Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'z pamiętnika dziadka' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 12 wyników

  1. "Orka" Koń pług ciężki ciągnie polem, Skiby kładą się równiutko. Furman z tyłu z koń-batolem, Lejcem trzyma konia krótko. Batol strzeli, koń się wzdrygnie, Posłuszeństwa pełen w sobie. Łeb ze strachu lekko przygnie, Koń, furman – w jednej osobie. Pług błyskami oczko puszcza, Ze słonkiem się kokietują. Wyświechtaną stroną lustrza, Oczek sobie nie żałują. Ptaki widzą to z daleka, Zlatują się elemelki. Rozorana ziemia czeka, Gdzie robaczków wybór wszelki. Konik przodem, pług tuż za nim, Furman pług prowadzi bruzdą. Uwieszone lejce na nim, Połączone z konia uzdą. Tuż za nimi stado ptaków, Bez większego do nich lęku. Z piskiem szukają pędraków, Dodając tej orce wdzięku. Kiedyś właśnie tak się działo, Starsi ludzie pamiętają. Wszystko już to uleciało I ci starsi też znikają. -Leszek Piotr Laskowski.
  2. „Nowe tętno, nowe życie ” Pierwszy dotyk ust chłodnych – szeptaniem w melodii, W cichym nurcie pożądań – zaproszeń tak znanych. Zalotne przybliżenia, nieśmiałość w parodii, Jak różaniec paciorków - z wstydem odmawiany. Potem wargi wędrują po spragnionym ciele, w czułościach nie skrywając, gry całkiem dorosłej. Od jutrzni w poniedziałek do nocy w niedzielę, w intymności powszedniej, choć nieco mniej wzniosłej. I nastąpi spełnienie, gdy ciało się wzniecie - z bandytą o tym jedynym, cyklopim spojrzeniu. By każde z nich spokój - odnalazło w afekcie, W tym głębokim i wspólnym, tętniącym pragnieniu. A wszystko to poczyna pocałunek płochy, Jak w tej bajce o śpiącej wciąż w zamku Królewnie. Nieśmiałości upadną, miną pierwsze fochy, Gdy dwoje w swych pieszczotach poczuje się pewnie. Wstępują na wierzchołki miłosnej śmiałości, Gdy ogień pożądania wspólne chęci spala. Ten pierwszy pocałunek – zarzewie bliskości – pełnym aktem współżycia przypływa jak fala. Odwieczne przeznaczenie istnienia pokoleń, by życie wciąż płynęło w nieskończonym darze. Od pieszczot i pożądań drogą dusz wyzwoleń, i dni, gdy cud narodzin dopełnia się w parze. Z drobnych, cichych uniesień, co w sercach kiełkują, powstaje nam wszechświata potężna osnowa. Gdy te usta spragnione krew w żyłach buzują, w czułych uściskach, poczyna tętnić krew nowa. - Leszek Piotr Laskowski.
