Mimo ciężaru dni
i lekcji, które paliły jak sól na skórze,
życie pozostaje zachwytem —
długim seansem pod otwartym
niebem.
Gdy nadejdzie chwila ostatnia
— będzie trudno.
Uciszę w sobie opór,
rozpuszczę dłonie w ciszy
i odejdę bez hałasu.
Teraz jednak oddycham pełnią.
Patrzę uważnie.
Zabliźniam rany powoli, cierpliwie.
By znów dotknąć tego,
co przyjdzie mi dźwigać jak sztandar
albo co rozświetli mnie tak nagle,
że ze szczęścia zapłaczę.