Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'bezdomność' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 4 wyniki

  1. Historia o hiszpańskich bohaterach, Napisana w trzech językach, To fałszu przykład, Bo zmieściła się w wersach czterech. W social mediach ma niejedną stronę, Grupy, panele, przecieki, (trochę jak w przedszkolu dzieci ;-P) I nic nie kojarzy się z domem. W parkach emeryci, pozorne marabuty, Pod tym samym drzewem Kochali się z gniewem, Jak pluszak rozprutym. A teraz? to wszystko nie ma sensu. Lub wpisany został tak głęboko, Że go nie ma - na oko. Nie po każdym aporcie pies powróci z kresu. Przerywam to godnie pokorne milczenie Wszystko ma cenę w głowie, Lecz cenę w głowie ma człowiek. To on może cokolwiek zmienić.
  2. U progu zimy stoją bezradnie już mają dzwonić zębami do głuchych drzwi naszych uszu Nieczułych świątecznych uczt zapach niesie się i drażni ich wyposzczone żołądki gdyby tylko wiedzieli, że te posiłki dawno wystygły Surowy mróz chwyci za krtań jak co roku przeforsuje im kości to nic, zaśnijmy spokojnie od jutra znów możemy mieć coś do stracenia
  3. Łapa. Jedna łapa, potem druga, a za nią jeszcze dwie. Cztery łapy, mam cztery łapy. Od urodzenia, od pierwszego pisku, pierwszego pociągnięcia matczynym językiem. Cztery łapy. I ogon. Mam ogon. To dobrze, że wciąż je mam. To znaczy, że jestem. Tu i teraz. Ja, cztery łapy, ogon. Wszystko trafiło tutaj razem ze mną, nic nie pozostało. Nic więcej nie potrzebuję, chociaż to nie jest pewne. Teraz nic nie jest pewne, oprócz miski. Miska jest zawsze pewna. Napełniają ją dwa razy dziennie. Woda i pokarm, więc już nic nie muszę. Nie muszę, więc leżę. Cały dzień i całą noc. Wiele nocy, pociętych na kwadraty stali. Gwiazdy za kratą, księżyc również. Jestem tutaj. Cztery łapy i ogon. Nic więcej, nic mniej. Sprawdziłem wszystko. Mój nos mówi, że nie ma wyjścia. Trzeba czekać. Jak długo? Tego już nie mówi. Mogę wstać, łapa za łapą. Do miski trzy i pół łapy, do kraty pięć łap. Ogon nieruchomy. Czujny, jestem czujny, bo nic nie wiem. Nie wiem, dlaczego tutaj jestem. Cztery łapy, ogon i nos. Nos w górze, nos w dole. Nic nowego, wciąż bez wyjścia, dzień za dniem. Beton i stal, świt i wieczór. Wciąż takie same, a miska wciąż pełna. Człapię do niej i od niej też człapię. Łapa za łapą, smutek w oczach, smutek w ścianach. Szary beton i świt też szary. Słońce nie jest szare, lecz nie świeci dla mnie. Nie wiem, dla kogo świeci i mój nos również tego nie wie. Łapy pod łbem, łeb na łapach. Sierść i skóra, kości, krew, zęby. Mam wszystko, lecz czegoś brakuje. Nie wiem. Nic już nie wiem. Nie pamiętam, co miałem. Coś straciłem, ale nos nie pamięta już co. Jestem tutaj. Cztery łapy. I ogon. Inni też nie pamiętają. Ich głosy słyszę przez cały dzień. Szczęknięcia, piski, ujadanie, wycie. Każdy czegoś chce, każdy czegoś pragnie, każdy tęskni. Do czego tęskni? Tego nie mówią. Tylko coś o tęsknocie, o tym, że coś stracili. Dlatego są podobni do mnie. Mają cztery łapy, chociaż nie wszyscy. Nie każdy ma też ogon, ale niektórzy się cieszą. Ich ogony się cieszą, chociaż nie wiedzą dlaczego. Szczekają coś o szansie, coś o nowym domu. Wszyscy czekamy. Na co czekamy? Tego już nie wiedzą, ale łapy ich niosą w oczekiwaniu. Dzień za dniem, miska za miską, łapa za łapą. Jesteśmy tutaj, tacy sami, lecz jednak obcy. Ujadamy. Jeden na drugiego, każdy na siebie. Warkot myśli i warkot słów. Nikt inny nie zna tego języka. Tylko my. Tutaj jesteśmy wszyscy. Nasze kły i nasze pyski. Duzi i mali, silni i słabi. Z jakiegoś powodu jesteśmy tutaj razem z naszymi miskami. Możemy szczekać, gryźć i drapać. W ścianach słychać szepty pazurów. Drapią każdego dnia i w nocy. W nocy więcej niż za dnia. Co drapią? Dlaczego drapią? Nikt nie wie, nikt nie odpowiada. Skrobanie tęsknoty za utraconym. Coś kiedyś mieli, jakieś słońce i jakąś trawę. Drzewa i kamienie, dłonie na sierści i życzliwe słowa. Inny język, do którego