Znajdź zawartość
Wyświetlanie wyników dla tagów 'magia i miecz' .
-
- Nawet kilofy nam nie pomogą, padniemy z głodu lub pożarci przez mrówki, nim się przekopiemy przez ten gruNawetz. Jesteśmy tu pogrzebani - rzucił w beznadziei Seweryn i przystawił czoło do lodowatej skały - potrzebuję czegoś na migrenę… Jegor opierał się o ścianę i przesuwał palec wzdłuż ostrza pałasza, całe stępione, lepiej poszukać nowego. Dzięki rozsianym zewsząd trupom mieli pokaźny zapas prochu, ale nie wystarczający by wysadzić nowe przejście. Mieli też tylko dwóch strzelców, cała reszta kopalni została wyrżnięta w pień. - Jest jeszcze jeden sposób by się stąd wydostać - rzucił lakonicznie Halyjczyk. - Jaki? Mówże na Peruna Wielkiego! - Kopalnia połączona jest z kolonią mrówek. One też muszą jakoś wychodzić na powierzchnię, by szukać pożywienia. Więc jeżeli wejdziemy do ich gniazda, możemy znaleźć inny wylot. - Po tym pogromie chcesz stawić im czoło tylko we dwójkę? - A widzisz inne wyjście? - spojrzeli po sobie przenikliwie. Obaj wiedzieli, że to szalony pomysł, ale obaj też wiedzieli, że innych nie rady znaleźć - wiemy już, że boją się ognia i że potrafią jakoś roztopić stal. Ich pancerz jest też nieco za gruby dla szabel, tępią się i szczerbią. - Więc jaki mamy plan? - Chodź póki co do głównej jamy, poszukajmy więcej gorzały… Albo czegoś jeszcze mocniejszego. - Mam nadzieję, że starczy dla mnie na ból głowy. Niegdysiejsza kopalnia zamieniła się teraz w pełnowymiarową nekropolię, porozszarpywane trupy walały się na każdym stopniu spirali. Tu i ówdzie leżała też szczęśliwie ubita mrówka, stosunek jednak strat między stronami, zgubnie przechylał się na stronę ludzką. Przetrwańcy wymienili swoje stępione ostrza, zebrali też zapas prochu. Za pazuchami znaleźli jeszcze dwie dorodne butelki z gorzałką. Jegor rozdarł również jeden z carskich mundurów, płaty tkaniny owinął wokół dogasającego łuczywa. Prawie każdy strażnik miał schowane w kieszeni krzesiwo, więc przetrwańcy zabrali dla siebie po sztuce. - Mam jeszcze jedno zadanie dla naszych starych kling, wpadłem na pewien pomysł - rzekł w trakcie szperania Jegor. Podeszli do trupa jednej z mrówek, było to jedno z najlepiej zachowanych ciał. Jegor nakazał przycupnąć Sewerynowi przy insekcie. Nagle ataman wzniósł szablę ponad głowę, Seweryn już łapał za rękojeść pałasza, chciał dobyć go z pochwy i sparować jak najprędzej nadchodzący cios. Klinga Seweryna zatańczyła w powietrzu, na nic jednak nie natrafiła. Jegor całkowicie minął ostrzem kapitana i maltretował tępą szablą ciało mrówki, dopóki nie urżnął jej łba. Lepki płyn trysnął z powstałej rany, ochlapał łańcuch, który spętywał Seweryna z Jegorem. Stalowe ogniwa topniały i kruszyły się przy szarpnięciu. Seweryn poczuł swobodę. - Teraz moja kolej - rzucił Jegor, prowadząc Seweryna do następnej mrówki. Cały proces powtórzył się, tyle że to Seweryn tym razem był oprawcą. Tępy pałasz bardziej rozdzierał, niż ciął pancerz mróki, ale szkoda było marnować na ten brutalny proceder świerzych ostrzy. Obaj mężczyźni stanęli teraz przed sobą w pełni swoich sił, w