
Vivia Lera
Użytkownicy-
Postów
7 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Vivia Lera
-
Wiele dróg przeszłam, wiele dróg ominęłam, wiele dróg wydeptałam. Jednak na żadnej, z tych wielu dróg, nie byłam ja. Ciężar wielki na swych plecach nosiłam, wiele uczuć, nie swoich, na barkach swych kładłam, i bez zawahania, łzy bliskich ocierałam. Jednak nigdy złotych kwiatów za to nie dostałam, nigdy nawet o nie, nie błagałam. I dalej moją całą siłą, innym drogę udeptywałam, aż na moją własną, sił mi brakowało. Zmęczenie wielkie mnie dopadło, więc przystanęłam nad łez moich jeziorem, i przyjrzałam się sobie, jakaż szkoda, że własną drogą iść nie potrafię, że sobą, chociaż przez chwilę, być nie mogę, i tylko płaczę, siedzą we własnym ogrodzie. I wtedy z oczy mych, ostatnie łzy poleciały, wypełniając całe morze moich zmartwień, wtem postanowiłam, opuścić moją bezpieczną przystań, i iść przed siebie, własną drogę wydeptywać, nie czyjąś, lecz swoją, osobistą, taką, której jeszcze żaden człek nie zdobył, której żaden z tych wszystkich ludzi nie odkrył, taką, która będzie tylko moja, taką, która będzie mną, taką, na której będę tylko sobą.
-
Bywały czasy, bywały dni, bywały lata, ale te dawne, te, których nie pamiętasz. Były one pełne pieśni. Pełne błękitu, i barw bez liku. Pełne zrozumienia, zjednoczenia. Ludzie jeszcze wtedy, rozumieli się bez mowy, wystarczyło wznieść szablę, splamioną barwą czerwoną. Wystarczyło podnieść ku górze, symbol Boży. Wystarczyło, że ten jeden wyjątkowy człowiek, ten buntownik z wyboru, nie z przymusu, pieśń są odczytał, a już szlachetna krew za nim stawała, i wsłuchiwał się w te słowa niezwykłe. A jednak zrozumiałe. A ci, którzy pojąć nie mogli, w głębi duszy, Żałowali. Oj żałowali! Oj cóż to za czasy były! Jednak przeminęły. Teraz ludzie popadli w czarną pustkę, bez wyjścia, bez zrozumienia. I mimo, że ten sam język znamy, i że tyle innych poznamy, to buntowników już nie rozumiemy. Teraz tylko pieśniarz, pojąć słowa swoje, i innych może. Autor: Vivia Lera
-
1
-
I rozbrzmiał znów polonez, znów mną duszę znajomy rytm porwał. „Czyż teraz rozumiesz?”, zapytał łapiąc mną dłoń. Jednak jego słowa dla mnie obce były. Niczym nic nie znaczące rozmówki, w mojej pustej głowie były. Jak romans w balladzie nic nie znaczący. Po prostu moje uszy je słyszy. Lecz nagle cisza zapadła. Polonez i te puste słowa, bez znaczenia dla mnie, Uciekły. Gdzieś w mojej głowie daleko się schowały. I płacz w pustce dotarł do mnie. Łzy obce po moich policzkach spływać zaczęły, i niczym potop prawdziwy, twarz mą zalewały. A toż to łzy prawdziwe, łzy tęsknoty, łzy miłości, łzy za osobą straconą, łzy, które nawet na suchej pustyni przetrwają. „A mnie zrozumieć potrafisz? Mój ból, po stracie, mego skarbka małego?” Wypowiedział słowa, to ktoś inny, jednak jego dźwięki tak samo puste jak te wcześniejsze. Czemu ja nie rozumiem? Mimo, że tak samo jak oni mówię? Czy ja głucha? Czy ja głupia? Nie mądra może? Rozglądam się dookoła. Naszczycie