Wegetuję w nieskończoność.
Pranie wiszące na zewnątrz od dni czterech,
Obrasta w rutynową wilgoć,
Za to moja szyja, ramiona i nadgarstki,
Zanurzają się w różanych kałużach bezwodzia.
Na komodzie spoczywa nowela,
Której treść i tytuł zadusiła lawina roztoczy.
Odkładam się na potem,
Które pewnie nie nadejdzie.