Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'zakład karny' .
-
Jest niedziela. Właśnie się skończyła msza święta. Jutro wychodzę na przepustkę. Teraz właśnie wyszłam z mojej celi na korytarz oddziału i słyszę, jak Agata rozmawia przez telefon: - Tak, ciociu, straszne... - słyszę ironiczny głos Agaty. - Strasznie surowa ta moja kara. - A nawet jak za surowa, to co za problem? Mogę wtedy w modlitwie ofiarować ten nadmiar kary za różnorakich grzeszników. - No naprawdę straszne, że ja, młoda dziewucha, przez dziewięć miesięcy pożyję w nieco skromniejszych warunkach. A że mój tata, który mógłby być już dziadkiem, musi, jako oficer rezerwy, zapieprzać w każdą możliwą pogodę na poligonie, to jest w porządku?? Obok stał Marcin i się tej rozmowie przysłuchiwał. Kiedy Agata skończyła, pozwolił sobie na lekko uszczypliwy komentarz: - Dla panny Agaty nie honor przyznać, że więzienie jest dla niej uciążliwością i że tęskni za wolnością...A ja pamiętam, że jeszcze na początku swojej kary to panna Agata tu płakała. - A ty co podsłuchujesz? Nie masz co robić? - fuknęła na niego Agata. - Nasze rozmowy i tak są kontrolowane. Więc twoja obecność nie jest tu wymagana... - Powiedzmy, że słucham, żeby zdać sprawę sądowi penitencjarnemu...-odparł Marcin z lekką nutą ironii. - Mi sąd penitencjarny nie jest potrzebny. - odparła Agata z nutą dumy. - Przedterminowego zwolnienia nie chcę, więc po co mi sąd penitencjarny? - Panna Agata honorowa jak szlachcianka... - odparł z udawaną nieśmiałością Marcin. - A idź ty... - odpowiedziała z rezygnacją Agata. Marcin oddalił się. Ja się uśmiechnęłam porozumiewawczo do Agaty i zagadałam ją: - Oj, podobasz się Marcinowi, podobasz... - Ja go też lubię. Ale trzeba mu jednak przypominać, że jako funkcjonariusz nie powinien mnie tak wyróżniać. - odparła Agata z lekkim zakłopotaniem. - Daj sobie spokój Agata, chodźmy lepiej do biblioteki poczytać. I tak poszłyśmy oboje do naszej więziennej biblioteki. Agata wzięła sobie do czytania podręcznik „Prawo naturalne. Wprowadzenie”1 autorstwa profesora Javiera Hervady. Ja, chociaż jestem z wykształcenia socjolożką, a w bibliotece było dosyć literatury socjologicznej, to wzięłam „Historię prawa naturalnego”2tego samego autora. Życie więzienne ze wszystkimi jego szczegółami tak mnie wciągało, że czułam potrzebę zgłębienia tych tematów, szczególnie od strony naturalnoprawnej. Obie książki profesora Hervady ukazały się już za czasów III Rzeczypospolitej, natomiast wydania, które ja i Agata czytałyśmy wtedy ukazały się już w obecnej, wolnej i demokratycznej, Polsce. Wiele się nie naczytałyśmy, bo po mniej niż godzinie już wychodziłyśmy do ogrodu. Jakkolwiek niedziela to dzień święty, to jednak mogłyśmy w ogrodzie robić różne rzeczy i wszyscy nam mówili, że to nic złego. W końcu niedzielny odpoczynek nie powinien oznaczać nudy, czy też braku kontaktu z przyrodą. I tak w tę letnią, słoneczną i ciepłą, ale nie gorącą niedzielę pieliłyśmy, grabiłyśmy, potem także podlewałyśmy, no i odpoczywałyśmy. Ja lubiłam popatrzyć sobie z perspektywy ogrodu na nasz przeuroczy zakład karny. Został on wzniesiony całkiem niedawno, a mimo to jest on w stylu...gotyckim. A właściwie w stylu neogotyckim, no bo styl gotycki to był w średniowieczu. A ponieważ styl neogotycki to był w XIX i na początku XX wieku, a wiek XIX i początek XX wieku też już dawno minęły, to właściwie chyba powinniśmy mówić o stylu neoneogotyckim, czy jakoś tak... W każdym razie jest on zbudowany z najnormalniejszej, tradycyjnej cegły, jak na gotyk przystało. Te wszystkie ostre łuki symbolizują niejako wznoszenie się człowieka do Boga i to tutaj bardzo pasuje: w końcu więzienie ma być jak klasztor. Zresztą podobną wymowę mają strzeliste wieżyczki, które ponadto powodują, że nasz zakład karny wygląda, jak twierdza. Twierdza, która z jednej strony uniemożliwia więźniarkom ucieczkę z niej, ale także chroni więźniarki przed złymi wpływami tego świata. Tak mniej więcej tłumaczył nam to zastępca naszej pani naczelnik. Po pobycie w ogrodzie obiad, no a potem jesteśmy zamykane w celach. W celi każda z nas może mieć na raz co najwyżej trzy książki jednotomowe oraz trzy egzemplarze czasopism, a o telewizorach, czy komputerach to tam w ogóle nie ma mowy. Pani naczelnik tłumaczy, że to po to, żebyśmy się uczyły koncentrować na danych treściach i nie przeskakiwały ciągle od jednych treści do innych. Wiadomo, że dziewczyny raczej nie uwielbiają siedzenia w zamknięciu. Kiedyś, kiedy już się zbliżał czas zamknięcia cel, to jedna z osadzonych w wieku gdzieś tak dwudziestu paru lat zaczęła niezbyt głośno narzekać, że znowu te nudy... Pani naczelnik to przypadkowo usłyszała i zrobiła dziewczynie cały wykład o zaletach ascetycznej izolacji od świata i że tak w ogóle to by się przydało, żeby więźniarki godzinami siedziały w celach w milczeniu i skupieniu z zamkniętymi