świata, jako posąg światów stoję. A może by przez tą niewiedzę, rzucić się w lodowe szczeliny? A może udać się na prawdziwe rozmowy? I nagle grzmot, huk nade mną. Tuż nad moją głową. Na moim czole śnieżno białym zostawia krwawe znamię. Czy ja kogoś zraniłam? Czy ja kogoś zabiła? Że teraz to brzydkie znamię przyodziałam. „Rozumiesz teraz? Czy teraz rozmawiać już prawdziwie możemy?” Tak, ja rozumiem. Rozumiem, o czym głosy do mnie mówią. Puste słowa kiedyś, teraz pełne powagi i rozwagi, poważne rozmowy. O czym pytasz? Nieważne. Ważne, że w końcu zrozumieć mi jest dane. Że sama potrafię powiedzieć, co tylko chce, I rymów używać nie muszę, by zrozumianym zostać. W końcu w tym samym języku, co oni mówię. I tak rozmówki zamieniają się w rozmowy. Autor: Vivia Lera
-
1
-
Pokaże ci świat, gdzie jednemu, drobnemu człowieczkowi, z ogromnym smokiem walczyć przyszło. Wiesz może i był mały, ale serce i swą odwagę wielką miał. A teraz patrz! To inne miejsce. Tutaj żyje on, niezwyciężony łowca, oczy o tajemniczym kolorze, włosy jak śnieg białe, i te wielkie ostrza z pleców wystające. On poluje, na potwory, jednak nie na te, co w gospodzie siedzą, i najlepszym winem jadło popijają. A tam! Chłopiec, który przeżył. Walczy, o życie, o przyjaciół, o przyszłość, i o siebie. Dzielny jest, prawda? Taki wspaniały. Lecz czemu tylu ludzi chce go zniszczyć? Spójrz teraz tam! Taki mały chłopczyk, o lśniących włosach, Taki mały, a tyle zobaczył, cały prawie świat, ku jego oczkom się schyla. Cóż za podróż wspaniała. Czy znajdzie to co ważne? To co warte tak naprawdę? A tam patrz, to koniec, to ciemność, i spadamy, prosto w dół, w pustą otchłań, bez tych wszystkich osób. Co za szkoda, że za każdym razem, kończy się to tak samo, znów budzę się na tym samym krześle, za każdym razem z inną historią w mojej głowie. Autor: Vivia Lera
-
1
-
List pierwszy. Tak bardzo kochasz moje pieśni, że aż słowa w serce przepisujesz? Tak bardzo zobaczyć twarz mą chcesz, że aż bohaterem romantycznym się zwiesz? W prawdziwe w liście twym, nawet ułamka prawdziwej romantyczności nie ma. I tyś pieśniarz lepszy niż ja? List drugi. Znów w milczeniu na moją twarz patrzeć chcesz? To nudne. Tyś nudny. Tyś bez wyrazu, po prostu jesteś. Jam wieszczem, jam narodu zbawieniem. Mnie nie zrozumiesz, muzą mą nie będziesz. List trzeci. Znów do mi list na złotej tacy podajesz, niczym najlepsze danie, jednak ono nie ma nic w sobie. Nadal nie jesteś moim romantykiem. Może za mało nad sobą płaczesz? Może za mała przepaść między tobą a światem panuje? A może ty po prostu nie dla mnie? Ktoś inny ze mną pieśni pisać będzie. List czwarty. W końcu płakać zacząłeś. Przyodziałeś żółtą kamizelkę. Jak się cieszę, teraz w końcu wiesz o czym mówisz. W końcu się zrozumieć możemy. Teraz pozwalam ci zerkać na mą twarz. Teraz tacy sami jesteśmy. Nie lubisz tego? Wybacz mą śmiałość, lecz czy nie jest ważne zrozumienie? Ja ciebie nie potrafię zrozumieć? Wcale nie lubisz płakać? Wcale buntować się nie chcesz? Żółtego z niebieskim nie lubisz? W takim razie żegnaj, kochanku mój niedoszły, muzo ma niepoznana. Czekam na list najbliższy List piąty? Gdzieś jest pewnie. Czeka aż odbiorę. Czeka na odpowiedź. Na lekcje kolejną. Bo przecież romantykiem chciał być, dla mnie. Bo jam też romantyczką byłam. A może dopiero teraz zostałam? Autor: Vivia Lera
