 rano. To niebieski Ford, musisz go wypatrzeć, nie jest oznaczony. Zapłacisz u kierowcy, tylko się nie spóźnijcie, nie będą czekać. Masz telefon? Zapisz sobie ten numer. Jakbyś nie umiał znaleźć naszego busa to zadzwoń. Arman skrzętnie zapisał numer w swoim telefonie. Jeszcze nie wiedział jak bardzo mu się przyda w niedalekiej przyszłości. Doskonale rozumiał, że padł ofiarą zorganizowanego gangu zarabiającego na ludzkim nieszczęściu. Zdawał sobie sprawę, że dostarczenie kogokolwiek w pobliże silnie strzeżonej granicy, niczego nie załatwia. Przywiezieni tam ludzie, pewnie w większości chorzy i starzy, skazani są z góry na niepowodzenie. Tak dowiezieni klienci na pewno od razu przy granicy zostaną zdekonspirowani i aresztowani. Ta grupa obdziera chorych z pieniędzy za kilka dni nadziei. Jednak Arman wierzył w siebie i w swoje umiejętności. Być może jemu uda się coś z tego zrobić. Wszystko zależy od tego, co zastanie na miejscu, dlatego się zgodził. W końcu Albania była na zachód. Dwa dni szybko minęło. Oboje odpoczęli i byli gotowi do dalszej drogi. Czas spędzali prawie wyłącznie na plaży albo przy basenie. Z pensjonatu nie wychodzili w ogóle, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Arman jedynie uzupełniał zapasy napojów i jedzenia. W dniu poprzedzającym ich dalszą podróż uprzedzili uprzejmą recepcjonistkę, że jutro rano będą wcześniej wyjeżdżać. Ona ich rozliczyła i zaproponowała im jeszcze śniadanie, specjalnie dla nich na siódmą rano, na co on chętnie przystał. Parę minut po ósmej byli oboje na dworcu autobusowym i Arman wypatrywał niebieskiego Transita. Bus podjechał dokładnie o umówionej godzinie. Od razu było widać, że kierowcy zależy na tym aby postój był jak najkrótszy. Oni wypatrywali busa a kierowca ojca z córką. Samochód był już pełen ludzi, zostały dla nich ostatnie dwa wolne miejsca. Kierowca, młody Turek, powiedział po angielsku, że rozliczą się na postoju i że od razu odjeżdżamy. Bus ruszył a Arman przyglądał się pasażerom. Dziwne to było towarzystwo. Widocznym było, że pochodzą z różnych stron Azji. Dwie starsze kobiety, które podróżowały razem i znały się dobrze, miały azjatycką urodę. Prawdopodobnie pochodziły z Chin lub któregoś z azjatyckich krajów nad oceanem Indyjskim. Pozostali to starszy gość, o typowo arabskim wyglądzie, matka z dwójką ciężko chorych dzieci, ubrana w hidzab, prawdopodobnie Turczynka i dziadek o wyglądzie Hindusa. Niektórzy czasem coś do siebie mówili w nieznanym Armanowi języku, ale generalnie towarzystwo było milczące i skupione wyłącznie na sobie. W najgorszym stanie był Hindus. Był bardzo słaby, na przerwach trudno było mu wyjść z busa i na każdym postoju wymiotował. Prawdopodobnie miał również wysoką gorączkę. Arman patrzył na to towarzystwo i zastanawiał się, po co oni właściwie tam jadą. W jaki sposób chcą dostać się do Grecji a potem do Albani. W jaki sposób chcą dostać się do strefy? Czy chcą przekupywać ludzi, którzy staną im na drodze do wymarzonego zdrowia czy też liczą na ludzką litość? Żaden z podróżnych nie wyglądał na bardzo zamożnego. Arman rozumiał coraz bardziej, jak beznadziejnego zadania się podjął. Jak patrzył na tych ludzi to zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że jego szanse niewiele różnią się od tych, z którymi jechał. Minął pierwszy dzień. Samochód zatrzymywał się w taki sposób, że pasażerowie mogli wyjść wyłącznie w lesie. Po zakupy po przydrożny kebab i napoje, wychodził tylko kierowca. Rozdawał jedzenie pasażerom w busie. Kierowca się bał, że zostanie zdekonspirowany. Zdawał sobie sprawę, że wykorzystuje i oszukuje pasażerów. Dojechali w końcu, już po zapadnięciu zmroku, do miejsca gdzie miał być obiecany nocleg. Samochód wjechał na dziedziniec zaniedbanego gospodarstwa na skraju wsi, w okolicach miasta Gallipoli. Właściciel natychmiast zamknął bramę. Zaprowadzono pasażerów do dużego pomieszczenia, gdzie jedynymi meblami były stare metalowe łóżka, podobne do tych, jakich używa się w koszarach wojskowych. Jedynym oświetleniem, jedna żarówka, wisząca z oprawką na drucie sterczącym z sufitu. Na łóżkach brak było pościeli, a na starych poplamionych materacach leżały tylko koce i podu- szki. W brudnej łazience można było się umyć tylko w zimnej wodzie a wychodek był na dworze. Kierowca i właściciel gospodarstwa, poczęstowali gości kawą i herbatą. To wszystko co oferowało to improwizowane biuro podróży. Stan zdrowia starego Hindusa ciągle się pogarszał. Chwilami stary tracił przytomność aby znowu ją odzyskiwać. Współtowarzysze podróży pomogli mu położyć się i napoili go herbatą. Jeść nie był już w stanie niczego. Arman był tym zaniepokojony. Nie trudno było zauważyć, że ten człowiek umiera. Nikt nie wiedział co mu jest. Arman obawiał się, żeby nie zarażono jego córki jakąś groźną chorobą. Noc minęła spokojnie, choć napięcie nerwowe nie pozwalało im zasnąć. Rano obudzono wszystkich około 6. Po kilkunastu minutach wszyscy byli już w busie. Starego Hindusa trzeba było wnieść do środka. Usiadł i oddychał z trudem. Ruszyli w stronę wybrzeża. Jechali w kierunku cieśniny Dardanele, do której zostało kilkanaście kilometrów. Po drodze Hindus zaczął się dusić. Pasażerowie zażądali aby się zatrzymać. Kierowca zjechał z głównej drogi w drogę leśną i zatrzymał się w lesie. Wyniesiono starego z samochodu i ułożono na trawie. Ten dusił się coraz mocniej a z ust płynęła mu spieniona krew. Nikt nie był w stanie mu pomoc. Nagle przestał kaszleć i zrobił się siny. Po kilkudziesięciu sekundach przestał oddychać i zmarł. Arman zasłonił Jamili oczy i poszedł z nią do samochodu. Po chwili zrobili to samo wszyscy pozostali. Zmarłego po prostu zostawiono w lesie, tam gdzie skonał. Nikt nie przejmował się jego dalszym losem. Kierowca wsiadł do busa. Nikogo nie informował, do nikogo nie dzwonił, po prostu zawrócił, wyjechał z lasu i pojechał dalej. Arman miał się w przyszłości przekonać, że czym bliżej znajdzie się strefy, tym więcej będzie znajdować takich ofiar, pozostawionych samym sobie w lasach i innych miejscach. Zdesperowani, ciężko chorzy ludzie, często nie przeżywali tych podróży. Nikt od razu nie przejmował się ich losem. Grzebano ich często wiele dni po śmierci, nierzadko anonimowo. Przed błyskiem to było nie do pomyślenia. Dojechano do wybrzeża. Od europejskiej części Turcji dzieliła ich cieśnina Dardanele. Na grupę w małym porcie rybackim czekał kuter. Arman od razu zauważył podobieństwo do tej jednostki, którą przepłynął Morze Czarne. Łódź była tak samo mała, tak samo niebezpieczna, nawet szyper był podobny, Turek z gęstą brodą. Do przepłynięcia było około 5 km. Poszło to sprawnie i szybko. Widać, że przemytnicy byli dobrze zorganizowani bo po drugiej stronie czekał już kolejny stary bus. Kierowcy wyraźnie się spieszyło. Chciał wywiązać się z zadania, poganiał uczestników, żeby nie zwlekać. Jechał kilkanaście kilometrów główną drogą, a następnie zjechał na boczną z bardzo kiepską nawierzchnią. Jechali powoli. Około godziny czwartej po południu bus dojechał do rogatek małego miasteczka. Kierowca zatrzymał się na leśnym parkingu. Poinformował wszystkich, że są na miejscu i dalej jechać nie może. Wyciągnął starą zniszczoną mapę i pokazał gdzie się znajdują oraz gdzie jest granica. Do granicy w linii prostej było około 19 km. Poinformował grupę, że na obrzeżach miasteczka, dwa kilometry dalej, jest pierwszy punkt kontrolny na którym policja sprawdza dokumenty oraz że wszyscy, którzy nie mają ważnej tureckiej wizy są natychmiast deportowani z Turcji i karani wysoką grzywną. Turczynka w hidżabie zdecydowała się iść z dziećmi w stronę miasteczka, starsze kobiety dołączyły do niej. Arman z Jamilą oraz arabski podróżnik, postanowili szukać drogi do granicy ścieżkami leśnymi albo w ogóle bez drogi, kierując się GPS-em. Pierwsze co Arman postanowił, to odłączyć się od reszty. Rozumiał, że wiązanie się z innymi w takiej sytuacji zmniejsza jego szanse na ewentualny sukces, czyli na przekroczenie granicy. Arab szybko odszedł a Arman z Jamilą pozostali sami na leśnym parkingu. Arman wiedział, że najgorsze co może teraz zrobić, to się śpieszyć. Skierowanie się od razu w stronę silnie strzeżonej granicy to wróżba szybkiego niepowodzenia. Chciał dokładnie wiedzieć gdzie i kiedy iść dalej. Wyciągnął telefon z GPS-em i założył baterie oraz wyciągnął dokładną mapę. Granicę pomiędzy Turcją a Grecją, prawie na całej długości, stanowi rzeka Marica albo jej kanały dopływowe. Ta granica była silnie strzeżona. Wynika to z historycznego i politycznego uwarunkowania, czyli konfliktów zbrojnych pomiędzy tymi państwami. Arman wiedział, że musi tą rzekę sforsować i to razem ze swoją małą i chorą córką. Rzeka była szeroka. Przepłynięcie z Jamilą wpław, nawet jeśli chodziłoby o kilkadziesiąt metrów, nie wchodziło w rachubę. Musiał skonstruować cokolwiek, co ułatwiłoby mu przepłynięcie. Coś, na czym umieściłby córkę. Myślał o małej, prostej tratwie albo dużej kłodzie drewna. Pierwsze co postanowił, to wybrał na mapie miejsce, które wydawało mu się wcześniej najbardziej obiecujące. Starał się dokładnie studiować szczegóły granicy na zdjęciach satelitarnych dostępnych w internecie. Do tego miejsca mieli około 40 km. Postanowił, że przejdą z Jamilą około 10 km jeszcze tego dnia a następnie, około 20, dnia następnego. Nie będzie to droga wprost do granicy, ale wzdłuż granicy a dopiero potem w jej stronę. Następnie plan zakładał zorganizowanie kryjówki w lesie. Jak najwygodniejszej, przynajmniej tak wygodnej jak mały namiot, ale bardzo dobrze zamaskowanej. Arman nie mógł w strefie przygranicznej korzystać z namiotu, bo spodziewał się patroli, w tym z powietrza. W kryjówce tej chciał zostawić Jamilę a sam udać się w nocy, bezpośrednio w stronę granicy i szukać miejsca w którym byłoby możliwe jej sforsowanie. Jeśli jeden rekonesans okazałby się za krótki to zakładał, że go powtórzy. Dopiero wówczas podejmie próbę przejścia z Jamilą. Miał nadzieję na to, że jeśliby został złapany, to uda mu się wytłumaczyć pogranicznikom aby zabrali z lasu również jego chorą córkę, która na niego czeka. Wszystko to było bardzo, bardzo ryzykowne. Zależało mu, żeby tak zorganizować rekonesans, aby Jamila musiała zostać w kryjówce sama jak najkrócej. Jednak i tak będzie to kilka godzin. Wyciągnął z plecaka małą kuchenkę gazową i przygotował ciepły posiłek a następnie oboje wyruszyli pieszo w stronę zaplanowanego miejsca. Szczęśliwie udało im się natrafić na leśną ścieżkę, która kierowała ich prawie dokładnie w stronę, w którą mieli iść. Przeszli 10 kilometrów za trzy godziny, docierając do celu na długo przed zmrokiem. Pogoda była dobra, był środek ciepłego lata i Arman zaplanował ten nocleg w śpiworze, bezpośrednio pod otwartym niebem. W dobrze zamaskowanym miejscu, w gęstych zaroślach, nocleg minął bez problemu i około ósmej rano ruszyli w dalszą drogę. Wiedział, że w dzień nie mogą wyjść na otwartą przestrzeń. Mogą trzymać się wyłącznie gęstego lasu. Na szczęście okolica przygraniczna była bezludna i gęsto zalesiona. Jamila na razie dobrze znosiła podróż. On cały czas próbował tłumaczyć jej co robią i dlaczego tak musi być. Po dziesięciu godzinach marszu przerywanego odpoczynkami, doszli na zaplanowane miejsce i przystąpił do organizowania kryjówki. Znalazł zagłębienie w gęstych zaroślach, na tyle duże, że mógł postawić w nim swój mały namiot a następnie zamaskował go gałęziami tak starannie, że można było przejść kilka metrów od tego miejsca i niczego nie zauważyć. Z góry również nie był widoczny. Od kryjówki do granicy GPS pokazywał 6 km. To była taka odległość o jaką mu chodziło. Słońce miało zajść za około półtorej godziny. Zostawił Jamilę w kryjówce, wytłumaczył jej, żeby niczego się nie bała tylko położyła do śpiwora i na niego czekała oraz że wróci zaraz na początku nocy. Dał Jamili małego pluszowego misia, którego do tej pory przed nią ukrywał i wyruszył na pierwszy rekonesans. Bardzo nie podobało mu się to, że musiał córkę zostawić samą w lesie, jednak robił to dla jej dobra i nie było innego sposobu. Włożył bluzę w kolorze maskującym go w lesie, posmarował twarz ciemnym barwnikiem i bardzo szybkim krokiem udał się w stronę granicy, wyposażony w małą, ale dobrą lornetkę. Chciał zaraz po zachodzie słońca, ale jeszcze w świetle dnia, znaleźć się jak najbliżej i ocenić ich szanse. Po niecałej godzinie był kilkaset metrów od granicy, znalazł małe wzniesienie, które stanowiło dogodny punkt obserwacyjny i lustrował teren. Wzdłuż granicznej rzeki, po stronie tureckiej, biegła droga wykorzystywana wyłącznie przez pograniczników. Pomiędzy drogą a rzeką było około 200 metrów gołej, nie zarośniętej ziemi. Po tej drodze co jakiś czas przejeżdżał samochodowy patrol. Na pasie gołej ziemi były podwójne zasieki zrobione ze zwojów kolczastego drutu. Oprócz tego, wzdłuż całej granicy były stanowiska obserwacyjne na drewnianych i betonowych wieżach. Były tam zamontowane urządzenia do monitoringu. Rzeka była szeroka, mogła mieć około 200 metrów. Nie było żadnych zarośli ani zalesień, które by do niej podchodziły. Arman patrzył kilkanaście minut, próbując znaleźć jakieś rozwiązanie i nic rozsądnego nie przychodziło mu do głowy. On, doświadczony żołnierz, nie chciał dopuścić do siebie tej myśli, że tego zrobić się nie da, jednak ta myśl, uparcie torowała sobie drogę do jego świadomości. Zrozumiał, że podróż w stronę granicy z Grecją była błędem i stratą czasu. Zrozumiał, że szukanie dogodnego miejsca do przejścia tej granicy wraz z chorą, słabą córką, jeśli to miejsce, które wydawało mu się najbardziej obiecujące, wygląda właśnie tak, to strata czasu. Tego wykonać się nie da. Na pewno zostaliby złapani a jeszcze do tego ryzykowałby życiem Jamili. Najszybciej jak tylko był w stanie, niemal cały czas biegnąć, wrócił w stronę kryjówki. Wrócił już ciemną nocą. Jamila na szczęście spała, przytulona do swojej nowej maskotki. Nic nie zakłóciło jej spokoju w czasie kiedy go nie było. Arman położył się koło córki i przytulił się do niej tak, żeby czuła, że nie jest w lesie sama. Zanim zasnął to długo rozmyślał nad tym, co dalej robić. Plan był prosty, muszą znaleźć się w Grecji. Leżał po ciemku w swoim zamaskowanym namiocie i intensywnie poszukiwał właściwego rozwiązania. Wreszcie przyszedł mu do głowy pomysł. Na początku wydawał się niedorzeczny. Jednak cała ta podróż była przecież niedorzeczna. Czym dłużej myślał, tym bardziej przekonywał się do niego. Niestety takie rozwiązanie całkowicie pozbawiało sensu jego obecne położenie i wszystko, co było związane z podróżą w te okolice. Ten pomysł to... Nikozja. Znalazł jakieś rozwiązanie, odetchnął z ulgą i od razu zasnął. Nazajutrz, około godziny 7 rano, po przygotowaniu posiłku, zwinął obóz i ostrożnie zaczęli wycofywać się ze strefy przygranicznej. Po kilku godzinach marszu wyciągnął telefon i włożył do niego baterię. Wybrał numer który otrzymał od tych, co go tu przeszmuglowali. ......................