Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Anton_Borowicz

Użytkownicy
  • Postów

    12
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Anton_Borowicz

  1. Mamuty Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, Bryza morska co chwila puka w stare okna, Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. Katia: Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. Klim: Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. Katia: Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. Klim: Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. Katia: Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. Klim: Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? Katia: Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. Klim: Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. Katia: Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, Bo błędy omijają, więc żalu nie znają I często na cud Boży, liczą i czekają, Zatem czego wymagasz, by służyli idei? Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. Klim: Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? Katia: Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? Klim: Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. Katia: Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? Klim: Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny I wstawać musiałem, bo życie choć czekało Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, Cudowna była chwila, gdy zbierali się Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. Wczoraj moim jest zegarem, Starość - mym wspomnienia darem, Oni mury mi stawiają, Mnie w swej ciszy układają. Nie chcę jutra, nie chcę chwili, Byle oni wciąż tu byli! Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: Co było za potem - dziś izbą nam rządzi I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. Katia Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie. Co takiego? Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. Taka woda zdrowia... doda! --------------- Leje wodę prosto w oczy, Zimna struga po nim broczy Zmyła duchy, zmyła plany, Siedzi Klimient pokonany Woda ścieka na gazety, Finał bzdury i tandety! Ona stoi, dzbanek trzyma, Wzrokiem tnie jak ostra zima. ------------------- Klim: Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć Nie da! Katia: Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze, Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały Męża mojego, męża, co Boże zobacz Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! Klim: I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, Katia: Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. Klim: Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, Że ja naprawdę, ale na - -------- Katia wyszła, drzwi zamknęła Klim na fotelu sam zostaje Próżne słowa, próżne żale Koniec baśni, koniec bajki!
  2. W progach mojej tęsknoty Zostawiłem za sobą, ojczyznę mą świętą, Drogą długą, odległą - na zawsze przepiękną. Zostawiłem za sobą, złote kłosy zboża, Wysokie i dumne, pod Boga opieką, Wiatr głaszcze, chichocze, pola zimnem trąca, Błękit zaś chłopu lśni, nad jego znojem i spieką, Moja miła, tak miła, Ojczyzno Ty moja, W piękność i szczęście bogata, kraino złota, Na cóż perły, kamienie, nad Boską dolinę? Gdzie czas jak senny obłok, przez niebo wciąż płynie, Motyl polny wtem szlaki, wskaże te prawdziwe, A przejdź się, zobacz z czego mój stary dom słynie, Pod drzewem gościu spoczniesz, gdy słońce ogrzeje, Twoje duszne troski Wiatr swym tchnieniem rozwieje, Gdy Pan w złotej swej szacie po polach tych przejdzie, To cupnie tu przy tobie, dar dla Ciebie znajdzie. I tęsknie za tym domem, jedynym i miłym, Co szlakiem mnie prowadził - prostym, nie zawiłym, Miłość wielką znalazłem, żonę miałem piękną, Co serce me koiła, dłonią swoją wdzięczną, Zaś jedna dróżka wiodła do złotej świątyni, Gdzie ją przed sam ołtarz wprost, zaprowadzić chciałem, Lecz los inaczej wyrok, nad nami uczynił, Więc sam przed tą światłością na wieki zostałem. O, jak cudnie wspominać tę krainę dawną, Gdy czas swój wtem odliczasz, w dalekiej obczyźnie, Co mi zostało? - Chwalić kraj poezją barwną, A duch mój jak ten motyl - po niebie się śliźnie I on pokieruje mnie, na te dróżki stare, Spocznę pod drzewem, kłosy mnie już tam przykryją, Bym wypił tam do końca swego życia czarę, Gdzie dawne sny o Tobie, w tej ciszy ożyją.
