Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Daniel Piaszczyk

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    714
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Reputacja

0

1 obserwujący

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Daniel Piaszczyk

    maseczki

    ale skupia sie bardziej na dramacie :) blizej bo po fachu niz do poezji . :) wszystko sie zmienia :D
  2. Daniel Piaszczyk

    maseczki

    jesli to przedsmak - kupuje :) Pozdrawiam, pS co z Lodzkimi Nocami?
  3. Daniel Piaszczyk

    maseczki

    niesamowite. blisko dwa lata nie bylo mnie na tym forum a widze, ze komenarze sa podobne : slowo 'dopelnienia' sa na forum odmieniane we wszystkich przypadkach. niewiele sie zmienia :) Co do samego wiersza, tylko 'studnianiewidac' zapamietam o reszcie zapominalem w trakcie czytania merytoryczna kleska Autora przypada tutaj na druga strofe. Adamie, znam Twoje pisanie, swiadom jestem, ze Twoja poezja nie podlega nurtom popularno-poetyckim, i wlasnie dlatego -dla mnie - pomimo, ze wiedzialem czego moge sie spodziewac - samo studnianiewidac bylo zbyt licha marchewka. Pozdrawiam Ps. ktos napisal 'ujdzie; jeszcze inny zeby frazy przeredagowac - otoz takie jedno male ale, to co widzimy tutaj winno byc efektem koncowym i albo jest dobre albo nie, jesli ktos zmienia swoje wlasne wierszydla pod dyktando innych, rownie dobrze pod kazdym wierszem moze zostawic sobiee : czy pierwsza zwrotka powinna brzmiec a) .... b)... c) I T D. BEZSENS. NIe wolno zmieniac tekstow Autora, tylko dac mu wedke, zeby sam sobie zlowil lepsza/dobra/inna wersje.
  4. Daniel Piaszczyk

    Stacja

    :) Moze rozwinie sie kiedys nowy nurt w teatrze/dramacie zwiazany z didaskaliami, ktore beda prozatorskie, byc moze poetyckie i t p. Poki co, w tej formie widzialbym je jedynie jako narracja utworu, wtedy mozna sobie puscic wodze fantazji. Czyli wilk syty i owieczka :D
  5. witaj Agnieszko. Ja tylko tak szybko i tylko technicznie pare rzeczy ktore mi sie do glowy zbiegly. jezeli uzywasz didaskaliow to znaczy, ze sa do czegos potrzebne. Jezeli sa dla Ciebie narzedziem , ktore ma ulatwic/ wprowadzic Czytelnika w setting sztuki albo/lub byc wskazowka dla rezysera, musza byc to jasne, klarowne i istotne dla tej sztuki informacje. " "|>" a zatem: pierwsza czesc opisujaca miejsce- ok, pierwsza moja mysl : sztuka realizowana w duchu koncepcji teatru ubogiego(grotowski) - byc moze; tak czy siak brzmi zachecajaco. Pierwsza nieprzemyslana wedlug mnie sprawa: dlaczego przedstawiasz szczegolowo pozycje w jakiej siedzi stara? nieuzasadniona/zbyteczna Ingerencja autora w detale tekstu( chyba ze te detale maja jakies cele, np. budowanie dramaurgi sceny, statusu postaci,kontrastu, lub