Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Marcel Krajenski

Użytkownicy
  • Postów

    1
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Marcel Krajenski

  1. Melodyjki Rozdział 1:Delirium Mgła. Gdzie się nie obejrzeć, widok przysłaniała biała zasłona oparów, ciągnących się od ziemi ponad wysokość wzroku. W połączeniu z równie zamglonym umysłem Karola dawało to porażający efekt zlewania się ze sobą kształtów i kolorów. Szedł powoli, bynajmniej nie z powodu rozwagi. Błoto mlaskało mu pod butami, przypominając o pominiętych dziś z racji na zimną wódkę, ciepłych posiłkach, i znacznie utrudniało utrzymanie równowagi. Powietrze smakowało wilgocią i zapachem gnijących liści. Każdy oddech był ciężki, a otoczenie wydawało się naprzemiennie zbliżać i oddalać. Wracał tak z PGR-ów już od czterdziestu minut, a był mniej więcej w połowie drogi do domu. Od czasu do czasu, próbując zarejestrować, gdzie się znajduje dostrzegał jakieś pojedyncze domy jednorodzinne. Po lewej zauważył jezioro, a to oznaczało, że jest już blisko promenady. Na samą myśl o wodzie poczuł ukłucie w pęcherzu. Nie pamiętał kiedy ostatnio się załatwiał. Właściwie to w ogóle niewiele pamiętał. W głowie cały czas grało mu tylko „kiedyś cię znajdę..” od tej Reni Jusis, czy jak jej tam było. Kuba puścił to z wieży chyba ze 20 razy. Właśnie, pamiętał też, że pokłócił się z Kubą. Dlatego właśnie nie pozwolili mu spać u siebie i musiał teraz zapierdalać taki kawał. Jebane Szmatki… Pęcherz bolał go coraz bardziej. Bez sensu byłoby się męczyć z doniesieniem tego do domu i robić hałas w łazience. Już miał skręcać w bok i kierować się w stronę najbliższych krzaków, kiedy z jednego z domów usłyszał dźwięk przekręcanego w drzwiach zamka, a zaraz po nim otwierane drzwi i mężczyznę, który się zza nich wyłonił: - Wejna, czy ty się już do reszty stoczyłeś? Wiesz która jest godzina? Chwilę mu zajęło wyciągnięcie z rękawa odpowiedniej riposty: - A Pan... co, zegara nie ma? Facet, ewidentnie poirytowany już przy wyjściu z mieszkania, bardzo szybko dał się wyprowadzić z równowagi: - Jeszcze chcesz mi kurwa pyskować? W Karolu momentalnie wzrosła agresja, tłumiona od czasu wcześniejszej kłótni z Kubą. Zbliżył się do płotu swojego potencjalnego przeciwnika, jednak jego krok i zziębnięta od nocnego spaceru sylwetka wzbudzały w odpowiedzi raczej politowanie niż chęć konfrontacji. - Stój gdzie stoisz młody, bo ojciec ci na nowe zęby nie będzie wykładał, to na pewno – powiedział mężczyzna, po czym odwrócił się w stronę swojego garażu i zaczął oddalać się w głąb podwórka. Karol nie był jednak z tych, którzy łatwo odpuszczają takie zniewagi: - Gościu, co już spierdalasz? - Ludzie zaczynają pracę o tej porze, nie każdy ma czas na libacje do rana. - Taaa... Libacje kurwa! - Idź sobie z ojcem podyskutuj, o ile go złapiesz przed wyjściem do roboty. Dumny będzie jak cię zobaczy. Emocjonalną pogawędkę przerwał nieznośny jazgot otwieranych drzwi garażowych. Zanim refleks pozwolił Karolowi odpowiedzieć, jego oponent siedział już za kierownicą srebrnej Fabii i odpalał silnik. Zapał do walki zgasł tak szybko jak się pojawił, ustępując miejsca poczuciu porażki i żenady. Oddalił się z miejsca zdarzenia najszybciej jak potrafił. Sromotna klęska poniesiona pod płotem dodała trochę energii, jednak nie na długo, a wstyd jaki zaczął mu towarzyszyć w dalszej wędrówce pochłonął całkowicie jego myśli. Parominutowej zapaści nie przerwała nawet przejeżdżająca Skoda i dalsze moralizatorskie komentarze jej właściciela. Nie odezwał się nawet słowem. Dużo gorsze rzeczy powtarzał sobie teraz w głowie. Po kilku naprawdę czarnych minutach, z otchłani wyrwało go, kolejne ukłucie. Naprawdę musiał się wyszczać. Ze zdumieniem stwierdzając, że jest już na promenadzie i grząską breję zastąpiła świeżo wyłożona na zlecenie burmistrza kostka, jedna z niewielu inwestycji w gminie za jego kadencji, ruszył dziarsko w stronę murów odgradzających dumę Więcborka od terenu kościoła. Natychmiast uderzyła go kolejna fala