pełni własnej swobody i uzbrojeni po zęby. Lustrowali się oczami pełnymi uznania. Jeszcze rankiem rzucali się sobie do gardeł, teraz mogliby zrobić to samo, z lepszym, szybszym i śmiertelnym skutkiem. Zeszli na dno jamy, roztrzaskane skrzynie złota leżały tam nieruszone. Zwrócili się do skrzydła, w którym zaczął się pogrom. Ciała Sepentrionów, którzy tam legli zniknęły, na podłodze zostało tylko kilka krwawych smug. Szeroka szczelina ziała na poznaczonej bruzdami ścianie. Jegor nawilżył łuczywo alkoholem i skrzesał ognia. Obaj ocalali przestąpili na drugą, nieznaną stronę podziemi, stopa po stopie. Następne kroki stawiali z ostrożnością. Nawet Jegor wykazywał zachowawczość, z surowością kopalni zdążył już się oswoić, lecz wąskie tunele za roztrzaskaną ścianą były dla niego czymś zupełnie odmiennym. Bezkresna ciemność rozlewała się gdzie wzrok sięgnął, a mrok przecinały tylko nikłe płomienie dwóch łuczyw. Przewieszone przez barki arkebuzy klekotały, obijając się o ściskające podróżnych skały. Szable dygotały w pochwach w rytm ruchu bioder. Dłonie w rękawicach prześlizgiwały się po chropowatych nierównościach, pomagając utrzymać równowagę na pochyłej powierzchni. Echo oddechów mieszało się z basem tupotu baczmagów. Odsunęli dłonie od ścian i spostrzegli jak ich palce owija cienka, lepka substancja. Ta sama, która bryzgała z otworów gębowych mrówek, tyle, że rozcieńczona i nieszkodliwa. Tak samo i podeszwy butów lepiły się miejscami do podłogi, a delikatne mlaskanie zaczęło podążać za echem tupania. Ciche i odległe tykanie dało się usłyszeć przy postojach. Minęli po drodze kilka rozgałęzień, lecz starali się nie zbaczać i trzymać głównego, najszerszego korytarza. Wyszli do całkiem szerokiej jamy, w jednym z jej kątów spoczywał sporych rozmiarów głaz, albo półka skalna, trudno było ocenić w ciemnościach. Przemierzyli salę wzdłuż krawędzi. Nagle Seweryn spostrzegł osobliwy biały proszek walający się na ziemi. Pochylił się, by go zbadać. Jegor wkrótce zdał sobie sprawę z braku kroków podążającego dotychczas za nim towarzysza. Odwrócił się z wilgotnym od potu czołem. Doznał ulgi, gdy zobaczył kapitana żywego. Wkrótce biały proszek przykuł i jego uwagę. - Wiem już chyba z czym się mierzymy - mruknął ataman cicho pod nosem. - Tak? Czym więc jest ten proszek? - To mączka kostna. Jesteśmy w mrowisku lodowych grabarzy. - Co takiego? - To gigantyczne mrówki, które potrafią obgryźć człowieka do gołego szkieletu, ale to im nie wystarcza. Żuwaczkami mielą również i kości, taka mączka znacząco wzmacnia ich pancerz. Tuż nad nami jest… To znaczy był obóz pełen ludzi, nic dziwnego, że urosły do takiej liczebności. - Perunie chroń nas… - Słusznie. Musimy być obecnie w jednej z ich spiżarni, a to znaczy, że jesteśmy coraz bliżej ich leża. Zapadła chwilowa cisza, jednak cisza ta była złudna. Dotarło do nich, że już od jakiegoś czasu podczas ich rozmowy, do ich uszu dobiegał narastający szmer. Lekką wibrację podłoża dało się już odczuć pod podeszwami. Jegor i Seweryn wyciągali płonące łuczywa we wszystkie strony, by tylko dostrzec zagrożenie. W końcu dojrzeli blady błysk gładkiego pancerza owadów. Zwrócili się w przeciwnym kierunku, przebiegli parę kroków, lecz mrówki wyłoniły się i z tej strony. Miarowym krokiem wycofywali się pod ścianę, nie mieli dokąd pójść. Seweryn z desperacji spojrzał w górę, zachłysnął się nagle powietrzem, nadzieja wypełniła ponownie jego członki. - Półka skalna! Wspinaj się! I chyżym susem wciągnął się w górę, podał w mig rękę Jegorowi. Byli wyżej, ale wciąż w kącie bez wyjścia. Machali łuczywami, mrówki cofały się parę kroków, ale wkrótce nadrabiały, gdy ogień zwracał się w inną stronę. - Wznieś pochodnię! - niespodziewanie rozkazał Jegor - Niech podejdą! - Oszalałeś!? - Wznieś mówię! Seweryn wahał się z początku, lecz po srogim spojrzeniu towarzysza, usłuchał. Ogień jarzył mu się ponad głową. Jegor z początku uczynił to samo, lecz wkrótce sięgnął do kieszeni pod kożuchem. W ręku błysnęła butelka gorzały. Przycisnął szyjkę do warg i napełnił usta po brzegi. Wtedy opuścił łuczywo przed siebie i bryznął z gęby alkoholową chmurą prosto w ogień. Fala gorąca rozlała się na potwory, znów rozległo się żałosne kwilenie, a cokolwiek przetrwało, pierzchło z powrotem w głąb jaskiń. - To twój kolejny szalony plan, który uratował mi skórę, ale mówże mi na przyszłość, co chcesz zrobić - wycharczał Seweryn w przypływie adrenaliny - gdybym nie usłuchał, obaj byśmy zginęli. Ale przynajmniej jesteśmy teraz bezpieczni. - Nie przesadzałbym, zostało mi tylko półtorej butelki na takie sztuczki. - W takim razie lepiej ruszajmy, wolałbym zostać z nadmiarem gorzały, ale być na powierzchni. - Czekaj chwilę, widzisz tamten kokon na ścianie? Chciałbym go obaczyć, będę miał alkohol w gotowości. Seweryn nie spostrzegł wcześniej osobliwego kokonu, zastanawiał się, czemu tak paskudna rzecz mogłaby interesować Jegora. Podchodzili miarowymi krokami do uwitego z mrówczej wydzieliny bąbla, a im bliżej byli, tym Sewerynowi coraz częściej się zdawało, iż pod jego powierzchnią dostrzec można drobne drgania. Przystanęli z dwóch różnych stron. Jegor z gorzałą i łuczywem w rękach, Seweryn z obnażoną szablą. Lechita wbijał delikatnie sztych między włókna, sunął ostrzem w dół, aż gdy szczelina była wystarczająco duża, grawitacja zrobiła swoje. Z kokonu wypadł wprost na ziemię jakiś duży obiekt. Po chwilowej konsternacji, okazało się, iż jest to człowiek! Spowity w sepentrioński mundur wartownik kopalni! - Nie na taki łup z kokonów liczyłem… - oznajmił nonszalancko Jegor. - Spójrz! Jeszcze dycha - ryknął Pilecki. - Mrówki zostawiły świeże mięso na później. - Pomóż mi go obrócić na plecy, dajmy mu dobrze złapać powietrza i postawmy go na nogi. - Będzie dla nas zbędnym obciążeniem, lepiej go zostawić. - Im większa grupa, tym łatwiej będzie nam przetrwać. No dalej, pomóż mi. My cię rannego na stepie nie porzuciliśmy. Jegor się przemógł, zrobili tak, jak ustalił Seweryn. Oparli na nieprzytomnego strażnika o ścianę. Klepnęli go po parę razy po policzkach, by nieco przywrócić mu kontakt ze światem. Strażnik mruknął parę razy i uniósł leniwie powieki. Rozglądał się chwilę, nie rozumiał zbytnio co się dzieje, dopiero co był na warcie, ktoś otworzył szczelinę i ostatnie co pamięta to dźwięk szurania i płynący mu przed oczyma sufit. - Zostałeś porwany i uratowany, teraz musimy się stąd jak najprędzej wynieść - wyjaśniał Sepentrionowi Jegor, postanowił zachować szczegóły masakry w kopalni dla siebie. - Pułkownik pewno mnie zleje za obijanie się, długo tu siedziałem? - Zbyt długo, rusz zad! - Chwila, ale wy jesteście więźniami. Jakim prawem mi rozkazujecie? - I jesteśmy uzbrojeni, więc wstawaj jeśliś oleju we łbie nie utracił. Nowy towarzysz coś pomamrotał pod nosem, lecz wkrótce ruszyli dalej w głąb jaskiń. Ku ich niezadowoleniu, poziom groty schodził pochyło w dół. Szli powolnym krokiem, zważając na każdy szmer. Powietrze zrobiło się nadwyraz duszne, ale czy to przez strach, czy wszechobecny śluz mrówek, żaden nie chciał przed sobą przyznać. Uratowany Sepentrion począł z wolna odzyskiwać równowagę, coraz pewniej stawiał kroki. Umysł otrzeźwiał mu się coraz bardziej z każdym pokonanym metrem. - Jak cię zwą? - zaczepił strażnika Seweryn. - Arkadij. - Słuchaj Arkadij, mam nadzieję, że pojmujesz w jakiej sytuacji się znajdujemy? - Nie pamiętam zbyt wiele. - Jesteśmy w jądrze niebezpieczeństwa, musisz odpuścić swoje dawne nawyki i słuchać nas, jeśli chcesz przeżyć. - Mam się bratać z Lechitą? Za żadne klejnoty Cara. Czuję wasze zimne lufy na karku, tylko dlatego z wami podążam. Poczekajcie tylko, aż dotrą do nas posiłki, doigracie się za pojmanie sepentriońskiego sołdata. - Odpuść, to nie ma sensu - wtrącił Jegor, nagle wytrzeszczył oczy i zawołał do towarzyszy - stop! Tuż przed nimi zionęła niezgłębiona otchłań, szeroka wyrwa w ziemi, która niemal pochłonęła ich podczas marszu. Chyląc łuczywa nad przepaścią, nie sposób było dostrzec jej dna, dało się jednak zauważyć przeciwległy brzeg, urywający się stromo spadającą ścianą. Jegor poburkiwał niezrozumiale pod nosem i rzekł wkrótce do reszty. - Powinniśmy dać radę to przeskoczyć. Ja pójdę na pierwszy ogień, skaczę z was najlepiej i pomogę wam utrzymać się na drugiej stronie. Drugi niech skoczy Arkadij, jeszcze trochę kuśtyka i trzeba go asekurować - podszedł blisko Seweryna i szeptem rzekł mu do ucha - i pilnuj go, by nie zwiał. Po tych słowach Jegor przeciął powietrze i bez problemu znalazł się na przeciwległym brzegu urwiska. Obrócił się na pięcie, kazał Arkadijowi szykować się do skoku. Sepentrion zrobił drobny i niezgrany rozbieg, mięśnie jego nóg jeszcze się na dobre nie rozbudziły, tor jego lotu zataczał ostry łuk w dół. Przed oczyma mignął mu tylko bury bohomaz skał, zderzył się ciałem ze ścianą, lecz w tej samej chwili Jegor chwycił jego miotające się swobodnie w powietrzu ręce. Wciągał oszołomionego Sepentriona, nagle, gdy ciało Arkadija znajdowało się już niemal w całości na stałym podłożu, spory kawał skały ukruszył się pod ciężarem dwóch mężczyzn. Jegor uskoczył przez zawalającą się ziemię, ciało Arkadija znów wisiało. Ataman skupił w sobie całe siły i jednym szerokim ruchem przyciągnął strażnika do siebie, tym razem bez przeszkód. Seweryn stanął przy krawędzi, jego skok nabrał dodatkowych trudności. Trasa znacząco się wydłużyła przez skruszenie się skały. Kapitan kręcił głową w beznadziei, mógł się tylko cofnąć i poszukać innej drogi, w samotności. - Nie dam rady przeskoczyć, szczelina zrobiła się zbyt szeroka - krzyknął do Jegora. - Musisz, nie mamy innego wyjścia. - My? - Bądź co bądź, potrzebujemy się wzajem. To jak, zaufasz mi? - Nie mam innego wyboru. Gdy to mówił, cofnął się o parę kroków, zrobił tak mocny rozpęd, jak tylko mógł. Powietrze gładziło go po skurze, gdy szybował tuż nad przepaścią, nie czuł kompletnie żadnej materii pod podeszwami baczmagów. Dłoń trzymał otwartą, wysoko w górze, strach tym razem nie zamalował mu twarzy. Z gruchotem zbił się ze ścianą, czuł mocny ścisk na przedramieniu, on także zacisnął na czymś równie mocno dłoń. Linię podłoża miał przy piersi, skulonymi nogami odpierał się od skalnej ściany, jedną ręką podciągał się o krawędź przepaści, za drugą wciągany był przez Jegora. Stanął na równe nogi, obaj mężczyźni byli zdyszani. Między nimi na podłożu, plątał się wracający do przytomności Arkadij. Jego również postawili w pionie. Szli ramię w ramię, Halyjczyk i Lechita. Sepentrion chwiał się przed nimi. Wkrótce wkroczyli do nietypowej groty, której ściany mieniły się pod ogniem łuczywa niczym gwiazdozbiory. Ten widok z miejsca oczarował by kogoś z wrażliwą artystyczną duszą, ba nawet może i zainspirował do spisania ambitnego poematu. Lecz nie to grało w duszy obecnych tam ocaleńców, to byli zahartowani żołnierze, skupieni jedynie na przetrwaniu obecnej sytuacji. Beznamiętnie maszerowali pod gwieździstym sufitem, nie zważając na obecne tam piękno nawet na krótką chwilę. Wtem powróciło tykanie, ale tym razem różniło się ono, było wyraźnie cięższe. Byli teraz w dość wąskim korytarzu, łatwiej byłoby się im obronić ogniem, niż w otwartej grocie. Czekali więc na impakt w najwęższym odcinku. I wtedy z gęstej ciemności ponownie wyłonił się rój, ale Jegor odczuwał dużo większe zagrożenie. Czuł to, ale nie mógł jeszcze świadomie pojąć, z czym się musi zmierzyć. Umysł Halyjczyka rozjaśnił się w końcu, gdy przez korytarz śmignęło kilka mrówek obok siebie, a jedna większa od drugiej. - To żołnierze! - wydusił z siebie ataman. Chwycił za pełną butelkę alkoholu i bryznął zawartość hen przed siebie, rzucił pochodnię. Ogień buchnął niemal pod sufit, lecz tym razem kwilenie usłyszeć było można sporadycznie. Wielkie mrówki kroczyły przed siebie niepowstrzymane. Zdawało się już, że to koniec, że tym razem trzeba niechybnie salwować się ucieczką. Mrówki przestępywały przez pląsające płomienie i były coraz bliżej. Jegor próbował się już wycofać, ale nagle na przód wyskoczył Seweryn. Wyciągnął spod kożucha zgrabioną prochownicę i cisnął ją prosto w ogień. Grzmot podobny do gniewu Peruna odbijał się między ścianami. Mrówczy łeb roztrzaskał się na drobne kawałki, gdy styknął się z eksplozją prochu. Jegor wrócił na front korytarza, razem z Sewerynem rzucali następne wory pełne prochu, mieli ich niemały zapas z głównej jamy kopalni. Rzucono chyba