Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Piotr P.

Użytkownicy
  • Postów

    1
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Piotr P.

  1. ROZDZIAŁ 1 ZNIEKSZTAŁCONY Ludecki nacisnął klamkę raz, drugi, trzeci – nic. Uchwyt zaskrzypiał pod naciskiem jego dłoni, ale drzwi nie miały ochoty drgnąć nawet o centymetr. Łukasz pochylił głowę w stronę zamka, niczym pies, który bezskutecznie próbuje zrozumieć intencje swojego przytępego właściciela. Uznał, że usyfiony palec klamki pokazuje mu po prostu urokliwego, poziomego fucka. Toaleta pociągu Kolei Dolnośląskich relacji Wrocław–Jelenia Góra postanowiła zamknąć się razem z resztkami jego godności. Na ten moment nie było wyjścia, ale był już w tym wieku, że nie zwykł panikować w takich zatrważających sytuacjach. – Jakie cudo – westchnął. – Powrót do domu zaczyna się w kiblu. Tymczasowy WC-konfesjonał wyglądał klasycznie. Niepozbawiony uroku, polski misz-masz. Nie wiadomo, gdzie kończy się woda, a zaczyna uryna. Czy opłaca się pociągnąć za papier, czy to już gra o zbyt wysokim poziomie ryzyka. Ale jemu to nie przeszkadzało. W każdym razie nie za bardzo. Bród i smród – potrafił je znieść. Nie czuł do nich obrzydzenia. Frustrowało go co innego: kurewsko nie lubił poczucia zamknięcia. W ostatnich tygodniach obiecał sobie, że nie będzie się specjalnie denerwować – i robił wszystko, by wytrwać w tej obietnicy. Spokojnie więc wyjął małpkę cytrynówki skitraną w lewej kieszeni marynarki i sprawnie odkręcił nakrętkę dwoma palcami. Na moment zamknął oczy. Otworzył je jak ktoś, kto właśnie rozsunął zasłony i od razu tego pożałował. Wlał w siebie połowę zawartości butelki. Spojrzał na niewielkie lustro w kabinie. Na początku nie rozpoznał symbolu nakreślonego szminką w prawym dolnym rogu poplamionego blatu. Po chwili obraz nabrał ostrości: czerwone serce przebite jędrnym, nabrzmiałym kutasem. Ludecki pociągnął kolejny łyk. Jakby ktoś na chwilę poluzował kable wewnętrznego napięcia. Klik. Zgasło. Twarz się rozluźniła – i wróciła ona: znajoma mina, pół drogi między rezygnacją a sarkazmem. Mina kogoś, kto już wie, że nie będzie łatwiej – ale przynajmniej będzie ciszej. Za twarzą, pod czaszką, krył się delikatny i dziki mechanizm. Czasem genialny, czasem bezużyteczny – jakby ktoś zainstalował wilde’owską ironię w emocjonalnym wraku. Sterował tym wszystkim chłopiec, który tylko udawał dorosłego. – No siema, stary idioto – powiedział do odbicia w brudnym lustrze. Zdaniem lekarzy, terapeutów i byłej żony Ludecki pije, żeby się „regulować”. Naoliwia się jak wzmacniacz. Jak czterdziestoletnie urządzenie z pokrętłem zamiast głowy, rozregulowane od wiecznej potrzeby łapania odpowiedniego nastroju. Ale prawda jest taka: jego duch zna tylko dwa stany – pisanie i rozpad. Uchwycenie emocji chwili albo dezintegracja w niepowracającym czasie. Codziennie rano wstaje, a na lodówce wisi kartka: „Ranking dokonań”. Rozwiązał zagadkę własnej młodości i wciąż potrafi śmiać się z rzeczy, które powinny go martwić. To jego bilans. Koniec. I tak więcej, niż może powiedzieć połowa Wrocławia. Poza tym zdemaskował paru hipokrytów, a paru odpuścił – z typowym dla siebie złośliwym miłosierdziem. Ma pamięć archiwisty, serce starego boksera i wzrok komornika. Kiedy jest z kim gadać – błyszczy. Kiedy nie ma – błąka się po myślach jak bezpański pies po placu budowy. Pusto, zimno, nikt nie pilnuje. Gdy coś go poruszy, potrafi błysnąć jak stara żarówka – krótko, ale dość, żeby przez moment rzucić światło na istotę rzeczy. Problem zaczyna się, gdy milknie gwar i Ludecki zostaje sam. Wtedy myśli opadają jak stare, zmięte karteczki lądujące prosto do kosza. I czasem trzeba mocnego krzyku oburzenia, żeby zatrzymać tak skandaliczne marnotrawstwo. Nagle rozległo się pukanie. Krótkie, stanowcze. – Proszę opuścić toaletę – odezwał się kobiecy głos. – Pasażerowie zgłaszają, że ktoś pije w środku i mówi do lustra. Ludecki zamarł z butelką przy ustach. – Przepraszam… zdaje się, że puściłem za głośno rolkę – odpowiedział po chwili. – W sensie... oglądałem coś na YouTube. Cisza. Ludecki uderzył się otwartą