tęsknią. I ja tęsknię. Zaczynam drapać razem z nimi. Ryjemy korytarze w betonie, wszystkie niewidzialne ścieżki dla ogonów i łap, dla nosów, które szukają wyjścia. Lecz wyjścia nie ma, jest tylko krata i miska, do której wracamy każdego dnia. Szczekają coś o przegranej, nie wiem, co przegrali, ja nie przegrałem niczego. Niczego też nie wygrałem, loteria trwa, dopóki żyjemy, dopóki w ślepiach płonie ten ogień. Kiedyś miałem więcej. Więcej słońca, więcej trawy, znały mnie drzewa i cegły w ścianach. Teraz nikt mnie nie zna; jestem obcy. Obcy w domu, który nie jest domem. Czym jest? Nie wiem. Miejscem z miską i miejscem z kocem. Koc jest w rogu i czasami są tam pchły, a czasami ich nie ma. Pchły są małe. Cały czas głodne wpijają się w moją sierść, wgryzają w skórę, gryzą. Gryzę i ja, ciągła walka – pchły i ja. Moje pazury odpuszczają betonowi, nie pragną już wydrapać ścieżki, pragną uwolnić się od pcheł. Moi mali wrogowie, moi jedyni przyjaciele. Pchły pozostały przy mnie mimo straty. Są w mojej skórze i mojej sierści, lecz najwięcej jest w myślach. Rozmyślam o pchłach, których nie ma. Nie muszę z nimi walczyć, one nie walczą ze mną. Są w trawie i w słońcu, skaczą z drzew i z cegieł, które znałem. Kiedy znałem? Dlaczego znałem? Tego nie mówią pchły, ani myśli tego nie mówią. Czasami tylko sny. One mówią najwięcej. W snach łapy idą dalej, poza siatkę i daleko od napełnionej miski. W snach łapy niosą gdzieś w nieznane, do słońca i trawy, do kwiatów, których zapach drażni nos. W snach łapy nie muszą drapać betonu i pcheł też nie muszą drapać. W snach ja i pchły jesteśmy przyjaciółmi. żyj i daj żyć innym – to nasza cicha umowa. W snach pchły są tylko moje, nie muszę dzielić się z innymi. W snach jest coś jeszcze. Nie szczekam o tym nikomu, bo nie jestem pewien. Nie jestem pewien, czy to utraciłem. Może to tylko sen, którego nie chcę przestać śnić. Dom. Miałem kiedyś dom. Ja i moje cztery łapy. Mój nos i mój ogon. Bez pcheł, Pcheł nie ma w domu. W domu jest miska i jest smycz. Jest też ktoś, kogo nie pamięta. Przyjaciel? Dom nie odpowiada. Jest tylko domem, a one milczą. Moja klatka nie milczy, ale ona znikła z mojego snu. Lubię ten sen. Sen o domu i o przyjacielu. Dobrze mieć przyjaciół. Życzliwą dłoń, palce na mojej sierści, dotyk zaufania. Pan to przyjaciel, tak mój pan to przyjaciel. O tym śnię. Ja, moje cztery łapy, ogon i nos. W domu dzień jest inny. Spacer jest inny i nawet smycz pachnie inaczej. Wszystko pachnie inaczej, buty przyjaciela pachną inaczej. Mój nos mówi prawdę, nigdy mnie nie okłamał. Wiem, że na razie tylko śnię, ale nos nie śni. Zawsze czujny, czeka na tamten zapach, na woń przyjaciela. Nie, nie wiem, dlaczego go nie ma. Nie chcę wiedzieć i nie chcę pamiętać. Inni pamiętają; słyszę ich piski, ich skamlenie. Przywiązani do drzew, topieni w workach, tłuczeni kijami – to nie należy do snu. To byli źli panowie, źli przyjaciele, gorsi od pcheł i od klatki. Nie śnię o takich panach. Tylko o swoim. Może być kimś innym. To nieważne. Mój nos i mój ogon mówią, że to bez znaczenia. Niech tylko przyjdzie. Niech będzie. W śnie i poza nim. Niech będzie. A teraz będę kończył. Obudzę się, chociaż nie chcę. Nie chcę tracić domu, którego już nie pamiętam. Dlaczego nie pamiętam? Nie wiem. Niedługo znowu napełnią moją miskę. Moja klatka wciąż tutaj jest. A ja jestem psem, który nie ma domu. Oto moja historia.
  4. Kłębuszek Kot zwinięty w kłębuszek maluteńka kuleczka, drzemie słodko nasz mruczek szczęściem jego miseczka. A jeszcze nie tak dawno futerko miał zmierzwione - ogon mu podpalono oczy były zamglone. Biegał skowyczał z bólu, błagał ludzi o pomoc. Mówili: spadaj ciulu, więc przytulała go noc. W dzień wychodził na trawę wchłaniając słońca promień grzał ciałko obolałe zdzierał z ogona ogień. Cierpliwie znosił swój los - czekał na zmiłowanie. Przyszło zdążyło na czas, jak to dobrze o Panie.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...