po prostu sa jakimkolwiek narzedziem ) jest po pierwsze marnowaniem czasu, przestrzeni pisarskiej . Tutaj zgodze sie, ze opis wygladu starej, moze byc potrzebny w dalszej czesci sztuki. Stara mamrocze cos mickiewicza - dwie uwagi - mamrotania czyli niewyraznego mowienia , zazwyczaj nie da sie zrozumiec. I chocby ta stara marotala Makbeta i tak tego nie uslyszymy. Jak chcialabys pokazac mamrotanie ktore przedstawialoby jakakolwiek tresc merytoryczna? Przyznaje, tutaj mozna dyskutowac ale dalej.... cos Mickiewicza....cos? cokolwiek? skoro cokolwiek Mickiewicza to czemu na przyklad nie Slowackiego? Jesli sam Mickiewicz ma odegrac jakakolwiek role w Twoim utworze, to byloby wskazanym, uscislic co ona ma - jesli juz mamrocze - mamrotac. Bo skoro przyjmuje, ze chcesz zeby publicznosc/ czytelnik wiedzial/wiedzieli kogo ona mamrocze to fajnie byloby wybrac na przylklad albo cos pasujacego do zamierzen sztuki albo symbolicznego, co pozwoli rozpoznac sama postac Mickiewicza. Ok tyle o didaskaliach. Zaczalem czytac pierwsza scene i nagle sie ona skonczyla. Dlaczego? Jaki jest sens sztucznego rozbijania sztuki na sceny? Musisz pamietac, ze to nie jest film w ktorym mozesz plynnie przechodzic pomiedzy scenami, masz ku temu wspaniale narzedzia. TRutaj utrudnia to sprawe technicznie, ale nie tylko bo i merytorycznie. Lance Woodman powiedzial kiedys, ze kazda scena/akt sztuki to taka odrebna mala sztuka. po chwili dodal jeszcze: Dobrze skonstruowana sztuka jest jak domek z kart, kazdy jej element jest wazny. I wlasnie, masz scene pierwsza. czy piszac ja traktyowalas ja jako osobna troche czesc? jesli tak to jakie byly zalozenia sceny? jakie cele krotkofalowe ( bo mowa tylko o jedenj scenie, w dlugofalowe, czyli trwajace,zmieniajace sie, przez cala sztuke nie bede wnikac) mieli Twoje postacie? Wedlug mnie ta scena spelnila jedna tylko funkcje: rozbudzila troche ciekawosc. NIe wspomne o jhakiejkolwiek dramaturgi sceny bo nie dopatrzylem sie jej w scenie. Teraz troche fantastyki. jesli przyjmiemy, ze ta scena moglaby byc ulepszona, to zastanowilbym sie nad statusami postaci w niej grajacych, jesli 'postac' pada przed stara na kolana to jej status tym samym obniza sie w stosunku do starej, ok, zrobilas to ale nie wykorzystalas: wiem, ze troche moze zawile pisze ale dam Ci przyklad: Wyobraz sobie taka scene. postac pada przed stara na kolana, lasi jej sie do nog i mowi, ze za chwile wyciagnie z kieszeni sztylet i z dokladnoscia dwoch centymetrow trafi w jej tetnice. To jest tylko jeden z mozliwych sposobow gry statusami. Mozna je zmieniac w ciagu sceny. i t d. mialo byc krotko a sie rozpisalem. mam nadzieje, ze choc kila z tych rzeczy Ci sie przyda. Pozdrawiam Daniel
  6. Daniel Piaszczyk