wstydu. Co pomyślałby teraz jego brat, gdyby go zobaczył? Ile razy słyszał już od niego, że musi skończyć z takim życiem? Pustym wzrokiem spojrzał na stojącą przed nim świątynię, która, im dłużej patrzył, zdawała się jeszcze bardziej rosnąć. Może powinien pójść? Nie... przecież nie mógłby w takim stanie, to by była obraza dla Boga. Poza tym była szansa natknąć się tam na Kamila, kto wie, czy nie ma dzisiaj jakiegoś porannego nabożeństwa. W każdym razie nie mógł się tutaj odlać. Rosnący problem ze znalezieniem miejsca na wychodek, z pozoru łatwy do rozwiązania, urósł zatem nie wiadomo kiedy do rangi poważnego dylematu. Odwrócił głowę. Jezioro… Posejdon nie powinien się obrazić. Tu już go nikt nie powstrzyma. Chwiejnym krokiem przeszedł przez ścieżkę dla pieszych i rowerów i znalazł się na trawniku. Trudniejsza część trasy była dopiero przed nim. Odcinek od ścieżki do wody biegł lekko z górki. Karol, popędzany przez własny organizm, będący na skraju wytrzymałości, nie miał jednak czasu na zastanawianie się nad ukształtowaniem terenu. Dwa pierwsze kroki poszły bardzo gładko, przy trzecim stopa złapała na mokrej trawie lekki poślizg. Następne postawiły się same. Nabierając rozpędu, zaczął niemalże biegiem zbliżać się do krawędzi. Przed nieuchronnym upadkiem zdążył jedynie złapać w płuca nieduży łyk powietrza, a następnie runął jak kłoda w taflę zbiornika. Dźwięczny plusk z echem niosącym się po jeziorze usłyszał jeszcze nad powierzchnią. Tępy dźwięk uderzenia w grunt był już zniekształcony przez ciecz zalewającą uszy. Rozterki i refleksje nad życiem rozpłynęły się w lodowatej, mętnej wodzie w mgnieniu oka. Paniczne ruchy nogami i rękami przywodziły na myśl świeżo złowionego leszcza wierzgającego się na pokładzie łódki jednego z miejscowych wędkarzy. Zaczerpnięty przed upadkiem oddech nie pomógł w obliczu następnych, wziętych już pod wodą wraz z ziarnami piachu. Lewą ręką spróbował się podeprzeć, ale pod dłonią poczuł dziwny opór, dłoń ześlizgnęła się po jakimś miękkim materiale. Parę sekund walki zaowocowało udaną próbą przetoczenia się na plecy. Wystrzelił głową w powietrze z rozpaczliwą nadzieją na znalezienie tam tlenu i natychmiastowo zaczął się krztusić. Po chwili na uspokojenie i paru głębszych haustach opierając się na rękach usiadł w wodzie. W zębach zgrzytały mu resztki piasku. Mokrą ręką przejechał po krótko przystrzyżonych włosach z których rozbryznęły się na wszystkie strony kropelki. Następnie opłukał ręce w wodzie, przyłożył je do twarzy i od razu poczuł ból. Syknął z wściekłością. Na nosie zaczęła pulsować dwu centymetrowa szrama. Musiał w wodzie wpaść na potłuczoną butelkę, czy puszkę po piwie. Tego mu dzisiaj do szczęścia brakowało. Delikatnie przyłożył palec do rany. Było trochę krwi, ale nie na tyle, żeby trzeba było się przejmować. Szczerze mówiąc miał to kompletnie w dupie. Był zbyt otępiały, żeby zareagować jakkolwiek. Parę minut zajęło podjęcie decyzji o wyjściu z wody. Droga do domu wciąż była jednak dość daleka zważając na jego stężenie alkoholu we krwi, zwłaszcza że tej ubywało mu przez rozcięcie. Uznał, że najlepszą taktyką w obecnym położeniu będzie doczłapanie się do brzegu na czworaka. Obrócił się więc przez lewy bok i oparł rękę na podłożu. W tym momencie serce mu zamarło. Cała wódka spożyta w ciągu ostatnich kilkunastu godzin zdała się wyparować z niego w ciągu milisekundy. Bezpośrednio przed nim, na powierzchni dryfowało ciało. Rękawy ciemnego swetra płynnie prowadziły do zsiniałych dłoni, a prawie wyłysiała głowa spoczywała bezwładnie, zanurzona do połowy. Najdalej wysunięte w stronę jeziora skórzane angielki zaczynały zsuwać się ze szczupłych nóg. Nie wiedzieć czemu, dopiero teraz dotarł do niego odór zgnilizny. Prawa ręka była podniesiona na wysokość głowy, zupełnie jakby mężczyzna chciał jeszcze coś od siebie dodać. Panika związana z upadkiem była niczym przy paraliżu jakiego właśnie doświadczył. Nie miał pojęcia jak długo wpatrywał się w znajdującego się przed nim człowieka, a mimo to nawet nie