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  14. Miasto w Rosji przy granicy z Kazachstanem c.d. Arman zaplanował zadanie jakie miał wykonać. Właściwie to nie był to ścisły plan, ale zarysy planu. Pierwsza część polegała na tym, żeby w jakiś sposób dostać się w bezpośre- dnie sąsiedztwo strefy, a druga aby umieścić w strefie córkę. Co do planu podróży, to zamierzał zwyczajnie pojechać na Krym, który Rosja anektowała od Ukrainy. Z tym raczej nie powinno być żadnego problemu. Rząd Rosji promował wczasy na Krymie, co miało robić wrażenie potwierdzenia przynależności tego terytorium do Rosji. Rzecz w tym, że normalni Rosjanie nie bardzo kwapili się tam jechać. Na pewno nie dało się tam zapewnić całkowitego bezpieczeństwa dla turystów. Zresztą nie czuli się tam dobrze i swobodnie. W śród niektórych miejscowych byli uważani za okupantów i dobrze o tym wiedzieli. Wczasy na Krymie były więc tanie, a żołnierz z chorą córką w żadnym razie nie mógł wzbudzać żadnych podejrzeń. Dalsza legalna podróż z Krymu w stronę Albanii była od czasu błysku i wyznaczenia strefy, niemożliwa. Arman nie był jedynym, który nie mógł zdobyć biletów do strefy a chciał ratować zdrowie własne lub bliskich. Ludzie intensywnie forsowali granice ze wszystkich stron świata aby pomimo tego, że nie mają biletów, jednak dostać się do strefy. Bardzo często ze względu na pogarszający się stan zdrowia, nie przeżywali tej podróży. Arman zaplanował, że na Krymie spróbuje przekupić właściciela rybackiego kutra, który pomoże mu dostać się z córką do Turcji. Wziął wszystkie pieniądze które zdołał zaoszczędzić, zamieniwszy je uprzednio na dolary. Dysponował sporą gotówką, choć oczywiście nie stać go było na wylicytowanie biletu na aukcji. Od chwili błysku legalna turystyka pomiędzy Rosją a Turcją prawie nie istniała. Jeśli organizowano wycieczki, to biura podróży które się tym zajmowały wyspecjalizowały się w eliminowaniu ludzi ciężko chorych jako uczestników. Wymagano zaświadczeń lekarskich i wielokrotnie to sprawdzano. Arman, jeśli chciał dostać się do Turcji, to musiał to zrobić nielegalnie. Choć wybrzeże tureckie jest silnie strzeżone, to jednak jest bardzo długie, a rybacy krymscy w pogoni za makrelami czasem zapuszczali się na przybrzeżne wody Turcji. Nawet jeśli zostali na tym przyłapani, nie kończyło się to dla nich jakoś specjalnie dramatycznie. Następnie w Turcji, improwizując, zamierzał przemieszczać się w stronę Grecji albo udając turystów i korzystając z dostępnej komunikacji albo nocami idąc pieszo. Zamierzał przekroczyć nielegalnie granicę turecko-grecką i w podobny sposób dostać się do granicy Albanii. Dalszego planu nie było. Albania była oblężoną twierdzą i wyłapywano wszystkich, którzy zamierzali się do niej zbliżyć. Takich ludzi było setki, a nawet tysiące. Jamila skinęła głową, że jest gotowa. Rozumiała sytuację na tyle, że dla jej dobra jedzie z ojcem w długą i niebezpieczną podróż. Arman wstawił walizki do pociągu. Bagaż nie powinien budzić żadnych podejrzeń więc plecaki, sprzęt biwakowy i żywność, niezbędne do dalszej podróży, ukryte były w normalnie wyglądających walizkach, które miały być porzucone na Krymie. Dano znak do odjazdu i pociąg ruszył w długą, trzydniową podróż. Rosjanie przez most nad cieśniną Kerczeńską doprowadzili linię kolejową na Krym. Wszystko szło zgodnie z planem. Dziesięciodniowe wczasy na słonecznym Krymie szybko mijały. Jamila korzystała ze słońca i plaży a Arman czynił niezbędne przygotowania do realizacji swojego planu. Przede wszystkim robił rozeznanie w pobliskich portach rybackich czy słyszano o kimś, kto podjąłby się zadania przeszmuglowania go z córką do Turcji. Już po wstępnym rozeznaniu okazało się, że nie powinno być z tym problemu. Od czasu błysku wielu ludzi próbowało w ten sposób dostać się do Turcji a i wcześniej rybacy szmuglowali emigrantów z bliskiego wschodu i Afryki, z Turcji do Rosji. W Rosji zajmowały się nimi wyspecjalizowane mafijne grupy, które przerzucały ludzi do Europy zachodniej. Z Turcji do Rosji przez Morze Czarne przemycano również różnego rodzaju kontrabandę, z narkotykami włącznie. Arman kontaktował się wyłącznie z Rosjanami, którzy stanowią zdecydowaną większość ludności Krymu. Do innych nacji nie miał zaufania, obawiał się dekonspiracji. W końcu dotarł do właściwego człowieka, szypra małego kutra, którego wskazali mu w wielkiej tajemnicy inni rybacy. - Witajcie panie rybaku, jak tam połowy? - No słucham, słucham, wy turysta? Zwiedzacie Krym? - No tak, zwiedzam i widzę że trudno tu wyżyć, wielu biednych ludzi. - Ech panie, kiedyś to było życie, turyści z całego świata, każdy chciał rejs wynająć a i łowić było łatwo, teraz trudno tu wyżyć. Od czasu aneksji wszystko się zmieniło, trudne czasy nastały. - No właśnie, może mógłbym trochę pomóc, chciałbym wynająć kuter na dłuższy rejs. Rybak popatrzył na niego podejrzliwym, przenikliwym wzrokiem. - Jaki długi ten rejs? - No jak najdłuższy, może ze trzy dni. - Jest pan sam? - No nie, jestem tu turystycznie z córką i z nią chciałbym popłynąć. - Ma pan jakiś cel? - No może w pobliże Turcji, tam takie piękne wybrzeże. - Do Turcji mi nie wolno, płyńcie promem. - Promem, to nie taka przygoda co małym kutrem, ech szkoda, dobrze bym zapłacił. - Z córką powiadacie? - No tak, dziewięciolatką. - Dziewięciolatką? Rybak znowu popatrzył na Armana ciekawskim wzrokiem. - Wiecie, wielu ludzi jeździ teraz na Krym z dziećmi, bo tu bardzo zdrowy klimat i leczy różne choroby, a wasza córka też pewnie chora? - No tak chora. - Pewnie poważnie. - No tak, poważnie. - Za to, do czego mnie namawiacie, można pójść na wiele lat do więzienia i majątek konfiskują. - Eee, nie przesadzajcie. - Jak to sobie człowieku wyobrażasz, że zawinę do tureckiego portu i tam was wysadzę? - No raczej, że podpłyniecie kilkaset metrów do brzegu a dalej my już sobie poradzimy. - A w jaki sposób? - Popłyniemy pontonem, tyle że musi być nocą, bo córka uczulona na słońce. - Tak, tak, rozumiem, to niebezpieczne, wasze ryzyko, takie rejsy są drogie. - A ile mniej więcej? - Dwa tysiące dolarów. - Dam tysiąc dwieście, więcej nie mam. - Kiedy chcecie płynąć? - Za trzy dni w środę. - Wypłyniemy o jedenastej w nocy, przyjdźcie już po zmroku, ale nie za późno, tak żeby w porcie kręcili się jeszcze ludzie. Arman odetchnął z ulgą. Umówił się z szyprem, że za kilka godzin dostarczy ponton, wiosła i kamizelki, które zamierzał kupić w sklepie sportowym. Tego typu akcesoriów, najczęściej chińskiej produkcji, na turystycznym wybrzeżu Krymu nie brakowało. ***** Miasto w małym państwie europejskim, szpital z oddziałem onkologicznym. Osiem miesięcy od błysku. Siana i Petia znowu trafiły razem do “swojej” kliniki. O wydarzeniach w Albanii było już głośno na całym świecie. Uzdrawiające działanie strefy nie budziło już żadnych wątpliwości i dało nadzieję na odzyskanie zdrowia wszystkim chorym. Taką nadzieję miały również Siana i Petia. Oczywiście nie oznaczało to zaniechania normalnego, dotychczasowego leczenia. Wielu lekarzy było sceptycznie nastawionych do doniesień z Albanii. Za sprawą licznych audycji medialnych zdawano sobie już sprawę, że i tak, pomimo największych starań, nie wszyscy chorzy będą mieli szansę tam się dostać. Niektórzy nawet obawiali się, że pojawienie się zjawiska strefy wpłynie negatywnie na rozwój nauk medycznych. Ustalono już zasady rekrutacji do pobytu w strefie i klinika w której przebywała Petia z Sianą miała swój udział w prawidłowym sporządzeniu wniosku o przyjęcie do strefy dla obu dziewczyn. Potrzebna była opinia dotycząca choroby i przebiegu leczenia. Klinika bardzo aktywnie zaangażowała się w to, aby pomóc przy sporządzeniu dokumentacji. Elena i matka Siany były jednymi z pierwszych, które przygotowały dokumenty i złożyły takie wnioski dla swoich córek. Mijał już trzeci tydzień od tego czasu. Oczekiwano na odpowiedź a dziewczyny normalnie przebywały w szpitalu na okresowym leczeniu. Było to już ostatnie spotkanie na wspólnym badaniu, ponieważ Siana wraz z rodzicami za trzy tygodnie przeprowadzała się do innego, odległego, dużego miasta. Planowano to od dawna i nie miało to związku z wydarzeniami w strefie. Matka Siany ustaliła z ordynatorką szpitala, że leczenie nowatorskim, drogim lekiem będzie u Siany kontynuowane w innym szpitalu o podobnym profilu, w nowym miejscu zamieszkania. Dziewczyny wiedziały, że będą musiały się rozstać przynajmniej na jakiś czas i było im przykro z tego powodu. Ale na razie siedziały razem w tej samej sali telewizyjnej w której ponad trzy miesiące temu dowiedziały się po raz pierwszy o wydarzeniach z Albanii. Tym razem ich zainteresowanie wzbudził wywiad, jaki telewizja Albańska zamierzała za chwilę wyemitować z pierwszą pacjentką uzdrowioną w wyniku błysku. Na ekranie pokazano studio telewizyjne do którego weszła stara babcia, ubrana w prostą szarą sukienkę. Na głowie miała niebieską chustkę. Po zainstalowaniu mikrofonu, dziennikarka usiadła na krześle obok. - Czy może pani powiedzieć nam coś o sobie? Ile ma pani lat i jak się teraz czuje? Czym zajmowała się pani przed błyskiem i na co leczyła się w szpitalu? Babcia odezwała się cichym, ale w pełni zrozumiałym i logicznym głosem: - Jestem emerytką od wielu lat, kiedyś wiele lat temu pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu. Po śmierci męża, jak otrzymałam emeryturę, to zamieniłam nasze duże mieszkanie na kawalerkę w miasteczku gdzie nastąpił błysk i tam mieszkam już około 30 lat. Mam 91 lat. - Czy ma pani dzieci? - Nie, nie mieliśmy dzieci. - A na co pani chorowała w trakcie pobytu w szpitalu? - Byłam bardzo ciężko chora, umierająca. Chorowałam na nowotwór z przerzutami. - Czy błysk miał miejsce z pani powodu? - Nie wiem. - Czy to prawda, że modliła się pani z różańcem w ręku w chwili błysku? - Tak, to prawda. - O co się pani modliła i do kogo? Do Matki Boskiej? - Modliłam się do Maryi o to, żeby ludzie na świecie stali się lepsi dla siebie. - Nie modliła się pani o zdrowie? - Nie, nie zależało mi już na zdrowiu ani życiu, czułam że koniec jest bliski i że tak musi być. Byłam gotowa umrzeć i nawet cieszyłam się z tego. - Cieszyła się pani z tego, że umrze? - Tak, cieszyłam się na spotkanie z Bogiem. - Jest pani katoliczką? - Tak, jestem katoliczką. - Co się potem stało? - Ostatnie co pamiętam to to, że nade mną stał lekarz z jakąś miłą pielęgniarką. Widziałam, że rozmawiali, ale nie wiem o czym. Następnie stało się coś dziwnego. Patrzyłam z góry na miasteczko i wszystko było błękitne. To był piękny widok. Widziałam na wzgórzu jakąś dziewczynę i chłopaka, którzy siedzieli na trawie i trzymali się za ręce. Widziałam ich błękitny cień. Więcej nie pamiętam, straciłam świadomość. - Co pani myśli o zjawisku? - W jakim sensie? - Czy to cud? - To chyba oczywiste, nie rozumiem jak można mieć wątpliwości. - Co to za cud? Czy to cud Boga? - Dla mnie to oczywiste, że to cud od Boga w którego wierzę a jednocześnie przesłanie do całej ludzkości. - Jeszcze raz zapytam, czy to cud za sprawą pani modlitwy? - A ja jeszcze raz odpowiem, że nie wiem czy za moją sprawą i sprawą mojej modlitwy, zresztą dla mnie nie ma to znaczenia. Okoliczności mogą wskazywać, że możliwe, że dzięki mojej modlitwie, popartej głęboką wiarą, ale nie wiem. - Naukowcy twierdzą, że to jakieś nieznane zjawisko, nie używają pojęcia cud. - Hmm, pani redaktor, jak można lepiej definiować cud niż tym co dzieje się w miasteczku. Przecież z nieznanych nikomu przyczyn, jest tam uzdrawianych tysiące ludzi. Jezus uzdrawiał pojedyncze osoby i ani mu współcześni ani my do tej pory, nie mamy wątpliwości, że czynił cuda. Nie wiem co jeszcze musiałoby się stać na świecie, żeby ludzie uwierzyli, że tam dzieją się cuda. - No tak, ale wtedy wiadomo było że to Jezus, a teraz nie ma pewności. - Pani redaktor czy gdyby nie było mojej modlitwy i mojego różańca to to, co dzieje się w miasteczku nie byłoby cudem? Przecież to nie ma znaczenia. - Co mają teraz powiedzieć wyznawcy innych religii niż katolicyzm? Czy ich religie nie są już ważne? Czy mają zmienić wiarę wpajaną im od pokoleń? Wiadomo, że Albania to głównie kraj muzułmański, a właściwie to głównie kraj ludzi niewierzących. - Proszę nie zadawać mi takich pytań. Nikt, nikomu nie ma prawa nakazywać zmiany wiary. Każdy ma prawo wierzyć w to, co chce. Mają prawo wierzyć, że to cud od ich Boga. Najważniejsze, żeby był to Bóg dobry, który nakazuje cenić ludzkie życie i szanować się nawzajem. Jednak powinni uwierzyć w cud, bo to jest cud. - Mówiła pani o przesłaniu, co to za przesłanie? - Proszę zwrócić uwagę na to, że w strefie jeszcze nikt nie umarł od początku jej powstania. Być może przesłanie odnosi się do piątego przykazania. Moim zdaniem należy rozumieć to tak, że Bóg przypomina nam wszystkim, całej ludzkości, że powinniśmy przestać czynić tyle zła i być życzliwsi dla siebie. Bóg jest w stanie zrobić dla nas wszystko, nawet leczyć nas hurtowo całymi milionami, tylko powinniśmy stać się choć trochę lepszymi. Czy możemy już skończyć? Jestem zmęczona. Redaktorka zakończyła wywiad i podziękowała starszej pani. Petia i Siana popatrzyły na siebie znacząco i nie odzywały się przez dłuższą chwilę. Dwa dni później, nadal w klinice. Petia i Siana leżały na swoich klinicznych łóżkach i każda z nich coś czytała. Nie było wielu pacjentów. W szpitalu panowała cisza. Wtedy na korytarzu dało się słyszeć szybkie kroki. Do sali zbliżała się kobieta w butach na obcasach. Obuwie pielęgniarek i lekarzy tak nie stukało. Była to matka Siany, która po chwili weszła do środka. Od razu można było zauważyć wielkie emocje na jej twarzy. - Siana, moja córeczko, jedziemy, jedziemy do Albanii, dostałyśmy bilety. Niemal wykrzyczała to z samego progu. Siana natychmiast wstała z łóżka a na jej twarzy pojawił się uśmiech. - Naprawdę? Kiedy jedziemy? - Trzeba trochę poczekać, za dwa miesiące, ale przecież to nie ma znaczenia. - Petia słyszałaś, to wspaniała nowina, ty na pewno też dostaniesz. - Bardzo się cieszę, obyś miała rację. Petia zaczęła przeczuwać, że coś jest nie tak. Od razu przyszedł jej do głowy stan pozornego, harmonijnego życia w bogatym domu ojczyma. Przecież gdyby bilety byłyby również dla niej i jej mamy, to ona od razu by dzwoniła albo przybiegłaby do kliniki, tak jak matka Siany. Petia wzięła telefon, wyszła na korytarz i wybrała numer Eleny. Po chwili usłyszała płacz matki. Właściwie to nie musiała już o nic pytać. - Wiem dlaczego płaczesz, jest tu matka Siany, mają bilety. - Wiem, dzwoniła do mnie, niestety odpisali nam, że przez najbliższe dwa lata nie ma już miejsc i nie będzie rekrutacji. Nie martw się dziecko, damy radę i tak sobie poradzimy. - Wiem mamo, nie płacz, poradzimy sobie. Petia wróciła do sali. W drzwiach minęła się z matką Siany która właśnie wychodziła. Matka spojrzała na Petię dziwnym wzrokiem. Właściwie to inteligentnej Petii ten wzrok wydał się dziwny. Zauważyła w nim litość a jednocześnie... poczucie wyższości. Matka Siany, kiedy przyszła do szpitala, wiedziała już, że dla Petii biletów nie ma. Rozmawiała o tym z Eleną przez telefon. Petia zrozumiała, że być może przyszła ona osobiście do szpitala nie po to aby dzielić się radością z córką, ale żeby obserwować jej reakcję. Petia pomyślała, że może należała ona do tego rodzaju ludzi, którzy są w stanie prawdziwie celebrować swoje radości tylko wtedy, kiedy występują one na tle goryczy innych. To właśnie ta gorycz jest warunkiem koniecznym do wystąpienia prawdziwego zadowolenia i poczucia satysfakcji. Petia ze smutkiem pomyślała, że może wszyscy ludzie są tacy, że warunkiem ich poczucia szczęścia jest płacz innych. Że bez nieszczęścia, szczęście nie istnieje. Położyła się na łóżku i przez chwilę milczała. Kręciło jej się w głowie. Siana również leżała w milczeniu. Petia zrozumiała, że oto stało się coś, co zupełnie zmieniło relację społeczną pomiędzy nią a jej najlepszą przyjaciółką. Siana ma bilet a Petia go nie ma. A bilet oznacza prawo do życia. Obie dziewczyny, tak samo pokrzywdzone przez los ciężką chorobą, tak samo doświadczone i tak samo niepewne swojej przyszłości, były doświadczone sprawie- dliwie i miały sprawiedliwie równe szanse pokonać chorobę. Nawet gdyby jednej się udało, a drugiej nie, to byłaby to kwestia przeznaczenia lub woli Bożej i dla obu byłoby to łatwe do zrozumienia. Jednak teraz stało się coś nadzwyczaj dziwnego co złamało tą prostą do zrozumienia symetrię opatrzności. Nagle, bez żadnych racjonalnych powodów, Siana stała się lepsza od Petii. Petia czuła się z tym podle. Czuła się mniej warta, czuła że los ją poniżył i upodlił. To, że na sąsiednim łóżku leży jej najlepsza przyjaciółka w niczym już jej nie pomagało a wręcz przeciwnie, wywoływało frustracje i ukrywaną złość. Wtedy znowu zadzwonił telefon. Petia zobaczyła, że znowu dzwoni Elena. Wyszła z telefonem na korytarz. - Petia, dziecko, gadaj z Sianą, przecież jest twoją najlepszą przyjaciółką, jak będą jutro opuszczać szpital i się przeprowadzać to niech wezmą tylko tyle tego drogiego leku ile jest im potrzebne do czasu dostania się do strefy a pozostałą, większą część, niech zostawią dla ciebie. Ewentualnie niech nam go taniej odsprzedają. Przecież nie będzie im już potrzebny a one kupiły całą kurację. Lepiej żebyś ty gadała z Sianą niż ja z jej matką. Obawiam się, że by mi odmówiła, zrobiła się jakaś dziwna. - Wiem, widzę to, już idę z tym do Siany, oddzwonię ci. Petia była zła, że sama od razu na to nie wpadła. Wróciła do sali chorych. - Siana czy mogłabyś z mamą zostawić mi ten drogi lek tu w klinice, na ten czas, gdy ty już będziesz zdrowa? Siana spojrzała litościwym wzrokiem i po krótkim namyśle odpowiedziała: - Petia, o czym ty mówisz, to przecież oczywiste, że zostawimy ci ten lek. Ja wezmę go tylko na dwa miesiące a potem nie będzie mi już potrzebny. Reszta jest dla ciebie, jak jutro będziemy rozmawiać z ordynatorką to matka wyda takie dyspozycje. - Dziękuję Siana, jesteś kochana, cieszę się, że będziesz już zdrowa. Będziesz mnie odwiedzać? - No pewnie, tak często jak się da, i będę dzwonić, wszystko ci opowiem jak tam było. Nazajutrz, po południu, nadal w szpitalu. Elena przyszła do szpitala, odebrać Petię do domu. - Jak tam? Dajesz radę? Bardzo się przejmujesz? Siana już pojechała? - Tak, już w porządku, jakoś to przebolałam, ech mamo coś nam ten los nie sprzyja. Wiesz, dziwnie się zwinęli. Jak szłam na zabieg to widziałam, że matka po nią przyjechała, ale myślałam, że na mnie poczekają, że się pożegnam, nie było mnie tylko 20 minut, a jak wróciłam to już ich nie było. Widocznie musiały bardzo się gdzieś śpieszyć. - Śpieszyć powiadasz, wiesz co, chodź, pójdziemy do ordynatorki i zapytamy czy zostawiły lek. - Nie mów, że myślisz to co ja? - Nic nie myślę, chodź. Elena zapukała do pokoju dyrektorki kliniki. - Pani profesor, chciałyśmy się zapytać o ten lek dla Petii, co zostawiła go Siana. - Wejdźcie, przykro mi bardzo, nie zostawiła, choć gorąco matkę Siany do tego namawiałam. Zadysponowały aby wysłać całość do nowego szpitala. Muszę tak zrobić bo to ich własność. - Rozumiemy, dziękuję. Elena i Petia wyszły na korytarz i od razu obie się rozpłakały. Widząc to, jedna ze starszych pacjentek, która siedziała na krześle na korytarzu podeszła do nich. - Słyszałam jak się obie naradzały na korytarzu. W końcu obie stwierdziły, że przecież Petii to i tak nie uratuje, tylko co najwyżej przedłuży jej cierpienia i potem weszły razem do gabinetu. ...................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  15. @Leszczym Dzięki za dobre słowo. Motywuje, żeby jeszcze coś pisać. Iiiii... traktat to raczej przesada ?
