Czuję, że się rozsypałam. Lepszym określeniem w tym wypadku będzie: rozpłatałam.
Gdzieś między kuchnią a przedpokojem leży moja skóra — przymarza na kafelkach.
Gdzieś w łazience leżą kości — cicho, ale tak bardzo licho.
Tkanki wszelkie zgubione, kopnięte gdzieś pod grzejnikiem.
Układ krwionośny — zwinięty, zawinięty, skulony i przemielony.
Tak leżę, pełna wstydu. Jak mogłam znów pozwolić sobie tak się rozpaść?
Widzę siebie gdzieś z góry — moją skórę, moje kości, mój układ krwionośny — i tak mi żal.
Żal mi samej siebie, bo przecież wiem, że nie zasłużyłam.
Ale głowa moja, odizolowana, siedzi prosto — niby prosto — na krześle.
Krzesło stoi przy drzwiach, pilnuje, rygor utrzymuje.
Żal mi tak, żal mi tak samej siebie.
Za drzwiami da się usłyszeć ciche, niepewne, co chwilę przerywane pukanie.
Moja skóra, moje kości, mój układ krwionośny.
Leżą. Leżą cicho. Czuwają.
Moja skóra.
Moje kości.
Mój układ krwionośny.