próbował sprawdzać ani zgadywać kim jest. Trzeba było coś ze sobą zrobić. Dezorientacja w czasie i przestrzeni przekroczyła chyba wszystkie możliwe granice. Podniósł się gwałtownie, odchylił tułów w stronę brzegu i upadł ponownie na plecy. Właściwie nie kontrolował już swoich ruchów. Po wyjściu na brzeg zdążył jedynie jeszcze raz zawiesić na moment wzrok na szarych kościelnych murach. Potem obraz zamazał się całkowicie. Zaczął biec. Byle dalej od wszystkiego. Rozdział 2: Cisza w trakcie burzy Bladobłękitne ściany pokoju niechętnie witały się z nowo rozpoczętym porankiem. Nie za bardzo było się zresztą z czym witać. Niepewne i mocno przetrzebione przez mleczną zawiesinę zza okna promienie słoneczne, z trudem przebijały się przez kolejne warstwy tiulu w odcieniach pudrowego różu. Na co dzień nietrudne do sforsowania, w obliczu tak marnego przeciwnika wyglądały jak gigantyczne mury obronne, strzegące nocy w tych dwunastu metrach kwadratowych od stuleci. Bardzo niespokojnej, warto dodać, nocy. Kasia nieustannie budziła się i zasypiała z powrotem, gubiąc po jakimś czasie granicę pomiędzy tymi stanami. Doświadczyła co najmniej kilku snów, z których żadnego nie udało jej się dokończyć ani zapamiętać z nich więcej, niż pojedyncze skrawki, przeplatające się ze sobą. Wiedziała, że w jednym z nich ktoś bardzo mocno trzymał ją za rękę. Nie umiała niestety dostrzec kto, a już tym bardziej zrozumieć z jakiego powodu. Teraz leżała w bezruchu na plecach w lekkim napięciu, jakby czekała na coś co nieuchronnie miało nadejść, ale za cholerę nie mogła sobie przypomnieć co to takiego miało być. Wydawało jej się, że leży w próżni. Ciche tyknięcia sygnalizujące sekundy w malutkim, sześciennym budziku mechanicznym były jedynym wypełnieniem tej pustki, co nadawało każdemu z nich jakiegoś dziwnie monumentalnego znaczenia. Wsłuchując się w nie, z odmętów pamięci wyłowiła odpowiedź na nurtujące ją pytanie. Czekała na impuls do wyrwania się z tego stanu. W tym samym momencie pomieszczenie przeszył świdrujący, metaliczny dźwięk budzika. Młoteczki uderzały o dzwonki wystrzeliwując prosto w jej bębenki serię godną najlepszych karabinów maszynowych. To był ten impuls. Od razu zapłonęła żywą chęcią, aby odpowiedzieć kwadratowemu pudełku z prawdziwej broni palnej. Niestety nie miała takowej pod ręką. Brak uzbrojenia nie pozostawiał zatem wyboru. Gwałtownie usiadła na łóżku, obróciła się o dziewięćdziesiąt stopni i postawiła stopy na jodełkowym parkiecie. Specjalnie kładła to małe ustrojstwo na parapecie, żeby odebrać sobie szansę na wyłączenie go bez wstawania. Z pewnością nieraz uratowało ją to przed spóźnieniem się do pracy. Pewnym ruchem ręki z powrotem wyciszyła otoczenie. Na tyle, by za drzwiami usłyszeć raptowne tąpnięcia matki, a zaraz po nich zamykające się drzwi od łazienki. Nagłe wyrwanie się ze stanu zawieszenia pomiędzy snem a jawą dało się mocno we znaki. Powieki nie chciały podnieść się wyżej niż do połowy a jasne blond włosy opadały jej luźno na wysokość łopatek, w dowolnych kierunkach. Bez pośpiechu opuściła pokój. Przechodząc przez salon, przymrużyła oczy jeszcze bardziej. Ktoś szybszy od niej zdążył już odsłonić okna, wpuszczając nieco więcej światła, na co nie była gotowa. Przemknęła przez jego wnętrze jak duch i wzdłuż korytarza wyłożonego boazerią, przesnuła się do kuchni, niesiona już zapachem porannej lury pitej przez ojca. Nie rozumiała co takiego widzi w kawie ale tej zawsze towarzyszył dużo bardziej przekonujący papieros. Lucjan siedział na tapicerowanym taborecie przy uchylonym oknie, licząc na to, że jak najwięcej dymu i smrodu nikotyny uleci z pomieszczenia jeszcze zanim zdąży dokończyć swój poranny rytuał. To ograniczyłoby komentarze od jego żony. Przez lekko odsłonięte żaluzje oglądał podwórko, zupełnie jakby cokolwiek miało zmienić tam swoje położenie ostatniej nocy, mimo że nie robiło tego od miesięcy. - Byłeś już w kurniku? – zapytała zmęczonym głosem, wyciągając jednocześnie jedną sztukę z paczki czerwonych Marlboro, leżącej