z sześć prochownic, mrówcze ciała latały w strzępach po jaskini, obryzgując twarze ocaleńców rozgrzaną w ogniu krwią. Reszta roju ponownie się wycofała w głąb. Byli ocaleni. Obaj mężczyźni dyszeli teraz przeraźliwie, ich zapasy kurczyły się z każdym starciem. Jegor ruszył już do przodu, Seweryn łapał jeszcze chwilę powietrze, a Arkadij stał cały ten czas osłupiały ze strachu. Halyjczyk zajrzał w głąb korytarza, przystawił ucho do ściany. Nie widział nic, ani nie słyszał żadnych nadchodzących kroków. Odwrócił się do towarzysza, lecz nagle bach! Coś przyćmiło mu widok, runęło na niego z sufitu, a on wierzgał się teraz na podłodze. Jeszcze jeden żołnierz ostał się, gdy próbował ominąć płomienie. Jego żuwaczki bezlitośnie próbowały zgnieść czaszkę Jegora, lecz ataman w ostatniej chwili zdążył je złapać w dłonie. Całą siłę skupił teraz w ramionach, ale ścisk żuwaczek był niewyobrażalnie mocny. Mimo wszelkich prób rozszerzenia uścisku, te zwężały się coraz bardziej. Mięśnie ramion Jegora bolały, jakby były rozrywane na strzępy. Jego kończyny wiotczały, siła go opuszczała. Nagły trzask, Jegor zwolnił ramiona i zapadła ciemność. Otworzył oczy, wciąż leżał na ziemi. Na nim zwiotczałe truchło mrówczego żołnierza, zrzucił je z siebie. Odsłaniając sobie widok, dotarło do niego, że nad nim stoi Seweryn ze wzniesioną lufą arkebuza, jeszcze dymiła od świeżego wystrzału. Seweryn opuścił broń i wyciągnął rękę do Jegora, tamten stanął na nogi. Niespodzianie do tej dwójki dołączył Arkadij, jego wzrok zmienił się nieco, nie przepełniała go już aż tak pogarda. - Muszę jednak przyznać, że mości panowie uratowali mi już niejednokrotnie życie. To… jak panowie nieugięcie walczą… Proszę odpocząć, pójdę na zwiad. Arkadij oddalił się, a Seweryn z Jegorem przycupnęli na ziemi, musieli nieco ochłonąć. - Czemu tym razem nie działał na nie ogień? - pytał Seweryn otrzeźwiony już po akcji. - To żołnierze, mają znacznie grubszy pancerz, do tego jeszcze nie mają gruczołów kwasowych. Robotnice używają łatwopalnego kwasu, by zmiękczać skały i drążyć w nich tunele. Przy okazji, gdy nie mogą znaleźć pożywienia, wchłaniają w ten sposób minerały. Ten kwas nie potrafi jednak trawić złota. - Złota? A co ma złoto do tego? - Spójrz wokół siebie, na tę grotę. Wszędzie w skale rozproszone są pyłki złota, mrówki zlepiają w samorodki i wydalają całkowicie oczyszczone. O spójrz tam w kąt! - i Jegor wskazał kilka drobnych, błyszczących kulek leżących pod ścianą. - To znaczy, że jeśli wybilibyśmy całą kolonię, pozbawilibyśmy Sepentrionów wydajnego źródła złóż dla tej kopalni? I nie mieliby jak finansować wojny! - Dokładnie tak. Seweryn powstał, przestępował z nogi na nogę. Drapał się po głowie, wyglądał, jakby dostał kolejnego ataku migreny, nic jednak bardziej złudnego. Stanął nagle sztywno przed Jegorem, wziął głęboki wdech i rzekł stanowczo. - Jesteśmy już głęboko w mrowisku, może głębiej niż powinniśmy być. Zmierzyliśmy się już kilkukrotnie z zagrożeniem, o niemało przepłaciliśmy to życiem. Mam jednak prośbę. Zejdźmy jeszcze głębiej i wyplewmy te cholerstwa do gołej