  3. ,,Bo nie jest światło, by pod korcem stało...'' - C.K Norwid Ballada o Zasłużonym I Siedząc tuż przy ognisku, legend wznosi się żar W wielkim przejęciu milczenia, Szukając tych słów uwielbienia, By uczcić tych, którzy przynieśli wolność i dar, Wtem jeden starzec wstaje, wolno wzrokiem wodzi, Wy nie znacie - rzekł - legendy, O tym, jak mężny człowiek przez ciemne losy brodził, To prawda, a nie bajędy! II Był pewien to młodzieniec, ni bogactw, sław żądny O wielkim sercu, wielkiej dumy, Na tę krzywdę ludzką czuły, Zawsze był on daleko, od każdej tej wojny, Bo gdy oni topory gotują na potyczki, Ludzie od brawury krwawią Błędne drogi swe sławią On jeden znał na ślepy gniew skuteczne odwyczki, III Że jego ta Kraina, jego ta rodzima W krew, topory, broń bogata, Plemię wojów, gdzie rządzi Sarmata, Nie ma wsród nich Ateny, co by ich broniła, Jak żyć w takim narodzie? O krwi tej wampirzej? Gdzie brat bratu jest katem, Gdzie zło mieni się światem, A każdy dzień wygnania jest do prawdy bliżej. IV I runął gmach tej dumy, własna krew zburzyła, Bo rządził okrutnik, Sarmata, Zgubiła krwawa krucjata, Aż ta mgła zapomienia ten naród spowiła. Nie zapłaczą już po nich, nie wniosą moditwy, Cała chwała w gruzach legła Gdy Śmierć wreszcie ich dosięgła, Zostały tylko zgliszcza posród wielkiej bitwy. V On - Ateny wybraniec - przeżył te wojenki, Swą Dolinę Krwi zostawił, Głos Bogini go wyprawił, By w siłę przemienić te jego mroczne męki, Mijał państwa dumne, gdzie zdradę w złoto kuto, Gdzie kamień serca otula, Gdzie wicher Śmierci hula, Wtem kłamstwem i mrokiem już dusze im zepsuto. VI Mijał, mijał Krainy, Nawii i Tartaru, Tam gdzie czas w pył się obraca, Skąd nikt żywy nie powraca, Tam pod osłoną nocy braknie Nieba daru, Wtem on stanął i widział - jak gniew wszystkich zaraża, Jak dzuma, co szła z obcych stron, Niosąc ze sobą mroczny zgon, Lecz zdrowe serca twardo trwają u ołtarza. VII Dotarł więc do Krainy, co dotąd spokojna, Gdzie nikt nie znał tam oręża, Gdzie prawo zło wciąż zwycięża, Wnet z oddali już wyła ta Horda potworna. Nadciągali ci Siewcy, tej wielkiej Zarazy, Ich atrybutem bułaty, Pod nimi rącze bachmaty, Kurz ich kopyt okrywa ostatnie Oazy. VIII Wybuchła wielka trwoga, ludzkie serca mrozi, Krzyk rozpaczy po domach grzmiał, W drżących dłoniach miech każdy miał, Bo czuli, że ich życiom - pewny koniec grozi, Wtem modły swe wznosili, klnąc swe srogie losy, Szykowali się do boju, Wsród wielkiego dusz roztroju, A z ziemi wznosiły się, ku Niebu ich głosy. IX Wtedy wyszedł przed hufce, spokojny i blady, Chcąc uciszyć ten Chanów szał, Bo w duszy moc Bogini miał, By zamiast mieczem godzić - udzielać im rady, ,,Stójcie!'' - krzyknął, gdy blask Jej - sumienia ich budzi, Wszak krew ta bratnia wciąż płynie W szaleńczej świata godzinie, Mordu waszego pycha - Niebios ład przetrudzi! X Ugięli kark Chanowie, strachem pokonani, Gdy blask Jej ich już przeraził, Gdy duch ich się przeobraził, Padli twarzą na ziemię, Atenie oddani, Mędrcy, słysząc Bogini, co przezeń wołała, W tym, czym go wieczny los darzy, Wyżej niż trony cesarzy, Zasłużonym go zwali - Śmierć przy nim skonała, XI I nastał czas pokoju, co krew dawną zważył, Gdy radą swoją ich wspierał, Złe myśli z serca wypleniał, By nikt już o pożodze i rzezi nie marzył. Dla Chanów był jak Ojciec, mędrców żywe Prawo. Złączył ich jeden wspólny trud, Ocalić każdy świata lud, I rządzili tą ziemią - wspólną chwały nawą.