  16. Miejsce główne. Miasteczko trzy miesiące po błysku. - Jakie ślicznoty masz dzisiaj? - Trzydzieści klatek z myszami i dziesięć ze świnkami morskimi. - Mówili jak je rozstawiać? - Mniej więcej tak jak wczoraj, tylko bliżej linii którą narysowano kredą na jezdniach i chodnikach. - Czym są zarażone? - Nie wiem, naukowcy z centrum wiedzą, w każdym razie to jakaś śmiertelna, nieuleczalna choroba, która zabija je w przeciągu kilkunastu godzin. - Jedne mają szczęście, a drugie pecha. - Dokładnie, w zależności po której stronie będą rozłożone. - Tę klatkę koniecznie do środka, ta świnka jest taka słodka, nie daj jej zdechnąć. - Samo życie, ładni zawsze mają większe szanse. Życie w miasteczku od czasu nadzwyczajnych zdarzeń związanych z przypadkami wyleczenia z nieuleczalnych chorób, zupełnie się zmieniło. Oczywiście wieści o cudach w szpitalu rozniosły się bardzo szybko. Na początku zaczęła o tym mówić miejscowa ludność, a następnie dziennikarze. Najpierw lokalni, potem krajowi i międzynarodowi. Po tygodniu był to temat numer jeden we wszystkich mediach na świecie. Już w kilka tygodni po błysku zaczęli zjeżdżać się do miasteczka najróżniejsi naukowcy. Początkowe relacje sceptyczne czy wręcz drwiące, szybko zaczęły zmieniać ton. Pod przewodnictwem rządu Albanii zostało powołane centrum badawcze, do którego zaczęto zapraszać różnych krajowych i zagranicznych specjalistów. Zadaniem centrum było powołanie komisji, która na podstawie przeprowadzonych badań w naukowy sposób wyjaśni, co właściwie tutaj się stało i co nadal się dzieje. Polecono naukowcom zbadać charakter zjawiska i ocenić jego wpływ na otoczenie, a w szczególności określić wpływ na stan zdrowia ludzi, którzy chorują na ciężkie choroby. Jak wieść rozniosła się po świecie, to naukowców, pseudonaukowców i różnej maści poszukiwaczy przygód, nie trzeba już było do niczego zapraszać, sami zaczęli się zjeżdżać z całego świata, wiedzeni ciekawością i najróżniejszymi innymi motywacjami. Nie brakowało fanatyków religijnych, ideologicznych i innych dziwnych postaci, a każdy gotowy był wyjaśniać rzeczy po swojemu. No i dziennikarze, już nie setki, ale tysiące dziennikarzy, wielu z liczną ekipą techniczną. Już w drugim miesiącu po błysku rząd musiał podjąć pierwsze działania ograniczające swobodny dostęp do miasteczka i w ogóle do Albanii. Wprowadzono czasowe, nadzwyczajne wizy a następnie całkowicie uniemożliwiono swobodne przemieszczanie się po kraju. Cały region otoczono punktami kontrolnymi, a wjazd do wyznaczonej 20-kilometrowej strefy, możliwy był wyłącznie na podstawie specjalnych rządowych przepustek, wydawanych zarówno dla stałych mieszkańców jak i dla gości. Działania te podjęto dosłownie w ostatniej chwili. Dalsza zwłoka spowodowałaby całkowity chaos i anarchię. Na miejscu zrobiło się tłoczno. Zjechały dziesiątki tysięcy ludzi. Na początku ciekawskich, ale również pojawiali się pierwsi chorzy z całego świata. Cała okolica zaczęła przypominać koczowisko. Oczywiście zajęto wszystkie miejsca noclegowe, jakie tylko udało się w miasteczku znaleźć. Następnie zaczęto rozbijać namioty i tworzyć obozy. Próby podjęte przez policję, aby usuwać ze strefy ludzi, którzy nie posiadali przepustek, spotykały się z dużym oporem. Powstawały awantury, które zaczęły przeradzać się w zamieszki. Normalne życie, które wiedli mieszkańcy przed błyskiem stało się niemożliwe albo bardzo utrudnione. W centrum zamknięto szkoły, przedszkola a większość drobnych zakładów produkcyjnych przestała pracować. Pełną parą pracowały tylko te związane z produkcją żywności, której zaczęło i tak w miasteczku brakować. Ceny bardzo podskoczyły. Miejscowych nie było stać na zakup niezbędnych rzeczy. Rząd musiał organizować dla nich specjalną pomoc. Pomimo wzmożonej ochrony policji, która otrzymała stałe posiłki z innych miast, życie na ulicach, zwłaszcza po zmroku, stało się niebezpieczne. Rodzice bali się posyłać dzieci do szkoły. Centrum badawcze przystąpiło do pracy. Zorganizowano je w miejscowym ratuszu. Burmistrz udostępnił tyle pomieszczeń, ile tylko było to możliwe. Przewidziano trzymiesięczny okres badań, po którym miano sporządzić raport. Już na początku ustalono, że rzeczywiście w szpitalu dochodziło do zjawiska grupowego uzdrawiania ludzi z różnego rodzaju chorób, włącznie z tymi najcięższymi, jak na przykład nowotwory złośliwe. Ustalono, że przypadki wyzdrowień na pewno nie były wyłącznie wynikiem stosowanego leczenia oraz że musiał do stosowanych terapii dochodzić jakiś dodatkowy czynnik o nieznanym charakterze. Po usystematyzowaniu badań zaczęto otrzymywać pierwsze wyniki. Na początku przeprowadzono wywiad z mieszkańcami, wyznaczając grupy lekarzy którzy chodzili po domach i wypytywali o stan zdrowia. Stwierdzono, że wszyscy mieszkańcy centrum miasteczka, nawet ci którzy nie leczyli się w szpitalu, bez względu na wiek i stan zdrowia przed błyskiem, są zdrowi. Następnie ustalono, że zjawisko grupowego uzdrawiania mieszkańców nie dotyczy całego miasteczka, ale tylko ścisłego centrum, a w zasadzie niedalekiego sąsiedztwa szpitala. Na tej podstawie ustalono, że oddziaływanie zjawiska ma charakter miejscowy i jest przestrzennie ograniczone. Podjęto próbę wyznaczenia strefy w której zjawisko “działa”, a w której już nie. Już po wstępnym wywiadzie z miejscowymi zorientowano się, że zjawisko oddziałuje w obszarze zbliżonym do koła. Koło to miało średnicę około 500 metrów, a samym środkiem tego koła był szpital. Naukowcy przystąpili do wyznaczenia dokładnej granicy. Zauważono, że zwierzęta doświadczalne, takie jak szczury, myszy i świnki morskie, które celowo zarażano niegroźnymi dla ludzi, ale śmiertelnymi dla tych zwierząt chorobami, w strefie oddziaływania zjawiska przeżywały i ulegały wyleczeniu, a te poza strefą szybko umierały. Zaczęto roznosić na obrzeżu koła klatki ze zwierzętami, starając się tak precyzyjnie jak to tylko możliwe, wyznaczyć strefę jego oddziaływania. Metodyka była stosunkowo prosta. Rysowano kredą linię na asfalcie jezdni i chodnikach i przestawiano klatki z chorymi zwierzętami. Ginęło przy tym na początku wiele zwierząt, ale wolontariusze którzy się tym zajmowali, szybko zorientowali się, że te klatki ze zwierzętami, które są poza strefą zjawiska i w których zwierzęta wykazują objawy choroby, wystarczy w ostatniej chwili przenieść za linię do wewnątrz koła, co ratowało im życie, a po kilku dniach odzyskiwały zdrowie i mogły być ponownie użyte do badań. Tą techniką udało się w krótkim czasie precyzyjnie ustalić gdzie sięga strefa oddziaływania zjawiska, z dokładnością do jednego metra. Następnie naukowcy z centrum polecili namalować trwałą linię białą farbą, przechodzącą przez ulice i chodniki oraz na fasadach budynków, tak wysoko jak mogli sięgnąć malujący linie pracownicy. Wyglądało to tak, patrząc na to z góry, z helikoptera lub drona, że wyznaczono bardzo regularne koło. Centrum zwróciło się do geodetów o wykonanie precyzyjnych pomiarów oraz wyznaczenia środka koła, czyli domniemanego epicentrum błysku. Okazało się, że okrąg w którym zjawisko występuje, ma dokładnie 560 metrów średnicy, a epicentrum jest dokładnie nad szpitalem. Po jeszcze dokładniejszych pomiarach okazało się, że epicentrum błysku było dokładnie nad salą numer 7, a po kolejnym uściśleniu pomiarów, dokładnie nad miejscem, w którym stało łóżko z umierającą pacjentką. Następnie naukowcy przeprowadzili badania, jaki wpływ ma zjawisko na ludzi, zwłaszcza chorych. Zaczęto sprowadzać do strefy pacjentów z różnymi, bardzo ciężkimi chorobami i obserwować proces zdrowienia. Ci pacjenci, których pierwszych ściągnięto do strefy byli szczęśliwcami, którzy bez starania się o to, zostali uleczeni. Ustalono, że zjawisko oddziałuje w całej wyznaczonej strefie, bez względu na odległość od epicentrum z tą samą mocą, a zaraz za wyznaczoną linią, na zewnątrz strefy, nie działa w ogóle i chorzy nadal chorują. Następnie ustalono, że dochodzi do całkowitego i trwałego uleczenia ze wszystkich znanych chorób, włącznie z najcięższymi chorobami genetycznymi. Dochodzi również do uzdrowienia i odbudowania komórek nerwowych w przerwanym rdzeniu kręgowym, ale pacjenci, którzy przez całe lata byli całkowicie lub częściowo sparaliżowani, wymagali po leczeniu długiej rehabilitacji dla odbudowy osłabionych mięśni. Takie zjawisko w strefie nie zachodziło. Nie odrastały również amputowane kończyny czy usunięte organy. Stwierdzono, że pacjenci niewidomi oraz głusi odzyskiwali wzrok i słuch. Próbowano również ustalić oddziaływanie strefy na leczenia pourazowe. Stwierdzono, że choć złamania prawdopodobnie leczą się szybciej niż normalnie, to kości muszą być prawidłowo ustawione i zaopatrzone medyczne. W innym przypadku złamania, choć się goją, to same się nie naprawiają i pacjent może być inwalidą. Spróbowano nawet przeprowadzić eksperyment pilnego dotransportowania do strefy pacjenta z ciężkimi urazami po wypadku komunikacyjnym. Na początku pozostawiono go w strefie bez udzielania pomocy z nadzieją, że wpływ strefy sam go uleczy. Omal nie skończyło się to dla niego tragicznie. Lekarze szybko zorientowali się, że stan pacjenta gwałtownie się pogarsza. Gdyby nie pilna operacja to pacjent zapewne by umarł. Komisja wydała negatywną rekomendację leczenia pourazowego w strefie, za wyjątkiem przypadków uszkodzenia rdzenia kręgowego. Stwierdzono bardzo widoczną poprawę stanu zdrowia u osób chorych psychicznie, ale badania trwały zbyt krótko aby wnioskować, że pacjenci ci ulegali całkowitemu wyzdrowieniu. Takie wnioski, przy tego rodzaju chorobach były trudne do formułowania. Stwierdzono również, że przebywanie w strefie nie leczy nałogów oraz uzależnień. Następnie zajęto się osobami starymi. Stwierdzono, że ludzie starzy, chorzy na Alzheimera czy demencję, odzyskiwali pełną sprawność umysłu i odzyskiwali pamięć. Stwierdzono następnie, że strefa nie ma działania odmładzającego czyli skutkującego zmianami w komórkach pacjentów, które wskazywałyby, że stan komórek nie odpowiada ich wiekowi biologicznemu. U ludzi starych obserwowano raczej zatrzymanie się procesu starzenia. No i wniosek chyba najważniejszy z całych badań, który mógł okazać się brzemienny w skutkach dla miasteczka i Albanii, a mianowicie w strefie przez cały okres badań nikt nie umarł. Sprowadzono kilku pacjentów uważanych za jednych z najstarszych ludzi żyjących na Ziemi i każdy z nich odzyskiwał sprawność stosowną do swojego wieku oraz zdrowie. A o umieraniu nawet myśleć nie chcieli. Dziadkowie raczej zaczęli się oglądać za młodymi pielęgniarkami w szpitalu. Ustalono również, że wszyscy badani starcy prawdopodobnie odzyskali sprawność seksualną. Chciano spróbować podjąć próbę zbadania czy oddziaływanie strefy jest w stanie wskrzesić celowo zabite zwierzę laboratoryjne, choć już wiedziano, że martwe zwierzęta, które służyły do wyznaczenia granic strefy, po wniesieniu klatek do strefy nie ożywały. Oddelegowany do zespołu badawczego profesor teologii przekonał komisje, aby takich badań nie przeprowadzano i komisja na to przystała. Następnie ustalono czas niezbędny do całkowitego i trwałego wyleczenia. Ustalono, że czas niezbędny do całkowitego wyleczenia wynosi 12 dni. Przy krótszej ekspozycji obserwowano remisję ciężkich chorób. Następnie komisja z centrum badawczego podjęła próbę ustalenia źródła działania uzdrawiającego oraz czynników, które to zjawisko powodują. Niestety dla komisji, nie udało się niczego stwierdzić oraz ustalić żadnej przyczyny. Wszystkie, nawet bardzo wymyślne, technicznie najbardziej zaawanso- wane metody badawcze i pomiarowe nie dawały żadnych wyników. Nie udało się zmierzyć ani zaobserwować absolutnie niczego. Żadnego promieniowania, żadnych mierzalnych czynników biologicznych czy chemicznych. Komisja, w zasadzie kierując się przeczuciem niż wynikami badań, zaleciła aby starać się zanadto nie ingerować w stan zabudowy strefy. Zalecono aby miejsca dla pacjentów tworzone poza obiektami budowlanymi miały charakter prowizoryczny. Przeczuwano, że zjawisko może mieć charakter nietrwały i być może łatwo jest je zniszczyć. Ze względu na niemożność ustalenia przyczyn zjawiska, przewodniczący komisji, który był zarazem wiodącym naukowcem powołanym do badań, zwołał naradę: - Chciałbym dowiedzieć się od państwa czy macie jakieś pomysły na to, co tu właściwie się tu stało? Wiemy, że nastąpił bezgłośny błysk niebieskiego światłą o dużej sile, przynajmniej tak zeznaje wielu świadków oraz że nie pozostawił on żadnych śladów. Obserwujemy obecnie skutki tego zjawiska. Czy ktoś z was ma jakiś pomysł, co właściwie się tu stało i jakie czynniki powodują zjawisko? - Prawdopodobnie mamy do czynienia z jakimś promieniowaniem które oddziałuje zbawiennie na organizm człowieka. - Z jakim promieniowaniem? Przecież niczego nie udało się zmierzyć. - To, że nie potrafimy wykryć czynnika to nie znaczy, że nie istnieje. Zapewne mamy do czynienia z jakimś nieznanym czynnikiem, może pochodzenia kosmicznego? - Możliwe, że mamy tu do czynienia ze zbiorową psychozą. Możliwe, że wiara w nadprzyrodzone moce, które błysk wyzwolił, spowodowała u badanych pacjentów wyzwolenie w nich jakiś nieznanych nam mechanizmów obronnych, które powodują uzdrowienia. - Drogi panie, niech pan z nas nie żartuje, uzdrowienia są powszechne, często nawet bez wiedzy ludzi, którzy ich doznali a poza tym ta granica, ścisła co do metra. Co to musiałaby być za psychoza? - Może kluczowym jest tu pojęcie wiary? Może doświadczamy cudu religijnego? Zresztą mnóstwo ludzi zarówno tutaj na miejscu jak i na świecie tak uważa. W końcu pacjentka która pierwsza została uzdrowiona, gorliwie modliła się z różańcem w ręku w chwili błysku. - Droga pani doktor, nie po to rząd powołał komisję naukową żeby dowiedzieć się że to cud. Nie ma mowy abym zgodził się na wpisywanie takich rzeczy w naszym raporcie. Prędzej napiszemy po prostu, że na obecnym poziomie wiedzy, nie jesteśmy w stanie ustalić jaka jest przyczyna tego, co tu się dzieje. Naradę przerwała sekretarka i wywołała przewodniczącego: - Panie profesorze telefon do pana. Przewodniczący przeszedł do drugiego pomieszczenia. - Słucham. - Panie profesorze dzień dobry, jestem doktorem archeologii z uniwersytetu w Londynie. Śledzę pilnie doniesienia medialne z waszych badań i być może mógłbym panu w czymś pomoc. - Co pan wymyślił? - Możliwe że wiem dlaczego akurat 560 metrów. - Dlaczego? - Bo to równe 1000 łokci. - Czego? - Łokci, łokci królewskich, to miara biblijna odległości stosowana w czasach kiedy powstawał Stary