Raz,
Trzy słowa pierwsze…
znielubiły wiersze.
Porzuciły wieszcza całkiem rano jeszcze
Pomyślały sobie, wolne sobie zrobią,
Do jego wzdychania - wprost zionęły fobią.
Choć nie były wcale całkiem pełne zalet
Swoje zdanie miały, trwały przy nim dalej
Snuły referaty, bulle i „paszkwille”
W swoich głowach miały, nikt nie zliczy „ille.”
Poszły się wygadać całkiem prozaicznie
Mową nie wiązaną, ale całkiem ślicznie
Na koniec, najgłośniej krzyknęły przez szparę:
My nie pierwsze lepsze, bo my mamy talent!
On je zlekceważył, nie uważał wcale,
Lecz trzymał się stale w swoim interwale
Miotów gnuśnych myśli, skarbów wspaniałości
Cudów dla ludzkości… bez sierści i ości.
Nic dziwnego – w końcu - z domu się wyniosły.
Zza okna rzucały głosem dość doniosłym
Bez naszej pomocy niech mu życie leci!
Niech sam szuka weny, w kobiecie lub świecie!
A poeta… zaniemógł z tej rozłąki z nimi
Płakał, wzdychał, prychał słowami różnymi
W końcu nie miał komu czynić żadnej bury
Wyniósł w środku nocy wór makulatury.
Postanowił z nagła, prosto, prozaicznie
Zadbać o finanse, zmienić życie ślicznie
Bez żalu się rozstał z tą mową wiązaną
I wziął się za „prozę”… cyframi pisaną.
A słowa, te pierwsze, tuż, na parapecie
Po cichu, z miłością i w smętnym sekrecie
Nadal rozsnuwają marzenia najśmielsze
Marząc, że im okna uchyli ktoś jeszcze.