dłonią w czoło i przewrócił oczami. – Za piętnaście minut Jelenia. Proszę się ogarnąć. – Tak jest proszę pani. Taki jest plan – mruknął i dopił cytrynówkę. * Zajęło mu to chwilę, ale w końcu przepchnął drzwi łokciem – z oporem, jakby wychodził nie z toalety, tylko z siebie. Zderzenie z rzeczywistością przyszło natychmiast: zapach kanapek z jajkiem, dudnienie kroków, beztroski jazgot dzieci. Masa. Żywa, bulgocząca, wkurzająco obecna. „No to jesteśmy z powrotem” – pomyślał. I wtedy zaczęło się znowu: patrzenie. Ocenianie. Uciekanie myślami. Wstydził się tego. Od zawsze karał się w myślach za mizantropię, ale niewiele to zmieniało. Za każdym razem było tak samo. Nie widział ludzi — tylko powłoki i pretensje w nowych szatach cesarza. A konkretnie w szpanerskich ciuchach z logiem globalnych marek. Przez moment pomyślał, czy nie wrócić do kibla. Tam przynajmniej wszystko było proste. W samym środku tej sceny dokonywał się akt, choć profanum, to wart szacunku za bezpretensjonalność. Innymi słowy: może i ludzie robią w kiblu nietiktokowe rzeczy, ale choć przez chwilę są naprawdę sobą. Zdusił ten impuls i zaczął przeciskać się przez tłum. Musiał przejść całą długość korytarza, żeby dostać się do przedziału, więc od razu poczuł, jak zaczynają mu chodzić ręce. „Może i ja was kocham, ale jak ja was, kurwa, szczerze nienawidzę” — skonfrontował się z myślą w głowie. Ogarnął uważnie wzrokiem cały ten boży ludek – niby przypadkowy zbiór ciał i bagaży, a jednak układ zamknięty. W metalowej klitce wagonu kotłowały się wszystkie światy, które na co dzień udają, że się nie znają. Teraz stłoczone razem, oddychały sobie nawzajem w kark i udawały, że ich to nie obchodzi. Walący mocnymi fajkami prekariat z bliznami na twarzy, zastygła nad telefonem młodzież ze słuchawkami w uszach, nowobogaccy mężczyźni w średnim wieku w koszulkach w serek i ich wylaszczone partnerki z rzęsami fruwającymi w powietrzu jak nafurane motylki. Każdy w swojej bańce, ale poddany tej samej bezwzględnej represji – konieczności spędzenia z obcą osobą kilku godzin w zamkniętej przestrzeni. „I pełno ludzi w każdym wagonie. A w jednym krowy, a w drugim konie” – wypalił Ludecki pod nosem, po czym uśmiechnął się na siłę, jakby kretyński wyraz twarzy był jakąś formą kamuflażu, gdyby ktoś miał usłyszeć jego komentarz. Kontynuował swoją ścieżkę zdrowia przez korytarz, kiedy nagle uderzyła go fala intensywnych męskich zapachów. Uśmiechnął się znów do siebie, tym razem szczerze. Nad głowami czterdziestolatków, których właśnie mijał, unosiły się wonie Paco Rabanne 1 Million, Tom Ford Black Orchid czy Chanel Bleu de Chanel, ale Ludecki nie dał się zwieść pozorom – tych facetów zdradzały oczy. Były to oczy kolesi, którzy siedząc w swoich SUV-ach ze skórzanym obiciem, wciąż kminili, kiedy wypada, a kiedy nie wypada jeść kurczaka rękami. Zwrócił też uwagę na młode matki o zachwycającej urodzie – przynajmniej dopóki się nie odezwały – siedzące naprzeciwko starszych pań, których wzrok strzelał w nie kamieniami zazdrości jak z procy. „Zawiść o młodość jest jednak ponadczasowa” – uświadomił sobie Ludecki. Do tego, jak zawsze, paru facetów z laptopami na kolanach, na ekranach których kody programowania, sądząc po minach tych Avengersów IT, ratowały świat przed zagładą sterowaną przez Skynet. „Nóżka na nóżkę tak ich zwą. Guziczek przy szyjce, powietrze kradnie” — zakpił Łukasz w duchu. Avengersi siedzieli przed swoimi super procesorami, zupełnie nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa. Na łączniku między przedziałami opadały łupki słonecznika. Każda była jak odliczanie bomby z opóźnionym zapłonem. Ekipa pociągających nosem prekariuszy, która rzucała je przed siebie, tylko czekała na pretekst do zadymy. Odgłos stukania w klawiaturę mieszał się z sykiem glutów wciąganych kompulsywnie do nosa. Przypomniał sobie słowa konduktorki. „Do Jeleniej zostało piętnaście minut.” „Kurwa. Oby nie szesnaście. Minuta dłużej i te łupki zamienią się w granaty” — pomyślał, siadając na swoim miejscu i nerwowo rozglądając się dookoła.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...