Świt ma kolor stali,
niebo rozpięte na klamrach wysokiego napięcia.
Miasto stoi boso na mokrym asfalcie,
jeszcze bez hałasu.
Czajnik gwiżdże ostrzeżenie.
Dzień już w progu
żąda imion, dat
i pewności siebie.
W dłoniach trzymamy resztki nocy,
ciepłe i zmięte jak pościel.
Kiedy marzenie
przebrało się za obowiązek?
Na stole stygnie kawa.
Czarna tafla
odbija sufit i chłód.
Świat nie czeka.
Otwiera drzwi
i wpuszcza nas w przeciąg.