Raz go ktoś przyłapał wprost na myśli przedniej
Ukrytej przed światem, rzuconej bezwiednie
Nigdzie nie spisanej, lecz dla niego cennej…
Ona mu służyła tylko w dni powszednie
Jak prawdy drogowskaz, jako fix-maksyma!
Mniejsza o jej imię - na święta miał inną.
Bo skarby ducha to jest zasób przepastny
Cudów co się rodzą i plenią bez miary
W duszach wrażliwych, które pełne wiary
Dla nas powołane – a prawie nieznane.
Poetów pragnienia? Piękno, mądrość, dobro?
Może to i dobrze, że z nimi odchodzą
Bo może, ponownie już się nie narodzą
Nie wzbudzą eonów nowych dylematów
I po nas zostanie taki skład przepastny
Zarzewie lub gniazdo, asumpt do odnowy
Gotowy by radzić, jak się z życiem wadzić
W sequelu ludzkości, o krok bliżej końca
Lecz którego? Nie wiem. Ktoś inny poradzi.