"Podróż wieńca pchniętego"
Zaczęło się niewinnie.
Dwa koła, chęci, łeb sprany w pomyjach.
Poranek wśród pola sytego w popielatą marchew poprzeczną.
Zamglony horyzont w kolorze tulejki stalowej popychał bez poślizgu do podróży pełnej zagadek życia młodego Łyska,
nie podkuty lecąc z górki podmokłej padliny obrał północny kierunek świata marzeń.
W kilometrach angażu, w przerwach uderzeń serca świni krwiożerczej, łykał kolejne bańki tlenu z plastikowych kanistrów,
rozprawiał z alter psychola z ciemnym blaskiem na ostatnim placku włosia tłustego.
Poganiał się batem z żółtawej trawy, przed siebie do bram morza grzechu, fal skręconych jak cienkie jelito, bezwiednie pochłaniał życiorys stwórcy historii niedoszłej.
W kolekcji zamierzył mieć funtów bezkres patyczaków niemrawych z kulą u nogi by leczyć i opiekę sprawować nad mentalnym wypadkiem czołowym, w śród dźwięków blachy zgnitej, gnącej się na wzór flagi zerwanej
Zamykał pory asfaltu wiejskich terenów nie żyznych, zatrutych pierwiastkiem nieznanym o wzorze wierutnie oddanym, wersetom poddanych, ludzików z kasztanów złączonych iglicą dostojną, dziurawą od spojrzeń miliona widm ludzkich,
Załkanych cwaniactwem stajennym, docierał do celów bez sensu piejąc jak kogut bez płota i świtu licząc na finał solidnie związany węzłami z płótna mistyki zmyślonej, krwią ciemną, parzącą zalany,
Poruszał kołyską z truchłem okrytym ogonem szatanów śliniących wargi sromów dziewiczych,
Zamykał etapy zagadek podłych,
Zawiesił swą misje plugawą, sypiąc kwarc zimny w oczy zawiści bijącej z północy kuli prostackiej,
Odpryskiem wytartym z pachwiny przygody minionej, oślepł jak rewers taśmy z zagadką wspomnianą z początku końca podróży jałowej.
Otarł leniwie mlecz z wieńca sączący z powiek zachwianych łajzowstwem swym próżnym, męczącym duszyczki w kole zebrane,
W kole przebitym na dukcie zawiłym, głową żmij bazgranym, z pamięci na opak niechlujnie, jak mańkut bity wiechciem po karku złuszczonym .
Ruszył na wprost wybrzeżem mulistym, anemią podparty u schyłku zamiarów lichych, przez wybój spuchnięty, i wyrwy na sercu dudniącym jak stukot kopyta zdartego na winklach skrótów omylnych , łaknący,jak susza pod niebem swej pustki, świadomy przynęty i haka ostrego z zadziorem rdzawym u kresu swej walki.
wśród tłumu odarty z koloru bladego, obszyty melodią upadłych, nasączał się zmierzchem i bryzą trującą, uśmiercał kawałki swej woli upartej, aż zarył kotwicą w porcie prześmiardłym nadzieją na litość od życia krótkiego, za wodza przymierzył iskre przygasłą, by trwonić ten żywot jadąc od końca tej drogi na wspólnej już warcie.