na stole. - A byłem, wszystko gra, trochę pierza pogubiły ale nic poza tym. – odparł iście sprawozdawczym tonem. W rzeczywistości Agatę niezbyt obchodziła hodowla. Był to jednak sprawdzony sposób na rozpoczęcie rozmowy i lekkie ożywienie tego na co dzień posępnego człowieka. - Mam nadzieję, że nie sprzątałeś. Umawialiśmy się, że nie będziesz go wyręczał. -Nie nie, nic tam nie robiłem. Ma dzisiaj na popołudnie do pracy to posprząta. - A wrócił? - Nie wiem, nie zaglądałem do niego. - Gdzie masz zapalniczkę? - Gdzieś tu była… - Lucjan obejrzał się dookoła siebie i sięgnął ręką do kieszeni flanelowej koszuli. - O, masz pod ramieniem, na parapecie – zauważyła. - A faktycznie. Podał jej przedmiot powolnym ruchem ręki. W przeciwieństwie do swojej żony, raczej się w życiu nie spieszył. Wszystko musiało poruszać się u niego w swoim stałym tempie bliskim stagnacji. - Dzięki. Auto też już widzę przygotowane, o której ty dzisiaj wstałeś? – zapytała po czym odpaliła upragnioną fajkę i zaciągnęła się z nieskrywaną przyjemnością. - Z godzinkę temu. Jakoś tak mnie dzisiaj łóżko wyganiało. Myślałem, że to do słońca mnie ciągnie, a tu mgła jak jasna cholera. Ledwo garaż stąd widać. - Znowu… niech już ten grudzień przyjdzie to może trochę śniegu spadnie. - Spadnie, spadnie – pociągnął kolejną porcję dymu - w swoim czasie – dokończył sięgając ręką do szklanej popielniczki i wypuszczając z płuc powietrze wypełnione trucizną. W tej samej chwili oboje usłyszeli otwierając się drzwi łazienkowe, po czym przez próg przeszła lekko poirytowana Jolanta: - Katarzyna! Ile razy można mówić żebyś nie paliła w kuchni! Zaraz będzie w całym domu tym śmierdzieć. - Ojciec też przecież pali. - Ale przy oknie uchylonym chociaż siedzi! - Spokojnie, mamo, od rana jesteś w nerwach. - No ktoś mnie do tych nerwów doprowadza – troska córki złagodziła jednak trochę ton jej wypowiedzi. Podeszła do lodówki i otworzyła ją jednocześnie ze stojącym obok chlebakiem: - Lucek, nie ma szynki, może być z samym serem? - Jak nie ma to nie ma, nic innego nie zrobimy – odparł, po czym docisnął resztę swojej małej porannej przyjemności do dna popielniczki i wstał z taboretu, ustępując miejsca Agacie: - Siadaj, bo cały dom zasmrodzisz. - No popatrz, wielki strażnik świeżego powietrza się znalazł – odpowiedziała z przekorą, uśmiechając się pod nosem. - No, no, bez pyskowania, chociaż trochę szacunku do starego – odgryzł się Lucjan z mieszającą się w jego głosie ojcowską surowością i czułością. - Oczywiście strażniku – odparła wyraźnie rozbawiona swoją niewinną prowokacją. Bardzo lubiła to robić. Lucjan rzadko brał takie docinki do siebie i nigdy się za to poważnie nie denerwował. Po wymianie złośliwości trzeba jednak było dać wybrzmieć rodzinnej hierarchii. Zasiadła więc z ironicznym namaszczeniem na wyznaczonym miejscu, jako spadkobierczyni kuchennego tronu. Jola w tym czasie zdążyła już wyłożyć na stół wszystkie rzeczy konieczne do zrobienia kanapek, a chwilę później śniadanie do pracy leżało już zawinięte w aluminium na wytartej, czerwonej ceracie. Rutyna doprowadziła ją do mistrzostwa w tej dziedzinie. Właściwie można by równie dobrze zasłonić jej oczy, a kromki chleba z serem bydgoskim i pomidorem nie straciłyby ani na jakości ani na czasie przygotowania. Czas był zresztą dla Teresy bardzo istotny, zwłaszcza o tej porze. Codziennie od lat wykonywała po przebudzeniu te same czynności, jednak wciąż nie potrafiła ułożyć ich tak, żeby nie spędzić całego poranka w biegu. Na zegarze było już dziesięć po szóstej, co oznaczało, że do wyjazdu pozostało parę minut: - Zbieramy się, idź po auto – rzuciła w stronę męża w trakcie drogi od jednej szafki do drugiej – gdzie położyłeś kluczyki? Lucjan z dumą sięgnął po nie do kieszeni: - Powóz już czeka. - Świetnie! To ubieraj się, bo miałam jeszcze przed lekcją pogadać z Borkowską o jasełkach. Lucjan żwawo, jak na siebie, ruszył w stronę przedsionka. Na jego twarzy zarysowało się wyraźne przygnębienie. Najwidoczniej uświadomił sobie właśnie, że