Na skraju leśnej, mrocznej gęstwiny,
Przycupnął chłopczyk, drobny, maluczki…
I półprzytomnie jął patrzeć w rośliny,
Jął tulić misia w swe drobne paluszki…
Wtem wiatr zahuczał, zakręcił olchami,
I zadrżała bródka, i zwilżyły się oczy…
I znikąd światełko… i jakaś piękna pani
Z uśmiechem na twarzy powolutku kroczy.
Ustąpił strach srogi i zamilkło łkanie.
Wytarł rękawkiem swą mokrą twarzyczkę,
I począł wsłuchiwać się w lekkie stąpanie,
Tej ślicznej i jasnej… z rumianym policzkiem.
Ujęła go w dłonie, szepnęła dwa słowa,
Zadrżała bródka, wtulił się w jej ramię,
Zapadła cisza - przestała huczeć sowa,
Gdyby umiał mówić zapytałby o mamę.
Gdyby ujrzał mamę, zawyłby z rozpaczy,
Chyba będzie lepiej, jeśli umrze dzisiaj…
Może sam zrozumie, co to wszystko znaczy,
Pewnie wie… nie wróci - zabrał z sobą misia…
Nie będę więcej świadczył, okrutna Omego,
Twemu barbarzyństwu, Twojej sromotności…
Nawet nie wiesz Bestio, ile czynisz złego,
Jako zaprzeczenie ludzkiej ulotności…
Pewnie nie pamiętasz ile mi zabrałaś…
Roszczę sobie zatem, prawo wobec Ciebie,
Że gdy wpadniesz do mnie, (a często bywałaś),
Odmówisz Zdrowaśkę i spojrzysz za Siebie.