Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

piotr kantt

Użytkownicy
  • Postów

    25
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez piotr kantt

  1. jakim odwecie, czy jedynym tłumaczeniem na badziew jest tylko... jako drugi. a twoje poważanie mi wisi... wiesz , gdzie?
  2. wszystko umiera w swoim czasie nawet smak karmelka z wyssaną niepowtarzalnością co niedziela podzieleni w kolejce… do czyśćca lub kroniką ideologicznie nastawioną na masy a przecież byliśmy formacją myszki miki i pepsi w ułożonej akceptacji na my i wy gdzieś poza kadrami na klęczniku kreowanej subkultury daleko od szosy
  3. wypad proszę... a possać to możesz palucha.
  4. no, nic nie zatrzymuje... temat zdarty do bólu i dość nieudolnie podany.
  5. och mój boże... z tą opinią ja się zgodzę, kiedy dotrze w móżdżek mały... frazeologizm jest po to by wpadał twe gały. na resztę nie odpowiem szkoda mi na ciebie czasu. pa!
  6. na wejść i wyjść tak chciałem zatrzymać umykające godziny i dni… spójrz nasze latawce połamały szyje o framugi kłamstw co było… jest i nie będzie bez żalu za wystawiony rachunek przecież świeciliśmy oczami malując chabrem zapamiętane zawsze tuliłaś się wiatrem do ponownego zmartwychwstania nie były potrzebne nam zamki dopóki nie dorobiłaś kluczy
  7. lewa prawa czy to nie wszystko jedno wiatr i tak uniesie pozostałe cisza wgryzała się różą bez kolców nawet nie pachniała jak kiedyś podana od niechcenia z filiżanką kawy piliśmy też czerwone zachodami ze stoków prowansji obojgu nam było trudno o prawdę rozbitą kantami stołu z braku punktu odniesienia byliśmy na nie zawyżoną akcyzą wzajemności od pępka w dół czasami trzeba postawić na jedną kartę zapomniałem nie lubisz zielonego
  8. one od zawsze kręciły zgodnie z wskazówką zegara jak ptaki którym zabrakło na moment oddechu zbierało się na burzę zastanawiam się czy zdążymy przed nimi padały jedna po drugiej w profesjonalnej agonii czyż nie dobija się koni to zajebiście tak umierać na oczach tłumu śmiech rozwalał od środka z dystansem czasu nabierałem pewności najlepiej to czytać od tyłu podobno da się zatrzymać dorosłość do kapitalnego remontu
  9. może było na odwrót właściwie to nie ma znaczenia w obydwóch wypadkach mówimy o nieujarzmionych zamkniętych pętlą drogi po omacku gdzieś pomiędzy niewiadomą gräfenberga a schizoid man z nalepionymi liniami papilarnymi tych przed bez puenty na jutro lecz ciszą tęsknoty która jak muskat dojrzewa cierpliwym promieniem słońca by od nawietrznej dotknąć brzegu krawędzią liścia poznajesz… to ja domokrążca z niedokończonych wersów więc załóż te kolorowe wstążki
  10. może nie do końca tak było ale melodia wpadała obcinając czasu liczony ćwierćnutami wtedy właśnie zaczęła się jej wędrówka w moim krwioobiegu --synkopową dawką tlenu po bezludnych wyspach nieprzespanych nocy tkanych draperią przykazań na ja i ty ciepłymi oddechami niczym ukłucia przyszłych wydarzeń nieświadomi własnej zguby tej z najwyższej półki po którą kazałaś sięgnąć --by od nowa uczyć się alfabetu to tak jak dryfowanie ku samobójczym gestom niespełnienia w ostatnim akordzie niepodzielnych już dni
  11. ale ty tak to masz w dupie a ja naprawdę chciałem przeprosić za golgotę wiem za wysoko może kiedyś ci to podrzucę albo wiersz napiszę zobaczę co się da zrobić ciekaw jestem jak by dzisiaj cię wykończyli może lepiej nie wiedzieć o zakład jednak pójdę i tak nie miałbyś szans