drobne uciechy dzisiejszego dnia już się dla niego skończyły, a w oczy zajrzało mu widmo kolejnych ośmiu godzin palenia w piecu, sprzątania po niepokornych licealistach i innych rzeczy leżących w zakresie obowiązków szkolnego woźnego. Taka perspektywa nikogo nie napawałaby optymizmem. Gdy wrócił do kuchni w czarnej czapce i wysłużonej wiatrówce wyglądał jak żołnierz, który po krótkim zawieszeniu broni przy kuchennym stole musi pokornie wrócić do okopów codziennej harówki. W ręce trzymał pikowaną kurtkę w kolorze brudnego beżu. Jola z wyrazem wdzięczności odebrała ją i zarzuciła na siebie, a następnie oboje udali się w stronę wyjścia: - Pamiętaj, żeby okno zamknąć jak będziesz wychodzić – krzyknęła do córki już stojąc przy drzwiach w ubranych butach. - Jasne, miłego dnia. - Tobie też, i nie zapomnij drzwi przekluczyć znowu. - Tak, tak, wiem - I sprawdź co u Karola przed wyjściem. Powiedz mu jeszcze raz o tym kurniku – dorzucił ojciec. - Wszystko co chcecie, ale już idźcie z Bogiem. - Z Bogiem kochanie, do zobaczenia po południu. Przez krótką chwilę przez okno dało się jeszcze słyszeć rozmowę, czy też bardziej monolog Teresy, a następnie warkot „czerwonej strzały”, jak Lucjan nazywał swoje Punto. Wprawdzie bliżej niż do strzały było mu do worka ziemniaków, ale samochód dzielnie znosił trasy po lokalnych, dziurawych drogach, w każdej pogodzie. Gdy wszelkie dźwięki towarzyszące odjazdowi rodziców ostatecznie zamilkły, Kasia poczuła ulgę. Nie, żeby nie lubiła ich towarzystwa, jednak w stanie porannego otępienia dużo bardziej wolała samotność. W ostatnich miesiącach nauczyła się doceniać czas spędzany tylko ze sobą. Mogła wówczas w spokoju ułożyć sobie w głowie plan dnia, lub poddać refleksji minione wydarzenia oraz co najważniejsze zadecydować, czy jej aktualny humor jest dobry czy zły. W tym momencie najważniejszą myślą było jednak to, że zapadłaby się pod ziemię, żeby tylko nie iść do roboty. Sterty papierów czekające na nią w urzędzie obok sprośnych komentarzy szefa przyprawiały ją o mdłości. Nie mogła jednak zrezygnować. Wiedziała jak bardzo tata starał się o jej zatrudnienie. Powoływanie się na lata spędzone razem w szkolnej ławce i starą przyjaźń nie było dla niego łatwe, zwłaszcza przy burmistrzu, który teraz wypominał to przy każdej możliwej okazji. Czasami z jego ust brzmiało to jak groźba zwolnienia, pojawiająca się ni stąd ni zowąd w gąszczu na ogół miłych słów, które wypowiadał w jej kierunku. Ciężar spowodowany myśleniem o pracy, przygniótł ją mocniej do taboretu i wcisnął do ręki następną fajkę z paczki. Matki nie było już w domu, więc nie musiała siedzieć przy oknie, ale chłód z zewnątrz w połączeniu z ciut za wysoką temperaturą w środku dawał przyjemny efekt orzeźwienia. Nikotyna, przy każdym zaciągnięciu odwodziła ją na sekundę od zadręczania się myślami o nadchodzących męczarniach. Te nie dawały jednak za wygraną i za każdym razem wracały ze zdwojoną siłą. Tym razem spaliła dużo szybciej. Trzeci byłby przesadą. Musiała znaleźć inne zajęcie. Wstała i zgarnęła ze stołu szklankę w czerwonym koszyczku. Na dnie pływało jeszcze trochę kawy niedopitej przez ojca. Umyła ją najdokładniej jak mogła, wkładając w to niepokojąco dużo wysiłku. To zadanie szybko się jednak skończyło, a martwa cisza dyskretnie z dobrego znajomego zdążyła się już przeobrazić w śmiertelnego wroga. Na całe szczęście przypomniało jej się, że miała sprawdzić co z jej bratem. Konfrontacja z nim nie była może szczytem marzeń, ale zawsze był to jakiś zabijacz czasu. Jego pokój mieścił się na drugim końcu mieszkania. Żeby się do niego dostać musiała znów minąć salon, a potem swoją sypialnię. Skrycie nienawidziła takiego układu pomieszczeń, chociaż nie zmienił się on właściwie od jej urodzenia. Na samą myśl o wypełniającym przestrzeń zapachu alkoholu i śpiącym w ciuchach moczymordzie, Agatę lekko wzdrygnęło. Ku swojemu zdumieniu po wejściu ani nie poczuła tego pierwszego, ani nie zobaczyła drugiego. Była zupełnie sama. Rozejrzała się jeszcze po pomieszczeniu, jak