oczami. Wiadomo, że młode laski ciągnie do luzu i do zabawy i dlatego naczelniczka naszego więzienia nie ma łatwego zadania, kiedy próbuje je przekonać do życia na miarę zakonu kontemplacyjnego, ale jest bardzo ambitna i mimo wszystko nie ustaje w tych swoich dążeniach wychowawczych. Potem jeszcze kolacja i tak dobiegła końca niedziela. Jest poniedziałek rano. Ponieważ już w południe wychodzę na przepustkę, to po apelu nie wychodzę z innymi dziewczynami do pracy, tylko jestem zamykana w celi. Na apelu wszystkie musimy stanąć w jednym szeregu tak, żeby czubki stóp były na narysowanej na podłodze linii. Jeżeli któraś z więźniarek przekroczy tę linię albo stanie zbyt daleko za tą linią, to za karę...musi przebiec korytarz oddziału tam i z powrotem. W drewniakach to nie takie proste...Tym razem padło na mnie i na Kasię z mojej celi. I tak się ścigałyśmy, a na końcu Marcin, który prowadził apel powiedział nam, że poszło nam całkiem nieźle. Marcin chyba lubuje się w wykonywaniu takich kar na więźniarkach. Lubi nam dać wycisk, żeby nam w ten sposób udowodnić, że jesteśmy bardzo dzielne. Coś czuję, że przyszła żona Marcina jest wśród więźniarek... Potem jeszcze śniadanie, po którym muszę spędzić jeszcze kilka godzin w mojej celi. Kwadrans po jedenastej zostaję zaprowadzona do przebieralni i dostaję moje własne ciuchy i buty, w które się przebieram. Zakładam spódnicę w kwiatki, w której się zgłosiłam do odbywania kary, oraz sandały, które mi Marek w sobotę dostarczył tutaj. W końcu wychowawczyni daje mi przepustkę i z tym papierem zmierzam do bramy więziennej. *** Jest poniedziałek. Jestem razem z moimi teściami przed zakładem karnym i czekam, aż Agnieszka wyjdzie na zewnątrz. W trakcie czekania podziwiam gotycką, a właściwie neogotycką architekturę więzienia. Na murze jest herb państwowy, a pod nim urzędowa, wypukła, czerwona tablica, na której jest napisana białymi literami nazwa instytucji, która się tu znajduje. I tu zauważam coś ciekawego, czego dotychczas jeszcze nie zauważyłem. Otóż tablica mówi, że jest tutaj „ZAKŁAD KARNY DUCHA ŚWIĘTEGO dla kobiet”. No też coś! A więc ta cała retoryka, że więzienie ma być jak klasztor ma aż tak daleko idące skutki, że więzienia dostają świętych patronów. Patrzę na zegarek, jest dwunasta i przez drzwi, które są obok więziennej bramy, wychodzi Agnieszka, a towarzyszy jej znana mi funkcjonariuszka Marzena, która już raz nadzorowała nasze widzenie i o której Agnieszka mi już raz pisała w liście. Wymieniam parę szybkich całusów z moją żoną. - Część Marek, przyprowadzam Ci twoją żonę. - odzywa się do mnie radośnie Marzena. - Cześć Marzena.- odpowiadam. - Widzę, że już nawet więzienia mają świętych patronów. - No, dobrze to zauważyłeś. - odpowiada mi Marzena z namysłem. - Wiele więzień kobiecych w Polsce ma obecnie jako patronki święte kobiety. Ale ze świętymi obojga płci jest taki problem, że jako ludzie miewali także wady i to może rodzić kontrowersje. W wypadku Ducha Świętego ten problem oczywiście odpada, bo jako duch i osoba boska nie może mieć słabych stron. Z drugiej strony święte kobiety, dzięki swoim pozytywnym cechom charakteru mogą być wzorcami osobowymi także dla osób niewierzących w Boga i to jest zaleta, której nie ma Duch Święty jako patron. No jest to jakiś problem... -Oczywiście można by sobie dać spokój z dawaniem zakładom karnym świętych patronów. - kontynuuje Marzena po chwili. - Tyle, że ja, ale chyba nie tylko ja, bym się obawiała takiej sytuacji, że więziennictwo jest pozbawione tego głębszego wymiaru duchowego, bo wtedy mogłoby stać się ono czystą przemocą...Tak, to trudne problemy. W każdym razie musimy działać zgodnie z prawem naturalnym i pozytywnym. - Oj, ale was chyba tu za długo zagadałam.- powiedziała w końcu Marzena z rozmachem i się uśmiechnęła. - No, pewno chcecie się teraz sobą nacieszyć, a mnie też czeka robota...Pa, Agnieszka, do zobaczenia za tydzień... -Pa, Marzena, całuski i do zobaczenia...-odpowiedziała moja żona. Funkcjonariuszka odwróciła się na pięcie i zniknęła w głębi więziennego terenu. Teraz odezwała się moja teściowa: - Moja córka wychodzi po trzech miesiącach z więzienia, a co robi jej mąż? Uskutecznia sobie pogaduszki ze strażniczką więzienną! Odpowiedź mojej żony nie kazała długo na siebie czekać: - Mamo! - fuknęłą Agnieszka. - To są bardzo ważne sprawy: relacja między sferą religijną i sferą państwową. To są sprawy, które mogą budzić kontrowersje i właśnie dlatego trzeba o tym rozmawiać. I mam nadzieję, że wszyscy słuchaliście, co mówiła Marzena. -Ależ dziecko. -odezwał się stanowczym głosem ojciec Agnieszki.