  4. @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za uwagę! W przypadku przepisywania tego poematu, faktycznie mogłem popełnić literówki. Jednakże proszę o wyrozumienie - w świecie ''wierszy wolnych'' i ''poetów współczesnych'', proszę rzeczywiście docenić metrum sylabiczne (13zgłoskowiec), które nie jest łatwe do opanowania. Zachęcam również do lektury pozostałych moich prac.
  5. @piąteprzezdziesiąte prosze mi wskazac, na jakiej plaszczyznie jest to napisane niechlujnie?
  6. Cztery Chorągwie Dawniej w odległej krainie, zwanej Dziki Polami. Na walne bitwy, ogromne wojska szły na bój stadami. Kraina zaś ta Polska, cała nasza wspaniała, Bronili jej nasi praojcowie, swoimi ciałami, A, że ziemia od Boga nam pod opiekę oddana, To jej za skarby oddać nie dali, Zaś Czas pamięta chwilę wojenki pewny, Gdy pierwszą litewską Tatarzy napadli, Upływ krwi dziadów naszych był ulewny, Trup za trupem, horda tych ludzi tnie, Zmiłuj Boże, tu leży każdego człowiek krewny, Zaś za step, za mgłą, któż tak klnie? Druga kozacka - harde zbóje i wiarusi, Gradem kul z pistoletów, wroga udolnie męczą, Gdzie człowiek znajdzie takich w całej Rusi? To nic, że tak wroga mordują, przed Bogiem klęczą, Kozaka nie zaczepiaj, bo katem on Pana, Chyba żeś Polak, to równa wtedy gadka, Tną, kłują, zwycięstwo, sprawa jawna, A cóż z nimi, cofa się horda chana! Wtem od skrzydła - lwowskiej atak chorągwi, Ludzie sprytu i lisiej walki, Nieliczną, zaś silną kawalerią, Ostrzałem muszkietów, sprawną kompanią, W pień wycinają liczne stada Tatarów, Już ci uciekają, koń o konia dotyka, A wtedy, za gęstą trawą, Polaków elita, Piękne konie, eleganckie zbroje, lwie skóry, Kopie wielkie, ponad mundury, Ofiara z wroga, z krwi marudera będzie obfita, Szarżą, rozbijają ostatnie bękarty diabła, Porażka Tatarów jest należyta, Leżą, znaczna ich część w tej bitwie padła, Zaś pierwsza chorągiew przez wiarusów uratowana.
  7. Jak powstał sarkofag? Fałsz, fałszem już pogania, nie czeka cierpliwie, Bajki im swe wszeteczne, prawi bez wyrazów, Ci najlepsi polegli, og ognia wystrzałów, O wieczne ich siedlisko, zaś dbają troskliwie, Tamci zaraz pouczają, by pamięć przetrwała, Legenda ta wielbiana, a prawda nieznana, Szczerze chcę wam wierzyć, wszak piękne historie, Zmysł prawdy zwycięży, kłamstwa wasze utopię, Cóż może mi przeszkadzać, piewcą być szczerości? Głosić słowa wskazane, proste bez sztuczności, Hańby wszelkie mówicie, na cześć poległych, Sławy wszelkie mówicie, na cześć przeklętych, Co krew swoją oddali, za ludzi ratunek, Zdania by nie zmienili, za złoto ubogie, Kto to prawdę pamięta, na zawsze wyrzutek, Zaś ten będzie przeklęty, chwali diabłów świadomie, Nikt nie zdoła wprowadzić, wsród śmierci porządku, Bo Gilgamesz próbował, dawniej śmierć oszukać, Lecz