  3. "Sufit, ściany i podłoga" Zagadał sufit raz do podłogi: „Doprawdy, los twój jest nader srogi! Zdeptanaś cała, poharatana, z meblami w stylu wiejska kabana”. Z góry na dół spogląda nań drwiąco: „Wyglądasz wręcz odpychająco. Wszędzie łachmany, buty rzucone, wielkie śmietnisko na każdą strone”. Zerknęła z dołu w nerwach podłoga skrzypnęła, w ripoście jak do wroga: „Zamilcz, ty blada, pusta płaszczyzno, niechaj twe słowa w gardle ci wyschną!. Lampa u ciebie ledwo się trzyma, lecz dumnie pierś swą szklaną nadyma. Gdy się nadymać będzie przesadnie, to wraz z kawałkiem ciebie odpadnie! I wtedy pęknie to twoje ego, gdy na pysk łupniesz, mój ty kolego. A to co spadnie – oknem wywalę, więc już nie mędrkuj, mój ty cymbale!”. „Ha, ha!” – tu sufit ryknął ze śmiechem. „Straszysz na wyrost, z pustym pośpiechem. Ja trwam na ścianach dumnie oparty, ściany z betonu – to nie są żarty!”. Wtem odezwały się zgodne ściany: „Obajście warci siebie, gałgany! Bo gdy my tylko się wycofamy, w gruz się zmienicie, durne pacany”. Morał z bajeczki płynie nam jasny: Nie wszczynaj zwady – choć świat jest ciasny – z tym, z kim na co dzień los twój związany przez wspólne życie i wspólne ściany. – Leszek Piotr Laskowski
  4. "Leśne głębiny" Pamiętam dobrze sekrety ostoi, szlaki zwierzęce, przejścia odwieczne. Wchodziłem w pralas, co wieki już stoi, choć rozum ostrzegał: „To niebezpieczne”. Tam czarny bocian w ciszy gniazdo plecie, łoś płową łychą drogę ci zastąpi, żmija mknie skrycie w paproci bukiecie, a mchu aksamit wskazówek nie skąpi. I to wrażenie, że wataha śledzi, gdy mrok gęstnieje w gasnącej pożodze... Tam w wiecznym cieniu szukasz odpowiedzi, idąc przez puszczę po dziewiczej drodze. Gąszcze półmroków mijane w zaparte, przez martwe bagna, kresem tchu ostatka. Przeszkody wolą i hartem odparte, gdzie dzika knieja – to jedyna matka. Chęć, by odciskać ślad stopy swobodnej tam, gdzie człowiecza obecność nie gości; w pogoni za cudem natury płodnej, w sercu spragnionym surowej wolności. A gdy wracałem w ludzkie szlaku progi, wciąż czułem pod stopą bagienną miękkość. W milczeniu wchodziłem w nasz świat ubogi, niosąc w umyśle puszczy nieugiętość. – Leszek Piotr Laskowski
  5. "Wysokie ego topoli" Potężna, wzniosła, pod samo niebo, wyrosła wieżą ponad osiedle. Wiatrem smagana, pusta w swym biegu, w chmurach szukała sensu – bezwiednie. Pędziła w górę, w wyścigu obłędu, w kursie idiotki, w ślepym uporze. Chciała być większą; w szaleństwie popędu teraz już nic jej nie pomoże. Bo gniewny podmuch z matecznej ziemi wyrwał jej dumę wraz z korzeniami. Dziś martwym cieniem światła nie zmieni, leżąc bezwładnie między blokami. Chciała być wielką, orężną w zieleń, lecz o podstawy sił nie zadbała. I choć mierzyła w niebios sklepienie, długością klęski przy ziemi została. -Leszek Piotr Laskowski