Testament. - A, miara biblijna no dziękuje panu i coś jeszcze? - No może jeszcze te 12 dni. - Tak? - 12 to liczba często powtarzana w Biblii. - No ciekawe, a w jakim kontekście? - Różnym, 12 plemion Izraela, 12 apostołów, 12 bram Jerozolimy itd. - No dziękuję panu, to naprawdę ciekawe. ***** Miasto w Rosji przy granicy z Kazachstanem. Osiem miesięcy od błysku. Dzwonek do drzwi. Arman podszedł i otworzył drzwi listonoszowi. - List do pana z zagranicy, polecony, proszę tu podpisać. - Dziękuję, obaj wiemy co to za list i obaj wiemy co w nim piszą. - Niestety, tak. Arman zaraz po ogłoszeniu raportu przez komisję powołaną do zbadania zjawiska w Albanii wiedział, że życie postawiło przed nim trudne zadanie. Postanowił, że za wszelką cenę umieści Jamilę, swoją córkę w strefie na dwanaście dni. Wiedział, że musi to zrobić i czuł, że jest w stanie, choć nie miał pojęcia w jaki sposób. Minęło już prawie osiem miesięcy od błysku i sytuacja międzynarodowa związana z dostępem chorych ludzi do strefy bardzo się skomplikowała. Biorąc pod uwagę, że strefa to nie stadion z kibicami, ale miejsce gdzie potrzeba umieścić łóżko lub choćby materac dla chorego, rząd Albanii ogłosił, że jest w stanie umieścić w strefie jednorazowo sto tysięcy ludzi. Mając wzgląd na okoliczności, to i tak bardzo dużo. Trzeba było zapewnić minimum warunków sanitarnych, podstawową opiekę oraz wyżywienie. W tym celu podjęto drastyczne środki dotyczące miasteczka. Rząd Albanii po zakończeniu prac komisji postanowił, że przez trzy miesiące nikt nie ma prawa przyjeżdżać do strefy. Postawiono zadanie, że przez te trzy miesiące wszyscy mieszkańcy zostaną wysiedleni a liczne firmy budowlane sprowadzone z całego kraju, wykonają niezbędne prace aby strefa mogła przyjmować założone sto tysięcy ludzi równo- cześnie. Budowano pomosty dla ustawienia łóżek i materacy, budowano stołówki i węzły sanitarne, budowano zaplecze techniczne na zewnątrz strefy, to jest kuchnie, pralnie, miejsca noclegowe dla opiekunów i osób towarzyszących oraz dla bardzo licznego personelu. Wszystko to budowano prowizorycznie z tymczasowych materiałów, tak aby nie niszczyć miasteczka w przypadku gdyby strefa przestała “działać”. W międzyczasie trwała już dystrybucja biletów. Ogłoszono, że po zakończeniu tych prac, czyli siedem miesięcy od błysku, strefa zacznie przyjmować regularnie chorych z całego świata na podstawie oficjalnych biletów. Z obszaru strefy wysiedlono wszystkich dotychczasowych mieszkańców. Przekupywano ich bardzo wysokimi odszkodowaniami i budowano dla nich nowe domy na dużych atrakcyjnych działkach w innych, nieodległych miejscach Albanii. Obiecywano im dodatkowo, że gdyby zjawisko przestało działać, to będą mogli wrócić do swoich domów a otrzymane odszkodowania będą ich własnością. Nikt z mieszkańców nie miał prawa zostać w strefie. Uchwalono na tą okoliczność specjalną ustawę. Rząd Albanii sam by sobie finansowo z tym wszystkim nie poradził, ale duże środki na wysiedlenie strefy zaczęły napływać z całego świata szerokim strumieniem. W części miasteczka poza strefą wybudowano prowizoryczne, ale bardzo duże centrum logistyczne w którym mogły czasowo zamieszkiwać rodziny osób “leczonych” w strefie. Centrum również zapewniało obsługę ludzi chorych, przygotowywano posiłki, zapewniano opiekę lekarską i pielęgniarską. Sprowadzono tłumaczy wszystkich najważniejszych języków świata. Instalacje sanitarne małego miasteczka nie były w stanie sprostać wymaganiom tak dużej liczby osób i zaczęto je naprędce rozbudowywać. Sama strefa nie przypominała już centrum zabytkowego miasteczka. Zamknięto wszystkie ulice za wyjątkiem dwóch dojazdowych, w których poruszały się wyłącznie pojazdy z zaplecza logistycznego. Całą wolną przestrzeń pomiędzy domami, wszystkie ulice i place zabudowano dziwnymi, prowizorycznymi, wielopoziomowymi konstrukcjami na bazie rusztowań budowlanych i drewnianych podestów. Konstrukcje te były opięte folią. Niektóre z tych konstrukcji miały po dziesięć pięter. Każda wolna w nich przestrzeń oraz w istniejącej zabudowie, wypełniona była łóżkami i materacami. Pozostawiano tylko wąskie przejścia. Każde lokum miało swój numer a specjalnie powołany oddział wojska skrupulatnie pilnował, aby na przeznaczonym miejscu znajdowała się osoba posiadająca bilet. Chorzy nosili go na szyi i strzegli jak skarbu. To, co dla Armana było najważniejsze to fakt, że cała strefa, włącznie z centrum logistycznym, ogrodzona była prowizorycznym, ale bardzo solidnym płotem o wysokości 10 metrów. Przed głównym ogrodzeniem znajdowały się jeszcze dwa rzędy wojskowych zasieków zabezpieczonych zwojami drutu kolczastego a całego kompleksu z zewnątrz strzegł wojskowy kontyngent międzynarodowy. Zdarzało się, że używano broni gładko lufowej z gumowymi kulami w stosunku do zdesperowanych, umierających ludzi, próbujących dostać się do strefy. Dodatkowo cała okolica w promieniu dwudziestu kilometrów, została otoczona posterunkami wojskowymi i policyjnymi. Nieuprawnione dostanie się do strefy wydawało się niemożliwe. Zamieniono ją w warowną twierdzę. Dziennikarze szybko wyliczyli, że nawet przy bardzo sprawnej organizacji obsługi strefy i umieszczeniu w niej cały czas stu tysięcy chorych, biorąc pod uwagę trzydzieści, dwunastodniowych turnusów w roku, strefa jest w stanie przyjąć około trzy miliony ludzi rocznie. Oszacowano, że na świecie ludzi ciężko chorych, którzy wymagaliby niezwłocznego pobytu w strefie, jest około pół miliarda. Wynikało z tego, że nawet jeśli czas oczekiwania na bilet wyniósłby dziesięć lat, to i tak miejsca w strefie wystarczyłoby tylko dla jednego na 20 potrzebujących. Zakładając, że chory na ciężką chorobę, na przykład na złośliwy nowotwór, nie może czekać dłużej jak rok, to strefa jest w stanie wyleczyć tylko jednego na 200 potrzebujących. Powstał prosty dylemat, kim ma być ten jeden wybrany z dwustu? Arman już wiedział, że to nie będzie jego córka. Czeka go misja prawie niemożliwa do wykonania. Wszelka komunikacja lotnicza związana z ruchem turystycznym do państw sąsiadujących z Albanią została wstrzymana. Lecieli tam wyłącznie posiadacze specjalnych wiz, do wydania których podstawą było posiadanie biletu. Były dwa rodzaje biletów, dla osób chorych, które miały znaleźć się w strefie oraz dla osób im towarzyszących, które otrzymywały skromne noclegi w centrum logistycznym poza strefą. Jednemu choremu mogła towarzyszyć tylko jedna osoba towarzysząca i to tylko wtedy, kiedy było to niezbędne, na przykład towarzysząc chorym dzieciom. Podobnie, choć nieco mniej rygorystycznie wyglądała komunikacja kolejowa lub samochodowa. Arman poszedł do księgarni: - Jakie ma pani mapy Azji i Europy? Wrócił do domu, rozłożył najdokładniejsze mapy jakie udało mu się kupić. Patrzył na granice państw, na łańcuchy górskie, na rzeki. Studiował również dokładnie mapy i zdjęcia satelitarne dostępne w internecie. W jego głowie powstawał plan. Nazajutrz. - Panie kapitanie potrzebuję urlop. - Stało się coś? Nic wcześniej nie mówiłeś, trzy dni ci wystarczy? - Trzy miesiące. Kapitan popatrzył na Armana przenikliwym wzrokiem. Cokolwiek wiedział na temat jego sytuacji rodzinnej i chorej córki. - Nie uda ci się, nie jeden już próbował, to niemożliwe. - Chcę spróbować. - Kiedy chcesz? - Chcę wykupić dla siebie i córki wczasy na Krymie za około dwa tygodnie. Z tych wczasów od razu nie wrócę. Ale nie martwcie się o mnie, załatwię co powinienem i na pewno wrócę. To kwestia kilku tygodni, tak myślę. - Uważaj na siebie, to niebezpieczne i z dzieckiem niewykonalne. ***** Albania. Zamknięte posiedzenie Rady Ministrów rządu Albanii. - Panie premierze, musimy coś zdecydować bo sępy chcą szarpać nasz kraj. - Stany Zjednoczone, Rosja, Chiny, Francja, Wielka Brytania, Indie a nawet Włochy, żądają od nas wyznaczenia przestrzeni eksterytorialnej wewnątrz strefy, na warunkach prawnych jakie dotyczą budynków ambasad oraz możliwości swobodnego dostępu do tych miejsc poza reglamentacją biletów. - Właśnie, to już nie są prośby ani wezwania, oni nam grożą. Grozą, że jeśli nie wyznaczymy dla nich ich własnych działek to zerwą z nami stosunki dyplomatyczne a może nawet wezmą te działki siłą! - Właściwie to nie bardzo rozumiem o co im chodzi? Przecież i tak umieszczają tam swoich vipów na turnusy bez problemów, wszyscy wiemy jak działa system redystrybucji biletów i kto tym kieruje. - Strefa to niecałe 25 hektarów, a każdy z nich chce po przynajmniej 2 hektary. - Wiem o co im chodzi, ludzie gadają różne rzeczy, nie o leczenie ludzi chorych, ale o utrzymywanie przy życiu bogatych starców danych nacji. Oni nie chcą zarządzać strefą w taki sposób jak to jest teraz, czyli materac na trzech metrach kwadratowych, jeden kibel na 50 osób, 12 dni wegetacji i wypad, oni chcą tam budować trzystu metrowe apartamentowce dla miliarderów. - Co takiego? Niech się walą, w życiu się na to nie zgodzimy. - Panie premierze, wiem co im odpowiedzieć. - Słucham? - Wyznaczymy jedną działkę i niech walczą o nią między sobą, a zwycięzca ją dostanie. Nastrój na posiedzeniu wyraźnie się poprawił. - Ty sobie kolego żartów nie rób, możemy im zaproponować zmiany w ordynacji przydzielania biletów i tak już nikt, może poza mafią, nad tym nie panuje. Proponuję pilne podjęcie uchwały przez nasz parlament i nagłośnienie jej natychmiast na całym świecie. W treści napiszemy, że nikt nie ma prawa przebywać w strefie dłużej niż 12 dni oraz że nie zgadzamy się na budowę tam żadnych znaczących obiektów budowlanych i zażądamy od ONZ -tu pilnej ratyfikacji. Może się odwalą, przynajmniej na chwilę. - Zakłada pan premierze, że mają choć trochę wstydu i przyzwoitości. Zobaczymy czy tak jest w istocie. System redystrybucji biletów do strefy został ustalony w drodze międzynarodowych negocjacji. Po krótkiej, ale bardzo burzliwej sesji ONZ, zwołanej specjalnie na okoliczność dostępu do strefy chorych z całego świata, rząd Albanii zgodził się na to, aby do redystrybucji biletów powołano międzynarodową komisje przy ONZ w Nowym Jorku. Stan taki miałby trwać przez pierwsze dwa lata. Zasady przydzielania biletów ustalono w ten sposób, że każdy człowiek na świecie może za pośrednictwem strony internetowej aplikować o przydział biletu na 12-dniowy dostęp do strefy. W każdym kraju powołano komisje lekarskie które opiniują wnioski, a powołana komisja w Nowym Jorku, w skład której wchodzą również lekarze różnych specjalności, te wnioski weryfikuje. Jeśli szczęśliwiec zostanie zweryfikowany pozytywnie to listownie zostaje powiadomiony o tym, że przydzielono mu bilet oraz o terminie pobytu w strefie. Następnie musi odebrać bilety i specjalne paszporty z wizami i przepustkami w wyznaczonych jednostkach rządów danych krajów. Biletów nie przesyła się pocztą ponieważ są zbyt cenne. Otrzymanego biletu nie można zgubić bo otrzymanie duplikatu jest bardzo trudne. Częste są przypadki kradzieży biletów, choć pacjenci na miejscu w Albanii są szczegółowo weryfikowani zanim zostaną wpuszczeni. Dla osób które nie mogą jechać same i w podróży wymagają opieki, w szczególności dzieci, wydawane są dodatkowe bilety dla ich opiekunów, którzy po przybyciu na miejsce są umieszczani w strzeżonej, wydzielonej przestrzeni poza strefą. Bilety wydawane są z maksymalnym wyprzedzeniem dwóch lat. Po tym czasie, ci którzy biletów nie otrzymali, mogą powtórnie aplikować w celu otrzymania dostępu do strefy. Tak przydzielone bilety są bezpłatne. Pacjent musi jednak na własny koszt dostać się do strefy. Pobyt w strefie oraz skromne wyżywienie i nocleg są również za darmo. Praktyka przydzielania biletów wyglądała jednak tak, że wszystkie miejsca dostępne na te bilety zostały natychmiast rozdysponowane przez powołaną komisję na okres dwóch lat do przodu, choć rozpatrywano tylko najcięższe przypadki chorób. Po kilkunastu dniach działania tej komisji biletów już nie było. Wszyscy pozostali, choćby najbardziej chorzy, dostawali tylko list, w którym informowano o braku możliwości dostępu do strefy. Taki list dostał również Arman. Po naciskach rządów wielu państw na świecie zdecydowano, że niewielka część biletów zostanie rozdysponowana do dyspozycji poszczególnych rządów i przydzielana według osobnych zasad a te bilety, których posiadacze nie dożywali do wyznaczonego dla nich terminu, zostawały sprzedane na aukcjach. Aby wziąć udział w takiej aukcji, należało posiadać normalnie złożony wniosek, zaopiniowany pozytywnie przez komisję lekarską i otrzymać odpowiedź odmowną, ze względu na brak miejsca w strefie. Wtedy można było taki bilet wylicytować, a zysk z tych aukcji przeznaczony był dla rządu Albanii na utrzymanie strefy i inne koszty z tym związane. Bardzo szybko okazało się, że zyski z tych aukcji znacznie przewyższały potrzeby, ponieważ ceny biletów dochodziły do kilku milionów dolarów za sztukę. Prawda stała się taka, że po rozdysponowaniu podstawowej puli biletów, ci którzy na bieżąco chorowali i wymagali pilnego leczenia, musieli być bardzo bogaci. Biedniejsi do strefy praktycznie nie mieli dostępu. Cały proces redystrybucji biletów, niemal od pierwszego dnia jego funkcjonowania, narażony był na działania korupcyjne ze wszystkich zakątków świata i w bardzo krótkim czasie został całkowicie skorumpowany. Dotyczyło to również specjalnie powołanej jednostki dla zapobiegania korupcji przy dystrybucji biletów. Do biletów dostęp miały tylko mafie i rządy najsilniejszych państw na świecie. Pojawiły się różne problemy natury moralnej. Z założenia, jedynym kryterium przyznawania biletów przez komisję był stan zdrowia pacjentów. Ale niemal natychmiast na całym świecie podniesiono temat czy nie przydzielać w pierwszej kolejności biletów ludziom ciężko chorym, którzy są niejako bardziej wartościowi dla społeczeństwa niż przeciętne jednostki. Czy nie powinno przyjąć się zasady, że na przykład znani naukowcy, celebryci czy artyści, a nawet ludzie lepiej wykształceni nie powinni być uprzywilejowani w procedurze przyznawania biletów. W końcu ustalono, że przynajmniej oficjalnie, takie kryteria nie będą uwzględniane i liczy się tylko stan zdrowia i “ślepy los”. Budziło to liczne kontrowersje na całym świecie. .......................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl ....................... Radosnych, pogodnych świąt, czytelnikom życzę
  17. @jan_komułzykant Nie wiedziałem że da sie poprawiać
  18. @Dziadek grafomanCzytaj jeśli chcesz. Akurat wlepiam po kawałku jedno. No znaczy... publikuję :)
  19. @jan_komułzykant Kaj ta literówka? Ma być z grubsza i tak jest ?
  20. @Corleone 11 Czepiasz się. Opowiadanie jest fantasy bo watek główny przenosi do świata fantasy. (zdarzeń nadprzyrodzonych, niemogących zaistnieć w realnym świecie). Te części nie stanowią jakiś spójnych, odrębnych całości. To po prostu kawałki opowiadania w rozmiarze strawnym do przeczytania "na raz". Sensownym jest wyłącznie czytanie ich po kolei aż do końca. Inaczej nie ma po co, same w sobie nic nie znaczą i nikogo nie zaciekawią. @Dziadek grafoman Ale faktycznie wróżek i elfów nie będzie:(
  21. @Gosława Dzieki. Fajnie ze ci sie podoba. Nie ma tu żadnego świetnego pióra. Jestem amatorem a do tego jest to pierwsze opowiadanie jakie w życiu napisałem. Warsztat jest kiepski, mnóstwo powtórzeń, zbyt dużo imion własnych zamiast zaimków i wiele innych błędów. Od tego czasu (dotyk amani 3 lata temu) napisałem kilka innych opowiadań i warsztat jest trochę lepszy. Ale to zawsze będzie amatorszczyzna, co mi w niczym nie przeszkadza
  22. Miasto w małym państwie europejskim. Szpital z oddziałem onkologicznym. - Ale ciepły dzień, już jesień a takie słońce. - No, super, aż się chce żyć. - Siana powiedz, że fajny ten młody lekarz co nas rano badał. Aż przyjemnie było być badaną. - Co ty Petia gadasz? On fajny? - No, a nie? Co mu brakuje? - No jak to co? Przecież z obrączką, pewnie żonaty. - To jak żonaty to nie może być fajny? - Iiii... używany, brak mu potencjału. Poza tym stary dziad, ma już pewnie ze dwadzieścia siedem albo może nawet dwadzieścia osiem! Dziewczyny spojrzały na siebie i zaczęły się śmiać. - Całego świata i tak nie dostaniesz. - Zawsze można się łudzić, że jednak coś, czego z wierzchu nie widać, jednak mu brakuje. - O czym myślisz? Petia spojrzała na Sianę z chytrym uśmiechem. - No wiesz. - No nie wiem, brak mu kultury czy mało czuły? Może dzieci nie lubi? - Ty dobrze wiesz tylko głupa udajesz. - To co w końcu masz na myśli? - Natura rzadko daje wszystko, tym ładnym zawsze coś brakuje. Dziewczyny znowu się roześmiały. Petia i Siana siedziały na leżakach sporego szpitalnego tarasu. Obie były pacjentkami oddziału onkologicznego. Poznały się i zaprzyjaźniły, bo były w tym samym wieku i cierpiały na tę samą chorobę. Obie były po przeszczepach szpiku i u obu leczenie nie przyniosło zamierzonego rezultatu. Utrzymywano je w dobrej kondycji dzięki lekom, ale obie musiały regularnie co kilka tygodni być badane przez kilka dni w szpitalu. Ponieważ personel je już znał, to tak dobierano terminy badań aby mogły się razem spotykać. Petia i Siana lepiej znosiły pobyt w szpitalu i badania, będąc razem. Dzięki przyjmowaniu leków i regularnych badaniach, udawało się lekarzom na razie utrzymywać je w dobrej kondycji, jednak zdawano sobie sprawę, że przyszłość dziewczyn jest niepewna. Na taras przyszła do nich ordynatorka oddziału. - No panienki jak tam z wami? - No coraz lepiej pani profesor, niedługo to chyba w ogóle nie będziemy musiały tu jeździć? Prawda??? - Gdyby udało mi się wyleczyć wszystkich pacjentów toby mi oddział zamknięto, pomyślcie też o mojej przyszłości. A poza tym, gdzie wam będzie lepiej niż tutaj, ze mną? - Och tak, bardzo nam tu dobrze. - No właśnie, słuchajcie, chciałabym porozmawiać z waszymi rodzicami, mam do nich ważną sprawę dotyczącą waszego leczenia. - Oj, to chyba źle z nami, coś nam się pogarsza? - Nic takiego, będziecie zdrowe jak rybki tylko jeszcze trochę to musi potrwać. Jeśli umiałybyście to tak skoordynować, żeby wasze mamy przyszły do mnie na przykład jutro, o godzinie trzeciej po południu, to byłabym wam wdzięczna, bo nie musiałabym dwa razy powtarzać im tego, co mam im do przekazania. - Ok, podzwonimy i spróbujemy je umówić na jutro. - Nie siedźcie tu za długo, opalanie męczy i może wam wiatr zaszkodzić, a ja muszę was mieć w jak najlepszej formie. A i jeszcze jedno, nasz nowy pan doktor którego rano Poznałyście, jest już żonaty. Obie dziewczyny się roześmiały. Nazajutrz o godzinie 15. - Dobrze, że panie przyszły. Lekarka zwróciła się do matek obu dziewczyn. Elena wystraszyła się nie na żarty, co takiego się wydarzyło, że ordynatorka chciała z nimi pilnie rozmawiać. - Porozmawiam z wami razem ponieważ obie dziewczyny chorują na to samo i są leczone podobnie. Chodzi o to, że te leki które teraz Siana i Petia przyjmują, nie gwarantują wyleczenia. Rokowania są niepewne a stan obu dziewcząt może pogorszyć się z dnia na dzień. Zresztą rozmawiałyśmy już o tym nie raz i panie dobrze wiecie jak wygląda sytuacja. W związku z tym chciałam panie poinformować, że na rynku pojawił się nowy, eksperymentalny jeszcze lek, jednego ze znanych koncernów farmaceutycznych. Lek jest już stosowany w wiodących klinikach onkologicznych na świecie i wyniki badań z nim związanych są bardzo obiecujące. Ten lek byłby idealny do włączenia go do leczenia obu dziewczyn. Zaprosiłam panie razem, bo nie chciałabym być posądzona o lobbing farmaceutyków. Ten lek naprawdę wydaje się skuteczniejszy, znacznie lepszy od tego, co podajemy dziewczynom do tej pory. Jednak problem polega na tym, że jest bardzo drogi i nie jest na razie refundowany. W naszym kraju nie przeprowadzono jeszcze szczegółowych badań tego specyfiku i można go stosować tylko wtedy, jeśli klinika zakupi go u producenta. Nie są u nas na razie prowadzone żadne programy badawcze, dzięki którym można by dostać ten lek za darmo albo dostać zwrot zakupu od państwa. - Ile kosztuje? - To zastrzyki które podaje się raz na tydzień. Trzeba kupić minimum kurację jednomiesięczną czyli cztery zastrzyki i wtedy cena takiej jednomiesięcznej kuracji wynosi 1800€. Można również zakupić od razu całą kurację, którą producent przewidział do stosowania, czyli dawkę na dziesięć miesięcy i wtedy można ją kupić za 15000€ czyli taniej. Ja rozumiem, że to bardzo drogo i chciałabym żebyście panie spokojnie przemyślały czy macie za co kupić tak drogi lek. Ja niestety nie jestem w stanie wam pomóc na razie w żaden sposób. Gdybyście panie się zdecydowały to proszę dać mi znać, bo tylko nasza klinika może go tutaj zamówić. Nie możecie same kupować tego leku, bo go u nas nie podamy. Wymaga specjalnego przechowywania, czyli po prostu musi być cały czas w lodówce i przesłany przez producenta w określony sposób. Siana pochodziła z zamożnej rodziny i matka Siany od razu zadeklarowała, że chce kupić dla córki całą kurację i nie ma się nad czym zastanawiać. Elena poprosiła, aby zamówić kurację na miesiąc, a potem zobaczy, jak będzie dalej. Dwa dni później, nadal w szpitalu. Petia znudzona siedziała w świetlicy na oddziale szpitalnym i oglądała telewizor. Z obojętnością wpatrywała się w ekran, będąc myślami zupełnie gdzie indziej. Martwiła się bardzo tym, co powiedziała jej matka na temat nowych leków. Wiedziała, że mama i tak wydała już dużo pieniędzy na jej leczenie i że na kolejne, bardzo duże wydatki jej nie stać. Jednocześnie wiedziała, że ona zrobi wszystko żeby ją ratować. Zaczęto nadawać wiadomości. Petię wybudził z telewizyjnego letargu przejęty głos prezenterki i zaczęła z uwagą przysłuchiwać się podawanym wiadomościom. - Siana, chodź no prędko, posłuchaj co oni gadają o Albanii. - Co, co? Co się dzieje? Dziewczyny zamilkły wpatrzone w telewizor. ***** Miejsce główne. Miasteczko w górach Albanii. Dziesięć dni po błysku. Zakład pogrzebowy. - I co? - Drogi szefie, nie ma. - Jak ku..a nie ma!? - No nie ma i dziękuję panu. - Sprawdzałeś wszędzie? - Sprawdzałem wszędzie, dzwoniłem do szpitala i na policję, sprawdzałem telefon firmowy i swój prywatny, nie ma, ciągle nie ma denata. - Ramiz to niemożliwe, ktoś kradnie nam nieboszczyków. - Stawiam na sycylijską mafię, pewnie przylatują w nocy helikopterami i wywożą nam denatów. - Nie rób sobie żartów, głód zagląda nam w oczy, przecież to dramat, nie dostaniesz wypłaty w tym miesiącu. - O sorry, szef, ja tu tylko pracuję, mam umowę, codziennie melduję się w robocie i muszę mieć za to zapłacone a relacje z klientami, czyli relationships to sprawa kierownictwa firmy, czyli drogi szefie twoja, ja się tam nie wtrącam. - Ramiz w tym miasteczku żyje 15 tys. ludzi. Statystycznie człowiek żyje około 25 tysięcy dni, czyli statystycznie co drugi dzień musi tu ktoś umrzeć albo inaczej w tygodniu mamy prawie zawsze dwóch lub trzech nieboszczyków. Tą firmę prowadził mój dziadek i mój ojciec i ja i zawsze tak było. Nie zdarzyło się nigdy, żeby przez dwa tygodnie tutaj nikt nie umarł! - Szef co mam ci powiedzieć? Skomentuję to w ten sposób, jeśli żona piekarza zdradza go regularnie dwa razy w miesiącu, a żona fryzjera jest mu wierna, to statystycznie, w ujęciu miesięcznym, obie są dziwkami. Krzywa Gausa zamiast w kształt dzwonu ułożyła ci się w taki sposób. Ramiz pokazał środkowy palec. - Ale chyba mam rozwiązanie aby ratować biznes. - Jakie? - Zabijemy moją starą. - Hmm? Pomysł drogi Ramizie całkiem dobry, ale trzeba go doprecyzować, nie twoją tylko moją. - O nie drogi szefie, to ja pierwszy wpadłem na ten pomysł! - Ok, załatwimy obie, profit będzie podwójny i biznes jakoś przetrwa. - Szefie, no tak, ale to przecież żaden zysk. Sami będziemy musieli sobie za nie zapłacić. Na twarzach obu pojawiły się banany znacznie przekraczające krzywizną dopuszczalne normy unii europejskiej. W końcu obaj dobrze się rozumieli. Często razem żartowali. Relacje szef i podwładny były tylko formalne, obaj razem pracowali wykonując wspólnie tą ciężką i niewdzięczną pracę. Do tej roboty było tylko ich dwóch w tym małym miasteczku. Wiedzieli o tym i tak naprawdę byli przyjaciółmi. Szpital w miasteczku w tym samym czasie. Ordynator z dwójką młodych lekarzy, przeprowadził obchód i wrócił z nimi do pokoju lekarskiego. - Co na to wszystko powiecie? - Noooo, szefie jesteśmy coraz lepsi, gdzie popatrzeć tam regres choroby. - Nie wydaje wam się to dziwne? - Hmm? Czy ja wiem, w końcu szpital jest po to żeby leczyć ludzi, więc co w tym dziwnego, że zdrowieją? - Dobrześ to młody kolego ujął, szpital jest po to żeby ludzi leczyć, ale to nie znaczy, że wszystkich trzeba wyleczyć. Choroby wyleczalne powinny być wyleczone, ale choroby nieuleczalne powinny postępować i w końcu powodować zejście nawet najbardziej prawidłowo leczonego pacjenta. O tym wie każdy lekarz. To principia naszej pracy. Powiedziałbym nawet, że podstawa naszego autorytetu. A u nas co? Nam wszyscy zdrowieją. Nawet babcia z onkologii, ta z niebieskim różańcem, dla której już kazałem trumnę grabarzom szykować, została przeniesiona na salę ogólną i siedzi teraz z innymi pacjentami, radośnie opowiadając im historię swojego długiego życia. A jaka się żywotna zrobiła, miała takiego Alzheimera, że trudno było z nią o kontakt, a dzisiaj słyszałem jak wymieniała z imienia i nazwiska wszystkich, z którymi do podstawówki chodziła. A jaki ma apetyt. Zawieźliście ją na tomografię? - Tak, są już wyniki. - Patrzcie, po guzach wielkości śliwki zostały ślady wielkości główki od szpilki, gdybym nie wiedział gdzie mam ich szukać to pewnie bym je przeoczył. - I jeszcze jedno panie ordynatorze. Uczył nas pan, że u pacjentów zamożniejszych leczenie zawsze powinno być dłuższe, a u nas wszyscy szybko zdrowieją, nawet ci najbogatsi. - Ty se młody tu żartów nie rób i mnie nie wkurzaj, przecież właśnie o tym mówię, wszystkim się poprawia i to nie jest chwilowa poprawa stanu zdrowia, gdzie popatrzeć tam całkowite wyleczenie, a właściwie uzdrowienie, naprawdę dziwne. Za niedługo nie będziemy mieli kogo leczyć. Przynajmniej od tygodnia nie przyjęliśmy nikogo nowego, nawet ja się lepiej czuję. - Dobrze że anestezjolog miał dyżur w innym szpitalu, bo byśmy niepotrzebnie operowali pacjentów. - Tymi pacjentami z onkologii, których wozimy na naświetlania już zaczęto się interesować, miałem dzisiaj dwa telefony, pytano mnie czy prowadzimy jakiś program eksperymentalny z nowymi lekami. Przestańcie ich wozić w ogóle i tak wszyscy zdrowieją. Macie jakieś pomysły co się u nas zmieniło, że nagle mamy takie dobre wyniki? No bo chyba wszyscy rozumiemy, że to nie nasze leki. Co mam im mówić? Po dłuższej chwili ciszy: - Słyszałem, że te starsze pacjentki spod czwórki mówiły do siebie szeptem, że to przez ten błysk dziesięć dni temu. ..................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  23. @Corleone 11 No dopiero będzie :)
  24. Okolice miasteczka w tym samym czasie. Fidan i Kaltrina to nastolatkowie którzy chodzą do jednej szkoły. Oboje mieszkają w miasteczku, choć na dwóch jego końcach, co wcale nie znaczy, że daleko od siebie. Oboje mają po osiemnaście lat, nawzajem bardzo się lubią i spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Trudno powiedzieć na ile świadomie, ale zakochują się w sobie, coraz bardziej, bardziej i bardziej. Jak już będzie jeszcze bardziej, to będą zakochaną parą. Spotykają się najczęściej i najchętniej właśnie tutaj gdzie teraz siedzą, to znaczy na zboczu wzgórza oddalonego od miasteczka o jakieś półtora kilometra. Żeby się tu znaleźć, każde z nich musi wspinać się ze swojego miejsca zamieszkania, około 30 minut. Jakoś przychodzi im to coraz łatwiej. Jakby wzgórze z każdym spotkaniem robiło się mniej strome. Z “ich” miejsca jest bardzo dobry widok na całe miasteczko i jego okolice. Śmieją się i rozmawiają. Kaltrina przekomarza się z Fidanem tłumacząc mu, że właściwie nie wie po co tu do niego przychodzi i że może być to dla niej niebezpieczne, bo nie wiadomo jakie Fidan ma w stosunku do niej zamiary i właściwie to nie rozumie, dlaczego chce się z nią spotykać i to coraz częściej. Zaczyna podejrzewać, że może ona mu się podoba, ale ponieważ on nic na ten temat nie wspomina, tylko gada z nią o jakiś bzdurach, to pewnie nie po to, ale w jakiś innych, niecnych celach. Fidan słuchając tych wywodów wyjaśnia Kaltrinie, że już dawno planował udusić jakąś dziewczynę, tylko na razie nie był zdecydowany którą, no ale skoro ona już tu się z nim spotyka, to pewnie to będzie ona. I tak sobie przygadywali siedząc obok siebie i utrzymując bezpieczny dystans. Pletli bzdury o szkole, o wspólnych znajomych, o rodzinie, czasem poruszając jakieś poważniejsze tematy, zwykle dotyczące przyszłości. Tak naprawdę oboje byli nieśmiali i oboje byli pierwszymi dla siebie a śmiechem i kiepsko udawaną śmiałością próbowali kamuflować swoją nieśmiałość. Najtrudniejsze było pierwsze spotkanie a potem to już tak jakoś idzie od kilku tygodni. Fidanowi, który w istocie był przystojnym, atrakcyjnym, młodym dorastającym mężczyzną, trudno było uwierzyć w to, że to było takie proste. Że dziewczyna o której marzył i podobała mu się już od kilku lat, tak łatwo dała się namówić, żeby się z nim spotkać. Wyobrażał sobie, że przecież ona musi mieć już przynajmniej z tuzin innych chłopaków, bardziej śmiałych i lepszych od niego i pewnie wybierze albo już wybrała sobie któregoś z nich, a on próbując się z nią umówić na pierwsze spotkanie, spotka się tylko z wielkim zdziwieniem i zażenowaniem. W końcu podszedł do niej i zaryzykował wieszcząc koniec świata: - Kaltrina, pogadasz ze mną trochę? Spojrzała na niego z ciekawością i odpowiedziała czy ma do niej jakąś sprawę. On zmieszany powiedział, że tak tylko chciał pogadać i zaczął się wycofywać. A ona uśmiechnęła się i powiedziała pogadam, tylko powiedz gdzie i kiedy. Fidan zdezorientowany i zaskoczony zaproponował wzgórze. Znał to miejsce i czasem tam chodził. Wiedział gdzie mieszka Kaltrina i że wzgórze przedziela ich miejsca zamieszkania. Ona jakby się trochę wystraszyła, ale się zgodziła. Jeszcze w tym samym dniu po lekcjach, zamiast jeść w domu obiad, siedzieli tam i uśmiechali się do siebie. Tak to się zaczęło. Potem było już coraz łatwiej, a właściwie to od razu było bardzo łatwo. Kaltrina miała swój sekret, którym z nikim się nie dzieliła. Podobało jej się kilku chłopców w szkole, a Fidan był pierwszy na tej liście. On oczywiście nic o tym nie wiedział. Kaltrina nie wiedziała jak zwrócić na siebie uwagę chłopaka. Ani rodzice w domu ani nauczyciele w szkole tego nie uczyli. Dzisiejsze spotkanie odbywa się w wyjątkowo malowniczej atmosferze. Słońce chyli się ku zachodowi a ciepły, kończący się leniwie dzień, wprowadza nostalgiczny nastrój. Stylowa zabudowa zabytkowego miasteczka czaruje architektonicznym ładem, odcinając się od zielonych łąk i złotych prostokątów pól uprawnych. Widok był wręcz nierzeczywisty, przypominał kolorowy obrazek lub pocztówkę. Zachodzące słońce stopniowo stawało się mniej jaskrawe, a na tle niebieskiego nieba i kilku białych obłoków pojawiły się pierwsze odcienie różu i czerwieni. Przyroda wyświetlała kolorowy film specjalnie dla Fidana i Kaltriny, którzy mieli najlepsze miejscówki na tym spektaklu. Długie cienie zachodu oraz widok z góry, uplastyczniły z dużą wyrazistością wszelkie szczegóły zabytkowej zabudowy. Widać było cały rynek z niewielkim ratuszem oraz stosunkowo duży, murowany meczet z wysokim minaretem, niewielki biały katolicki kościół z ostrą wieżą zwieńczoną krzyżem, a nawet szkołę do której chodzili. W centralnej części starówki, tuż za rynkiem, widoczny był wyraźnie duży zabytkowy budynek szpitala z jego stromym dachem z czerwonej dachówki. Pomimo sporej odległości, wszystkie szczegóły można było wyraźnie rozróżniać. Fidan i Kaltrina siedzieli obok siebie bezpośrednio na trawiastej ziemi, oddaleni o kilkadziesiąt centymetrów. Akurat oboje milczeli wpatrując się w dal. Kaltrina nagle przechyliła się lekko w jego stronę, podpierając się lewą ręką, żeby się na niego nie przewrócić. Potem przechyliła się odrobinę mocniej i jej ręka znowu przesunęła się o kilka centymetrów w stronę chłopaka i potem znowu nieco mocniej i jej ręka, którą cały czas się podpierała, znowu lekko się przesunęła w stronę Fidana. Kaltrina ciągle patrzyła w dal, nie na niego. Fidan na początku lekko zdezorientowany zarumienił się, ale nareszcie zrozumiał co właściwie miał zrobić. Zrozumiał, że to, co za chwile się wydarzy, jest tym o czym marzył od lat. Że właśnie jego znajomość z Kaltriną za moment zmieni zupełnie swój status. Że być może zbliża się najważniejsza i najpiękniejsza chwila jego życia, której nigdy się nie zapomina. Fidan podparł się swoją prawą ręką, otwartą dłonią do góry, tuż przy ręce dziewczyny w ten sposób, że następny “kroczek” podpierania się, nie trafi już na trawę, ale na dłoń Fidana. W przyrodzie stało się coś dziwnego. Wszystko nagle ucichło. Ucichł szum lekkiego wiatru, ucichł daleki odgłos ptaków i ciche brzęczenie owadów. Nastała absolutna cisza. Dziwna, niespotykana cisza. Właśnie wtedy Kaltrina nasunęła swoją dłoń na dłoń Fidana. Oboje zacisnęli dłonie, łącząc je razem. Kaltrina i Fidan byli już parą. Tego, co stało się w dalszej części tej nadzwyczajnej chwili, nikt nie byłby w stanie przewidzieć. Oboje znieruchomieli ze strachu i zaskoczenia. Bezwiednie ścisnęli swoje dłonie aż do bólu palców. Nad miasteczkiem pojawił się błysk. Błysk niebieskiego światła, tak silny, że cały krajobraz, aż po horyzont, został objęty błękitną poświatą. Przez moment świat stał się monochromatyczny. Nic nie miało innego koloru niż odcień błękitu. Od bardzo jasnego, przechodzącego w zimną biel, aż do ciemnobłękitnych cieni. Absolutnie wszystko co widzieli oboje, włącznie ze słońcem i chmurami było niebieskie. Nienaturalne barwy całego otoczenia sprawiły reakcję organizmu taką, jak przy nagłym zagrożeniu. Ich mózgi nie potrafiły znaleźć wzorca, który pozwoliłby zrozumieć co się stało, błysk nie wydał żadnego dźwięku, był bezgłośny. Wszystko trwało nie więcej niż sekundę i zniknęło bez śladu. Znowu zachodziło różowe słońce a brzęczenie owadów rozwiało ciszę. - Fidan... coooo toooo było ??!! - Skąd mam wiedzieć? Może piorun? - Piorun? Jaki piorun? Gdzie błyskawica? Gdzie grom? Przecież jest piękna pogoda? - Jakieś zwarcie elektryczne? - Fidan, to było wszędzie, aż po horyzont. - Może jakaś bomba? Atomowa? - Bomba? Może, ale nic się dzieje. - Raczej jakieś eksperymenty... ja pierniczę, co to było? Chodźmy do domu. Może coś tam się stało? - Przecież widzisz, że nic się nie stało. Fidan ochłonął już z wrażenia i poczuł się bezpiecznej. - Kaltrina wiesz co? - Co? - To mógł być wybuch moich uczuć do ciebie? Kaltrina się uśmiechnęła i dała mu buziaka w policzek. - Jaja sobie robisz, a nie wiadomo co to było. Schodzimy na dół, trzeba to sprawdzić. - Wydaje mi się, że źródło błysku było nad szpitalem. Schodzili na dół trzymając się za ręce. Kaltrina i Fidan byli już razem. ***** Miasto w małym państwie europejskim c.d. Opowieść Eleny: Z trudem powstrzymywałam łzy. Starałam się jakoś zapanować nad emocjami. Pomyślałam, że najważniejsza jest Petia, a potem będę martwić się dalej, co zrobić ze sobą i swoim życiem. Bo to, że coś będę musiała zrobić, wydawało mi się oczywiste. Podjechałam pod szkołę, znowu odebrałam Petię i pojechałyśmy do przychodni. Inteligentna Petia, po pierwszym spojrzeniu na mnie od razu zapytała: - Mamo, co się stało? - Jedźmy do lekarza, potem wszystko ci opowiem. - Stefan? - Tak. Nie pytała o nic więcej. Wszystko rozumiała. Moje przeczucie, że moje szczęście w tym związku nie będzie trwałe, dla inteligentnej Petii było oczywistością. Potem, po czasie, opowiedziała mi, że już dawno miała swoje zdanie o ojczymie. Nie eksponowała go, bo nie chciała robić mi przykrości. Była przekonana, że coś wkrótce złego się wydarzy. Instynktownie nie przywiązywała się ani do luksusu bogatego domu, a tym bardziej do nieodpowiedzialnego i de facto infantylnego ojczyma. Petia przewidywała problemy, ale była gotowa, gotowa do dalszej drogi, do pokonywania trudności swojego życia. Jednak nie mogła przewidzieć, że ta droga przez którą przyjdzie jej iść przez następne kilkanaście miesięcy, to nie przedzieranie się przez zarośniętą przeszkodami dżunglę, której się spodziewała, ale raczej droga pionową granią na najwyższe szczyty. Nikt nie był w stanie przewidzieć tego co się wydarzy. - Jak właściwie się czujesz? - Wszystko ok, znacznie lepiej niż rano. - Jedziemy, bo lekarka dzwoniła dziwnie wystraszona. - Spokojnie, na pewno przesadza. - No nie wiem, zobaczymy. Podjechałyśmy pod przychodnię. Lekarka już na nas czekała. Była przejęta sytuacją. Powiedziała nam bez ogródek, że wyniki badania krwi są bardzo złe i świadczą o jakiejś poważnej chorobie. Podejrzewała białaczkę, wypisała skierowanie i poleciła od razu, wprost z przychodni, jechać do szpitala. - Niech od razu ustalą dokładnie co jej jest i bez zwłoki rozpoczną leczenie. Niezbędne rzeczy dowiezie jej pani później. Pojechałyśmy do szpitala. Petia w nim została. ***** Jeszcze tego samego dnia spakowałam rzeczy swoje i swojej córki i wyprowadziłam się do rodziców. Wiedziałam, że zawsze mogę liczyć na ich wsparcie. W pracy niemal od razu wszyscy wiedzieli co stało się z moim małżeńskim życiem. Barbie natychmiast wszystko rozgadała a wieści, zwłaszcza takie, w tym aktorskim środowisku roznoszą się niezwłocznie. Zresztą ukrywanie czegokolwiek nie miało sensu. Oschła i obojętna szefowa ku mojemu zdziwieniu stała się dla mnie bardzo miła i wyrozumiała. Nie dopytywała się o nic i czułam, że chciałaby mi jakoś pomóc. Wraz z innymi pracownicami charakteryzatorni tak kierowała jej pracą, że ani Barbie ani Stefan nigdy już nie trafili w “moje ręce”. Kiedyś żartowała, że nie może dopuścić do tego żebym pracowała przy ich buźkach, ponieważ na wyposażeniu pracowni jest także brzytwa. Tak naprawdę oszczędzano mi przykrości. Zresztą potrzeby Barbie po kilku tygodniach zaspakajał już inny młody aktor. Mieszkałam u rodziców a Petia ciągle się leczyła. Stwierdzono u niej lekooporną białaczkę. Trzy razy była w szpitalu i za każdym razem po poprawie, jej stan zdrowia znowu się pogarszał. Musiała przerwać szkołę. Niezbędny okazał się przeszczep szpiku. Mój się nie nadawał, próbowano szukać dawcy niespokrewnionego. I wtedy, właściwie nie wiadomo skąd, zjawił się Kristian, ojciec Petii. Tak naprawdę to niezupełnie, nie wiadomo skąd. Znaleźli go moi rodzice, znali wszystkie szczegóły przebiegu leczenia. Krystian związany był z inną kobietą, od czasu do czasu spotykał się jednak z Petią. W czasie tych spotkań był dla niej bardzo miły i przynajmniej starał się robić wrażenie, że Petia nie jest mu obojętna. Wiedziałam, że dla niej ma to znaczenie. Płacił również na nią niewielkie alimenty. Kristian nie zastanawiał się ani minuty. Był gotowy zrobić wszystko co mógł, żeby ratować własną córkę. Miał tylko pretensje, że nie poinformowaliśmy go od razu o tym, że Petia jest tak ciężko chora. Lekarze stwierdzili, że może być dawcą szpiku. Przeprowadzono zabieg. Przeszczep się udał i Petia wyszła ze szpitala. Myślałam, że wreszcie coś dobrego wydarzy się w moim życiu. Niestety po kilku tygodniach jej stan znowu się pogorszył. Wróciła tam gdzie przebywała, właściwie cały czas od kilku miesięcy, czyli do szpitala. Wezwała mnie ordynatorka na rozmowę, a właściwie na monolog: - Przeszczep jest odrzucany, podamy jej chemię, będziemy leczyć ją silnymi lekami przeciwnowotworowymi. Będziemy utrzymywać ją w jak najlepszej kondycji tak długo jak to możliwe. Jednak życie Petii jest zagrożone. Stoimy na skraju możliwości medycyny. Trzeba liczyć się z tym, że tą walkę przegramy. Świat zawirował mi przed oczami. Po policzkach znowu, jak często ostatnio, popłynęły łzy. ***** Miasto w dużym państwie Ameryki Północnej c.d. - Cześć babciu. - Ava, moja słodka, jak się cieszę. Co tam u ciebie? - Tak jakoś, jakoś leci, szkoła dom, nauka. - Powiedz dziecko, masz już jakiegoś chłopaka? - Babciu, daj spokój przecież ja jeszcze dziecko. Ava spojrzała wesoło na babcię. - Tak dziecko, dobrze mówisz, masz czas na te sprawy. - W szkole jak? - Dobrze, dobrze, daję radę. - Chodź no tu, niech cię przytulę, a czy ty Avuniu jesteś aby grzeczna? - No co ty? Babciu? Ja zawsze. - A to dobrze bo mam chyba dla ciebie prezent? - Prezent? Z jakiej okazji? - No urodzinki, przecież będziesz miała. - Przecież dopiero za pięć miesięcy. - Właśnie pięć miesięcy, dla takich babć to może być sporo czasu. Ava była drobną, szczupłą dziewczyną o dziecięcej urodzie. Wszyscy ją lubili. Rodzice byli z niej dumni bo Ava świetnie się uczyła i nie sprawiała żadnych kłopotów. Koleżanki i koledzy w szkole też ją lubili ponieważ Ava nigdy nie wywyższała się nad innymi pomimo, że z racji postępów w nauce, mogłaby to robić. Ava była zdolna, bardzo zdolna. Zwłaszcza przedmioty ścisłe i te wymagające dobrej pamięci, pochłaniane były przez tą drobną, dziecięcą głowę z nadzwyczajną łatwością. Biegłość w rozwiązywaniu trudnych zagadnień matematycznych i fizycznych nie pasowała do jej drobnej postury. W oczach Avy płonął ogień, ogień inteligencji i przenikliwości. Ava świetnie rozumiała rzeczywistość i swoją obecną i przyszłą w niej rolę. Miała zdolność przewidywania trudnych sytuacji i ich unikała. W klasie była tylko jedna uczennica która Avy nienawidziła. To była Emily. Emily nie potrafiła pogodzić się z tym, że nauka przychodziła Avie z taką łatwością. Czuła się upokorzona inteligencją Avy. Wiedziała, że nigdy nie będzie tak mądra jak ona i nigdy nie osiągnie tego co ona. Tyle, że Emily nie należało upokarzać w żaden sposób, nawet swoją inteligencją, bo to ona była od poniżania a nie od bycia poniżaną. Ava to rozumiała. Unikała kontaktów z Emily jak tylko mogła. Z wszelkich prób zaczepek potrafiła sprytnie się wywijać, tak aby nie urażać chorego ego Emily, a jednocześnie nie umniejszać swojej godności. Emily była na nią coraz bardziej wściekła i w końcu postanowiła ją upokorzyć. Upokorzyć w najgorszy z możliwych sposobów. - Babciu czego ty szukasz? - No zobacz, przeglądałam ostatnio swoje rzeczy i chciałabym ci podarować coś takiego. - Cooo tooo jest? - To bransoletka, dostałam ją bardzo dawno temu od swojej matki, ona dostała ją od swojej. Mama, twoja prababcia, mówiła mi, że ta bransoletka chroniła ją w czasach wojny. Że ma cudowną moc. W czasie wojny była sanitariuszką w Europie i wiele jej przyjaciółek wtedy zginęło, a ona przeżyła. Ava wzięła bransoletkę do ręki. Była dziwna, nigdy takiej nie widziała. To cienki złoty łańcuszek do noszenia na nadgarstku, ale z małym złotym krzyżykiem. Tak małym, że nie przeszkadzał w noszeniu go na nadgarstku ręki. - Babciu to jest śliczne, chcesz mi to podarować? - No pewnie, wiesz w tą cudowną moc to nie bardzo wierzę, zresztą jest mocno znoszona. Ja i tak nie umiałabym jej nosić, bo już dawno jest na mnie za mała. Bierz, będziesz miała na urodzinki, a ja będę miała prezent z głowy. Ava założyła bransoletkę. Pasowała idealnie, krzyżyk zsunął się na wewnętrzną część nadgarstka. - Właśnie tak ją trzeba nosić. - Chyba nigdy jej nie zdejmę, dzięki wielkie. ***** - Trzeba zrobić coś z tą suką. - Z jaką suką? O czym ty gadasz? - Z tą laleczką Avą, nienawidzę jej. - Dlaczego? Przecież nic ci nie robi? - Puszy się ciągle, nie mogę na nią patrzeć! - Emily, weź się ogarnij, to dziewczyna, chcesz ją okraść czy pobić? - Ty ją zgwałcisz, a ja nagram wszystko. Zgnoimy tą sukę, niech ma za swoje. Logan popatrzył na Emily dziwnym wzrokiem. - Chcesz, żebym ja ją gwałcił? Przecież jesteśmy razem. Nie przeszkadzałoby ci to? - Tak, tego chcę, masz to zrobić, masz to zrobić dla mnie, tego chcę. - Odbiło ci zupełnie, nikogo nie będę gwałcił, za to idzie się do więzienia, a poza tym ona jest w