- Doskonale rozumiem wagę tych spraw i dlatego z uwagą tego słuchałem. - Nie zapominaj mamo – kontynuowała Agnieszka – że jestem dziennikarką i właściwie powinnam takie dyskusje animować. A jeżeli chodzi o Marka, to co dziennie dziękuję Bogu w modlitwie, że mam takiego ciekawego świata męża. Po zakończeniu tej krótkiej scysji moja żona westchnęła radośnie: - Och, jak pięknie! Znowu na wolności! We własnych ciuchach i we własnych butach. Stopy mam takie lekkie... Trzeba się będzie wyszaleć! Po tych słowach poczułem nagłą ochotę, żeby tę głupią kozę, która jest moją żoną, nieco zdyscyplinować. I dlatego ułożyłem sobie szybko małe przemówienie i odezwałem się do niej w ten sposób: - Tylko sobie za dużo nie wyobrażaj z tym szaleństwem. Pamiętaj, że jesteś na przepustce z więzienia, a ja, jako twój mąż, w pewnym sensie za ciebie odpowiadam. I już ja dopilnuje, żeby ten twój pobyt poza murami zakładu karnego był nacechowany skromnością i cnotliwością. - Oj, Marek! Zaczynasz jak nasza pani naczelnik. Ona by też chciała, żebyśmy żyły skromnie i cnotliwie, jak zakonnice i ciągle robiły coś pożytecznego i ciągle siedziały z nosami w książkach... - No to chyba dobrze... - odparłem z udawaną naiwnością. - No to wyobraź sobie, że młoda dziewucha, jak ja, musi się także zabawić, wyszumieć... - Jeszcze się wyszumisz, Aga. Ale pamiętaj: odwleczona przyjemność staje się czasem...jeszcze większą przyjemnością. No i znowu mój jakże mądry mąż ma rację...- odpowiedziała Agnieszka z łagodnym uśmiechem. Tak rozmawialiśmy idąc na autobus, potem podróż do naszego miasta, a tam na dworcu autobusowym rozstaliśmy się z moimi teściami i poszliśmy pieszo do siebie do domu. Kiedy już byliśmy w naszym mieszkaniu Agnieszka poszła do naszej sypialni, chyba po to, żeby przebrać się w jakieś domowe ciuchy, a ja sobie przypomniałem, że rano zapomniałem umyć zęby i dlatego poszedłem do łazienki, żeby to nadrobić. W trakcie szorowania zębów usłyszałem, że Aga otwiera drzwi od łazienki, wyjmuje klucz z dziurki, wkłada go po drugiej stronie, a potem...zamyka drzwi i klucz przekręca. Szybko podbiegłem do drzwi i zacząłem w nie walić: - Zgłupiałaś?! Co ty robisz?! Otwieraj! Zza drzwi dobiegł spokojny głos Agnieszki: - A może by tak grzeczniej? Ja się tak nie wyrażam, kiedy mnie zamykają w celi. A tobie się należy kara za twoje zachowanie wobec pani Krysi. Posiedzisz tam godzinę, a ja w tym czasie przygotuję obiad. Zrezygnowany usiadłem na zamkniętej muszli klozetowej. Trochę się pomodliłem w ciszy za Agnieszkę i za wiele innych spraw. Potem wziąłem szczotkę klozetową oraz ocet i szorowałem kibel. Po jakimś czasie drzwi się otworzyły, a w nich stała Agnieszka. - To co? Zapraszam na obiad. - usłyszałem uśmiechnięty głos mojej żony. Obiad zjedliśmy w miłej atmosferze bez większych rozmów, potem ja zmyłem i wytarłem naczynia i usiadłem przy kuchennym stole. Wtedy do kuchni weszła Agnieszka i z zalotnym uśmiechem na twarzy chwyciła mnie za rękę i zaczęła ciągnąć. Tak mnie zaciągnęła do naszej sypialni, gdzie żaluzje były spuszczone. Z tym zalotnym uśmiechem zaczęła mnie obmacywać w najróżniejszych miejscach... - No co ? Nie miałbyś ochoty zrobić teraz TEGO? Uśmiechając się delikatnie zacząłem ją także obmacywać w różnych miejscach, także poniżej pasa. - Ależ oczywiście, że miałbym ochotę...- powiedziałem starając się przeciągać każde słowo. Czułem jak żona zbliżała swoje ciało coraz bliżej do mojego.Kiedy już nasze krocza prawie się dotykały, chwyciłem ją mocno za biodra. - I właśnie dlatego, że oboje tego chcemy, teraz tego nie zrobimy. - oznajmiłem krótko stanowczym głosem. Na twarzy Agnieszki rysowało się zdziwienie. Zrobimy to kiedy indziej, kiedy już będziesz znowu za kratami.- kontynuowałem z nutą zalotności. Jestem pewien, że dostaniesz intymne widzenie. To będzie taki seks penitencjarny, rozumiesz? Dobiorę się do ciebie, kiedy będziesz znowu w więziennej spódnicy, chustce na głowie i w drewniakach. A bieliznę to tam chyba nosisz szarą, prawda? Seks w więzieniu będzie miał za zadanie polepszyć twój stosunek do odbywanej kary... Mówiąc to wszystko mój ton stawał się coraz bardziej namiętny. Na twarzy mojej małżonki widać było zdziwienie przechodzące w irytację. - Ty chyba kompletnie zwariowałeś! Kompletnie ci się role pomyliły... Agnieszka przerwała tak, jakby zaniemówiła ze zdziwienia. - Każdy normalny facet, którego żona wyszłaby z pierdla, chciałby sobie porządnie z nią poużywać, a ty... Bawisz się w wychowawcę więziennego. - mówiła zdenerwowanym głosem. Patrzyłem na nią niewzruszony. - Widzisz, już od dłuższego czasu uważam, że powinni dla mnie stworzyć funkcję o nazwie „społeczny pomocnik Służby Więziennej”. - rzekłem lekko ironicznie. Agnieszka popukała się w czoło. - I wiesz co... Właśnie dlatego, że jesteś taki pierdolnięty, jeszcze bardziej cię kocham! - powiedziała zdenerwowanym głosem i zaczęła mnie namiętnie całować. Dogadaliśmy się, że wieczorem pójdziemy potańczyć. Udało mi się ją namówić, żeby założyła buty na prawie płaskim obcasie, niezbyt krótką sukienkę i żeby zrezygnowała z wszelkiego makijażu i wszelkiej biżuterii. No i żeby włosy związała w kok. Jakkolwiek nie mieliśmy tego wieczoru nieskończonej ilości czasu, to z drugiej strony nie musieliśmy się za bardzo spieszyć, ponieważ mój dyżur bibliotekarski zaczynał się następnego dnia dopiero o godzinie 11.00. Kiedy z tej wieczornej eskapady wróciliśmy do domu około 23.00, ja wydałem zdecydowanym tonem zarządzenie: - Ty do łóżka, ja śpię na materacu w śpiworze. Czeka mnie jeszcze nie jeden pobyt na poligonie, więc muszę się przyzwyczajać. Daliśmy sobie całusy i poszliśmy spać. 1Javier Hervada, Prawo naturalne: Wprowadzenie, Wydawnictwo Petrus, Kraków cop. 2011 2Javier Hervada, Historia prawa naturalnego, Wydawnictwo Petrus, Kraków cop. 2013 1Javier Hervada, Prawo naturalne: Wprowadzenie, Wydawnictwo Petrus, Kraków cop. 2011 2Javier Hervada, Historia prawa naturalnego, Wydawnictwo Petrus, Kraków cop. 2013
- 2 odpowiedzi
-
1
-
- kobieta
- zakład karny
-
(i 8 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Nazajutrz, w sobotę, wstałem już o 6 rano. O wpół do ósmej przyszła do mnie teściowa i zastała zrobione przeze mnie gotowe śniadanie. Zjedliśmy razem śniadanie i gdzieś tak dziesięć po 8 poszliśmy do mieszkania pani Krysi i razem z nią wyruszyliśmy na dworzec autobusowy. Nasz autobus PKS odjeżdżał o godzinie dziesiątej i chodziło nam o to, żeby móc iść spacerkiem i zdążyć na niego. Zresztą skrót „PKS” od jakiegoś czasu znów oznaczał „Państwowa Komunikacja Samochodowa”, a status przedsiębiorstwa państwowego także w komunikacji autobusowej wracał znowu do łask. Przy czym te naprawdę państwowe PKSy miały w znacznej mierze charakter regionalno-lokalny. Ostateczny kształt publicznej komunikacji autobusowej był ciągle dyskutowany na najwyższym szczeblu. Co się zaś tyczy tych najdłuższych linii autobusowych, n.p. Z Gdańska do Warszawy, albo z wręcz z Gdańska do Krakowa, to rozważano, żeby je włączyć w struktury Polskich Kolei Państwowych albo Poczty Polskiej. W drodze na dworzec moja teściowa zaczęła pani Krysi wyznawać, jakiego to doznała szoku, kiedy się dowiedziała, że Agnieszka trafiła za kratki i tak rozpoczęła się rozmowa pomiędzy dwoma kobietami o różnych matczynych troskach. Ja na te wywody teściowej specjalnie nie reagowałem. W końcu to Agnieszki ocena tego, co się z nią dzieje za murami więziennymi, była dla mnie najważniejsza. Po przyjściu na dworzec i dotarciu na stanowisko i po niezbyt długim oczekiwaniu nadjechał nasz autobus i tak rozpoczęła się nasza podróż. Kiedy już dotarliśmy autobusem do celu, spokojnym spacerkiem ruszyliśmy w kierunku zakładu karnego. Niby powinienem być już przyzwyczajony do tej drogi do więzienia, ale jednak przechodził mnie ciągle pewien lekki dreszczyk, kiedy tam szliśmy. Wiem, że to może zabrzmi co najmniej dziwnie, ale czułem się, jak na swego rodzaju...pielgrzymce. Dlaczego takie myśli mi chodzą po głowie? Raz, że byłem w drodze do mojej żony, w której byłem i jestem zakochany na zabój. Ale po drugie też dlatego, że zakład karny coraz bardziej mi się kojarzył z... przybytkiem cnoty. W końcu więzienie ma być jak klasztor, miejscem uprawiania ascezy. A tam w środku moja żona, której jestem winny dozgonną wierność. W moich myślach i fantazjach jednostka penitencjarna zaczynała być wręcz jakimś sanktuarium. Ale nie zamierzałem się dzielić z obydwoma paniami, które mi towarzyszyły, tymi myślami, ponieważ obawiałem się albo byłem wręcz pewny, że nie zostanę zrozumiany. Kiedy przechodziliśmy przez pewien park zauważyłem: - To jest chyba jeden z tych terenów zielonych, które więźniarki, w tym moja żona regularnie sprzątają. - Od razu dostałem odpowiedź od pani Krysi: - Że też pana żona mając wyższe wykształcenie musi wykonywać takie fizyczne prace, jak jakaś dziewucha po zawodówce..... - Pani Krysiu – oznajmiłem zdecydowanym tonem – moja żona jest dziennikarką i poznawanie różnych segmentów naszej rzeczywistości, także od wewnątrz, jest jej zawodowym powołaniem. Kiedy już dotarliśmy na miejsce, zostaliśmy wylegitymowani przez funkcjonariuszkę, a ja tej funkcjonariuszce przekazałem ubrania i buty dla Agnieszki, które moja żona chciała założyć wychodząc na przepustkę. Następnie udaliśmy się do pomieszczenia widzeń. Od razu po wejściu do budynku więziennego prawie ciągle było słychać walenie więziennych drewniaków o ziemię, związane najwyraźniej z chodzeniem więźniarek. Ten odgłos tworzył w budynku pewną atmosferę ciężkości, a tym samym dodawał zakładowi karnemu powagi. I jakoś, może nawet podświadomie, zacząłem być przekonany, że właśnie taki klimat powinien być w zakładzie karnym. Gdyby więc przyprowadzono mi żonę na widzenie na przykład w jakiejś sukience w kwiatki i balerinach zamiast drelichowej spódnicy i więziennych chodakach, to chyba bym odczuwał jakiś dysonans. No i kto wie... Może bym się nawet poskarżył w Ministerstwie Sprawiedliwości...W końcu jako obywatelowi i mężowi nie