-
Postów
39 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez PowLeeNa
-
zrodzona - z burz - setek grzmotów ubrana w - zbóż - złote stogi przybyła z poleceniem od swej Matki "Córko - zburz - zuchwałe plany tej ziemskiej farsy bo zapomnieli, że są tu tylko gośćmi"
-
codziennie rano jak koszule w szafie przebierasz myśli zastanawiasz się które ubrać dziś warto a które na inną okazję zostawić by nie zabrudzić nie zniszczyć zwłaszcza tych nowych nakładasz jak co dzień te stare sprawdzone gdy dni pochmurne nadchodzą zaglądasz znowu do szafy bez namysłu chwytasz znoszone by wśród ludzi pozostać bez twarzy ale pamiętaj gdy wytarte tylko nosisz pozostałe nieuchwytne nikną zajrzysz znów do szafy a pełne niegdyś wieszaki dziś są puste i zupełnie milczą
-
na tym krześle częściej drętwieje mi noga bez skrupułów odbierając władzę nad zdrowym podejściem mimo to wracam powoli zatracając zmysły by oddać się kolejny raz pieszczocie drętwego obicia
-
@PowLeeNa aah nie załapałam kontekstu, tak, palono w Zielonej czarownice w centrum miasta
-
@Franek K co masz na myśli?
-
płonące stosy niczym wielkie pochodnie chłonęły lament służebnic diabła gryzący dym wślizgiwał się pod płaszcze bezlitosnych katów oblepiając nienawiścią rozpaloną skórę a popiół zwęglonych ciał latami wrastał w ziemię zielonogórskich winnych wzgórz
-
wyobrażam sobie jak gładzisz moje słowa czule wyobrażasz sobie jak niespokojne Twe myśli do serca tulę razem śnijmy tę niemą noc a nasze lęki niech aksamitny okryje koc
-
2
-
pochmurne mam dziś włosy tak jak niegdyś marzyłam dalekie od złota jesiennej słomy oziębłe i stalowe ktoś powie prawda lecz nie daj się zwieść gdyż serce moje mocniej od słońca płonie
-
3
-
@GrumpyElf dziękuję za komentarz. Jeśli chodzi i inwersję, stosuję ją tak jak czuję i w tym wypadku tak mi odpowiadało :) co do poczciwość godności, to celowo użyte jest słowo, z pewną dozą refleksji i żalu. Czasem lepiej byłoby najpierw wysłuchać dobrej interpretacji, mam wrażenie, że wyjaśniłaby niejasności ;) ale mogę zapewnić, że każdy wyraz jest świadomie wykorzystany. Pozdrawiam!
-
@aff dziękuję. nie wszystkie wiersze są ładne i przyjemne, niektóre wyrażają pewne emocje właśnie w taki sposób aby ukazać ich jak najbardziej prawdziwy obraz. Stosuje takie porównania i dla niektórych niewygodne metafory, szanuję, że komuś moga się nie podobać, kwestia gustu :) mój miał na celu dobitnie ukazać jego esencję ;) jeśli chodzi o odwagę, to ujęłabym to inaczej, mam świadomość, że nie będą tak popularne jak lżejsze i bardziej urocze. Lubię turpizm, mimo, że już dawno wyszedł z mody ;)
-
odleżynami obrosła moja godność człowiecza smród zgnilizny ciągnie się za nią jak opasły tasiemiec żerujący na resztkach mojego ducha wolności odleżynami obrosła poczciwa moja godność człowiecza odleżynami obrosła pożerając wszystkie niegdyś wielkie marzenia
-
znów targnęłam się na swój pełen zwątpienia uśmiech i oczy lekko zbłądzone który to już raz z pogardą traktuję chwile swojej słabości widać baza wirusów nie została jeszcze zaktualizowana
-
4
-
zobacz, noc już odchodzi zostawiając usta spękane i krwią nabiegłe oczy powiedz, który to już raz w tej samej walczysz historii która co noc sny spokojne porywa spójrz, już świta puść zatem w niepamięć te nocne mary wstań i napij się czarnej jak noc kawy
-
że brak Ci czegoś? spytał żebrak brata tak naprawdę to niczego odparł brat żebraka żebrak dobrze wiedział że brał wiele jego brat stąd dziś twierdzi że niczego mu nie brak oszukał brat żebraka że nie brak mu niczego prawda - że brał kiedyś wiele dziś zbyt wiele nie ma z tego żebrak nie wie że brat żebrał o młodości kilka lat by powrócić i oddawać to co chętnie niegdyś brał lamentuje i zawodzi nie takiego życia chciał że za nos go wodzi ciągle cały świat stoi żebrak obok brata ze zwieszoną głową że brak już mu litości nad samym sobą
-