  6. "Ucieczki ze snu" Nie chcę się czasem budzić z mych snów, a nieraz uciec chcę, lecz nie mogę. W matni pościeli - więzień koszmarów - wciąż czuję ciężar i wielką trwogę. Głodny, we śnie się prawd doszukuję, budząc się z wilczym apetytem na dzień. Przed złem uciekam, co w mroku knuje, choć po zbudzeniu to tylko cień. Powieki ciężkie niczym z ołowiu, chciałbym się wyrwać, krzyknąć w tę ciszę, lecz tkwię w bezruchu, w sennym mrowiu, własnego strachu tętno wciąż słyszę. Gdy wreszcie światło przetnie mrok gęsty i oddech wróci świeżością na dziąsła, ponocny krok stawiam, w lęku niepewny, burząc nim w tyle upiorne przęsła. Teraz już lżej patrzę na tę przeszłość - to tylko historia lękowej choroby. Choć długo we mnie ta jasność wzrastała, dziś nie jest częścią mojej osoby. Nie muszę już biec przez korytarz mroku, by znaleźć spokój pod słońca spojrzeniem. Dziś pewność trzymam przy każdym kroku, sen jest wytchnieniem - już nie więzieniem. - Leszek Piotr Laskowski
  7. "Historyjka grzeczności" Witam Panią, Pani Gieniu – rzecze Jasiu już od proga, w niskim Pani ukłonieniu i w chwaleniu Pana Boga. Znaną z gościnnej hojności, Pani Gienia Jasia wita, uśmiechnięta i z radością, czy nie głodny – w drzwiach już pyta. Jaś, całując w rękę Panią, w szlachetnym, zgiętym pokłonie, z elegancją patrząc na nią, wręcza jej piękne piwonie. – Ależ piękne! – krzyczy Gienia, Jasia w policzek całując, zarumieniona z wrażenia, w oczy Jasia się wpatrując. Jasiu, dumny z adoracji, rzecze z drżącym głosem w krtani: – Zostać mogę do kolacji, jeśli mnie tu zechcesz, Pani? Gienia wzrokiem opuszczonym mówi w dumie kobiecości: – Czuj się gościem zaproszonym w mojej skromnej posiadłości. Nie będąc impertynentem, przyjmuję Twoją gościnę – odpowiada Jaś z akcentem, uniżoną robiąc minę. Gienia z uśmieszkiem nęcącym do stołu go zaprosiła, niewiasty wzrokiem płonącym głęboko się pochyliła. Jasiowi oczy wypadły, poniesione tym widokiem, w środek jej dekoltu wpadły przekrwionym żyłkami wzrokiem. Pani Gienia to widziała i w panieńskiej kokieterii umyślnie prowokowała w zamierzonej swej pruderii. Mruknął Jasiu samczą mocą, dając tym do zrozumienia, że pomruczeć mógłby nocą, gdy dostanie przyzwolenia. Bez słów Gienia zrozumiała pomruki Jasia zalotne i szybko odpowiedziała, puszczając mu oczko psotne. W Jasiu krew się zgotowała, budząc instynktu instrument, wulkanicznie napełniała jego męskości postument. Zaczerwienił się po twarzy, oddech odebrał mu mowę, o Gieni w łożu zamarzył, nie prosząc o to jej słowem. W jego oczach to widziała, myślą waląc wszelkie płoty, w udach już się rozjeżdżała w zgodzie na jego ochoty. Odchodząc w szczęścia nadmiarze szykować wieczerzy jadło, dziękując za bieg wydarzeń – szczęścia, które na nią spadło. Jasiu szuka komplementów, w głowie pustka, słów brakuje, jakich użyć argumentów? Boi się, że coś zepsuje. Nie chce spłoszyć kochaneczki, w ciszy myśli przegrzebuje i zaczyna z innej beczki: – Pogoda dziś dopisuje! Gienia bez reszty zdziwiona: – Byłam jemu taka rada, czułam się już uwiedzioną, a on o pogodzie gada! Może nie podobam mu się? Możem w seksapilu marna? Może pomyliłam tu się, że byłam nazbyt figlarna! Dla zmiany nastroju tego, pyta Jasia o wieczerzę: czy chce coś upieczonego, czy coś innego wybierze. Jaś z pytania ucieszony, odpowiada: – Wszystko jadam, będę dwukroć zaszczycony, w Pani ręce się pokładam. Myśli Gienia: – Miłam jemu, dobrze, że jest wszystkożerca, nakarmię go po staremu: „przez żołądek aż do serca”. W kuchniowanie więc się wdała, nucąc przy garach namiętnie, seksownie przytańcowała, tak dla Jasia najponętniej. – Pięknie tańcząc, podrygujesz – słodko Jasio ją zachwala. – Wszystko we mnie się gotuje, ci wyznać sobie