i ciepłe, gorące wręcz były moje palce, kiedy opuszczałem to błotniste
lepkie łono. i nowo narodzony, zapragnąłem aureoli bezmyślnie; żyjąc.
i noce stały się dniami, a dni stawały nocami. i tak przewrócony
z brzucha na plecy, by odkaszlnąć dmuchawce pierwszych krzyków,
wystawiałem też, wolne od zębów dziąsła do pielęgnacji czy
jakiejkolwiek troski mojej matki ziemi. i matka moja
była tak naprawdę akuszerką porodu i chrzestną, druhną wniebowstąpienia
i kagańcem na mym pysku i szczerbatym zamkiem przed pokarmem, zwiędłym
i bezczelnym sutkiem, eunuchem nieprzydatnym w głodowaniu.
i niepotrzebny i zbędny, tak blady, krwisty i żyjący, nadal wspomnieć mogę
dekapitację od której wzdłuż doliny i we mgle i po prostym szlaku
już co roku, będą toczyć się nieszczęsne głowy.