gdyby miał na nią wyskoczyć zza szafy. Na biurku obok niepościelonego łóżka, stał zestaw przedmiotów: brudny talerz, zdjęcie klasowe i wielki puchar za mistrzostwo B-klasy z Gromem Więcbork. Nieświadoma wizytówka właściciela. Panował tu duży zaduch. Pochyliła się nad biurkiem i uchyliła jedno ze skrzydeł. Dobrze będzie tu wywietrzyć zanim przyjdzie. Na pewno szlajał się teraz gdzieś po mieście z tymi patusami. Chyba, że na noc został z nimi na PGR-ach i to jeden ze starych warsztatów przerobionych na melinę wymaga teraz wietrzenia. Zerknęła na budzik stojący na parapecie – taki sam jak ten, który zerwał ją dwa kwadranse temu na równe nogi. Na wspomnienie okropnej nocy znów mignął jej przed oczami sen z człowiekiem trzymającym ją za dłoń. Nie miała jednak czasu na rozmyślanie i patrzenie w sennik. Wskazówki mówiły, że była już pora się zbierać. Kasia w smętnym nastroju wyszła z pokoju. Nie zdążyła za sobą zamknąć nim usłyszała trzask drzwi wejściowych. Zastygła w bezruchu: - Karol? Cisza. Niepewnie wróciła przez kolejne pomieszczenia wołając jeszcze raz po drodze. Im bliżej przedsionka była, tym więcej niepokojących dźwięków słyszała. Chaotycznie zdejmowane buty, uderzenie o szafkę, potem głośny plask, jakby na podłogę rzucono z wysokości niewyżętą szmatę. Pomimo narastającego strachu stawiała kolejne kroki zbliżając się do wiatrołapu: - Możesz się odezwać? W tym momencie zza ściany wyłoniła się i stanęła na wprost niej zgarbiona, trzęsąca się sylwetka. Była skłonna uwierzyć, że duch jej brata właśnie przybył poinformować ją o przyczynie jego zgonu. Stanęła jak wryta. Z kompletnie przemoczonych ciuchów kapało na podłogę. Jego twarz, cała brudna od krwi obrazowała naraz wszystkie i żadną emocję. Oczy miał wręcz dzikie, nienaturalnie duże, nawet jak na siebie, a z ogromnego rozcięcia na nosie wypływała czerwona smuga mieszając się po drodze z deszczówką i kończąc bieg w jego zsiniałych ustach. Kasia była autentycznie przerażona. - Co ty... Odepchnął się od ściany i ruszył w jej stronę. Ledwo zdążyła uskoczyć, żeby nie nadziać się na jego bark. Chwiał się tak, że nie była w stanie przewidzieć żadnego ruchu. Minął ją, jakby była niewidzialna, zostawiając za sobą mokre ślady. Dopiero teraz poczuła charakterystyczny zapach stęchlizny: - Karol, kurwa, zaczekaj. Zaczynała poważnie wątpić, czy brat był świadomy jej obecności. Otrząsnęła się i pomknęła za nim, ale był już zatrzaśnięty w swoim pokoju: - Otwórz, muszę wiedzieć co się stało, wyglądasz jak jakieś monstrum. Zza drzwi słychać było jego ciężki oddech i mlaśnięcia wody ze skarpet. Dała mu czas na odetchnięcie: - Nic… nic. – powiedział w końcu głośno. - Nie pierdol, przecież cię widziałam, biłeś się z kimś? Masz ranę na twarzy. - Nic mi nie jest mówię! – jego głos był niski, ale dało się w nim wyczuć, że sam też jest roztrzęsiony. Oparła czoło o drzwi. Wiedziała, że coś się wydarzyło. Wiedziała również, że on jej teraz tego nie powie: - Kurwa mać… - szepnęła. Nie mogła tak stać. – Karol, muszę iść do pracy wolisz gadać ze mną czy z rodzicami? – powiedziała stanowczo, dając mu do zrozumienia, że to ostatnia szansa. - Idź do pracy – odparł po chwili milczenia – mi nic nie jest. - Sam w to nie wierzysz! – rzuciła z bezsilnością i odeszła od niego. Nie wiedziała co robić. Dzwonienie do kogokolwiek nie wydało jej się dobrym pomysłem. Sprzątanie śladów nie wchodziło w grę. Nerwy targały nią po mieszkaniu. Weszła do siebie i spojrzała na zegarek. Szósta trzydzieści pięć. Musiała wychodzić, ale bała się zostawić go w tym stanie. Za ścianą słyszała jak bełkocze do siebie. Nie zrozumiała co mówił. Po chwili dobiegło ją skrzypnięcie jego łóżka. Wściekłość zaczynała w niej kipieć: - Durniu, posrało cię do reszty kłaść się w takim stanie? Robisz syf w całym domu, nie mam czasu tego sprzątać! Matka cię zabije jak wróci! Idź do łazienki! – podbiegła i walnęła pięścią w drzwi z całej siły. W oczach wezbrały jej się łzy. Musiała się ogarnąć. Powoli wyszła ze swojej sypialni i ruszyła do