pozwalam. Gieni mokro się zrobiło, pod fartuszkiem się zagrzała, bo od pieca żarem biło i z gorącem się zmagała. Kiedy już za stół zasiedli, oczu z siebie nie spuszczali, prawie niczego nie zjedli, wzrokiem siebie pożerali. Chleb na myśli u głodnego, jadło na bok odstawione, chcieliby czegoś innego, w pożądaniach wymarzone. Jedno czeka na drugiego, najwstydliwsze pierwsze kroki, dalej to już nic trudnego – kto złamie wstydu amoki? Czy to Gienia się ośmieli, czy to Jaś zacznie ją pieścić? Oboje o tym wiedzieli, że muszą to jakoś streścić. Siedzą na wprost, patrząc w siebie, temat jakoś się nie klei, z myślami o wspólnym niebie, w ciemnej zawstydzenia kniei. Wtem Gienia na pomysł wpada, do Jasia rzecze z czułością: – Deser z drinkiem się nakłada po kolacji kolejnością. Przeszli do kanapy z ławą, przy butelce zasiadając, brzdękli się lampkami żwawo, w oczy sobie spoglądając. Jak tu zacząć? – Jasiu duma. – A jak mnie odepchnie Gienia? Może ona nic nie kuma? Może to moje złudzenia? Gienia w myślach popatruje: „Może ja go nie pociągam? Może źle się zachowuję, że rąk do mnie nie wyciąga?”. Po kilku lampeczkach może się na krok pierwszy odważy? Alkohol mu w tym pomoże? Gienia skrycie sobie marzy. Czuła się już rozpalona, trzecią lampkę wypróżniła, coraz bardziej podniecona, Jasia za rękaw chwyciła. Jasiu z lekka zaskoczony, faworyzmu poczuł nutę, lekkim szeptem przytłumionym zaczął swoją bałamutę. – Jaśnie Pani, moja miła, radym ja Ci się przymilić, serce moje Tyś owiła, dasz się Pani uszczęśliwić? Gienia pofrunęła w nieba, anielskich skrzydeł dostała. „Niech mnie bierze, tak jak trzeba!” – nic nie mówiąc, pomyślała. Widzi Jasiu, że już prawie, więc czwartego proponuje, polewając Gieni żwawiej, w oczy lubej się wpatruje. Gienia za kieliszek łapie, jednym haustem go wypija, już nie może, ledwo sapie, wić zaczyna się jak żmija. Jasiu widzi, że już pora, w ust zbliżenie bardzo blisko, poczuł swojego fawora, śliniącego legowisko. Pani rozpływa się w oczach, nogi ściska, kręci, łamie, na ud wewnętrznych swych zboczach czuje mokre przepływanie. Do ataku Jaś przystąpił, kładąc dłoń na Gieni dłoni, lew Atlasu w niego wstąpił! Pot spływał po jego skroni. Gienia dłoń Jasia złapała, wbija mu paznokcie w skórę, ledwie biedna oddychała nagłym wezwaniem w naturę. Jasiu, zęby zaciskając, ku niewieście wiedzie głowę, usta lekko rozchylając, zbliżył się już o połowę. Czuła zapach jego ciała, testosteron tej lwiej mocy, w półomdlona pomyślała: „Oj, nie będę spać tej nocy”. Jasiu zbliżał się powoli, Gienia oczęta zamknęła, chciała być w jego niewoli, głęboki oddech już wzięła. Oddech samicy w ochocie, już bez wstydu, bez oporów, gotową już wejść po krocie w najsprośniejszych szczyt amorów. Jasia robi to zachłannym, męskość go dołem rozpiera, całkiem zbliżony do panny, ciałem na Gienię napiera. Obie głowy opuszczone, na siebie nie popatrują, całą akcją zawstydzone, pocałować się krępują. W końcu łapie Jaś dziewczynę dwoma rękoma za głowę, miał już ją polecieć w ślinę, gdy usłyszał czyjąś mowę. Odwraca się więc raptownie i dostrzega ludzi w progu, całkowicie niefortunnie weszli na wstępie prologu. Znaną z gościnnej hojności, Gienia drzwi nie zamykała, charakteru otwartością wszystkich gości przyjmowała. Siedem godzin