czas teraźniejszy
czas teraźniejszy jest z blachy falistej
drutu i pary idącej z kanałów
zza ciemnej szyby sklepu
w której miasto przymierza twarze
rano wypełza z kontaktów
zimnego kranu popiołu w popielniczce
nie przychodzi dumnie nie staje
w progu raczej przeciska się
przez uszczelki okien
pęknięcia farby grdykę rur
które całą noc mówiły
przez sen
na stole leży chleb ciężki
jak argument nóż ma
krótki błysk jakby ktoś w metalu
zostawił nerw
za ścianą sąsiad przesuwa
krzesło mebluje ciszę
na nowo
ulica od rana mieli
ludzi w zębach przejścia
dla pieszych trzyma ich
chwilę i wypluwa
po drugiej stronie
autobusy są wielkimi
rybami połykają mokre
kurtki parasole zapach
taniego tytoniu resztki snu
i płyną z brzuchami pełnymi
nieobecnych myśli
czas teraźniejszy ma dłonie
spracowane paznokcie czarne
oczy od monitorów czoło złożone
jak reklamówka po zakupach
siedzi z nami
w poczekalniach windach
mlecznej lampie nad stołem
telefonie który świeci
jak tresowana rana
czas teraźniejszy
nie mówi żyj
mówi patrz
mięsiste światła zwisające
z marketu na kałuże
gdzie niebo wygląda
jak pobity świadek
na gołębia co dziobie
frytki z godnością starego aktora
na kobietę niosącą siatki
jak dwa małe prywatne światy
na chłopca który kopie
puszkę i brzmi przez chwilę
echem całej epoki
wszystko tu jest ostre
ma krawędzie
rysy poświaty i kurz
a jednak czasem coś
się rozsuwa w szybie tramwaju
łyżce kałuży pod neonem
oku psa przywiązanego do słupa
oto staje się widoczne że świat nie składa się
z rzeczy tylko uderzeń oddechów
pęknięć chwil które nie nadążają za nami
czas teraźniejszy
historia bieżącej daty iskra w kablu
krew pod skórą miasta
pył tańczący w smudze
światła jakby to co martwe
miało jeszcze ostatni
odruch piękna
to my kiedy stoimy zupełnie
na chwilę nieruchomo między
nagłym hałasem a długim milczeniem
słysząc jak dzień ostrzy
zęby o nasze kości
Zakończenie, odwrotnie do całej bardzo ciekawej zawartości złożonej warstwowo z układu obrazów, trąci jednak zbytnim patosem. Tu bardziej trzeba się postarać. Nie kończyć tekstu na siłę pod naporem emocji. Poszukać obrazu który spina klamrą całość.
Ten wiersz ma bardzo mocny, gęsty oddech. Jest ciemny, cielesny, apokaliptyczny, a zarazem trzymany krótko, bez rozlewania metafor. Czuć w nim ciśnienie, jakby język był tu nie narzędziem opisu, tylko raną, przez którą coś próbuje się wydostać.
Ma ten tekst w sobie coś z ciepłego kadru rodzinnego, który nagle okazuje się tylko światłem odbitym od nieobecności. Warsztat jeszcze do swoistego wysmuklenia, ale obrazowo daje duży potencjał.
są miejsca które nie leżą na mapie
wymarłe adresy
dzwonki i ludzie z okien
wilgoć karmiąca grzyba trwa
numer który odpadł od drzwi
jak wybity ząb
tam się nie wraca
tam się rzeczywistość osuwa
jakaś klatka
królestwo pokątnej uryny
gazeta z zeszłego wieku
oddech za ścianą ciężki obcy
jakby noc miała astmę
pamięć tam nie działa i wyłącznik
pamięć jak brud pod paznokciem
był stół cerata
kubek z wyszczerbionym brzegiem
światło marne ale wystarczało
żeby zobaczyć kto kłamie
a kto tylko milczy
najgorsze są drzwi
one zostają najdłużej
udają wyjście z sytuacji
grając zapomnianą rolę
przy ulicy nieważnej
czuć zapach duszonej cebuli
szarego mydła mokrego tynku
ludzie niosą siatki
gadają w bramie
są takie miejsca których nie ma
w mięsie pod żebrami
czarne podwórka
na których chowa się noc
i wraca z cudzym milczeniem w ustach
noszą mnie w sobie te adresy
chodzę po zerwanych schodach
przez sen tam wchodzę zapach starego dymu
przez nagły skurcz wspomnienia
lej pamięci wsiąka
w zapadlisko wypukłe