nadal tacy próbują, Morosa oburzać, Nawet mściwym tyranom, nie dadzą nagrobku, Gdy zaś raczej dostąpią, honoru mesjaszy, Za trofeum potrafi, czynić wtem despota, Bohaterzy najwięksi, w wieczny sen zapadłszy, Dostali zaś spokoju, zmęczona biedota, Mnie też kiedyś Samael, na wieki zabierze, Kazać będzie z diabłami, biesiady prowadzić, Nawet to nie powstrzyma, me z Michałem przymierze, W imię paktu naszego, przyjdzie mnie ocalić, Bóg zas rzeczy przemyśli, trud mój wtem nagrodzi, Każdy wielki męczennik, nim chwały otrzyma, Katów przetrwać swawoli, aż go ból osłodzi, Co w epokach rozłączni, zaś sprawa złączyła! Wyjdą ze swej świątyni, kapłanów obrońcy, I mękę mi zgotują, żem oczy im odsłonił, Cóż mam temu poradzić? Niech będę płonący, Na stosie kłamstwa wiecznego, Prorok się narodził, Ujrzał zgliszcza ofiary, padł na swe kolana, Odszedł On, ten porządny, śmiercią zaś bezecną Ten obcego wymagał, tej duszy wygnania, Młody zaś to wybaczam, postawę niepewną. Tyle po nas zostanie, prochy i popioły, Jednak mnie nie zamartwia, męka ta piekielna, Bo dla sprawy wygrania, cierpienia pomogły, O ile któz na prawdę, pojmie co potrzeba, Ależ mogłem z tamtymi, dzielić te pomysły, Nie musieć krwi upuszczać, nad prawdą przepiękną, A daj Bozę zwycięstwo, na wieczność zawisły, Myśl naszej swobody, po śmierci bezkresną.
  8. Kto zrozumie Kobę? Myślę dniami całymi, co zrobić potrafię, Chwyta mnie zaś bezdradność, gdy marzę o poprawie, Ileż to pracy dokonać, by móc wtem triumfować, Ileż krwi przelać należy, by zacząć próbować, Zjada ludzi frustracja, męczą się powoli, Uczciwym być wypada, zawiść im odpada, Cierpią bardzo biedacy, Los na to pozwoli! Bunt ogłosić zamierza, ta zacna gromada... Żył kiedyś pewien Koba, człowiek wskroś ambitny, Na niedole był skazany, los bywa tragiczny, Cierpiał, cierpiał straszliwie, ten człowiek samotny, Dla nich nie miał znaczenia, szacunku niegodny, Opowieści wtem słyszałem, o jego wyczynach, Że sięgnął po zaszczyty, jak wielki przywódca, Hasła wielkie skandują, ludziska w fabrykach, Zaś tego nie wiedzieli, że chwalą oszusta. Próbuję go zrozumieć, człowieka próżnego, Czemuż na tę udrękę, ukarał bliźniego? Tyś ból wielki przeżywał, przez ojca tyrana, Ukochaną swą straciłeś, umarła niechciana, I zmiękczyć umiała, to serce skrwawione, Więc się stałeś zaborcą, przykładem brutala, Czy naprawdę musiałeś, sprawić zaś każdemu? Tę gehennę okropną, tę światu naszemu? Los, gdy zgodę wyrazi, wolności skosztować, I cierpienie zakończyć, to nasze przewlekłe, Innym co dziś możemy, niewolę zgotować, Bowiem znamy jedynie, mądrości piekielne, Toteż nam się wydaje, że krzywda nagradza, Zaś zaraz sam Mefisto, zła wielkie doradza, Boże mój Ty kochany,na co Ty pozwalasz? Za krzywdę to jednemu, zaraz nas pozgładzasz.
