Droga do wolności
Szum i chaos, tkwi w głowie mej, plątanina myśli i uczuć mocniejszych niż potencjał oceanu.
Stoję na rozdrożu dróg, musze dokonać wyboru.
Nagle słyszę głos, dosyć niewyraźny.
Wymawia moje imię. Słychać echo jakby pomruk z oddali.
To dziewczyna.
Woła mnie lecz ja nie potrafię wykrzesać z siebie słowa.
To straszne jestem niemową czy też odebrali mi głos ?!
Pisk i przeraźliwy krzyk i ja sam jak diabeł wcielony.
Zza mgły wychodzi Ona, jest śliczna niczym ciepłe wspomnienie z dzieciństwa.
Niestety nieosiągalna. Nie w tej materii.
Nie słyszy mnie i mego wołania z miejsca które oddziela prawdę od kłamstwa.
Widzę ją z tym drugim i odchodzi z nim...
Jej śliczne zielone oczy, które w jej odejściu spoglądają słodko na mnie.
Znikła gdzieś w oddali i już nigdy jej nie ujrzę.
To koniec teraz nastał lament i wielki smutek.
Odeszła moja miłość tylko na niej mi tak zależało, najmocniej na świecie!
Czy miłość jakoby najważniejsza na tym świecie?
Me serce śpiewa smutne psalmy których ja sam wykrzesać z siebie nie mogę.
Tworzą się same i wyrwać od nich się nie da.
Już nie czas na ripostę nic się nie da zrobić.
Chciałem być jej opiekunem, punktem odniesienia, miejscem schronienia,
jedynym powiernikiem serca.
Chciałem mieć ją na własność.
Tak poprostu jednocześnie oddać samego siebie, tylko dla niej.
Tylko dla niej, gotów byłbym poświęcić swe życie.
O mądrości życia, głupiaś Ty!
Kochać znaczy tyle co pozwolić odejść.
Ona nie jest mym niewolnikiem a ja skazany jestem na wieczne cierpienie.
Po niej pozostał tylko okruch wspomnień wywołujący traumę w moim życiu.
Wiecznie otwarta rana, na wskutek energii na powierzchnię serca.
Nie było osoby której darzyłbym tak wielkim uczuciem i tęsknotą.
Już nikogo nie mogę pokochać.
Już nie będzie drugiej takiej miłości, tak mocnej tak szlachetnej i potężnej.
Bez niej nie jestem w stanie żyć.
Była dla mnie wszystkim co miałem, czym się radowałem jak i tym czym się smuciłem.
Jak pokarm, jak woda, jak tlen.
Nie będę już nigdy szczęśliwy.
Powoli umieram w swoim małym, jakże samotnym świecie
Umieram rozrywany od środka.
Wolałbym odejść z tego świata rezygnując z jego dobrodziejstw niżli żyć w przekonaniu że nie spotkam swojej królowej.
To już koniec.
W mym śnie ujrzałem siebie.
Bardzo dokładnie i wyraźnie.
Moje ciało schodzi na dno, powoli tonę.
Nie pragnę nawet drgnąć, by móc się ratować.
Chcę odejść.
Podczas gdy zbliżam się ku końcowi
znikam w mroku oceanu...
Na dnie oceanu tak wielkiego jak ma miłość do niej.
Skromna sztuka taniego teatru w moim wykonaniu, wyreżyserowana, nie znana przez nikogo!
Kunszt nędza żal.
Czy tak umierają artyści?
Czy muszą przeżywać to upokorzenie, tą burzę nastrojów, którą później opisują w swych nic nie wartych opowiadaniach ?!
Głupia mądrości!
Umysł usłany wspomniniami odpływa w krainę zapomnienia.
To co straciliśmy już nigdy nie wróci, utracone szczęśćie stać będzie obok, lecz ty wiesz że sięgnąć po nie nie możesz.
W mej głowie tkwią straszne myśli, wszystko kotłuje się i miesza chyba spalę się w milczeniu odpowiedzi.
Nie ma tu logicznej całości.
Dookoła ludzie spoglądają na mnie.
Wołam do nich, lecz oni są głusi na me wołanie.
Nie widzą mnie, stoję jakby obok.
Spoglądam na nich: jedni płaczą drudzy zamyśleni spoglądają w niebo.
I tam właśnie spodziewać się mnie nie będą.
Na skrzydłach wiatru, przez stepy liczne biegłem.
Świat
Teraz zostanę i popatrzę na niego z góry.
dla M.C.W W R
wszelkie prawa zastrzeżone. Kontakt:
[email protected]
Proszę o komentarze