-
Kiedyś miałam dom. Dom ten piękny był, ukryty pod niebieskim niebem , przykryty zielonym pasmem traw, strzeżony ramionami matki. Mieszkałam z braćmi i siostrami. Szczęśliwi, roześmiani, śpiewaliśmy, tańczyliśmy dniami i nocami, nasze piosenki w duszy grały. Lecz pewnego dnia ta sielanka, końca swych dni dożyła, i nad dachem błękitnym, czarne jak smoła chmury zawisły. A z nieba na przemian to złote, to płomienne krople spływały, bijąc w okna bez litości. A odłamki czyste jak łzy matki, w tył głowy moich braci, prosto trafiały. I potem cisza nastała, a matka moja piękna w białą, niewinną suknię wystrojona, krwią innych do połowy się zalała. Pamiętam jej łzy nad ciałami moich braci. W dom nasz jak złodziej najgorszy, wkroczyły czerwone błyskawice. Chwyciły siostry moje, i zabrały, co do jednej, na zawsze i na wieki. Już nigdy nie powrócą. A potem, kiedy już sama pozostałam. Dziki wiatr chwycił me ramiona, i za drzwi domu wywiał, i poczułam ciężkość na ramionach. Spojrzałam na dłonie zakute w kajdany. Bez braci, Bez sióstr, Bez domu. A matka moja, tak jak ja w kajdany zakuta, innych języków uczona, dla innych ludzi tańcząca. I tak właśnie mój dom najukochańszy, został odebrany. I Ty pytasz czego więcej żądam? Przecież ja tak niewiele chcę. Zwróć mi język, siostry, braci, dom, wolność. Wszak już raz to zrobiłeś dla Hioba. Vivia Lera
-
1
-
Odkąd pamiętam, było ich siedem. Siedem dni tygodnia, siódemka w dacie urodzenia, i one, siedem dziewuszek pod oknem mojej zniszczonej kamienicy. Każda taka sama, a jednak inna od poprzedniej. Czarne sukienki, czerwone buciki, białe buźki. Bawią się, przerywając wcześniej splecione nici, a ich śmiech echem odbija się od nieszczelnych okien. Przyglądam się im, spojrzeć chcę w oczy. Wiem, że nie powinnam, jednak silnej woli nigdy nie miałam. Pierwsza z nich stała z daleka, odsunięta z głową dumnie ku górze zadartą. Na wieży z gruzu ułożonej, w dłoniach czerwone jabłko trzymała. Pulchna buzia, spojrzała w moją stronę, białe oczy wiercą dziurę w brzuchu, sine usta odsłaniają zgniłe zęby, znów słyszę ten nieznośny głos w głowie. „Jak one mogą na mnie patrzeć tym zachłannym wzrokiem? Przecież to ja na wieży stoję, to ja ponad bogiem jestem. Więc jak śmiesz patrzeć na mnie?” Podeszła do niej kolejna, wyrywając z jej pulchnych dłoni czerwone jabłko. „Czerwone jak krew, lśniące jak kamień najszlachetniejszy. Jak się o niego pokusić nie mogę, nie tylko ja się oprzeć nie mogę. Chce je mieć, nieważne, że nie moje.” Następna zagarnęła jabłko w swe dłonie, jednak przerażenia krzyk wydobył się z jej brudnych sinych ust. Czegoż się tak wystraszyła? Co wzbudził strach w tej