mogło mi być obojętne, jak jest wykonywana kara mojej żony... W pomieszczeniu widzeń nie musieliśmy długo czekać na Agnieszkę. Została wprowadzona z grupą innych więźniarek, miała uśmiech na twarzy i zaczęła witanie i całowanie się od swojej mamy, potem przyszła kolej na panią Krysię, po której nieco zaskoczonej minie widać było, że rzeczywistość więzienna jest dla niej nowością. Potem przyszła kolej na mnie. Kiedy dotknęła swoimi słodkimi, uśmiechniętymi ustami moich ust, poczułem w genitaliach jej kolano oraz ból, następnie drugie jej kolano w tym samym miejscu i znowu ból. - To było za to, co naopowiadałeś pani Krysi o naszym małżeństwie. - rzekła swoim najmilszym i jednocześnie nieco przyciszonym głosem. - O dalszych konsekwencjach porozmawiamy, jak będę już na przepustce.- - A teraz siadaj, musimy wszyscy razem porozmawiać. - dodała po chwili radosnym głosem. Ponieważ było nas cztery osoby, to usiedliśmy w kółku. Agnieszka siedziała z nogami zgiętymi w kolanach pod kątem prostym, z podudziami lekko odchylonymi w jej lewą stronę. Słowem- wyglądała jak bardzo grzeczna dziewczynka. Ja siedziałem dokładnie naprzeciw żony, teściowa i sąsiadka po moich bokach. - No i jak minęła podróż? - zapytała nas wszystkich z rozpromienioną twarzą. Ja się poczułem od razu zachęcony tym pytaniem, więc odparłem: - W drodze od autobusu szliśmy tutaj przez pewien park. Czy także ten park sprzątacie.- - Od kiedy tu trafiłam, to raczej wszystkie okoliczne parki sprzątałyśmy. - padła odpowiedź z ust mojej żony.- A więc pewno i ten. - I jak? Ładnie wysprzątałyśmy? - dodała po chwili z zaciekawioną i rozpromienioną twarzą. Teraz odezwała się pani Krysia: - Że też pani, dziewczyna z wyższym wykształceniem, musi wykonywać takie podłe prace... - I pewno jeszcze w tym drelichu i chodakach z literami ZK, żeby wszyscy patrzyli się na moją córkę, jak na jakąś podłą kryminalistkę... - dodała moja teściowa. Odpowiedź Agnieszki nie kazała długo na siebie czekać: - Pani Krysiu, jakież znowu podłe prace. Prace ogrodowe należą do najfaniejszych prac, jakie sobie można wyobrazić. Pani przecież też robi na działce... - A co do ciebie, mamo, to wstydzić powinnam się tego, że jechałam nietrzeźwa, a nie tego, że mnie ludzie widzą w więziennym drelichu. Jak się narozrabiało, to trzeba mieć odwagę cywilną, żeby się do tego przyznać...- dodała po chwili nieco surowszym głosem. -I że też w czymś takim musi się pani mężowi pokazywać... Przynajmniej na widzenia mogli by pani dać normalną odzież. - kontynuowała pani Krysia swoje użalanie się nad moją żoną. - Ależ pani Krysiu, mój Marek jest wręcz zachwycony, jak mnie tak widzi...- powiedziała moja Aga i rzuciła figlarne spojrzenie w moim kierunku. - Widzi pani, jakimi oczętami się gapi na mnie... Rzeczywiście miałem wrażenie, że moje wpatrzone w żonę oczy stawały się nieco mętne. Tak, jakbym patrzył na nią w jakimś śnie. Jej więzienna spódnica, obłe chodaki i do tego chustka na głowie dodawały jej kobiecości. Spod chustki wystawały jej kosmyki włosów – już sam nie wiem, czy zgodnie z przepisami, czy nie... - No Mareczku, co się tak patrzysz na moje stopy? - kontynuowała swoim słodziutkim głosem- Chyba wiem, o co ci chodzi... I kopnęła mnie najpierw jedną a potem drugą nogą. - Hurra, teraz ja wygrałam, pierwsza go kopnęłam...- oznajmiła. - Widzicie – zwróciła się następnie do swojej mamy i do sąsiadki – ten mój mąż-głuptas jest tu wszystkim zafascynowany... - Nawet literami ZK na moich więziennych drewniakach. - dodała z nutą ironii. - I makijażu pani pewno też nie wolno mieć. - pani Krystyna starała się kontynuować swoje użalanie nad moją żoną. - Oj, to straszne...- padła szybka, ironiczna odpowiedź Agnieszki. - A wie pani, że funkcjonariuszki też nie mogą mieć makijażu? - - A teraz koniec z tymi żalami! - zarządziła władczym głosem moja żona i rozpoczęła się rozmowa o tym, co słychać u pani Krysi, co słychać u rodziców Agnieszki, a także o tym, co słychać w naszym mieszkaniu, zostawionym pod moją opieką. Kiedy już wychodziliśmy z widzenia, teściowa zwróciła się do nadzorującej te widzenie strażniczki: - Proszę pani, muszę porozmawiać z panią naczelnik, kiedy to będzie możliwe? - Pani naczelnik powinna tu się gdzieś kręcić...O, tam właśnie stoi. Wszyscy razem podeszliśmy do naczelnik zakładu karnego. Teściowa odezwała się: - Pani naczelnik, muszę z panią koniecznie porozmawiać o mojej córce, Agnieszce Zawadzkiej- Milewskiej, którą właśnie odwiedziłam tutaj... - Ależ oczywiście, ale jest jeden warunek: W rozmowie musi uczestniczyć także pani zięć. Agnieszka wskazała bowiem swojego męża jako jedną z tych osób, którą darzy największym zaufaniem. - Marek Milewski, mąż Agnieszki. - przedstawiłem się. - Bardzo mi miło. -odpowiedziała naczelnik. - W takim razie zapraszam do mnie. - Ja się w takim razie już pożegnam. Sama wrócę do domu. - zasygnalizowała