Już pierwsza gwiazda wzeszła – zimna i szklana,
Jak oko Boga, co patrzy z nicości na pana.
Śnieg otulił ten dworek całunem milczenia,
Zgasły dawne hałasy, zgasły uniesienia.
Stół stoi biały, wielki – jak lodowa kra,
A na nim drży płomykiem samotna łza.
Obrus lśni krochmalem, sztywny jak sumienie,
Pod nim siano nie pachnie – lecz kłuje jak ciernie.
Jest talerz dodatkowy... dla wędrowca, mówią?
Lecz dzisiaj cienie zmarłych w nim usta swe lubią
Zanurzać bezszelestnie. Nikt nie puka w drzwi.
Tylko wiatr w kominie swą kolędę brzmi.
Biorę w dłoń ten opłatek, kruchy chleb anioła,
Lecz komu go połamać? Gdy pustka dookoła!
Wyciągam rękę w przestrzeń – dłoń w powietrzu wiśnie,
I czuję, jak ten mróz mi serce w kleszcze ściśnie.
„Wesołych...” – szepczą usta do ściany, do cienia,
I kruszy się ten chleb w pył... w proch zapomnienia.
Choinka w kącie stoi, strojna jak na bal,
Lecz bombki w niej odbijają tylko wielki żal.
Patrzę w nie jak w zwierciadła – widzę twarz starca,
Co przegrał życie swoje w te karty u szulera, u marca.
Gdzie gwar dziecięcy? Gdzie matki krzątanie?
Jest tylko „Bóg się rodzi” – i moje konanie.
O, Panie, co tej nocy zstępujesz na ziemię,
Czemuś mi włożył na barki to samotne brzmię?
W stajence było zimno, lecz byli pasterze,
A ja tu, w ciepłej izbie, w swą pustkę nie wierzę.
Więc siedzę i czekam, aż świeca dopali,
Aż noc mnie tym czarnym płaszczem, jak kir, przywali.