    Stacja

    didaskalia to funkcja pozwalająca autorowi cos objasnic, uwypuklic, uproscic, zaznaczyc miejsce i tak dalej. stanowczo nie jest to miejsce na rozwazania o bohaterach ktorzy " moze sa za glupi a moze nie za glupi" itd. z tekstu powinno wynikac jacy sa, didaskalia tworza techniczna czesc dramatu. pozdrwiam
  7. Daniel Piaszczyk

    Roztopy

    hmm wydaje mi sie, ze na dobre i na zle. zwiniety lisc. rozumiem metafora. ale czego? czasem trzeba mierzyc sily na zamiary. i szukac oryginalnej drogi. pozdrawiam
  8. Daniel Piaszczyk

    Nocna straż

    mimo wszystkich komentarzy. albo dzisiaj jestem w depresji albo to jest material na wiersz. technicznie bym go pozmienial bo sam pomysl wydaje sie byc. poki co wierszowy coelho, ale mozna by sie pokusic o dopracowanie. pozdrawiam
  9. witam popelnia Pan bledy poczatkujacych. prosze sie nie zrazac. duzo czytac i probowac. do napisania wiersza nie wystarczy tylko chec. trzeba rowniez miec wiedze i umiejetnosci. nabrania obu zycze i pozdrawiam.
  10. latwosc odbioru, doslownosc nie przeklada sie na slabowsc wiersz. kto powiedzial, ze wiersze doslowne i jednoznaczne sa zle? kazde narzedzie uzyte w procesie tworzenia moze pomoc albo zaszkodzic. to obecna moda na wiersze niedopowiedziane, lapidarne i trudne (czasem nie zrozumiale nawet dla autora) sprawia, ze ludzie na sile pacykuja swoje wypociny i gmatwaja sie w bezsensie. nie kazdy tekst musi byc zagadka. to nie kalambury. :) {Pzdrawiam
  11. technicznie kiepsko. jednakze, jesli idzie o zawartosc merytoryczna - bez blsykotlywych przeblyskow.nawet
  12. To była jedna z tych chwil spokoju, w której tramwaj, za dnia niesłyszalny awansował z roli statysty, na postać pierwszoplanową. Po dwudziestej trzeciej, czerwone wagony są zdane tylko na siebie. I puste włóczą się w dwóch kierunkach – na północ i z powrotem. A kiedy jadąc w przeciwnym kierunku spotykają się na chwilę, motorniczy włączają kierunkowskazy, rzucając sobie pomarańczowe ‘hi’. Pulsacyjne przerwanie samotności. Na chwilę. Nim odjadą w swoje strony. Tamtej nocy, sześć lat temu, na okolicznym dachu, Susan nie miała jeszcze pojęcia, że za kilka miesięcy, będzie musiała markować uśmiechy na własnym weselu. Nie zdawała sobie sprawy, że jej decyzja przyniesie odwrotny skutek. Miast umocnienia związku, jeszcze bardziej pchnie ją ku przygodom z ciekawymi mężczyznami. Tak bardzo oryginalnymi, pewnymi siebie i inteligentnymi, że aż niebezpiecznymi. Podniecali ją. I bała się ich Susan. Jak bała się wracać do domu, gdzie jej życie miało stabilny kolor i podkrążone oczy. Przyklejało się godzinami do telewizorami albo czytało bajki. A ona nie lubiła bajek. Choć czasem na przekór swoim fundamentom racjonalistycznym, puszczała się w ich świat – „wszystko będzie dobrze”. Nie lubiła też dzielić domu z obcymi ludźmi. Dzięki temu jednak poznała nieprzeciętniaka, który przychodził do jednej ze współlokatorek. Stan był agnostykiem. Nie zabierał głosu w sprawie istnienia boga, czy sensu bycia wiernym kobiecie. Ani jednego, ani zwłaszcza drugiego nie dało się przecież potwierdzić. Nie dało się też wykluczyć. Niby. Imienia jego kobiety nie wspomnę, z dwóch przyczyn: nie jest osobą kluczową tego opowiadania, ani nie była takową w życiu swojego seksualnego protektora. Bezpłatnego z resztą. I intelektualnego mentora, który miał ambicje nieco większe, aniżeli występ w reality show. Ale cycki miała fajne i na kuszetce wyprawiała cuda. Na początku, znajomość dwojga wilków, miała charakter czysto kuchenny. W przelocie, pomiędzy orgazmami Stana, a lekturami Susan, spotykali się na fajce rozgadując o pierdołach. Dyskusje zmieniały wiele. Zwłaszcza ta późniejsza, na osobności, zakrapiana alkoholem. I jej puenta: Drżenie kolan przy pierwszych pocałunkach, żądza nagości i ekstremalne ryzyko nakrycia. Przez narzeczonego Susan, lub jej współlokatorkę. Mistrzowsko rozgrywane codzienne sytuacje, nie kładły ni strzępu podejrzenia na żadnego z kochanków. Jeśli raz ukradniesz, i wyjdziesz z tego bez szwanku, szybko spróbujesz po raz kolejny. Po pewnym czasie, zaczniesz się nawet zachwycać swoim sprytem i kunsztem. Brnęli w siebie. Nie było mowy o związku, przyszłości, czy wspólnym starzeniu. Były tylko wywalczone chwile pikanterii, za cenę skoku adrenaliny. Maskarada osiągnęła apogeum w jedną z sobotnich imprez, gdy przy stole siedzieli wszyscy mieszkańcy domu, Stan i jego kolega. To właśnie wtedy w każdym przypadkowym spojrzeniu, zaplanowanym otarciu, dotknięciu, czytało się: „Tylko my wiemy, o czym inni pojęcia nie mają”. A sekrety zbliżają ludzi. Przez wiele tygodni zbliżali się intelektualnie, fizycznie. Czasem ich interakcja ograniczała się do milczenia, bo przenosiła na zupełnie inne pułapy. Leżąc wygodnie z głośną muzyką w tle, odpalali papierosa za papierosem. Pozwalali pomarańczowieć palcom. I żadne z nich nie czuło się samotne. Stan mieszkał naprzeciwko. Dokładnie sześć lat temu. Z okna jego sypialni wychodziło się na daszek nad schodami. Tamtej nocy, pomimo chłodu, postanowili przyspieszyć lato. Ułożyli się wygodnie obok siebie i gapili w niebo. Wsłuchiwali się w rytm przejeżdżających tramwajów. Po kilkunastu minutach, jakby instynktownie, bez słowa, zaczęli się całować. Pomimo złośliwości temperatury, zdzierali z siebie ubrania. Śniada skóra Susan, w prowizorycznym świetle nocy wyglądała jeszcze delikatniej. Zwilżona językiem, zmieniała się miejscami w wulkany przyjemnego chłodu. Silne dłonie Stana szybko ubezwłasnowolniły jej piersi. Nadając im wymyślne kształty. Jego znużony pieszczeniem sutków język, stopniowo zniżał się do poziomu ulubionej przyjemności. Lubił patrzeć na jej twarz. Co chwilę przygryzała wargi. Obmacywała się. Dłońmi łapczywie kąsała piersi. Zrobiło się jakby cieplej. Czasem przyciskała jego głowę jeszcze mocniej. Czuł presje paznokci, wczepionych mocno pod włosami. Nie mógł dłużej czekać. Chciał mieć ją od tyłu. Tak jak lubiła. Zaczęli miarowo. Konsekwentnie pogłębiając płytkie początkowo ruchy. Dłoń Susan ześlizgnęła się w dół, i już zaczęła zataczać okręgi. Potęgując swoje doznania, i wrażenia wizualne Stana. Zamknął oczy. Chciał przedłużyć tę chwilę w nieskończoność. Trzymał mocno jej pośladki. Powoli zaczynał kierować jej ruchami wiedząc, że to co sprawia przyjemność jemu, jeszcze bardziej nakręca Suse. Piątek nadchodził leniwie. Tempo jednak nie ujmowało Susan gibkości. Sięgnęła oburącz za plecy i jednym ruchem zawładnęła swoim partnerem. Oszołomiony ekstazą, niekontrolowanie otwierał i zamykał oczy. Wydawało mu się, że cienie układające się na jej plecach pulsują dzikością, w tempo kochania. Tego samego jeszcze wieczoru, powiedziała mu, że zamierza wyjść za swojego narzeczonego. Że wszystko co ich łączy musi się skończyć, a historie koloru zdrady nie mogą mieć miejsca. Zapytała tylko czy myśli, że uda jej się odciąć zupełnie od innych facetόw. Na co Stan odpowiedział, że oczywiście. Jednak pomyślał sobie, że ludzie się zmieniają,ale wilki nigdy.
  13. Jaki tam wujaszku, płacę ci tyle, ile chcesz, chcesz ty robisz co ci każe, tak jak się umawialiśmy." slowka sie wkradla POzdrawiam
  14. Wychowanie seksualne ziemian. Słońce bliskie upadku nie wpadało przez miniaturowe okno do baru mlecznego w Halesowen prawie nigdy o tej porze. I prawie nigdy ani jeden promyk nie położył się choćby na chwilę na twarzy Rambo. Do dzisiaj. Starszy pan ledwo powłóczył nogami. Wyglądał na siedemdziesiąt, choć dopiero śmignął mu sześćdziesiąty rok życia. Właśnie przełamywał w głowie kolejne tabu, gdy radio popełniało świętokradztwo brukając świątynie opery jakimś „Buttercup” . „Dlaczego kochankowie w filmach prawie zawsze po upojnej nocy całują się po obudzeniu? Czy nie śmierdzi im z buzi?”