pani Krysia. Ja z teściową zostaliśmy poproszeni do pewnego pomieszczenia, gdzie naczelnik kazała nam usiąść przy stole i czekać na nią. Zza okna dochodziło miarowe klekotanie drewniaków. Podszedłem więc do okna i ujrzałem dosyć długi szereg więźniarek chodzących w kółko po więziennym podwórku. Zobaczyłem wśród nich także moją żonę idącą razem z Agatą.Obie dziewczyny zauważyły mnie, zaczęły się do mnie uśmiechać, mi kiwać i w końcu...przesłały mi całuski. Ja też się uśmiechnąłem, pomachałem dziewczynom, oddaliłem się od okna i wróciłem do stołu. Ta siermiężność tego chodzenia w kółko po spacerniaku w wykonaniu takich fantastycznych i jednocześnie tak siermiężnie ubranych dziewczyn, jak moja żona, bardzo mnie kręciła. Siermiężność siermiężnością, ale w końcu koło to także symbol doskonałości... Po chwili weszła naczelnik, usiadła naprzeciwko nas i zwróciła się do teściowej: To w takim razie słucham panią. Teściowa od razu rozpoczęła swój wywód z dużą dawką emocji: - Pani naczelnik, musi pani koniecznie wnioskować o przedterminowe zwolnienie mojej córki. Wiem, że pani może to zrobić. Agnieszka to porządna dziewczyna. Raz popełniła błąd, a ten sędzia ją zaraz na sześć miesięcy zamknął. Kto inny to by w takiej sytuacji dostał karę w zawieszeniu...A moja głupia córka to się nawet nie odwołała. Naczelniczka odpowiedziała spokojnym głosem, nacechowanym rozwagą: Proszę pani, ja bym się czuła zobowiązana wnioskować o przedterminowe zwolnienie pani córki, gdybym była przekonana, że pani córka jest na to gotowa. Niestety obawiam się, że tak nie jest... Teściowa patrzyła niespokojnym, roztargnionym wzrokiem. Pani naczelnik kontynuowała: - Agnieszka żałuje tej swojej jazdy w stanie nietrzeźwym. Ale żal i chęć poprawy to za mało. Potrzebna jest jeszcze wytrwałość w dążeniu do naprawy swojego życia i tu widzę u niej pewien problem. Widzę u niej pewną skłonność do niestabilności emocjonalnej,pewien lęk przed życiem...Owszem, co do zasady jest wręcz wzorową więźniarką. Ale, co będzie po wyjściu na wolność? Pani naczelnik się nieco zamyśliła i po chwili kontynuowała: - Jak już powiedziałam, Agnieszka jest, co do zasady wzorową więźniarką. Objawia się to w ten sposób, że troszczy się o wszystkich i o wszystkie możliwe sprawy. Jest bardzo uczynna i powszechnie lubiana przez inne więźniarki i funkcjonariuszki. Natomiast z troszczeniem się o swoje własne życie jest u niej nieco gorzej. Jakby chciała uciec od własnego życia, jakby się go bała. Ale skoro już mowa o przedterminowym zwolnieniu, to najważniejszym argumentem powinno być to, że Agnieszka zawsze otwarcie deklaruje, że nie chce przedterminowego zwolnienia, można wręcz powiedzieć, że się przed nim broni. Mam wrażenie, że zakład karny jest dla pani córki swego rodzaju stabilizatorem jej życia. - Też coś! – odpowiedziała teściowa z nutą oburzenia – Żeby moja córka wolała pobyt za kratami od normalnego życia! Jak jakaś podła kryminalistka... - Proszę tak nie mówić! - głos pani naczelnik brzmiał teraz bardzo stanowczo – Pani córka to bardzo wrażliwa dziewczyna. A to, co nam się wydaje normalnością, dla innego człowieka już może nie być takie normalne. Słuchając tej rozmowy pewne rzeczy zaczęły mi się układać w głowie i w końcu doszedłem dw wniosku, że wreszcie powinienem zabrać głos: - Przez długi czas traktowałem charakter mojej żony, jej różne wybryki z pewnym pobłażaniem. Ale teraz pewne rzeczy widzę, jak na dłoni. Na przykład te jej ekscesy alkoholowe, z których ostatni ją zaprowadził tutaj. To wynikało z tego, że rzeczywistość jaka ją otaczała, była dla niej zbyt wąska, czuła się w niej uwięziona, a wolność odnalazła, paradoksalnie, tutaj, za kratami. Są mężowie, którzy twierdzą, że dali swoim żonom wszystko. Ja bym nie śmiał czegoś takiego powiedzieć. Ja nie mogę dać Agnieszce wszystkiego, bo jest ona człowiekiem zbyt wielkiego formatu! Mogę, co najwyżej, Agnieszce towarzyszyć w jej dążeniach i pilnować, żeby te dążenia nie poszły w jakimś złym kierunku. - Panie Marku – odpowiedziała mi pani naczelnik - bardzo mnie cieszy, że pan tak wnikliwie analizuje osobowość swojej żony. Kiedy Agnieszka stąd w końcu wyjdzie, będę ją mogła oddać w dobre, czyli w pana ręce. W każdym razie pojutrze wychodzi na tydzień na wolność. Proszę dobrze pilnować żony, żeby mi tu wróciła cała i zdrowa i żeby w czasie przepustki nic głupiego nie zrobiła. Na tym się rozmowa z naczelniczką zakładu karnego zakończyła. Ja i teściowa udaliśmy się na dworzec, żeby następnie autobusem wrócić do domu. Podczas całej drogi rozmawialiśmy o bardzo zwyczajnych sprawach i między nami nie doszło do żadnej, nawet najmniejszej scysji. Kiedy już byłem u mnie w domu, to po wykonaniu pewnych drobnych prac porządkowych zająłem się czytaniem różnych mądrych książek i robieniem z nich notatek, a następnie nie pozostawało mi już nic innego, jak pójść spać.
