Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

a66

Użytkownicy
  • Postów

    55
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez a66

  1. Jestem poezją! Jestem poezją !J E S T E M P O E Z J Ą! To znaczy, że jestem kłamstwem , delikatnym zwichrowaniem rzeczywistości, załamaniem światła w tafli wody, horyzontem końcem drogi. Gdyby przyjąć wariant, że istniej Bóg i każde z ludzkich istnień w tym i moje jest poezją wytrawioną przez Jego pióro , To oznaczałoby, że nasze wiersze są nieprawdziwe że sam Bóg jest kłamcą , jest POETĄ. Bo ja jestem poetką w Jego wierszu. Kłamcą jak zombi poruszającym się wśród innych poetów piszących swoje wiersze brnących bez sensu do następnego i następnego horyzontu, hahahahaHHHHHHAAA. Mogę się tylko śmiać i oczekiwać od Boga dalszych zawirowań, które będą migotać jakby były moje a tym czasem okażą się poezją... Jestem poezją! Jestem poezją !J E S T E M P O E Z J Ą! To znaczy, że jestem kłamstwem, zastanym , szarym, delikatnym zwichrowaniem rzeczywistości, załamaniem światła w szklance wody, zachodem słońca. Gdyby przyjąć wariant, że istnieje Bóg i każde z ludzkich istnień w tym i Twoje jest kłamstwem wytrawionym przez Jego pióro, to oznaczałoby ,że Bóg jest nie tylko poetą ale i poezją , że nie jest kłamcą, nie jest POETĄ. Ja jestem kłamcą w Jego wierszu, w Swoim wierszu nie jestem. Moje pióro spisuje rzeczywistość z załamania promieni na tafli wody, z drzewa na horyzoncie, z zachodu słońca mojego świata. Ciągłe szare zawirowania jakby były moje a Bóg wie że moje są te mieniące. Pozostaje mi tylko płakać nad wersami zapisanymi gdzieś ponad moją strofą do samej siebie , do samej Ciebie, do nikąd . Pozostaje mi wycisnąć poezje z wnętrza poety, z wnętrza kłamcy. Biała kartka , czarny tusz, szara Ty...
  2. dziekuje , pociągnę je dalej pozmieniam tu i ówdzie:) pozdr:P
  3. -Kupiłam sobie nowe buty- powiedziałam sama do siebie - tylko nie mam pojęcia dlaczego znowu sportowe, pewnie dlatego , że nosze rozmiar 41.Cholera mnie już bierze na producentów , przecież takie kobiety jak ja tez chcą nosić ładne, wygodne, eleganckie buty. Kobieta o moim wzroście nie może mieć nóżki 35, to niedorzeczne. Jechałam do domu autobusem, bo auto zostawiłam u mechanika. Co za niewygoda .Jak ci ludzie mogą tak jeździć codziennie? -Halo?! Tak to ja, cześć co słychać ? Naprawdę? Kiedy ?No i kiedy to ma przyjść ?We czwartek? To znaczy, że pojutrze? Zobaczymy..... Kto tak głośno rozmawia przez telefon ,nie licząc się z innymi, którzy na przykład chcą sobie w spokoju porozmyślać? Obejrzałam się żeby zobaczyć, kogoś kto nie potrafi powstrzymać się przed głośnym komentarzem. -Ile ? Sto tysięcy ? Ale dlaczego tak mało?- rozmowa trwała dalej. Co za kretyn uważa , że sto tysięcy to mało?- rozglądałam w poszukiwaniu idioty. -Ha, ha, ha, Dobra będę czekać w domu!!! Żona? Nie , nie wie o niczym... O Boże! Przecież to Stefan... -Nie przejmuj się nie dowie się , przysięgam ci ... Co? A o czym ma się nie dowiedzieć Ala? Ciekawe? -Ona jest mało domyślna, oprócz zgrabnej figury nie ma więcej atutów Biedna Ala , co za świnia z tego Stefana . Czyżby robił interesy za jej plecami? -Chcesz ? No dobra , ale gdzie? Za 30 minut nie zdążę. Co czym jadę? Autobusem , auto w naprawie. Dobra to w Mariocie... Ciekawe z kim on się chce spotkać? Stefan wyglądał na zadowolonego z siebie. Patrzył przez okno. Na dworze panował półmrok kropił deszcz. Poczułam się zmęczona. „Ciekawe czym właściwie się tak zmęczyłam?” pomyślałam oglądając się za siebie w kierunku Stefana. ”Co!? ”krzyknęłam na cały autobus. Stefana nie było. -Dobrze się pani czuje? –spytał uprzejmie jakiś staruszek -Tak, tak...- Wstałam z miejsca i zaczęłam się rozglądać po autobusie. Nigdzie go nie było.” Zaraz , zaraz... był tylko ten przystanek-powiedziałam sama do siebie. Przeniosłam wzrok nieco wyżej ponad głowy pasażerów. Był, kroczył dumnie po chodniku. W autobusie tłok .Chciałam dojść do wyjścia. Zaczepiłam o coś nogą . -Halo! Co pani sobie wyobraża?