zalecania przeszło w taką niewygodę! Tuż przed aktem przytulania przepadło jak kamień w wodę. Goście w moment zrozumieli, że wtargnęli bez pukania, szybko nogi za pas wzięli, wycofując się z mieszkania. Zalotności powracały, lecz opadło już napięcie, Gienię chęci opuszczały, a Jasia męskości wzięcie. Jej wysychać zaczynało, coraz chłodniej się robiło, w Jasiu męskością malało, nie za bardzo było miło. Ale pierwsze kroki poszły, nie wrócą już w ich początki, impulsy do mózgów doszły, więc miną grzeczności wątki. Gienia wstała, drzwi zamknęła, ewidentnie się spieszyła, wracając, sukienkę zdjęła, goła biegnąc powróciła. Skończyła na Jasia Gienia, złapał w locie Jaś dziewuchę i doszło do ukojenia, jeszcze w mokre, bo nie suche. Może goście przeszkodzili w grzecznościach podejść tym dwojgu, a może je ukrócili, dając śmiałość im obojgu. -Leszek Piotr Laskowski
  8. "Rozpoznasz Ją" Jak wyłuskać ją z mgławicy – tę kruchą natchnień personę? W barwach, co kradną źrenicy odcień w pokusie stopiony. Umysł unika drgnień światła, kształt pulsuje wciąż w pamięci, wybór, co w dłoniach już zastygł, budzi się i pięknem nęci. W jasnym, kojącym promieniu śledzić jej sploty figlarne, chcieć tętna, trwania, istnienia, by przejść przez dni – kiedyś marne. Nie w patosie z pustym echem, lecz w ciszy, co wnętrze spaja, gdy świt, kończąc nocny finał, mrok z naszych okien wymawia. To nie jest lśnienie ulotne, lecz dłoni pewność – kotwica, gdy drogi, przez los wywrotne, wiodą tam, gdzie mrok zachwyca. Więc gdy w zwierciadle jej oczu wzrokiem znajdziesz swoje echo, nie pytaj o sens – po prostu przyjmij ten obraz z pociechą. Gdy szept w milczenie przechodzi, a lęk jak kamień opada, wiesz, że już ją rozpoznałeś – i w tobie spokój zasiada. Nie szukasz już nic na zewnątrz, stając się ty sam przystanią, wczorajsze prośby do stwórcy, dzisiaj świadectwo wydają. Autor: Leszek Piotr Laskowski
  9. "Surrealistyczna podróż" /Przerwa między atomami/ Rozszczelnia się nagle tkanka dnia, niepostrzeżenie, bez zbędnego echa. To nie koniec, to tylko prześwit, gdzie grawitacja przestaje pytać o imię. Jesteśmy z wszystkim co posiadamy, w tej szczelinie, której nie widzą oczy, niesieni prądem, co nie zna brzegów, ku pieśniom, co rodzą się z ciszy. Nie trzeba krzyku, by pękła szklana ściana powietrza. Wystarczy oddech, miękki jak mech na skraju lasu, gdzie czas nie ma zegarka i nic nie musi się zdarzyć. Rozluźnij dłonie. Pozwól, by niepokój spłynął jak kropla deszczu po szybie, którą noc przemywa oczy. Tam, gdzie jesteś, i tu, gdzie ja trzymam rytm, niebo ma ten sam odcień spokoju. Wystarczy być. Bez ciężaru oczekiwań, w tej krótkiej pauzie między jednym a drugim uderzeniem serca. Geometria tęsknoty rozpuszcza się w błękitnym kwadracie. Punkty bez powrotu stają się liniami, które nie pytają o cel. Pamięć to tylko kurz wirujący w snopie światła, które nie ma źródła. Przesiewamy milczenie przez gęste sita, aż zostanie tylko to, co nieważkie. Słowa to tylko cienie ryb płynących pod taflą nieistniejącego jeziora. Wszystko jest echem, które zapomniało, kto je wywołał. Jesteś kolorem, którego nie ma na palecie. Czekaniem, które przestało liczyć minuty. Pustka nie jest brakiem, jest tylko najczystszą formą obecności. Rozpryskują się galaktyki pod