Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

galatea

Użytkownicy
  • Liczba zawartości

    3
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

1

O galatea

  • Urodziny 12.06.1999

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. galatea

    Mokre

    A ja przyziemnych czynności to ja życzę przyziemnym Z ziemi powstali i w proch się obrócą Wybuchną później, gdy ich zapalimy Nikomu nie mówmy, że do siebie wrócą Zapałko moja, jam jest twoją draską Nie stąpaj, nie stąpaj jak oni Po podłodze płasko Na schody wskakuj i pod schody nie patrz Galopuj na piętro bez okien Czujesz? Te ich straszne smrody Wpisałeś już w kalendarz Tak jak zwykle, bokiem I rozczytać się nie umiem, po co Szyfry, kody, piny, głupie tajemnice Nie wystarczą nam w tej bójce Wspólnie brzydkie miny? Gdy deptaliśmy Po czubkach swoich głów Nadepnęłam na kamień. Krzyczy lewa do tej prawej Weź się Stopo, weź się zamień Wszystkim dziurom brak już słów, Szepczą tylko, że chcą stu Stu ośmiu mrugnięć I choćby jednego draśnięcia Taki mam malunek Po sobie sama sunę. Zasypiam w innych objęciach Kolorowa plama na spodniach Chyba nie muszę mówić, że to dobre i mnie się podoba. Sporo wątków tutaj poruszasz, używasz wielu epitetów. Niekoniecznie mój sposób opisywania świata, ale to właśnie jest ciekawe i rzeczywiście (mimo takiej objętości tekstu) chciało się czytać. Świetnie Ci ta gra wychodzi, można poczuć się jej członkiem.
  2. gdzie muskają w dłonie (i zimne jeszcze stopy) fragmenty pierwsze słońca gdzie cicho płaczem spodziewanego końca gdzie fal mlaskanie całuje czule w ucho gdzie plącze mienie jedną myśl i kruchą gdzie manna oceanu gładzi mnie zakątek gdzie pachnie samotnością co tuli niczym wrzątek gdzie skwierczy całkiem pierwsza letnia mewa gdzie wspomnienia chłoną ostatnie żywe trzewia tam jestem i siedzę i wina smakuję i wcale a wcale mi cię nie brakuje
  3. Sam nie wiem jak długo siedziałem w tak brzydki sposób. Pochylony nad podręcznikiem z anatomii, a może poezją Grochowiaka, nie zwracałem uwagi na ból, który trzaskał w moje kości. Jak się później okazało, nie tylko te na grzbiecie. Kolorowy sześcian stojący na moim biurku, a także ten biały, o dwudziestu jeden oczach... oba chciały to wszystko naprawić. Także oprócz słów na wiatr, rzucałem też kości własne. Piszczelową, skroniową, mostek. Żebra dawno straciły dla mnie wartość, nie miały już czego strzec, toteż dwunastu par tychże pozbyłem się w zeszłe wakacje. Pamiętam, jak trzaskały pod ciężarem pociągu, którym wyjeżdżała nad morze. Te nowe też już przestały mi się podobać. Nie spaceruję już. Czasem tylko wstaję z fotela, żeby podejść do okna i - paląc papierosa - pogapić się trochę na ludzi. Czasem potrząsam też dłonią, żeby na drodze wyjątku, zamiast monetą, rzucić właśnie kostką. Los, ta mała kurwa, za każdym razem mnie zaskakuje i w mojej gierce (w której dodaję sobie i odejmuję liczbę czarnych kropek tak, aby pomogły mi one podjąć decyzję, czy na kolację zjem tosta z ogórkiem czy jajko) zwykle wypada coś innego niż to, na co mam właśnie ochotę. Najgorszym jest, że nie mam na to danie składników. Bo kto jada zupę z trzech szklanek wina z ośmioma ziarnami ryżu? Nawet nie wiem jak to smakuje, do tej pory nie chciało mi się gotować wody specjalnie na te kilka białych drobin, więc też zwykle otwierałem butelkę i piłem ją do dna, tak byłem głodny. Ale co to za sytość była, gdy ze wschodem słońca, po schodach wchodził mi do mieszkania kwaśny zbieg? Zbieg Okoliczności jest moim Arcywrogiem i Przyjacielem jednocześnie. Razem z Losem chadzają pod rękę pod moim balkonem i krąży pogłoska, że mają w naszej piwnicy, na samym końcu, w ciasnej komórce z fioletowymi ścianami, planszę. I jestem nawet w stanie w to uwierzyć, chociaż ciagle nie wiem, dlaczego wciąż ginie mi ta nieulubiona bryła w grochy.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...