Uporczywa mucha wywraca mój sen.
Zmrużone oko negocjuje z porankiem.
Drobny zgiełk za oknem wystarcza,
by zagłuszyć sens.
Ruch ludzi udaje celowość.
Wtorek czy czwartek?
Bez znaczenia,
gdy dni marszczą się jednakowo.
Woń słońca przez szybę.
Jazgot straganów.
Wszystko wpisuje się we wspomnienie,
którego nigdy nie spisałem.
Mama niesie pomidory i ogórki.
Ostentacyjnie.
„Jadźka dała jajka.
Ach, te kurki wiejskie.”
I tam nadal jestem wolny.
Bo tylko tam
nie wstawiono jeszcze dorosłości
z wrzeszczącą kasą fiskalną.
Tak.
Nadal singlem obowiązków,
jak ten lipcowy poranek.
Pościel mnie nie wypuszcza —
jedyny system,
który nie żąda hasła.
Kocham lato.