  9. Nocna straż Mróz znowu mnie dotyka, męczy zaś prawdziwie, Kazali mi tu czekać, to czekam cierpliwie, I będąc tu pilnuje, wrót do domu mojego, Ale nie widzę nikogo, nawet mi znanego, Dlaczego ja tu jestem, na cóż mi to brzemię? Jedyne o czym myślę, to usiąść przy drzewie, Jak dawniej paliło słońce, tęskni bardzo człowiek, Taki jestem zmęczony, a nie zamknę powiek, Bo i rozkaz dostałem, by domu pilnować, A nikt tu nie przychodzi, czy poszli świętować? Że wróg nasz odparty, nasz dom ocalony! Więc warty zaraz koniec, ja tak podniecony, Przyjdą tutaj, nareszcie, do domu zabiorą! Dadzą ciepłe ubranie, papachę zimową, I dom ten mój kochany, zobaczę cudowny, Dalej, dalej, przyłaźcie! Dłużej nie wytrzymam! Jak długo stać należy? Już kogoś zapytam, Wtem już ktoś przechodzi, wesoły młodzieniec, Wielki dzierży karabin, choć to jest chudzielec, Krzyczę - on bez odzewu, ale zaczął podchodzić Widział, ale czy usłyszał? Musiał on zabłądzić, Pytam tego żołnierza, czemu tu grasuje? Nagle przy mnie uklęknął, coś zrobić próbuje, On mi przecież zwariował! Swą pracę ukończył, Zaraz go tu uderzę, już trochę przedobrzył! Wtem wstał, gdzieś odchodzi, mnie tutaj zostawia, Bez słowa odpowiedzi, ręką cos pozdrawia, Patrzę na to, co pozdrawiał, belki drewniane, Dwie ciemne malutkie, w krzyż lichy złamane.
  10. @Marek.zak1 Trafił Pan w sedno. Dziękuję za lekturę i komentarz, zachecam do przeczytania pozostałych utworów. Niebawem też ukaże się więcej prac!
  11. Rzymianinie Ostatni! Mało kto z nas pamięta, Belizara życie, Bo któż z nas prowadzi, żywot po rycersku, My być pragniemy, na wielkim szczycie, Zaś nikt nie pamięta, Bożego kodeksu, Ci dumni, tak wspaniali, w mroki już odeszli, Tłum za sobą ciągnęli, jak wojska wodzowie, I swojego honoru, obronić przysięgli, Krew tych Persów przelali, jak dzielni wojowie. Już nie ma to nikogo, kto mi dowiedzie, Że on jest ten Kasjodor, godności obrońca, Przekonać mnie spróbuje, podstępem uwiedzie, Wtem nóz wbije zdradziecki, ta ręka gnijąca, Nie będę już narzekać, bo to rzecz normalna, Nie wiedzą co zrobili, dusza ich złamana, A ja w bólu porwadzę, to życie lichawem, Wszystkim im wybaczam, prosząc o poprawe. O, jaka to bolesność, do nich się dostroić, Duszę moją przekonać, do Hunów tradycji, I żeby świat budować trzeba się pogodzić, Z tym, że w miejscu świątyni - tylko gruz ambicji, Może gdzieś się ukrywa, jedyny ostatni, Czeka na ten sygnał - do boju, maszeruj! Wszystkie swoje wysiłki, dla Boga skoncentruj, Wtem sam się zaś wyzwolisz, kres będzie męczarni. Lecz ty sam się zaszyłeś, w cienistej gęstninie, I czekasz już cierpliwie, na swe Ad Decimum, Dziś więc krzyczę człowiecze - powstań, za Łacinę! Zajdziemy to remedium, znajdziemy optimum, W lot orzeł wzbije dwugłowy, Narses nas prowadzi, Ty jesteś mąż prawdziwy, zdradą nie zhańbiony, Pójdziesz wtem na topory, wnet Mesy salony, Wokół ciebie najwięcej, chwały się zgromadzi. I idż, na bój maszeruj, na ciebie czekają, Pozostali wojowie, broń już swą gotują, Bo w tobie jest nadzieja, że tamci powstaną, Bo w tobie jest ambicja, klęski inni szukają, Zatem, masz czego dokonać, ostatni z ostatnich, Podjąć próbę wygnania, plemion pogańskich, Wszystkich Rzymian zjednać, do walki przedśmiertnej, Za Łacinę naszą bojować, w sprawie nadrzędnej.