przedsionka. Ubrała się w mgnieniu oka. Resztki politowania nad bratem wyparowały i rozmyły się we mgle na zewnątrz. Zanim wyszła z domu zdążyła jeszcze tylko zgarnąć ze stołu paczkę papierosów. Rozdział 3: Rezonans W prawdzie słońce nie zamierzało dzisiaj pokazywać się nad Więcborkiem, ale w czwartki niezawodnym zwiastunem nowego dnia pozostawał budzący się do życia chaos oraz towarzyszący mu metaliczny jazgot. Szczęki miasteczka rozwierały się coraz mocniej z nocnego ścisku. Stypa był jednak bardziej zaaferowany szczękiem rury od stelażu, która właśnie minęła o centymetry jego głowę: - Chłopie, zabić mnie chciałeś tym żelazem? – burknął do starszego mężczyzny, zastygłego w pozycji, w której wypuścił metalowy słupek. - Przepraszam najmocniej, wyślizgnęła mi się z ręki. – odpowiedział z nieskrywaną ulgą w głosie. - Uważaj Pan, żeby się tak Panu dzisiaj utarg nie wyślizgnął. – rzucił Stypa z przekąsem. - Ale co ty mi teraz grozisz gówniarzu? – wyraz twarzy mężczyzny zmienił się diametralnie. - Gdzie tam, ostrzegam tylko, przecież ja Panu kraść nie będę. Więcej sam zarobię. – odparł lekko zaskoczony tak nagłą zmianą nastawienia. - No to zobaczymy, zdziwisz się jak tu dzisiaj policja wpadnie. - Teraz jak już Pan powiedział to żadna niespodzianka. – rzucił na odchodne i oddalił się do swojego stoiska. Miejski targ na kwadrans przed otwarciem wypełniony był przelotnymi konwersacjami tego typu. Zanim każdy z handlarzy na cztery godziny założy na twarz szeroki uśmiech dla klienta, miał jeszcze kilkanaście minut rozstawiania stanowisk, żeby wylać z siebie wszystkie żale i frustracje, jakie przyszły mu na myśl. Stypa doskonale odnajdował się w takim mętliku. Takie poranne przetarcie tylko dodawało mu chęci do pracy. Wiedział, że jego pewność siebie tylko dolewa oliwy do ognia w tych i tak już ledwo zipiących kominkach. Nie miewał z tego powodu wyrzutów sumienia, co najwyżej lekką satysfakcję. Zaciągnął mocniej na uszy bordową czapkę i podszedł do reszty swojej ekipy, szykując się na poranną odprawę: - Panowie, ostrożnie dzisiaj z petami, jak wpadną pały to stary Wójcik ich skieruje od razu do nas. - A spalić jednego mogę, czy też nie przejdzie? - zapytał żartobliwie Tobiasz. - Nie bądź taki do przodu, bo ci tyłu zabraknie – odwdzięczył się Stypa. Znał się z całą swoją ekipą od podstawówki, ale gdyby musiał wybrać spośród nich jedną osobę to bez wahania wybrałby właśnie jego. Nikomu innemu nie mógłby powierzyć biznesu na dłużej niż pół dnia. Szybkim ruchem sięgnął do kieszeni wypłowiałej kamizelki i wyciągnął zapalniczkę: - Trzymaj, bo pewnie nie masz. - Jak ty mnie dobrze znasz. – złapał jedną ręką, sięgając jednocześnie drugą po Viceroya z kurtki. Nie zdążył go jednak napocząć. - Tylko dokończ najpierw wykładać dresy. Błażej gdzie są te Persile? Spod stołu obok wynurzył się, jak lubił go nazywać, „Ortalionowy książę”: - Kapucha po nie poszedł do auta z Dominem, ale gdzieś przepadli. - A ty co robisz? – spytał, wychylając się ostrożnie. - Zbieram słodycze, bo wysypałem. - Ja pierdolę, nie pobrudziłeś? - Nie, w folii były wszystkie. - Twoje szczęście. Dobra, ja idę do auta. Może ich zgarnę po drodze. Pewnie i tak wszystkich proszków we dwóch nie dźwigną. – odparł i oddalił się w stronę parkingu. Mijał kolejne stragany i sprzedawców w coraz większym pośpiechu. Pierwsze babcie pojawiały się już w drewnianej bramie, niosąc najświeższe, zasłyszane nowinki, jakby miały nimi płacić za zakupy. W portmonetkach niosły najcenniejsze zdobycze wywalczone dzień wcześniej przy ladach mięsnych i pod kościołem. Romanse, kłótnie, pieniądze niewiadomego pochodzenia. Każde nieopatrznie zasłyszane słowo mogło stać się dla nich przyczynkiem do zabłyśnięcia wśród owoców i warzyw wpadających wesoło do foliowych siatek. Dzisiaj wyglądały na wyjątkowo podekscytowane. Odwrócił od nich głowę z ironicznym uśmiechem. Co prawda to właśnie te plotki czyniły go jedną z najlepiej poinformowanych osób w tym mieście, tyle że on, w przeciwieństwie do większości, potrafił