- 8 odpowiedzi
-
2
-
- idealna kobieta
- mąż
- (i 9 więcej)
-
Poniższe opowiadanie jest wizją przewidywanej przyszłości i tak należy je rozumieć. Ewentualne podobieństwa z postaciami rzeczywistymi są przypadkowe. *************************************************************************************************************************************************************************** Niedługo minie już trzeci miesiąc, kiedy jestem tutaj, czyli połowa mojej kary. Wychowawczyni zaczyna coraz częściej mówić o tym, że powinnam wyjść na przepustkę z zakładu karnego. Podkreśla, że wyjście na przepustkę to wręcz konieczność, bo nie może być tak, żebym się za bardzo przyzwyczaiła do życia więziennego. A poza tym to przepustka, według niej, to taka dodatkowa kara. No bo najpierw poczuję ten smak wolności, a potem będę musiała znowu wrócić za kraty. - Wiem, że to przykre, ale to musi być. - powiedziała niedawno. Kiedy dokładnie miałam wyjść na przepustkę jeszcze nie było jasne, ale miało to nastąpić prawdopodobnie w tygodniu, który miał się zacząć po tym widzeniu, na które Marek miał przyprowadzić panią Krysię. W ubiegłym tygodniu dostałam ten list od naszej sąsiadki i od razu zadzwoniłam do niej, żeby ją uspokoić odnośnie mojego małżeństwa. Teraz mamy już poniedziałek następnego tygodnia, a więc mam znowu piętnaście minut na rozmowy telefoniczne. Tak więc postanawiam po pracy zadzwonić do Marka. - Cześć Marek, tu Agnieszka, dostałeś może już mój ostatni list? - Cześć Agnieszko, chyba jeszcze nie… - No to, jak dostaniesz, to się dowiesz, co sądzę o takich numerach, jak ten, który zrobiłeś ostatnio pani Krysi. O konsekwencjach dowiesz się, jak przyjedziesz w tym tygodniu na widzenie do mnie… - Już się boję… - No to dobrze, że się boisz. Ale do tego jeszcze wrócimy. A tymczasem powiedz mi, czy mógłbyś mi zrobić pewną przysługę. Skoro mam już tu siedzieć te sześć miesięcy, to dobrze by było, gdyby mój przypadek był ostrzeżeniem dla innych i dlatego warto by było, żeby więcej ludzi się o tym dowiedziało. W końcu jako dziennikarka jestem osobą w miarę znaną w naszym regionie i gdyby się szersze grono o tym dowiedziało, że mnie za tę jazdę w stanie nietrzeźwym naprawdę zamknięto, to może by to zrobiło jakieś wrażenie… Marek od razu zrozumiał, co powinien robić. - Dobrze, w końcu znam trochę ludzi z Wydziału Dziennikarstwa, gdzie studiowałaś, więc spróbuję wysondować, co o tym sądzą. Ciekawe może być także dla odbiorcy mediów, jak to teraz wygląda w takim zakładzie karnym dla kobiet. Ludzie widzą, że Polska się zmienia, ale nie do wszystkich dociera, jak szeroki jest rzeczywisty zakres tych zmian… - W takim razie zakończmy teraz tę rozmowę, żebym miała jeszcze jakiś zapas minut w tym tygodniu. No i widzimy się w sobotę na widzeniu. - No, dokładnie. Skąd wiesz, że w sobotę przyjeżdżam? - Wychowawczyni mi powiedziała. W takim razie pa i do zobaczenia albo do usłyszenia. - Pa. I tak skończyła się moja rozmowa z Markiem. Tego samego dnia, późnym popołudniem, ja i Agata wykorzystywałyśmy nasz czas, która nam dziennie przysługuje na internet. Siedziałyśmy przy dwóch komputerach stacjonarnych znajdujących się obok siebie. Oczywiście wszystkie komputery mają u nas w więzieniu, jakżeby inaczej w tych antyglobalistycznych czasach, wolne oprogramowanie. Ja i Agata większość naszego czasu przy komputerze wykorzystywałyśmy na czytanie i oglądanie różnych mądrych stron: informacje z Polski i ze świata, teksty naukowe z naszych dziedzin, ale kiedy nasz czas dobiegał już końca, to w ostatnich 10 minutach przy komputerze jakoś zachciało nam się oglądać strony modowe. Tak sobie patrzymy na różne letnie kreacje, aż w końcu Agata odzywa się do mnie, lekko zamyślona: - Tak szczerze...Nie tęsknisz za takimi normalnymi ciuchami? Na przykład to...Biała sukienka w kwiaty i do tego zielone baleriny… - Wiesz co...Jak tak patrzę, to chyba jednak trochę tak. - odpowiadam. - Chyba bym nawet chętnie jakieś szpilki założyła. I do tego czerwoną spódnicę. O, taką… - A może to nawet dobrze, że tęsknimy za takimi modnymi ciuchami. - odparła Agata rezolutnie i jednocześnie przekornie. - Skoro za tym tęsknimy, a nie możemy tego mieć, to jest to dla nas jakaś kara, jakaś pokuta. A w końcu nam się kara należy za te nasze wybryki alkoholowe. - No może...- odpowiedziałam niepewnie. Kiedy tak rozmawiałyśmy nie zauważyłyśmy nawet, że za nami stanął Marcin. -Oj, dziewczyny, chyba wam to oglądanie stron o modzie nie służy. Czas już kończyć siedzenie przed komputerem. I zapamiętajcie sobie raz na zawsze, że w tych waszych siermiężnych, więziennych drelichach i siermiężnych, więziennych drewniakach wyglądacie przepięknie. - powiedział z przekąsem. Agata popatrzyła na niego z rezygnacją. - Mężczyzna nigdy nie zrozumie kobiety.- oznajmiła - I tu się panna Agata myli.- odezwał się Marcin, znowu z pewną nutą przekąsu. - Jako funkcjonariusz pełniący służbę w zakładzie karnym dla kobiet czuję się zobowiązany czytać prasę kobiecą, którą od czasu do czasu pożyczam od funkcjonariuszek. I powiem wam jedno: Znam wszystkie wasze babskie słabości na wylot i wiem jak bardzo w sprawach ubioru jesteście zależne od naszej męskiej opinii. - przekonywał. - A gdyby to ode mnie zależało, to bym kazał wam chodzić w jeszcze bardziej siermiężnych ubraniach więziennych, niż to teraz ma miejsce.