- usłyszałam za plecami. - Ja musze wyjść! Proszę otworzyć drzwi!- nie zdążyłam wysiąść, autobus ruszył. - Śnięta krowa! Omal nie padłam trupem , kiedy się obróciłam. Za moimi plecami zobaczyłam moją profesorkę z liceum. siedemdziesięcioletnia teraz kobieta szarpała mnie za rękaw płaszcza i sypała epitetami, których słyszeć z jej ust niespełna piętnaście lat temu nie byłoby możliwe. - Co pani sobie wyobraża! Niech no pani teraz pozbiera, wszystkie ziemniaki mi wysypała ,idiotka , młodym się ciągle wydaje że ... - Mnie się nic nie wydaje proszę pani !-schyliłam się żeby pozbierać te cholerne ziemniaki. - Kochaneczko ! Tylko wszystkie ! Dokładnie!- wrzeszczała nad moim uchem. Dojeżdżałam do przystanku a w tym tłoku znalazłam zaledwie z tuzin. -Ja bardzo panią przepraszam , ale przystanek autobus już stawał. -Ludzie nie pozwólcie jej wysiąść! -Stop nie otwierać drzwi ! Złodziejka!- usłyszałam obok siebie . -Policja!!!- darł się jakiś gruby facet przede mną. Kierowca się zatrzymał -Jaka policja? Czy pan zwariował?- krzyknęłam -To pani zwariowała! Wariatka!!!- obsmarowała mnie jakaś kobieta z dzieckiem. - Zobacz Mareczku tak teraz wyglądają złodzieje- powiedziała do dziecka. Czułam, że to mnie przerasta. Rozśmieszyło mnie to , bo przypomniał mi się serial „Alternatywy 4”. Spojrzałam na zegarek . Muszę wyjść z tego przeklętego autobusu. Stefan już na pewno jest na spotkaniu. - Ile pani zapłaciła za te ziemniaki?- spytałam prosto z mostu - Dwa złote, za trzy kilo! – krzyknęła na cały autobus- A teraz mam tylko z pół kilo! Zajrzałam do portfela . Miałam sto dwadzieścia złotych w papierku i nic w bilonie. Ma pani tutaj – wyciągnęłam dwadzieścia i włożyłam jej do ręki- za to kupi pani co najmniej dwadzieścia kilo ziemniaków i jeszcze pani zostanie reszta .A teraz musze już iść! Do widzenia! -Zobaczcie jaka cwaniara!!! Policja!!!- krzyknął grubas. Nie wytrzymałam. W tłoku przecisnęłam się do tego wstrętnego chłopa. Autobus się zatrzymał. Drzwi się otworzyły. Wysiadło kilka osób , poczym zaczęto wsiadać. - Ty capie co się wtrącasz ?- szepnęłam mu do ucha. - Bo co?- zaczął się śmiać. - Bo to!- krzyknęłam i stanęłam mu na stopie z całej siły szpilką. Wypadłam z autobusu w ostatniej chwili. O mało co nie przyczaśnięto mi płaszcza. Która godzina? Co już dwudziesta pierwsza ? Musze szybko dostać się do Mariotu. Szłam szybko.Rozpadało się na dobre. Chociaż tyle dobrze, że założyłam szpilki, moje ulubione. Po prostu wygodne do biegania , spoglądałam teraz na nie. Nawet nie zauważyłam ,że aż tak się zniszczyły. „Jaka szkoda , gdzie ja teraz dostanę równie ładne i wygodne buty”?. - Och! Kurcze!- krzyknęłam – Moje buty! Naturalnie przez to całe zamieszanie w autobusie zostawiłam moje nowe buty.” No to ktoś będzie miał z nich pożytek „ Nareszcie dotarłam do celu. Spojrzałam na zegarek. Dwudziesta pierwsza czterdzieści dwie. Trochę późno.” Ciekawe czy Stefan będzie w środku? Drzwi otworzył mi oddzwierny. Dziwnie mi się przyglądał. Weszłam do holu ,rozejrzałam się. Było dosyć dużo ludzi. Udałam się do kawiarni, przypuszczałam że może Stefan umówił się tam na drinka . Usiadłam przy barze. - Poproszę Rioja - Dużą? - Tak Barman przyglądał mi się przez chwile . Podał mi kieliszek z winem. Hm, moje ulubione. -Przepraszam panią, ale myślę ,że powinna pani skorzystać z toalety. -Słucham?! -Nie chciałbym być niegrzeczny , ale proszę spojrzeć w lustro- ręką wskazał mi zwierciadło znajdujące się za jego plecami. W pierwszej chwili nie wiedziałam co ma na myśli. Patrzyłam tępo we własne odbicie. Dopiero po paru chwilach uświadomiłam sobie jak wyglądam.
  4. po zmiażdżeniu butem marki rywalizacja rozsmarowana leżała w hollu dziękując przypadkowi nie przyklejenia się do podeszwy. ciorałaby nią teraz w rynsztoku konkurencji . samcze myślenie odcięło tlen sercu lojalnie pozbawiając skrzydeł świadomości . tradycyjnie narzucając tory poddanego. dom nie pomieści dwóch poetów. na kolację samica podała uduszoną pompę konwencjonalnie zapisując przepis
×
×
  • Dodaj nową pozycję...