Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Vasiu

Użytkownicy
  • Postów

    6
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Vasiu

  1. Gramatycznie otępiały, a jednak stały. Drzewa i ludzie, poruszani tym samym wiatrem w mieście osiadłym od smogu. Mogę wreszcie uwolnić się od myśli. Nic już nie boli. Nic w sercu nie kłuje. Jak dziecko mogę być — bezpieczne, otulone kocykiem w samochodziki i jaskrawe kolory. Place zabaw pośrodku wieżowców — pola. Chmury, mleczna mgła unosząca się od Wisły. Plakaty od lat zapomniane szepczą coś do mnie: tęsknię, weź mnie, blistry — wołają lekkim jak piórko głosem. Coraz bliższym… W tym stanie czas zwalnia. Słowa nie ścigają myśli, ciało nie nadąża za nogami, a świat — choć nadal smogiem ciężki — staje się lekki i obojętny. Idąc z pianki ulepionymi ulicami, nie szukam u nikogo zwady. Skręcam w moje dawne uzależnienia i przywary, słysząc szum opon wodospadów. Każdy krok płynie jak samochodem idealnie gładki zjazd z autostrady. Każdy krok ma swoje przyczyny i wady. Palą plastikiem, czuć gorzki zapach, a ludzkie fale rozbrzmiewają jak tam-tamy. Językiem czuję dźwięki, dotykiem smakuję powietrze, podczas gdy mosty uginają się pod moją miłością i słowa pięknem, gładkie jak droga z góry na dół — wodna zjeżdżalnią…
  2. Pusty i zagubiony szukam tobą miejsca w niebie. Nie widzę dobrze. Zamglone pola i ulice. Wyjeżdżam z tunelu — światło razi oczy, źrenice rozszerzone, znów jak szpilki — rozproszone. Duszą mnie rany, nie mam czym oddychać. Jestem taki mały… Ręce i ciało oddalone o kilometr. Patrzę na zawieszone w przestrzeni, zastałe powietrze. Wyciągam daleko do ciebie ramię. Krwawię… Płaczę niewidocznymi łzami, tak szybko parują ze skóry. Ludzie mają mnie za nic. Chcę się spalić. Spłucz proch rurami toalety, niech piją spopielone, sypkie truchło. Znów wracam do klasy — niezrozumiałych słów klasy. Proszę o błogosławieństwo. O wyrwanie mnie z dziwnego stanu, w którym może żyję latami. Szeptają mi do ucha, ale nie wiem, co słyszę. A chcę słyszeć. Demony obecne na sali… Zjadają moją duszę i ciało. Widzę okno zamknięte na klucz. Nikt mnie nie wpuści. Nikt mnie nie uratuje.
  3. Wrażliwy na życie, ślepy na cierpienie. Zamykam oczy — na palcach czuję zgrubienie od papierosów. Przyjemne palenie… Zatykam uszy — nie słyszę muzyki. Zostały mi tylko młodzieńcze wybryki. Niedojrzały i kruchy, bez żalu wartości, bez ludzkich przyjemności — oddaję się w ramiona twojej miłości. Błogości… Nic już nie mówię. Nic już nie robię. Nic już nie słyszę. Gardzę ludźmi i w wargi się gryzę. Czuję, na policzkach z kartki — bryzę. Chłód ogarnia moje ciało, jest mi tak mało. Dziecko Boże ucieka od odpowiedzialności. Wychylam się przez okno — na świat pełen marności. Zapraszam cię do moich skromnych włości, gdzie ty, moja droga, gościsz.
  4. Jestem duchem wielu różnych ludzi w jednym ciele. Rozpływam się, siedząc na krześle — zamieniam ciało w wodę i próbuję dosięgnąć fali. Zbiorowa świadomość wymywa marzenia i ludzkie dusze: ich myśli, pragnienia, pożądania. Wszystko, z czego kiedyś byli zbudowani i przez co mogli nazywać się człowiekiem, zniknęło w morzu słów i niespełnionych obietnic. Pozostaje jedynie gorycz i żal — cierpki smak na języku bez końca. Czujesz go, choć nie masz ciała; jesteś tylko wyobrażeniem przeszłego „ja”, powoli rozmywanym wraz z kolejną pełnią. Krzyki odbijane od klifu ze zwiększoną amplitudą nie pozwalają zasnąć. Nie pozwalają odpocząć. Nie pozwalają uciec. Płaczesz nad losem swoim i umęczonych ludzi. To wyobrażenie łez, wyobrażenie smutku. Tak trudno zaakceptować, że nie ma już nic. Jesteś sam. Każdy człowiek, którego kochałeś, zniknął bezpowrotnie — utopiony w tafli grzechów. Nie ma Boga. Nie ma litości. Pozostało jedynie cierpienie i strach. Rozpościeram skrzydła, pływając w ludzkiej godności.
  5. Serce przebite strzałą — i ja nią jestem. Ta jej choroba nie może trwać wiecznie — choć długa — tak będę się czuł do końca. Sam, zatopiony na łóżku krańcu, pościel nie otula jak puch, to tortura. Ona już nie mała i bezbronna — a wciąż tylko dziecko, co nie doli nie chce, i brak jej matczynej miłości. To boli… Ja wesprę. Oprzyj głowę na moim ramieniu bez skóry. Parzy, piecze, ale nie cofnę się przed ideałem. Smagam się po rękach batem — przed nią uklęknę, by nie czuła się sama. Wydłubię oczy, by mogła czuć się widziana. Zawsze razem — w kieszeni jej spodni, jak amulet, zaszyte maszyną, od zaraz. To nie dzieje się naraz — krew upuszczam, gdy czuję jej marazm. Maluję nią, operuję. Czerwoną cieczą piszę miłość, bo taka jest wola Boża: „Przy tej kobiecie jest twoje miejsce. Służ jej. Do końca.”
  6. Na wieszaku zawieszony, przez świat — na stryczku stracony. Ubranie zapomniane w szafie — dusi, pęcznieje. Purpura odbija się od szklanych drzwi na niebie. Coraz bardziej się czerwienię… Chcąc zamienić się z kurtką lub frakiem, Wycinam skórę, mięśnie — za obojczyki łapią mnie dwa haki, do góry. Warczę. Chrapię. W garderobie — jestem tylko przebraniem. Ale nie daję za wygraną, choć upadać nie potrafię. Za mną — coś, co potrafię. I miłość, naznaczona, stoi pewnie na sali, albo zmęczona po pracy. A ja — zamknięty w czterech ścianach, czuję się osamotniony i stary. Bez celu — gdy jej nie widzę — zadaję sercu rany. Nienormalny. Zwracam się do Boga przez utwór cały — wszystkie dedykowane są Stwórcy i Panu chwały. Nawet nie wiem, czy wierzę — ale karzę ciało, liryczne baty odbijają się w eter od ściany. Proszę o konstruktywną krytykę, to moja pierwsza publikacja i chciał bym się rozwijać w tym kierunku, więc wszelkie uwagi i pomoc jest mile widziana.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...