oddzielać te naprawdę przydatne od bzdur, wygadywanych bez zastanowienia. Plac przeznaczony na miejsca parkingowe dla sprzedawców świecił pustkami. W praktyce dużo wygodniejszym rozwiązaniem był wjazd autem na targowisko, więc szereg śnieżnobiałych „trojaczków z Sevel” stawał się integralną częścią stoisk. Ekipa od samego początku swojej przygody handlowej wiedziała jednak, że trzeba się wyróżniać, toteż ich Citroeny miały kolor butelkowej zieleni. Jeden, zawsze ten sam, jechał robić za przymierzalnię oraz magazyn pierwszej potrzeby, podczas gdy jego brat bliźniak zostawał na uboczu, gdzie można było w spokoju odpocząć od zgiełku w trakcie przerwy. Przy tym drugim Domin z Kapuchą kłócili się właśnie na śmierć i życie. Obaj byli wysocy i postawni. Stypa bardzo chętnie obejrzałby ich pojedynek w stójce, ale to niestety nie był na to czas: - Co wy teraz? Zaraz ruszamy, a wy sobie Linię Specjalną urządzacie! Dawać te kartony! – krzyknął, wyrywając chłopaków ze sprzeczki. - Gadałem od rana, żeby proszki poszły na bazar od razu, bo ciężkie. Teraz weź to dźwigaj! – zagrzmiał Kapucha. - Jo tam, Michałek się wkurwia, bo nie może tego podnieść. – zaczął prowokować Domin. - Zaraz ci wyjebię w ten zryty beret! – ryknął Kapucha jeszcze głośniej. - Ogarnij się Michał. A ty już go nie podpuszczaj. Zaraz się tak zacznie do klientów odzywać. – powiedział Stypa, lekko uspokajając sytuację – mamy mało czasu, weźcie jeden karton i przyślijcie tu kogoś do mnie po ten drugi. - Spoko. To na trzy! Raz.. dwa… trzy… - Kapuchę aż przydusiło z wysiłku. – Ty, to nie pójdzie. – wysapał. - Kurwa, nie wierzę. Postawcie to. Weźmiemy w trójkę. - A mówiłem, pakować na pierwszy to nie. – wypomniał znowu stawiając karton na ziemi. - Dobra już się zamknij, bierzemy to. – odparł Domin. Jego wielkie dłonie objęły karton, jakby podniesienie go w pojedynkę miało nie stanowić najmniejszego wysiłku. Kapucha był tylko nieznacznie mniejszych gabarytów. Intelektem odstawał za to znacząco, co jego koledzy często lubili wykorzystywać. Oczywiście zawsze w przyjacielskiej atmosferze. – Ty weź od spodu bardziej Kacper. - Się robi – Stypa dołączył do kumpli. Tym razem bezproblemowo pomaszerowali z towarem w stronę targu. Po drodze hałas zwiastował, że handel rozpoczął się na dobre. Coraz więcej ludzi wchodziło przez bramę, a sprzedawcy zajmowali się już pierwszymi ofiarami. Sytuacja wydawała się być typowa,a mimo to Stypa wyczuł coś wiszącego w powietrzu. Wyrazy twarzy dyskutujących nad wszelkimi dobrami, różniły się bowiem od zazwyczaj widywanego poirytowania i pośpiechu łączonego z ciekawością i lekką ekscytacją. Zainteresowanie było niewątpliwie żywe, ale jego tematem nie były nowe auta sąsiadek. Na targowisku panował niepokój. Wzdychania i wydęte z niedowierzaniem oczy kolejnych detalistów, których mijali tylko utwierdzały go w tym przekonaniu. Zerknął w stronę swojego stoiska. Tobiasz z Błażejem rozmawiali właśnie z panem Andrzejem, stałym punktem otwierającym dzienny utarg. Ich miny również były poważniejsze niż zwykle. Błażej stał wyprostowany z rękami schowanymi w czarno-żółtej bluzie z logo Borussii Dortmund. Przenosił ciężar ciała na zmianę z palców na pięty i z powrotem, słuchając pana Andrzeja ze zmarszczonym czołem. Za nim Tobiasz dopalał pospiesznie cienkiego papierosa. - Ej chłopaki, chyba coś się odjebało grubego, patrzcie jacy wszyscy nastroszeni – zauważył dopiero teraz Kapucha. - Jo tam, paplają jak zwykle, pewnie burmistrz zdradził żonę – zbagatelizował Domin – to byłby chyba ósmy raz w tym roku. - Nie ale serio, obczaj te mordy – kiwnął głową przed siebie. - Debilu, przecież idę plecami do nich! - Coś się stało. – powiedział nagle cicho Stypa, jakby nie odnotowując na nowo wskrzeszonej sprzeczki między kolegami – chodźcie do naszych, pewnie już wiedzą, co jest pięć. – opuścił głowę i przyspieszył kroku. Oczywiście ciąg dalszy nastąpi, jestem jednak ciekaw, czy nie licząc błędów interpunkcyjnych, to w ogóle dobrze się czyta?
×
×
  • Dodaj nową pozycję...