rośnie niepostrzeżenie w sposób zupełnie niewinny nieśmiało pośród innych skryta tuczy się poczuciem winy tak lata mijają coraz większe zagarnia przestrzenie światło dnia cicho zabierając mroczne wpuszcza korzenie rośnie dalej ledwie już zdrowe tkanki pochłania monstrualny rozmiar przybiera ignorując sumienia wołania próżno ją zatrzymać to przepotwarzania początki uporczywie dąży by zrzucić pozostałe Twojej skóry szczątki pewnie sięga po kieliszek wina toast wznosi triumfalny zalotnie oko puszcza widząc wzrok Twój błagalny nie zobaczysz już jak Twoją pomadką maluje usta zakłada buty kupione z przeceny wychodząc zostawia w lustrze puste odbicie
-
gdzie jest ta subtelna granica dzieląca nasze na Twoje i moje, czy dobrze czynię akceptując Twoje, które narusza moje? kiedy Twoje zaczyna przeradzać się w moje to uległości dowód czy zgody na nowe? a gdy moje wchłania Twoje to oznaka, że słabość dominuje w Tobie? jakże trudno odnaleźć wspólną drogę z dwóch ścieżek połączoną zaakceptować tę drugą stronę razem omijać stare i nowe wyboje
-
5
-
śniło mi się dziś życie w nim szlafrok samotnie wiszący i pusty kieliszek na szafce obok ze startym pomadki śladem zobaczyłam też smutek niczym pyłki kurzu unosił się wokół wślizgnął pod kołdrę otulając wilgotne kąciki oczu
-
wbita niegdyś drzazga tkwi w trzewiach głęboko wraz z czasu upływem wzbudza boleść głęboką mnożąc bolesnych ran macki uporczywe narasta kłucie rozrastając się przez lata obojętności sprzyjając wyklucie po kolei wyłamujesz kości strukturę naruszasz ciężką odłamki stopniowo kruszeją na sumienia dno opadając ciężko czy nie męczą Cię już te stale nawracające trzaski? może nadeszła pora by wyrwać wbite niegdyś drzazgi?
-
kwiat jabłoni przyśnił mi się tej nocy pełni płatkami obsypał gdy sie zbudziłam nadal trzymałam je w dłoni
-
Matko, podarowałam Ci dziś wiklinową trumnę a w niej świeży bukiet najciemniejszych mych lęków zebranych przyjmij go proszę, matczyną otul miłością i pozwól by dusza - niestrudzony świata wędrowiec tysiącem kolorów rozkwitła gdy historia kolejny rozdział zamknie z uśmiechem za siebie spojrzy i tęsknie wyciągając ramiona wdzięcznie wkroczy prosto w kwiatu życia serce
-
czy pamiętasz jeszcze tę ciężką kołdrę z pierza którą babcia co noc okrywała ukochane wnucząt ciała czyż nie miło by było zniknąć znów tak czasem uchylić się od dusznych westchnień życia pod ptasich piór kokonem móc otulić się jak miłosnym uściskiem zatopić w snach na skrzydłach niesionych i odpłynąć tam gdzie nie sięga już mrok nadchodzącej nocy
-
dosiądź rumaka Twego wiernego druha porzuć chaos niesiony słowami galopuj tam gdzie tarcza i włócznia każdego dnia dźwigane zbędnymi się okażą a Ty naga ze zbroją w trawie porzuconą będziesz biegać zanurzając palce w lekkich jak rosa snach
-
zadrżały fundamenty tynk odpada wielkimi płatami rozstrzaskując się jak zranione pierwszą miłością serce skala Richtera rośnie a łomot pękających ścian kaleczy Ci uszy stoisz po środku płomień Hestii nadal się tli choć gruz oblepia jej skórę zdrapujesz cementowy pancerz pomagasz podtrzymać ogień rozbite szkło rani Wasze stopy ale dobrze wiesz tylko razem przetrwacie nawet jeśli kiedyś znowu zadrżą fundamenty
-
@Tyrs szczerze mówiąc pojecia nie mam, ale możesz gdzieś jest jakas opcja "serduszkowania" Dziękuję :)
-
wśród betonowych ścian zamknięta kurczysz się w sobie trucizna metropolii leniwie rozpływa się jak atrament na drżącej dłoni patrzysz z pogardą jak brudzi paznokcie i zostawia ślady mijają lata a Ty wciąż błądzisz i grzęźniesz w miejskich żelbetowych bagnach ale zobacz kałamarz, już niemal pusty zatem to koniec wędrówki niechlubny rozdział za sobą zostawiasz zrywasz atramentowe płótna które latami malowałaś zapominając jak wiele kolorów jest wokół promień słońca niczym nowy świt wdziera się śmiało do żył ponurych jaskiń stoisz oniemiała kurtyna opadła dostrzegasz nagle że zagajnik, który niegdyś zasiałaś razem z Tobą wzrastał by dziś właściwy kierunek ukazać