. – Jemu śmierdziało, ale to nie to było przyczyną jego samotności. O Rambo mówili, że podobno taki był od małego. Nie kochany za dobrobytu ani za demokracji. Ani przez matkę, która w dzień urodzin szesnastych przekazała podlotka na służbę płatną właścicielowi restauracji przy Dudlay Road. Potem podobno wyjechała do Londynu z przyjacielem męża i nigdy już jej nie widział. Jerry, pomimo widocznego niedorozwinięcia chłopca, traktował go na równi ze swoim synem Anthonym. A czasem nawet wyróżniał dobrym słowem. Tak więc to już czterdzieści cztery lata każde zamówienie było przyjmowane przez Rambo. Praktyka nie zawsze czyni mistrzem, jak się okazuje, bo sam starzec rzadko potrafił zapamiętać całą treść zamówienia w drodze od stolika do kuchni. Przyzwyczaili się do tego klienci, a on przywykł do nazywania go pierdolonym głąbem przez Antha, plucia na głowę w kuchni czy wkładania małego palca w rozgrzany olej na frytki. Ale Gerry obiecał mu, że kiedyś nauczy go obsługiwać kasę fiskalną. To było siedemnaście lat, trzy miesiące i dwanaście dni temu, zanim umarł na raka. W ramach wypłaty samotnik dostawał pokój, wyżywienie, dwadzieścia cygar tygodniowo, kieszonkowe oraz wakacje z Anthonym, o ile rok był udany. A niewiele było tych udanych, ale chyba był szczęśliwy - czego nie można powiedzieć o Susan, która siedziała z wyciągniętymi nogami tak bardzo, że nie było wiadomo czy koniec spódniczki wyznacza granice talii czy przyzwoitości. Ale boże co to były za nogi. Sam diabeł dałby się ukrzyżować za choćby jedno muśnięcie dłonią kolana. I wiedział o tym Anthony, Rambo jak i każdy z obecnych gości. Pamiętnego piątku roku 2006. „Oni się całują, bo się kochają, niedorozwoju, nie wiesz przecież co to miłość”. Bo chyba nie wiedział, ale kiedyś widział parę całującą się w parku i jakoś tak mu się smutno zrobiło. Susan była zepsutą rozpustnicą. Spowiedź z życia seksualnego Markiza De Sade, w porównaniu z choćby jej poprzednim piątkiem, wypadłaby mniej więcej blado. Tak jak gdyby w ramach ekstremalności porównywać zaglądanie lwu do dupy z szachami. Puszczała się dla zabicia nudy. Podobno poszukiwała w tym „swojej własnej drogi ekspresji”. A ekspresja musiała następować przynajmniej trzy razy w tygodniu wolnymi uderzeniami. Lubiła myśleć o falach opadając coraz wolniej i wolniej, aż pochłaniała sobą całego partnera. Bez względu na to jak miał na imię, ile miał lat czy jakiego był koloru. Oprócz urody koleżanki zazdrościły jej odwagi, szaleństwa i nieprzewidywalności. Kto inny jak nie ona powiedziała nauczycielowi od matematyki w liceum, że jeśli byłby wyższy mógłby jej polizać na stojąco. A ona rozpływała się widząc spojrzenia, w których zazdrość mieszała się z podziwem. Ciągle parła do przodu, ścigała się jak Bukowski w pisaniu – sama ze sobą, bo równych jej nie było. I choć zdawałoby się, że utknęła jak narrator tego opowiadania, to jednak tak jak on, i ona wtedy czuła, że można jeszcze zrobić coś bardziej zadziwiającego. „Rambo, kochanie, już nie chcesz mnie pieprzyć? Jeśli Ci się znudziłam po prostu powiedz. Jeśli zgubiłeś masz, to mój numer.”. I wyszła, a za nią jej oddana fanka Izabel ciągle nie mogąc uwierzyć w kolejny wyczyn Susan. I zrobiło się cicho. Nawet radio zdawało się nadawać falami rentgena, niesłyszalnie. Na granicy prawdy i złudzenia. Rambo schował kartkę do kieszonki swojej koszuli i poszedł do łazienki. Nikt nic nie mówił. „Jak to możliwe, że ten pojeb rżnie taką kózkę?” – zastanawiał się Anthony. Ktoś skwitował, że w dzisiejszych czasach wszystko jest możliwe a świat staje na głowie. Że to chyba ona też jest jakaś niedorobiona, ale jeśli nawet, to sam chciałby ją puknąć. Nie było wiadomo kim był ten patron erekcji, ale na pewno stało się coś dziwnego. Tego wieczoru Rambo nie poszedł popatrzeć na bingo. Otworzył butelkę wina, którą dał mu Gerry na trzydzieste urodziny. Nie był zły ani na matkę, ani na siebie, ani na to, że nie potrafiłby obsłużyć aparatu telefonicznego. Dotykał swojej kartki. Pomyślał sobie nawet, że „ona” mogła mieć na imię Amanda. O tak. Chciałby pocałować rano Amandę. A nazajutrz zamówienia zdawały się być wypowiadane znacznie głośniej, wyraźniej z takim delikatnym respektem. Pomyślał sobie Rambo, że chyba chcą mu ludzie pomóc, żeby nie obrywał ciągle od szefa. Bo przecież dobrym jest człowiekiem.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności Polityka prywatności