porządku. - Nie wiedziałam że taki cykor z ciebie, Rozczarowujesz mnie. Albo to zrobisz, albo koniec z nami. - Mogę ją nastraszyć, udawać, że chcę ją zgwałcić, ale nikogo nie będę gwałcił. Nagrasz swój filmik tak, żeby wyglądało, że była zgwałcona i ją puścimy. Na nic więcej mnie nie namówisz. Jesteś chora z nienawiści. Emily z niechęcią przystała na to. Emily wszystko zaplanowała, Loganowi miał pomóc kolega, czyli jeszcze jeden z członków jej przestępczej grupy. Emily dowiedziała się, że Ava chodzi po południu na zajęcia sportowe i wraca do domu wieczorem. Rozeznała, że w drodze do domu musi przejść kilka bocznych uliczek. Wybrała mały parking, którego nikt nie pilnował i był na uboczu. Prawie nigdy, nikogo tam nie było. Zaczaili się tam. Ava niczego się nie spodziewała. Poczuła nagle silny uścisk za ramiona i jeden z dwóch zamaskowanych, młodych mężczyzn bardzo silnie zamknął jej usta ręką. Zaskoczenie zamieniło się w paniczny strach i niemoc. Ze strachu nie była w stanie nawet się bronić. Zaciągnięto ją w zaułek i rzucono na maskę stojącego tam samochodu. Jeden z napastników trzymał ją za ręce i kneblował usta, a drugi zaczął rozpinać jej spodnie. Emily, z pończochą na twarzy włączyła telefon i stojąc z boku zaczęła filmować. Avie udało się wyrwać na chwilę jedną rękę i Logan chwycił ją z całej siły za nadgarstek. Złoty krzyżyk wbił się przy tym w ciało dziewczyny co spowodowało, że krzyknęła z bólu. Wtedy stało się coś nieprzewidywalnego i dziwnego. Emily upuściła telefon. Stała schylona z wyrazem bólu na twarzy i nie była w stanie go podnieść. Właściwie to nie była w stanie nawet się ruszyć. Napastnicy zgłupieli zaskoczeni sytuacją. W końcu puścili Avę, a ta natychmiast uciekła. Cała akcja bez filmu nie miała przecież sensu. - Emily, co ci jest? - Logan, pomóż mi, nie umiem się ruszyć, Jakby prąd poraził mi kręgosłup, strasznie boli, prawie nie czuję nóg. Posadzono Emily na pobliskim murku. Logan podniósł telefon i wyjął z niego baterie. - Jeśli ona zgłosi to na policję to nie możesz więcej korzystać z tego telefonu. W razie czego masz mówić, że ktoś ci go ukradł. Emily powoli doszła do siebie na tyle, że z pomocą swoich kompanów udało jej się dojść do domu. Na drugi dzień nie było jej w szkole. ***** - Dzień dobry panie dyrektorze. - Dzień dobry, wezwałem panią bo chciałem dowiedzieć się co z Emily? Wiem, że jest chora, ale nie ma jej już w szkole pięć tygodni. - Spotkało nas nieszczęście. Emily nie będzie na razie chodzić do szkoły. W tym roku szkolnym na pewno już nie przyjdzie. - Powie pani coś więcej na jej temat? - Przeszła wiele badań, niektóre z nich były bardzo specjalistyczne. Na początku żaden lekarz nie umiał jej zdiagnozować, dopiero jak przeprowadzono badania genetyczne to okazało się, że cierpi na rzadką chorobę genetyczną, która może ujawniać się właśnie w wieku dorastania. Ta choroba uszkadza układ nerwowy i może stopniowo prowadzić do całkowitego paraliżu, a nawet do śmierci. Nie ma na nią lekarstwa, można leczyć jedynie objawy i utrzymywać pacjentów jak najdłużej w dobrym stanie. Po kilku latach choroba zacznie jednak postępować i jeśli do tego czasu nie wymyślą jakiegoś leczenia, to Emily zostanie inwalidką. - Trzeba być dobrej myśli, przecież jest młoda i silna, na pewno da się coś poradzić. - Na domiar złego przeprowadziliśmy badania również drugiej naszej córki Lily, młodszej siostry Emily i okazuje się, że ona również jest zagrożona i najprawdopodobniej za parę lat również zachoruje. - To rzeczywiście wielkie nieszczęście. Jak Emily wróci ze szpitala do domu to proszę zadzwonić. Może uda jej się zorganizować indywidualne nauczanie. - Planujemy z mężem wyjechać za granice i szukać gdzieś na świecie specjalistycznego leczenia w prywatnej klinice. Znaleźliśmy już kilka miejsc, gdzie być może mogą pomóc naszym córkom. Emily już raczej tu nie wróci. - Rozumiem, dobrze że jesteście państwo zamożnymi ludźmi i możecie sobie na to pozwolić. - No właśnie. - No to dziękuję pani za informacje. Współczuję państwu. Matka Emily wyszła z gabinetu. Dyrektor opadł na fotel i głęboko się zamyślił. Kilka godzin temu był u niego policjant, którego trochę znał. Czasem przychodził do szkoły bo zajmował się sprawami rodzinnymi. Dyrektor wiedział już wcześniej, że Ava zgłosiła na policji próbę gwałtu, choć jej rodzice prosili aby utrzymać to w tajemnicy. Znajomy policjant poinformował go, że mają pewne podejrzenia, bo w chwili zdarzenia w okolicach incydentu logował się telefon jednej z uczennic jego szkoły. Dyrektor zaproponował mu, że podejmie próbę zgadnięcia, która to uczennica mogłaby być. Policjant z ciekawością słuchał a dyrektor od razu zgadł. Policjant na moment oniemiał ze zdziwienia. Po kilu sekundach zapytał: - Skąd to wiesz? - Po to jest się dyrektorem żeby wiedzieć. - Wiesz o niej coś więcej? - Tak, tak, wiem co nieco. - Niestety nie mamy dowodów, sprawę umorzymy, ona zeznała, że telefon jej ukradli i nic o tym nie wie, a poza tym chyba jest teraz poważnie chora. - Tak, wiem. Dyrektor zaprzestał rozmyślania i wyszedł na korytarz. Kręcił się tam jakiś uczeń. - Widziałeś może sprzątaczkę? Powinna już być. - Tak panie dyrektorze, była piętro wyżej. - Mógłbyś tam pójść i poprosić ją, żeby do mnie przyszła. Po kilku minutach przyszła starsza kobieta do której dyrektor zwracał się po imieniu: - Poświęcisz się dla mnie? - Jak władza każe to chyba nie mam wyjścia, co mam zrobić? - Skocz do sklepu, tego najbliższego, niedaleko szkoły. potrzebuję czegoś. Po kilkunastu minutach dyrektor wszedł do pokoju nauczycielskiego. Nawet nie zapukał tylko od razu wszedł i powiedział: - Wiem, że tu pijecie. W pokoju było kilkunastu nauczycieli, bo właśnie zaczęła się długa przerwa. Wszyscy byli bardzo zdziwieni. Dyrektor prawie nigdy nie wchodził do ich pokoju bez wcześniejszej zapowiedzi. Tam organizowano narady i odprawy i wtedy oczywiście był dyrektor, ale niezapowiedziany nie wchodził tam prawie nigdy. Do tego jeszcze, co za pytanie. - Szefie, to niby co mielibyśmy tu pić? Zapytała matematyczka. - Jak to co? Alkohol. - A, no tak, właśnie się tu razem upijamy, jak co dzień, w końcu co to ma za znaczenie, że prawie wszyscy przyjechaliśmy tu samochodami, o prowadzeniu lekcji nie wspomnę. Za wcześnie pan przyszedł. Na następnej przerwie zawsze uprawiamy seks grupowy. Wszyscy wybuchli śmiechem. Dyrektor zamknął drzwi od środka co jeszcze bardziej wszystkich zdziwiło. - No może akurat teraz wyjątkowo nie pijecie, ale na pewno pijecie tu, jak ktoś ma urodziny. - Hmm? Może to i prawda, ale przecież pan pije wtedy z nami. - Ja się nie liczę, bo jestem wtedy przez was zmobbingowany i nie mam innego wyjścia. Ale koniec gadania, chcę widzieć tu, na tym biurku, natychmiast wasze kieliszki, te większe do wina, wiem że gdzieś tam macie je pochowane. Podejrzliwość ustępowała miejsce rozbawieniu i na biurku zaczęły pojawiać się kieliszki lub szklanki. - Jeszcze jeden dla mnie, i mało mnie interesują wasze samochody, to wasz problem. Dyrektor spod marynarki wyciągnął butelkę szampana. ................. Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
  25. Stepy Mongolii Arman puścił wodze i silny gniady koń na którym siedział razem ze swoją córką, dziewięcioletnią Jamilą, ochoczo przyśpieszył. Oboje karmili się jeszcze ciepłym, choć jesiennym wiatrem, ciesząc oczy zielenią trawiastego stepu. Pagórkowaty krajobraz mongolskiej ziemi, zabarwiony kolorami stepowej koniczyny i polnych kwiatów, przenosił Armana i przytuloną do niego Jamilę w rajską krainę przyrody, tak pięknej i tak przyjaznej, że oboje czuli się w niej jak w niebiańskim, a nie w ziemskim świecie. Blask ostrego słońca próbuje oślepić Armana i Jamilę, dodając uroku tej nadzwyczajnej chwili. Horyzont oddalony o kilkadziesiąt kilometrów zamykał ostry grzebień łańcucha wysokich gór. Jamila swoją radość komunikowała poprzez gesty i dotyk. Czuła się szczęśliwa ze swoim ojcem. Po tragicznej śmierci matki był dla niej całym światem. Tylko przy nim czuła się naprawdę bezpieczna i tylko przy nim można było zobaczyć rzadki uśmiech na jej twarzy, choć większość czasu spędzała ze swoją babcią, matką Armana. Jamila po śmierci matki, w wyniku doznanego szoku, ciężko zachorowała. W wieku pięciu lat widziała tragiczną śmierć mamy na własne oczy. Nikomu o tym nie była już w stanie opowiedzieć. Przestała mówić. Przed tragedią była zdrowym, dobrze rozwijającym się dzieckiem. Potem zachorowała psychicznie. Przestała się rozwijać, niemal zupełnie zatraciła zdolność uczenia się nowych rzeczy. Zamknęła się w sobie, miewała tak złe dni, że traciła kontakt z otoczeniem. Rodzice Armana i on sam próbowali ją leczyć gdziekolwiek się dało. Żaden psychiatra ani inny lekarz nie był w stanie jej pomoc. Zalecano cierpliwie czekać i otaczać ją troskliwą opieką. Jednak lata mijały a stan Jamili się nie poprawiał. Arman poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko co możliwe, żeby Jamila wróciła do zdrowia. Czuł, że jest to winny jej matce. Arman uwielbia jeździć konno. Chciałoby się rzec, jak każdy rodowity Mongoł. Ale z nim tak prosto nie jest. Jest synem małżeństwa mieszanego. Jego matka, rodowita Mongołka, zakochała się w rosyjskim inżynierze, który pracował na budowie w Ułan Bator. Przebywała w tym czasie w stolicy na kursie związanym z jej pracą nauczycielki i na zabawie, na którą poszła z koleżankami, poznała swojego przyszłego męża. Rodzice Armana zamieszkali na stałe w dużym rosyjskim mieście i tam on się urodził. Dorastał w atmosferze szczęśliwej rodziny, otrzymując od rodziców dobre wykształcenie. Biegle nauczył się angielskiego i po ukończeniu szkoły średniej chciał dostać się do wyższej szkoły wojskowej. Bycie żołnierzem od zawsze było jego marzeniem. Jako wysoki, przystojny, silny i nadzwyczaj sprawny mężczyzna, zawsze miał zamiłowanie do sportu. Zdarzało się, że Arman wyjeżdżał z rodzicami lub z samą matką do jej rodziców do Mongolii. Uwielbiał te wyjazdy. Kochał przyrodę i bezpośredni z nią kontakt. Rozumiał mowę przyrody. W lesie i na stepie czuł się jak u siebie. Niestety stosunki pomiędzy rodzicami pogarszały się stopniowo i w czasie kiedy miał 16 lat jego rodzice się rozeszli, a następnie rozwiedli. Arman wraz z matką wrócił do Mongolii i mieszkał z nią w domu swoich dziadków. Po ukończeniu szkoły, będąc młodym dorastającym chłopakiem, już sam wyjechał z powrotem do Rosji, gdzie dostał się na studia wojskowe. W wojsku był prymusem, a jego przełożeni szybko zorientowali się, że jest nadzwyczaj sprawny fizycznie oraz że kocha i rozumie przyrodę jak mało kto. W końcu miał po matce duszę Mongoła. Fizyczność odziedziczył po ojcu. Bez wiedzy o jego mongolskim pochodzeniu trudno było rozpoznać w nim cechy mongolskiego wyglądu. Przypominał wyglądem słowiańskiego Europejczyka. Tylko te oczy. Arman miał przenikliwy wzrok. W chwilach kiedy przewidywał niebezpieczeństwo w jego oczach pojawiał się blask. Te oczy właśnie przyciągnęły uwagę Amani, Czeczenki, która na własną zgubę zakochała się w tym spojrzeniu. Amani kiedyś zwierzyła się Armanowi, że takie spojrzenie, jakie ujrzała w jego oczach, wtedy kiedy ten się czymś przejmował, już kiedyś widziała, tylko nie umiała sobie przypomnieć kiedy. Aż wreszcie sobie przypomniała. Jak była dzieckiem to ojciec zabrał ją na polowanie. Myśliwi polowali na dziki, ale przypadkowo zaszczuli dużego, dorosłego wilka. Amani stała z ojcem w linii strzału i oszalały ze strachu wilk wypadł z lasu wprost pod lufy. Zanim padły strzały i wilk zginął, Amani zdążyła zapamiętać to wilcze spojrzenie. Takie samo zobaczyła u Armana. Z racji swoich predyspozycji, po ukończeniu szkoły wojskowej, Arman został skierowany na egzamin do rosyjskich wojsk specjalnych. Jako jeden z nielicznych przetrwał selekcje i został rosyjskim komandosem. Nie przeszkodziło temu nawet mongolskie pochodzenie matki. Miał po ojcu obywatelstwo Rosji. Po dwóch latach służby trafił na pogranicze Kraju Stawropolskiego i Czeczenii. Sytuacja w Czeczenii była trudna, a służba rosyjskiego żołnierza w tym autonomicznym kraju, będącym częścią Rosji, nadzwyczaj niebezpieczna, w szczególności po wojnach czeczeńskich. Czeczeni traktowali rosyjskich żołnierzy jako zło konieczne, choć z drugiej strony ta obecność dawała im poczucie kruchej stabilizacji i bezpieczeństwa, a to potrafili docenić, zwłaszcza zwykli mieszkańcy czeczeńskich wiosek. Dla mieszkających tam sunnitów, żołnierze rosyjscy byli okupantami i czasami padali ofiarami zasadzek i zamachów. Dążyli oni do niepodległości i utworzenia sunnickiego kalifatu. O wartości bojowej Armana przekonał się jego cały, pięcio- osobowy pododdział. Choć był on zbyt młody na dowódcę w tym niebezpiecznym regionie, to wielokrotnie dowiódł swojej wyjątkowej wytrzymałości i odporności na stres. Wiele ćwiczeń odbywało się w lasach. Arman był w stanie w lesie stać się niewidoczny i przetrwać w nim wszystko. Potrafił się żywić tym, co w lesie znalazł, potrafił przetrwać tygodniami w każdych warunkach, w nieznośnym upale oraz w jamie śnieżnej lub szałasie, w wielkim mrozie i śnieżnej burzy. Nikt nie potrafiłby wytropić i pokonać go w lesie i na stepie. To co dla innych było niemożliwe do wykonania, na przykład przeprawienie się w dwudziestostopniowym mrozie przez częściowo zamarzniętą rzekę, dla niego było tylko zwykłą przeszkodą do pokonania. Arman patrolował z oddziałem wioski oddalone o kilka kilometrów od lokalizacji jego wojskowej bazy. Na pograniczu Czeczenii na patrole nie jeździ się w kamizelkach kuloodpornych i kewlarowych hełmach, głęboko chowając się w opancerzonych pojazdach. Tam na patrol jedzie się wojskowym jeepem a czasem idzie się do wioski pieszo. Rozmawia się z ludźmi, czasem aby pozyskać zaufanie kupuje od nich drobne rzeczy i sonduje nastroje. Tych lepiej znanych, o których wiadomo, że nie są wrogo nastawieni, wypytuje się czy w wiosce byli wojownicy. Arman z ciekawością przyglądał się ludziom. Raz będąc na targu w jednej z wiosek, pierwszy raz zobaczył Amani. Patrzył i nie wierzył własnym oczom. Pierwszy raz widział tak śliczną Czeczenkę. Stał i się gapił, aż zwrócił tym jej uwagę. Popatrzyła na niego i wtedy właśnie kilka stoisk dalej powstało jakieś zamieszanie, ktoś zaczął głośno krzyczeć. Odział Armana natychmiast przełożył broń i sięgnął po magazynki a on, który znakomicie zdawał sobie sprawę gdzie jest i że za chwilę może znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, rozglądał się nerwowo tym właśnie przenikliwym wzrokiem, identyfikując potencjalnego agresora. Amani zobaczyła to spojrzenie. Zapadło jej w