powiekami, atomy tańczą walca w próżni między myślami. Jestem pyłem, który śni o byciu słońcem, podczas gdy kręgosłup staje się osią świata. Nie ma góry, nie ma dołu, tylko nieskończone "teraz" rozciągnięte na ranie czasu. Cisza wybuchła supernową w pokoju. Wypijam mrok zamiast herbaty, czując na języku smak miedzi i gwiezdnego wiatru. Wszystkie mosty stały się horyzontem zdarzeń. Nie szukaj mnie w słowach. Szukaj mnie w przerwie między atomami, tam, gdzie muzyka sfer gra solo na nerwach. Jesteśmy tylko wibracją w wielkim nic, które jest wszystkim. Zegar wykrwawia się białą farbą na podłogę, z której wyrastają szklane żyrafy o oczach z bursztynu. Twoje imię, wymawiane wspak, zamienia się w klucz do drzwi, których nie ma. Śpimy na grzbietach wielorybów płynących przez piaski pustyni, podczas gdy nasze sny szyją ubrania dla wiatru. Wszystko jest już napisane w powietrzu, zanim pomyślisz, że w ogóle jesteś. Zgaś światło wewnątrz myśli. Słyszysz? To tylko my, stajemy się światłem, zanim zdążymy o tym zapomnieć. -Leszek Piotr Laskowski
  10. "Indywidualna ballada życia" Każdy z nas własną ją pisze, bez dublera i bez kalki. Czasem z wielkiej dumy liter, częściej – przez błędy i walki. Szkic w południe i w półcieniu, na tym, co chwila podsuwa. Gubimy sens w biegu zdarzeń, gdy los nad nami nie czuwa. Nie ma miejsca na korekty, brak gumki, by wrócić w czasie. Każdy fałszywy ruch palca zostaje w naszym atlasie. Jedna ma ostry smak pieprzu, druga – ten spokój po burzy. W tej bije adrenalina, tamta się w ciszy zanurzy. To nie filmy z happy endem, zapisy starć z własnym cieniem. Zbiory nieprzespanych godzin, zmagań z nawykiem i leniem. Gdy ekran istnienia zgaśnie, a dłoń przestanie już kreślić, zostanie błysk, który przetrwał balladę tej marnej treści. Życie domknięte bez puenty, między „muszę” a „co chciałem”. Zostawia ślad na papierze, a ty się wspomnieniem stałeś. – Leszek Piotr Laskowski
  11. "Walentynki" Czekało dziewcze urocze, Mocno zaciskając krocze. Dziewictwa pilnując swego, Dla swojego jedynego. W Walentynki się pojawił, Nawet się jej nie przedstawił. Uśmiech od ucha do ucha, Rozebrał ją i wygruchał. Zniknął po tym w minut pięć, Świeć się Wolentyko święć! - Leszek Piotr Laskowski
  12. "Ptaki Wątpliwości" Nie sposób się pozbyć krążących nad głową ptaków wątpliwości, co w górze kołują. To w wyobraźni, naszej sferze lękowej, dawnych traum strachy na nowo się snują. Przetwarza przestrogi nasza wyobraźnia, zmieniając rajskie ptaki w krwawe nietoperze. Drogą wspomnień kroczy głęboka bojaźń, aż nad logiką panika górę bierze. Warto analizy przegonić w zamyśle, usłyszeć te ptaki – jak i co śpiewają? Ich pieśni treść ocenić w swym umyśle: czy krążąc nad nami, prawdy nie skrywają? Może to posłańcy, co w mroku zastygli, by chronić przed naszą powtórką upadku? Choć dziobią boleśnie i kłują jak igły, szukając w chaosie, niosą prawdy świadków. Więc nie buduj klatki z grubego metalu, bo lęk karmiony milczeniem wyrasta. Rozszyfruj to echo goryczy i żalu, zanim w nim zniknie nadziei namiastka. Gdy wreszcie zrozumiesz ich skrzydeł szelest, oswoisz te cienie, co cię przerażały. Wątpliwość to tylko umysłu jest stelaż, byś w nową drogę wyruszył już cały. — Leszek Piotr Laskowski
×
×
  • Dodaj nową pozycję...