  12. Nadio, o Nadio! (W.S) Dom ten pusty zastałem, moja Ty wspaniała, Gdy po tym, jak odeszłaś, już nie ma nikogo, Kto mnie będzie całować, tak jak Ty kochała? Kto teraz będzie podporą, tak jak Ty pomogą? Wyglądam co poranek, za tobą z nadzieją, Niebawem tu powrócisz, wszyscy tu już tęsknią, Jednak Ty mnie skrzywdziłaś, zdradziłaś podstępem, A ja tak łzy roniłem, nad twoim odejściem, Nie umiem już przemówić, nie umiem panować, Pożera mnie sumienie, ogarnia szaleństwo, Bo Cię bardzo krzywdziłem, przestałem szanować, I siebie też krzywdziłem, po co mi małżeństwo? Każdy teraz pociesza, czynią Ci wyrzuty, W ich słowach ja znajduję, to liczne oparcie, Lecz nie wiem czy podołam, jak ściana opluty, I dalej mam panować, do łóżka przykuty? Oglądam teraz wiecznie, zdjęcie twe ostatnie, Dlatego pytam Cię, czy pierwsze spotkanie pamiętasz? Wtedy też nie wiedziałem, że wszystko upadnie, Wtedy też nie wiedziałem, że trwogi doczekasz, Ale jak Cię miłować, jak sam nie kochanym? Gdy chłodne lato mieszkało, w domu zadbanym, I nigdy nie nauczył, gorąca miłości, Skazał zaś na zesłanie, na wieczne ciemności. Gdy pójdę w świata bezdroża, chcąc kogoś pokochać, Blizny tylko ukrywać, będę już jedynie, Moje głębokie, przeklęte, umiałas obcować, To, co w mroku urosło, nigdy nie przeminie, Jak rany na polikach, karmi to demona, Dzieląc z innymi wspomienia, co wiosna kolejna, Gardzę nimi najbardziej, Ty jesteś przepiękna! Po cóż mam znów miłować, kto to mnie przekona? Ta winorośl demona, ciasno mnie otula, Bo z tobą się prowadził, te lata calutkie, Lecz chcę to wyplenić, a to mocniej przytula, Wtem czuć to znów zaczynam, twe ręce malutkie, Tym okrutnym podstępem, karzesz zuchwale, Kochanka li swojego, jak zdrajca wyrodny, Choć na diabłów usługach, za to też podpalę, Całe to piekło najgorsze, jako mąż okropny, Chodząc w ten czas ulewny, pomiędzy kroplami, I chodząc w ten czas krwawy, pod wrota Warszawy, Krzyczę do tych żołnierzy - my się nie poddamy! I dzielę z nimi niedole, bo my są łotrami, Racje miałaś zdrajczyni, żyć ze mną wykańcza, Zaczynam wtem rozumieć, twą zdradę, twą bolesną, Że śmierć bywa najlepszą, dla diabła wybrańca, Karą mrocznej wieczności, cierpieniem bezkresna. Już świat będzię pamiętać, mą słabośc, przekleństwo, Zwyciężony zostałem, przez to co najsłabsze, I twą słabośc dźwigając, jako me kalectwo, Stal o stal się obija, bo kości zamarzłe, Zatem sam jak najgorszy, karę swą ponoszę, I za zdradę przepiękna, w końcu cię przeproszę, Wybacz, Ty mi jedyną, nie umiałem kochać, O tyś tak mi najbliższa, za tobą chce szlochać. Cześć! Chciałbym od siebie jeszcze dodać, że to mój czwarty wiersz 13zgłoskowy (albo próba napisania 13zgłoskowca). Gdyby, ktoś bardzo by chciał liczyć sylaby w każdym wersie, a nie byłoby 13, tylko mniej lub więcej (kataleksa, hiperkataleksa), to proszę o informację!
×
×
  • Dodaj nową pozycję...