- dodał z nutą uszczypliwości. - Już się boimy! - odparła Agata z ofensywną ironią. -Tak, czy inaczej. Wasz dzisiejszy czas na internet się skończył. Wracamy do cel. - zakończył Marcin rozmowę. Po wyłączeniu komputerów wstałyśmy i zostałyśmy zaprowadzone do naszych cel, które o tej porze były już zamykane na noc. I tak skończył się ten dzień. Następnego dnia wszystkie więźniarki pracowały z rana przy sprzątaniu parku na obrzeżach miasta. Ja i Agata zamiatałyśmy razem pewną alejkę i wtedy podszedł do mnie pewien człowiek, który rozpoznał mnie prawdopodobnie z powodu mojej pracy dziennikarskiej i próbował mnie zagadać. Takie sytuacje zdarzały się już częściej od kiedy jestem tu, w więzieniu, i pracuję na zewnątrz. Podchodzą ludzie, którzy kojarzą mnie z moich wideoblogów w internecie albo, którzy pamiętają moje zdjęcie przy moich artykułach w sieci albo w prasie drukowanej. W takiej sytuacji strażniczka, która nas pilnuje, w sposób grzeczny i łagodny, zwraca tym ludziom uwagę, że teraz nie wolno mi z nimi rozmawiać, ale skoro mnie poznają, to przecież mogą napisać list do mnie, do zakładu karnego. I tym sposobem dostaję tutaj listy od moich czytelników oraz widzów mojego wideobloga. Kiedy tak zamiatamy tę alejkę, Agata się do mnie nagle odzywa: - Dobrze, że jesteś taka znana. Jak ludzie skumają, że taka renomowana dziennikarka siedzi w kryminale za jazdę po pijaku, to można by tego użyć do ostrzegania ludzi przed takimi zachowaniami. - No właśnie. - odpowiadam. - Dlatego też poprosiłam mojego Marka, żeby popytał w moim środowisku dziennikarskim, czy ktoś by nie chciał zrobić jakiegoś reportażu telewizyjnego o mojej sprawie. - I dobrze by było, żeby ten reportaż był także o mojej sprawie. - odparła Agata. - Ja, co prawda, prawie w ogóle nie jestem znana, no ale, gdyby ludzie się dowiedzieli, że córka sędziego już za pierwszym razem dostała taki wyrok bez zawiasów i teraz naprawdę siedzi...To mogłoby być bardzo wychowawcze. I niech nas zobaczą w tych więziennych łachach. - Oj, Agata. - odparłam. Nie mów „łachy”. Te nasze więzienne ubrania są dosyć siermiężne, ale jednak całkiem schludne. - Tak mi się powiedziało z tymi „łachami”. Nie bierz sobie tego tak do serca. - wyjaśniła Agata. Jeszcze trochę było tego zamiatania, potem jeszcze trochę grabienia trawy, no i wracałyśmy z powrotem do więzienia. *** W środę tego tygodnia, w którym na widzenie do Agnieszki miałem przywieźć panią Krysię, wreszcie doszedł ten list od Agnieszki, o którym mówiła przez telefon. No i muszę przyznać, że moja żona robiła się coraz bardziej nawiedzona. Przez ten pobyt w więzieniu czuła najwyraźniej coraz większą potrzebę, żeby mnie karać. Moja artystyczno-literacka wyobraźnia zaczynała w niej coraz bardziej widzieć...alegorię kary pozbawienia wolności. Ciekawość odnośnie tego, jakie to ona dla mnie kary wymyśli, podnosiła u mnie poziom adrenaliny. Dlatego niecierpliwie oczekiwałem tego sobotniego widzenia. W piątek, w dzień przed widzeniem u Agnieszki, miałem rano dyżur jako bibliotekarz w bibliotece uniwersyteckiej. Po dyżurze, kiedy około trzeciej po południu chciałem się wziąć za robienie obiadu, dzwoni telefon. - Cześć, tu Agnieszka. Jutro przyjeżdżasz do mnie na widzenie, prawda? - Tak, wiem. Mam być u ciebie o dwunastej. Rano przychodzi do mnie twoja mama, a potem razem z panią Krysią idziemy na dworzec i przyjeżdżamy PKS-em do ciebie. - A coś w sprawie reportażu o mojej sprawie udało ci się wysondować? - Byłem na uniwerku, na twoim Wydziale Dziennikarstwa i rozmawiałem z paroma twoimi dawnymi znajomymi, ale nic mi nie mogli powiedzieć. Kazali mi przyjść gdzieś tak za dwa tygodnie. - Ja w każdym razie wychodzę na przepustkę w najbliższy poniedziałek. Przepustka będzie na jeden tydzień, a więc trochę będziemy mieli tego czasu. - O, to się dobrze składa. Bo w poniedziałek to ja mam wolne, więc bez problemu mogę ciebie odebrać. Twoja mama na pewno też będzie chciała przyjechać po ciebie. -Dobrze, Marek, czy mógłbyś mi zrobić jeszcze jedną przysługę? Jak przyjedziesz jutro na widzenie, to możesz mi przywieźć te moje błękitne spodnie i czarne sandały? Chciałabym w tym wyjść w poniedziałek na przepustkę. Znowu zachciało mi się dokuczać żonie: -A ty co tak z tymi ciuchami? Nie wystarczą ci te rzeczy, które są w zakładzie karnym w depozycie? Myślałem, że więzienie nauczyło ciebie skromności...- powiedziałem lekko złośliwie. -Oj, Marek...-usłyszałem zmęczony głos Agnieszki. - Bądź po prostu tak dobry i zrób to dla mnie. Po trzech miesiącach chodzenia w drelichu i chodakach chciałabym mieć trochę większy wybór, co na siebie włożyć. -No dobrze, to w takim razie ci to przywiozę jutro. -No to pa. Do jutra. -Pa. Do zobaczenia. Na tym skończyła się nasza rozmowa. Ja ugotowałem sobie obiad i siadłem przed telewizorem. Leciał właśnie jakiś teleturniej, potem zaczął się polityczny program, gdzie była mowa o bieżącej pracy Sejmu. Ponieważ bilety autobusowe na podróż do Agnieszki były kupione, nie miałem wiele do roboty. Po załatwieniu rutynowych domowych obowiązków i spakowaniu rzeczy, o które Agnieszka prosiła, wziąłem się za czytanie pewnych czasopism bibliotekarskich i polonistycznych, a potem nie pozostawało mi już nic innego, jak pójść spać.
- 9 odpowiedzi
-
3