śnieg pada w środku czerwca
biel zasypuje okna
w pokoju bez twojego cienia
cisza ma kształt twoich dłoni
nie dotykają
oddech zamarza na szybie
piszę palcem imię
które nie zna mojego
zegar gubi sekundy
jak ja gubię nadzieję
światło gaśnie powoli
w lampie którą zapalałam dla ciebie
na dnie filiżanki
została tylko gorycz
i ślad po twoich ustach
których nigdy nie było
zostawiam serce na parapecie
niech je zabiorą gołębie
albo wiatr
Dzień dobry,
chciałabym zaprosić Was do lektury mojego tomiku: https://ridero.eu/pl/books/cisza_na_trzy_zmiany/ :)
Pozdrawiam serdecznie,
Maria Kosaciec
lampy nie gasną nawet w nocy
sen przychodzi na receptę
a ja czekam aż przestanę się bać
pytają o imię
odpowiadam szeptem
bo głos zgubiłam w korytarzu
za drzwiami kroki pielęgniarki
odmierzają ciszę
która dzwoni w uszach
chciałabym dotknąć deszczu
ale szyba jest grubsza niż obietnice
i nie otwiera się od środka
piszę list do siebie
na serwetce przy śniadaniu
nie mam odwagi go przeczytać
mówią że wyzdrowieję
a ja nie wiem już co to znaczy
być cała
w mojej szafie wisi płaszcz
jeszcze pachnie dymem z dworca
i grudniem
i tobą
na dnie szuflady leży klucz
do mieszkania którego już nie ma
otwieram nim ciszę
i wchodzę
wciąż słyszę jak obcasami
stukam po bruku na freta
wtórują mi krople
z rynny
nie umiem oddać do lombardu
świtów nad wisłą
zostały w kieszeniach
jak piasek
noszę w zegarku godzinę
kiedy pierwszy raz zgubiłam się
na placu trzech krzyży
i ktoś podał mi rękę
warszawa trzyma mnie za rękę
nawet gdy śpię
prowadzi przez sen
ulicą marszałkowską
pokazuje witryny
w których został mój cień
i mówi
nie ma cię
beze mnie
Nieboskłon zbrukany ostatnią krwią
Zbolały krzyk wiatru
Zastygłe w rozpaczliwym geście ratunku ręce drzew
Toną
Ostatni błysk
Nadziei zachodzącego słońca
Ucieka za horyzont
Szlocha w podarty rękaw
Strwożony świat spętany chłodem niepewności
Milkną światła
Wstrzymany oddech
Niewysłuchana serenada zranionego kota
Przyczajona w odległym kącie
Zapomnienia
Odrzucona dusza
Szkarłatny potok łez
W areszcie bezwzględności losu
Wciąż tętniące źródło nadziei
Słodki ocean marzeń
Bezcenny skarb ukryty pod wysokim sklepieniem katedry pamięci
Na własność
Tylko dla mnie
Znów kroczę tą samą rajską drogą
Taniec pośród pachnących łąk
Uśmiech lazurowego nieba
Otulona barwnymi skrzydłami motyla
Błogi wir zatracenia
Wszystko tak jasne prawdziwe
Nie chcę
Barwny cień minionych radości
Niepowtarzalnych
Zgrzyt płonących smutków
Klatka po klatce
Było minęło
Powraca
Pożółkłe karty leciwej księgi
Treść żywa trwająca
Rycina na skale przeszłości
Na zawsze
Zatracenie w odurzających sidłach radości
Drżenie stęsknionego serca
Łzy wzruszenia
Żal
Podłość rzeczywistości miażdżąca spragnione serce
Zakrzywiony szpon
Przeszłości
Skrwawione ostrze czasu
Rozpaczliwe stulone dłonie
Próbuję zatrzymać echo zeszłych dni
Wyciekające powoli poprzez drżące palce
Palącym strumieniem
Przemijania
Znów karmię się czymś czego już nie ma
Było minęło
Nie wróci
Na zawsze
Towarzyszę Ci w Twej ostatniej drodze
Słyszę skowyt nieba zranionego krwawym ostrzem błyskawicy
Krystalicznie szkarłatna krew
Niewysłuchana skarga serca
Do nieugiętej bezwzględności losu
Spoglądam w ciemną otchłań
Twego ostatniego domu
Już na zawsze
Wciąż czuję
Ostatni dotyk Twej umierającej dłoni
Rozpaczliwie staram się zatrzymać
Uciekające z niej ciepło życia
Ostatnie uderzenie serca
Hymn dzwonu w opuszczonej katedrze
Przytulam do drżących ust Twe ręce
Jakże strudzone zmęczone
Tak zimne tak nierealne
Dziękuję Ci mamo za wszystko
Za Twe nieprzespane noce
Za poświęcenie
Za życie
Za to że byłaś przy mnie bez względu na wszystko
Dbałaś o mnie bardziej niż o siebie
Dlaczego teraz mnie opuszczasz
Zostawiasz samą w tym bezwzględnym świecie
Żar palących łez serca
Ostatni blask życia w Twoich gasnących oczach
Które już nigdy się nie otworzą
Już nie usłyszę Twego ciepłego głosu
Już nie przytulisz mnie do swej wrażliwej piersi
Odchodzisz
Na drugą stronę chwiejnego życiowego mostu
Gdzie wreszcie odpoczniesz
Tracę swoje największe szczęście
Serce krwawi sprawiedliwą krwią
Wiem jednak że mnie nie opuszczasz
Nie na zawsze
Wciąż czuję Twą obecność
Wciąż doświadczam niewyczerpalnego źródła Twej troski
Dźwigam się ciężko z wiecznego upadku
Pełna wiary ufności
Kiedyś się spotkamy
Już niedługo
Na zawsze
Mamo dlaczego nie chciałaś abym się narodziła
Tato dlaczego nie pozwoliłeś mi żyć
Usłyszeć śpiew ptaków szept wiatru
Ujrzeć piękno złocistego potoku słońca
I twą uśmiechniętą twarz
Mamo dlaczego nie chciałaś aby biło moje serce
Dlaczego je zabiłaś
Ja słyszałam Twoje jego piękną melodię
Sądziłam że miłości
Dlaczego nie pozwoliłaś przynosić ci najpiękniejszych kwiatów świata
Tak jak ty droga Mamo
Na które przecież zasłużyłaś bo dałaś mi życie
Tak je szybko odbierając
Nie pozwoliłaś mi mówić do ciebie kocham cię
Być Twoją radością
Przepraszam Cię Mamo
Wybacz mi Tato
Że chciałam żyć
Że Wam przeszkodziłam
To już się więcej nie powtórzy
Tak jak moje życie
Barwne dywany miłych pól przyszłości
Nowe dni pozłacane radosne
Śnieżnobiały kielich opatrzności
Kapryśny wiatr losu jakby łagodniejszy cieplejszy
Deszcz wspomnień mniej dokuczliwy
Nadzieja w kielichu jabłoni zawarta
Połyskująca w drżącej kropli rosy
Niema pieśń szczęścia podnoszącego się z klęczek istnienia
Nowe życie
Radość powrotu zagubionego podróżnika
Wiary