maszkarze? „Czuję się taka brudna, taka nieczysta. Moje brudne myśli, w głowie mi szumią. A ja sama się ich wyzbyć nie mogę. Jak mam żyć w takim brudzie?” I tak kończąc monolog w mej głowie, jabłko trafiło do następnej. Ta z nienawiścią popatrzyła na resztę. Jej białe gałki jak małe lusterka odbijały pulchne twarze innych. „Każda z nich trzymać je mogła przede mną. Dlaczego dopiero jako czwarta trzymać je mogę? Wszak to ja prawdziwym stworzeniem ludzkości jestem. To ode mnie wszystko się zaczyna i na mnie się kończy.” Piąta z nich odebrała jej czerwony owoc a zgniła paszcza pochłonęła jego część. „Tak bardzo bym chciała je całe. Tak bardzo jestem głodna. Chce je zjeść w całości. Jak twoją drobną duszyczkę.” I szósta przechwyciła jabłko. Spojrzała na mnie, jednak w jej oczach nie było nic więcej, jak tylko gniew, srogi, wielki gniew. Ogień z jej dłoni zaczął bić, a usta krwią się zalały. I znów krzyk nieznośny w mojej głowie słyszę. Drzwi mojego pokoju otworzyły się gwałtownym hukiem. A ja będąc bez władzy, wiatrowi pozwoliłam się wynieść, wprost na podwórze. Prosto w ich zapleśniałe paszcze. Ich wzrok pożerał mnie. Chcę zawrócić, chcę znów być w mojej zniszczonej kamienicy. Co jeśli ją odbuduję? Czy one znikną? Czy zostawią mnie? Nie zdążyłam zrobić kroku w tył a zobaczyłam siódmą z nich. Leniwym, wolnym krokiem zmierzała ku mojej osobie. A moje oczy zaszły łzami, to ból nie do opisania. Tak strasznie boli, kiedy wiesz, że w oczy patrzeć nie możesz. „Przestań udawać. Twoja pracowitość nie istnieje. Ja tylko ważna jestem. Ja prawdziwe szczęście przynoszę. Ja dam ci wszystko. Tylko zostaw swoją kamienicę. Te cegły długo nie wytrzymają, ja wytrzymam dłużej. Więc zostaw to wszystko. Spójrz w me oczy.” Nie chcę patrzeć! Nie chcę dłużej słuchać! Ich głosy mieszają się. Ja się mieszam. Już nie wiem, kim jestem, nie wiem kim byłam. Chcę się cofnąć, chcę wrócić. Ratunek jeszcze jest. Ja nie chcę dłużej ślepo iść podążając zamglonym wzrokiem za nimi. Nie potrzebuję ich! Nie, nigdy więcej! Zrobiłam krok w tył. Wtedy poczułam pulchną dłoń, na moim poranionym nadgarstku. „Dobrze wiesz, że z nami ból znika. Więc nie bój się i spójrz w oczy” Podniosłam głowę, nieświadoma tego, co robię. Siedem par oczu wpatrzone we mnie. Oblizują swoje sine wargi, krwią ubrudzone. Ich oczy świecą jak małe perły. A z moich płyną szczere łzy. Tak bardzo siebie żałuję. Czuję jak małe rączki łapią każdy kawałek mojej skóry, rozrywają mnie na małe części. Czuję, jak każdy kawałek mnie ląduje w ich pełnych żołądkach. Czuję, jak moja kamienica rozpada się na cegiełki. Już jej nie odbuduję, już nie zasiądę przy oknie. Już żadna łza z tych oczu biednych nie popłynie. Z twoich też nie. Więc uważaj komu w oczy spoglądasz. Bo twój los, przesądzony zostanie. Nie pozwól sobie na spotkanie z nimi. Bo twoja dusza mleczną drogą nie popłynie. Autor: ViVia Lera
- 1 odpowiedź
-
1
-
- siedem grzechów głównych
- siedem sióstr
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami: