W końcu przychodzi dzień, kiedy otwierasz oczy.
Stoisz z boku jak cień, patrzysz, jak los się toczy...
W głowie natrętna myśl – jak smutne to czyjeś życie.
Na zewnątrz niby OK, a dusza płacze skrycie.
Miotasz się, nie wiesz, co począć:
czy pomóc do głosu dojść duszy?
Czy zamknąć oczy, odpocząć,
spróbować znów ból zagłuszyć...
I chciałoby się tym cieniem zostać,
nie czuć, nie cierpieć, nie dusić...
Z tej matni w końcu wydostać
i losu więcej nie kusić...
Ten jeden, ostatni raz
oczy zamykasz znowu.
To jeszcze nie ten czas...