pamięci tak głęboko, że przy następnych wizytach na targu, chciała jeszcze raz zobaczyć te oczy. Incydent okazał się bez znaczenia, to była tylko drobna sprzeczka pomiędzy sąsiednimi właścicielami targowych kramów, o kawałek miejsca do rozłożenia swoich towarów. Jak Arman się uspokoił, to Czeczenki już nie było, był zawiedziony, on też chciałby jeszcze na nią spojrzeć. Na jednym z patroli, wraz z czterema żołnierzami swojego pododdziału, dochodzili do najdalszej wioski, do której czasem chodziło się jeszcze pieszo. To właściwie mały przysiółek a nie wioska. Kilkanaście gospodarstw. Arman znał tam wszystkich. Często widywał jednego z mieszkańców, leciwego dziadka z długą siwą brodą, który woził swoje plony na targ do większej osady. Furmanka którą jechał Czeczen zawsze starannie przykryta była jakąś brezentową plandeką, żeby chronić warzywa przed wysychaniem na słońcu. Na koźle obok dziadka zawsze siedział mały chłopiec. Chłopak uśmiechał się do żołnierzy jak ich mijali. W jego wyrazie twarzy dało się wyczytać, że był upośledzony umysłowo. Stary chciał mieć go zawsze przy sobie. Tego właśnie dnia, gdy dochodzili do wioski, Arman zobaczył znaną sobie furmankę, powożoną przez starego Czeczena. Kiedy zbliżali się do niej, w odległości jakiś trzystu metrów, nagle się zatrzymał i zaczął uważnie się w nią wpatrywać, a jego spojrzenie stało się dziwne i przenikliwe. Jego kompani niczego podejrzanego nie zauważyli, zaniepokoił ich tylko wygląd Armana, ponieważ zastygł bez ruchu. Wtedy Arman krzyknął: - Uciekać, kryć się i strzelać, to zasadzka! To byli wyszkoleni komandosi. Oni nie zamierzali dociekać skąd Arman to wie i co go zaniepokoiło. Natychmiast rozpoczęli swoisty “wyścig śmierci” do występów skalnych przy drodze, oddalonych o kilkadziesiąt metrów. Najbliższych miejsc chroniących przed ostrzałem. Gdy tam dobiegali, obok głowy zaczęły świstać im kule. Kilku bojowników wyskakiwało spod plandeki z furmanki i od razu zaczęło do nich strzelać. Cały pododdział Armana zdążył się schronić za skałami lub wskoczyć do przydrożnego rowu. Nikt nie został ranny. Dalej już dobrze wiedzieli co mają robić. Uzbroili kałasze w magazynki, nawet nie przejawiając szczególnych emocji i zaczęli strzelać. Celnie strzelać, znali się na swojej robocie znacznie lepiej niż ci, co ich napadli. Po krótkiej wymianie ognia bojownicy uciekli, dziadek został ranny. Dowódca pytał Armana: - Skąd wiedziałeś? - Chłopiec... nie było chłopca. Gdyby furmanka podjechała bliżej, wszyscy by zginęli. Arman zdobył uznanie swoich towarzyszy. Był skromny, ale znał swoją wartość. ***** “Swoją” Czeczenkę spotkał tydzień później. No niby przypadkowo, ale znał ludzi z jej wioski i rozpytywał trochę wśród tych, którym ufał. Kryteria rozpytywania były raczej proste. Pytał o najładniejszą dziewczynę i wszyscy, jakimś dziwnym trafem, wskazywali ten sam dom. Wypatrzył Amani jak niosła coś ciężkiego. Ochoczo wziął się za pomoc. Prosta wiejska dziewczyna łatwo dała się oczarować nieprzeciętnie przystojnemu i wykształconemu Armanowi. A on wymykał się nieformalnie z jednostki i odprawiał swoje czary nad biedną Czeczenką, w wyniku czego ta, coraz to bardziej stawała się oczarowana i Armanowi dane było zabierać Amani po trochę, coraz to więcej jej naturalnego piękna dla siebie. W końcu po kilku miesiącach tych zabiegów miał już piękno ślicznej dziewczyny w całości. W ogóle nie tylko piękno Amani, ale miał całą Amani, w nim zakochaną i w całości mu oddaną. Kończył służbę wojskową w Czeczenii i wracał do Rosji. Pojechał do Rosji po to, żeby po kilku tygodniach wrócić do Czeczenii po swoje “wojenne trofeum”. Wrócił po Amani i zabrał ją do siebie do Rosji, już jako prawowitą żonę. Powiedzieć mezalians o ślubie Czeczenki z rosyjskim żołnierzem, to nic nie powiedzieć. Życzliwi muzułmanie oczywiście donieśli o wszystkim sunnickim wojownikom. Arman właściwie uciekł z Amani zaraz po ślubie, bo oboje nie mogli czuć się tam bezpiecznie. Następne lata były najszczęśliwsze w jego życiu. Niemal najszybciej jak to możliwe Amani urodziła Jamilę. Arman był zawodowym żołnierzem, dobrze zarabiał, kupił mieszkanie. Razem z żoną i córką jeździli czasami do Czeczenii odwiedzać rodzinę Amani. Te wyjazdy nigdy do końca nie były bezpieczne. Ale on wiedział jak chronić rodzinę. Niestety cztery lata temu, jak już wszystko było uzgodnione do takiego właśnie wyjazdu, musiał pilnie stawić się do jednostki. Prosił Amani żeby sama nie jechała. Ona jednak bardzo chciała i zdecydowała się na ten wyjazd. - Przecież to moja rodzina, moi znajomi, moje strony, co miałoby nam się złego stać? W końcu się zgodził. Odprowadził Amani z córką na dworzec. Pociąg odjechał a on stał nieruchomo na peronie. Jego dziwne, przenikliwe spojrzenie podążało za oddalającym się ostatnim wagonem. Od razu żałował, że puścił żonę samą. Po trzech dniach dowiedział się, że Amani nie żyje. Jedna z sąsiadek, do której Amani miała zaufanie, wywabiła ją z domu. Została zamordowana przez czeczeńskich wojowników na oczach Jamili. Arman pojechał na pogrzeb żony i po córkę. ***** Arman stanął, ostrożnie zdjął Jamilę i sam zszedł z konia. - Bardzo zmęczona? Jamila uśmiechnęła się do niego i skinęła głową, że nie. Rozumiała, tylko nie była w stanie mówić. Oboje usiedli na stepie i przytuleni do siebie patrzyli na odległe góry. ***** Duże państwo azjatyckie. Sportowy ośrodek treningowy podnoszenia ciężarów. - Liu, za szybko ciągniesz. Potrzymaj ją dwie sekundy, weź oddech i wtedy. - Ciężka jest. - Musi być taka, mistrzostwa coraz bliżej. Pora już wzmocnić trening. Liu posłusznie odczekał chwilę, a następnie dźwignął sztangę. - Trenerze jak widzisz moje szanse? - W ogóle o tym nie myśl, to bez znaczenia. Ważny jesteś tylko ty i sztanga. Jesteś naprawdę dobry, masz szansę. Podnieś ją jeszcze trzy razy a potem popracuj jeszcze nad mięśniami grzbietu. Musimy dzisiaj skończyć trening trochę wcześniej bo przyjeżdża do nas jakiś lekarz sportowy ze stolicy. Chce rozmawiać ze wszystkimi trenerami. - Po co? - Nie mam pojęcia. Chce ze mną rozmawiać. Liu to 20-letni, świetnie zapowiadający się sportowiec o bardzo odpowiedzialnym podejściu do treningu i do sportu ogólnie. Kocha to co robi. Sport od dzieciństwa był jego pasją. Już jako dwulatek wyróżniał się wśród rówieśników swoją posturą i dłońmi, które były większe i silniejsze niż u pozosta- łych dzieci. Rodzice Liu byli z niego dumni. W wieku sześciu lat pomagał już przy gospodarstwie. W pierwszej klasie szkoły podstawowej nauczyciel wf-u poinformował ich, że Liu ma talent do sportów siłowych. Zapisano go do sekcji treningowej w pobliskim mieście. Liu wychowywał się na wsi, więc od małego dojeżdżał autobusem na treningi. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa razy, a po kilku latach zainteresowano się nim w znaczącym klubie z sekcją podnoszenia ciężarów i zaczął uczyć się w szkole z internatem w dużym, odległym mieście. Wtedy rodzice dostali po raz pierwszy wsparcie od krajowych władz sportowych. Byli bardzo biedni, a do tego mieli jeszcze drugiego syna, który był niepełnosprawny. To był brat bliźniak Liu. Liu urodził się pierwszy i wszystko szło dobrze na początku porodu, ale jego brat nie śpieszył się na świat. Poród był w małym podrzędnym szpitalu. Nie było w nim wtedy nowoczesnego sprzętu i zespołu chirurgów. Efekt był taki, że bliźniak był przez pewien czas niedotleniony i urodził się z porażeniem dziecięcym. Jest psychicznie sprawny, choć trochę ociężały, ale ruchowo niewydolny, wymaga opieki. Liu kocha swojego brata ponad wszystko, zresztą z wzajemnością. W końcu Liu zaczął uczęszczać w zawodach. Na początku lokalnych a potem ogólnokrajowych. Wtedy przekonano się o jego prawdziwym talencie do podnoszenia ciężarów. Zaczął wygrywać nawet z nieco starszymi od siebie. Za sukcesami pojawiły się pieniądze. Na początku niewielkie, ale potem systematycznie coraz większe. Pomimo młodego wieku stał się już rozpoznawalny w kręgach miłośników sportu. Z tego co zarabiał mógł już utrzymywać całą swoją rodzinę, czyli rodziców i brata. Liu w końcu trafił do kadry narodowej a że zbliżały się mistrzostwa świata, to wraz ze swoim trenerem trafił na miesięczne zgrupowanie sportowe do ośrodka dla najlepszych. Bardzo intensywnie tam trenował. ***** Nazajutrz. - Witaj trenerze, jak tam? Trenujemy ostro? - Jak się czujesz? - Świetnie, jestem gotowy na wszystko. Liu z zapałem i radością zakomunikował swojemu trenerowi gotowość do dzisiejszego treningu, ale trener nie miał wesołej miny. - Poczekaj, za chwilę zaczniemy, musimy porozmawiać. - W czym rzecz? - Rozmawiałem wczoraj z tym lekarzem. Nie rozmawiał ze wszystkimi trenerami, ale chciał rozmawiać z każdym osobno. - Co powiedział? - Powiedział, że masz chodzić na zastrzyki. - Na jakie zastrzyki? - Nie wiem? Raz na trzy dni masz dostać jakiś zastrzyk. - Po co? Przecież jestem zdrowy. - Wiem, że jesteś zdrowy, ale podobno bez tego nie wygrasz zawodów a federacji bardzo na tym zależy. - Obaj wiemy co to za zastrzyki. Nie zgadzam się. - Cicho mów! Liu nie możesz tak po prostu się nie zgodzić. To federacja, z nią w naszym kraju nie ma żartów. Ten lekarz mówił, że to taki środek, którego nie da się wykryć. To odkrycie naszych lekarzy. Tam na tych mistrzostwach podobno wszyscy biorą takie rzeczy. Tam nie ma czystych zawodników. Podobno bez tego, jesteś bez szans. - Trenerze, tak szczerze, co o tym myślisz? Liu bardzo lubił swojego trenera. Miał do niego wielkie zaufanie. Trenował z nim już siedem lat i to właśnie dzięki jego pracy i jego radom odnosił sukcesy. - Nie mogę ci zakazać, zresztą to polecenie z góry. - Nie pytam się co pan może czy nie może, ale co o tym myśli? - Nie podoba mi się to. - No właśnie, mnie też nie. Nie będę tego brał. - Jesteś pewny? Możesz przez to przegrać. - Mam to gdzieś, trenerze sam mówiłeś liczy się tylko sztanga. - Jesteś pewny? - Tak. - Nikomu nic na ten temat nie wolno ci mówić. Jakby cię ktoś pytał, to mów, że takie rzeczy wie tylko twój trener, zresztą to profesjonalne podejście. - Ok. - Będę musiał coś temu lekarzowi nakłamać, pamiętaj obaj ryzykujemy. Ty karierę, a ja pracę, a może nawet więzienie. W tym samym dniu. Trener Liu rozmawia z lekarzem federacji kadry narodowej: - Panie doktorze, jest pewien problem z tymi zastrzykami. - Jaki? - Nie wiem czy mogę mieć do pana zaufanie. - To chyba oczywiste. - Otóż my już razem z Liu współpracujemy z innym lekarzem. - Jak to, jakim? - Nie mogę panu nic więcej powiedzieć. Chodzi o to, że Liu nie może dostawać różnych specyfików równocześnie. - No tak rozumiem, nie jestem nowicjuszem w tych sprawach. - Chciałbym, żeby pan dał nam te zastrzyki a my podamy je Liu wtedy, kiedy będzie trzeba i wtedy kiedy będzie to dla niego najlepsze. - A, o to panu chodzi, no widzę, że podchodzicie już do treningu Liu z pełnym profesjonalizmem. Stąd pewnie jego wyniki. W porządku. Lekarz wyjął z torby nieopisane opakowanie leków. - To te zastrzyki. Tak jak mówiłem, co trzy dni i na dziesięć dni przed zawodami nie wolno podawać. - Proszę się nie obawiać. Nasz lekarz zna się na tym naprawdę dobrze.Tylko, panie doktorze nikomu ani słowa. - To oczywiste. Na drugi dzień. - I co trenerze? - Cichooo, mam te zastrzyki. - Może się przydadzą? - Zmieniłeś zdanie? - Nie, ale rozmawiałem z matką. Nasz stary osioł bardzo osłabł. Na twarzach obu pojawił się szeroki uśmiech. Trener był dumny ze swojego wychowanka. ***** Miejsce główne - błysk. Miasteczko w górach Albanii, szpital miejski. - Siostro co tam u nas? - W zasadzie spokojnie panie doktorze, żadnych ostrych przypadków. Na dwójce złamane podudzie, ale już zaopatrzone przez doktora Dushku na poprzedniej zmianie. Na piątce atak kolki nerkowej, ale stan ostry już przeszedł. Pacjent dostał leki. - Co na onkologii? - Nic nagłego, chemię dajemy zgodnie z rozpiską, na naświetlania rano pojechali wszyscy, co mieli jechać. - Przydałby się aparat do naświetlań nie trzeba by ich codziennie wozić po pięćdziesiąt kilometrów w jedną stronę. Zresztą sam aparat to za mało, potrzebny byłby jeszcze tomograf, wtedy moglibyśmy leczyć ich samodzielnie, tylko kto będzie inwestował w mały szpital w naszym wciąż biednym kraju? - Jest problem z jedną pacjentką. - Tak? w czym rzecz? - Chodzi o tą babcię z onkologii, tą z guzami wątroby i przerzutami, leży na sali nr 7. - Chyba już jej nie leczymy, tylko przeciwbólowo. - Właśnie, stan szybko się pogarsza, wydaje mi się, że to już koniec. - Aż tak źle? Chodźmy do niej. Z sali dochodził cichy szept. Pacjentka w wieku około 90 lat była tak wyniszczona przez chorobę, że zostało z niej niewiele więcej niż sam szkielet i silnie pomarszczona skóra. Leżała sama i gorliwie się modliła, lekko poruszając ustami. W palcach trzymała niebieski różaniec i w regularnych odstępach czasu przesuwała paciorek za paciorkiem. Na dłoni miała klips aparatu do monitoringu. Rytm modlitwie nadawały ciche kliknięcia pulsometru. - Skąd wiesz, że to koniec? - Rano tak mówili lekarze i ordynator. - Podaj kartę. Faktycznie, saturacja spada, tętno słabe, kreatynina bardzo, bardzo wysoka. Nie ma zestawu reanimacyjnego? - Ordynator, zanim poszedł do domu, powiedział mi na ucho żeby dać jej spokojnie umrzeć, że i tak jej już nie pomożemy. - Bez wątpienia ma racje, raczej nie dożyje do rana. - Właśnie. - Wiemy coś o niej? Rodzina wie? - Wiemy trochę, moja znajoma jest jej sąsiadką. Niestety nie ma tu żadnej rodziny. Żyła samotnie przynajmniej od 30 lat, tak pamięta to ta sąsiadka. Była cicha, spokojna i zawsze bardzo uprzejma. Żyje bardzo skromnie z jakiejś biednej emerytury. Jest katoliczką, podobno bardzo religijną. Sąsiadka mówiła, że częściej można ją było spotkać w kościele niż w domu. - Ksiądz wie? - Tak, był rano, długo przy niej siedział i wczoraj i dzisiaj. Udzielił jej tych wszystkich sakramentów, może umierać spokojnie, choć bardzo samotnie. - Tak czasem bywa, jest przytomna? No chyba jest, bo przekłada różaniec. - Nie wiem, próbowałam z nią rozmawiać, ale nic nie odpowiada. Jakby była w jakimś transie. Tylko patrzy i się modli. Jak będę miała później czas to posiedzę trochę przy niej. Była podobno kiedyś pielęgniarką. Ordynator polecił, żeby kostnica była otwarta w nocy. - Dasz sobie radę? - Ech doktorze, przecież wiesz, robiłam to wiele razy. Naja mi pomoże. Przykro to mówić, ale do rana sala będzie pusta. W razie czego dam znać. - No raczej, smutne to wszystko, zobacz przestała na chwilę, jakby się uśmiechała. Nagle oboje spojrzeli w stronę okna. - Widziałaś to? Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
×
×
  • Dodaj nową pozycję...