  12. każdego dnia masturbacją myśli ukrytych szerokością między pierwszą a ostatnią godziną spełnienia wyssaną z życiorysu debetem na kolejne noce w takt brzęczącej monety przecież pecunia non olet więc nie płacz nad rozlanym mlekiem jutro wrócę do ciebie
  13. z tatuażem w skali prawdopodobieństwa na białe i czarne bezsensownym podziałem ról na popękanej skorupie myśli gdzie dół a gdzie góra… oliwnym zapachem zdrady bez rachunku sumienia bogów nie należy osądzać
  14. ważne, że ja wierzę... a reszta mnie, nie obchodzi. błogosławieni ci, co nie ujrzeli a uwierzyli. benedico vos in nomine patris et filii et spiritus sancti... pan z toba synu.
  15. ślimak ślimak pokaż rogi… nie zdążyłem go nawet przeprosić życie naprawdę jest gówno warte whisky moja żono… to chyba jakiś kod jest nie mówię że leonarda ten akurat nie pił przynajmniej o tym nie słyszałem chociaż schizy miał dobre tylko na trzeźwo to nic nie wychodzi o znowu ślimak ślimak pokaż rogi… gdzie się pchasz bydlaku nie widzisz że na odwyku jestem
  16. (zadania) dziesiątego piętra nawet red bull nie mącił spojrzenia zostawiam to co na dole nie płacz kiedy… nie wiem skąd ten pomysł stat(e)yczność nie jest moją najlepszą stroną ale proporcjonalnie nie dla idiotów można wiele zobaczyć czy też usłyszeć lot trzmiela dlaczego akurat korsakow nie będę się zastanawiał została jeszcze do przerobienia teoria newtona poradzę sobie mówią że na naukę nigdy nie jest za późno
  17. tak zgadza się... to prowokacja przeciw bursztynowym ołtarzom, czy tania? jako poeta jestem z natury ubogi :) Pozdrawiam.
  18. no, we własnej osobie... on się nie ma podobać, ma dać do myślenia. cóż ortodoksi tego raczej nie połkną :) Pozdrawiam.
  19. taki zwykły w podartych dżinsach z naćpaną magdą u boku w drodze do baru mlecznego na ostatnią wieczerzę dla okolicznych meneli bez szans nawrócenia wstydliwym krzyżem upadłej golgoty
  20. impresja zieleń kusiła niczym almette z ziołami gdzieś pomiędzy dotykiem ust a ostatnim kąskiem zapamiętanego smaku zapisanych jak śniadanie maneta w tchnieniu impresjonisty lekkością twoich barw w miłosnych pocałunkach przenikając mój naskórek tysiącem małych ogni na rozkołysanym oceanie traw z butelką prince laurent w zachodzącym spojrzeniu monmartre
  21. żony kurwy i kochanki wszystkie kochały jednakowo imitacją uczuć w szalonym popędzie wyuzdanej sodomy grą wstępną pomiędzy świętością a kurestwwem kromką chleba i życiodajnym penisem gdzieś na zakręcie drogi z fotokopią niepokalanej
  22. kuriozum sentymentalne zostań kryształem oczu ślepotą nierozwikłaną zagadką dążeniem ujściem swej rzeki która wilgocią nocy tajemnic moim spełnieniem dnia co świtami różanopalcej zapach tu kwiatem obłędem smaku łąk szmaragdowych fal oceanu głosem skowronka wśród nieba znaków a także wiatru ust mych muskaniem jak serenady skrzypiec melodią tyś mym urokiem miłości ci godną i serca mego stałym wybraniem
  23. tak każdym dniem po trochę z uśmiechem podtrzymanym werniksem by nie wypaść z ram nie potrafiła sobie poradzić na zielonym stokrotki z reguły nie pachną ale ona jakaś inna była mówiła coś o zaginionym świecie trudno było skojarzyć z ciążą którą jak zwykle poroniła rozdrabniając na drobne gdzieś poza kadrami ukrytej kamery z powracającym fragmentem jak sobie pościelisz…
  24. upływem dni o tym co było a czego nie zdążyliśmy odkurzyć nawet znajomy pająk przestał odwiedzać sieć często do niej wracam jakbym szukał miejsca kreśląc niezgrabnie zapamiętane po kątach lub widokiem przez okno to w przód to w tył niezdecydowaniem czy znów dotknąć twojej rozwieszonej bielizny
×
×
  • Dodaj nową pozycję...