ziemi. Potrzebuję twojej pomocy, sam nie dam rady. Złożę do wojewody wniosek o twoje ułaskawienie jeśli się na to zgodzisz. - Daruj sobie swoje łaski, jeszcze nie jedno narozrabiam na stepach. Jeśli chcesz wybić całą kolonię, najłatwiej będzie uderzyć w królową. Bez matki, wszystkie mrówki pomrą w najwyżej tydzień. - Czyli zgadzasz się? - I tak chciałem zabrać stąd kilka samorodków, a przy gnieździe królowej jest coś znacznie cenniejszego. Wchodzę w to. - Nie marnujmy w takim razie czasu. - Tylko Arkadij nie może się o tym dowiedzieć, może wciąż być lojalny wobec cara i z pewnością przeszkodzi nam, jeśli coś wypaplamy. - Racja, ale chyba wiem jak wywieźć go w pole. I zmierzali w głąb gniazda, a na karkach czuli narastające napięcie. Wkrótce napotkali wracającego z patrolu Sepentriońskiego towarzysza, złączyli się na powrót w jedną grupę i nie zatrzymywali się już więcej. Pomniejsze korytarze przecinały się coraz częściej, główny korytarz przekształcał się w coraz szerszą jamę. W końcu jama przekształciła się w główną salę, z której wybiegały odnogi tak liczne, że przetrwańcy zapomnieli, z której przybyli. Jedno z przejść było znacznie większe od pozostałych, kończyło się ono skrajną pochyłością, oblepioną w całości śluzem o osobliwej woni. To właśnie tą drogą postanowili ruszyć dalej wojownicy. Zbliżyli się doń i spojrzeli po sobie. To był czas ostatecznych wyjaśnień. - Arkadiju - zaczął Seweryn - nie chcieliśmy ci mącić w głowie, lecz nadeszła pora ci coś wyjaśnić. Gdy kopalnia została opanowana przez mrówki, niemal wszyscy zginęli podczas szturmu. Wszyscy poza nami dwoma. Chcemy pomścić naszych poległych pobratymców, a tam w dole znajduje się właśnie źródło całego zamieszania. Czy zechcesz nam towarzyszyć? - Wszyscy? - głos zadrżał Arkadijowi - nie, nie mogę z wami tam pójść. To nie moja walka, to czyste szaleństwo. Ledwo sobie daliśmy radę podczas przeprawy, a tam ma być coś gorszego? Mogę dla was jednak zostać na czatach. Będę pilnował tyłów, jednak jeśli nie wrócicie do mnie w kwadrans, odejdę stąd bez was. - Niech i tak będzie - rzekł beznamiętnie Jegor - czas nagli, pora ruszać. Zjechali na podeszwach po stromiźnie. Zjeżdżalnia miała dobre kilkanaście metrów. Dotarli do dna, a ich oczom otwierało się leże królowej kolonii. Sama monarchini zdawała się być w uśpieniu, lecz zbudziła się, wyczuwając nadciągające, obce zagrożenie. - Bogowie, to coś jest wielkie jak żubr! - wydukał z siebie Seweryn. Bestia powstała na swych sześciu odnóżach. Wielka królowa poczęła szarżować w kierunku kapitana i atamana, obaj mężczyźni dobyli szabel. Seweryn uskoczył w trymiga na bok, Jegor stanął teraz naprzeciw wielkiej mrówki, mierząc ostrzem prosto w łeb. W ostatniej chwili wymachu, królowa zakleszczyła jednak klingę Halyjczyka między żuwaczki. Ataman siłował się, by wyciągnąć szablę z potrzasku. Czuł jak żyły pulsowały mu w ramionach, gdy napinał mięśnie do kresu swej wytrzymałości, magma lała się mu przez tętnice. W tym czasie Seweryn podbiegł od boku i niestępioną jeszcze szablą odciął jedną z nóg mrówki. Ta zaryczała z bólu i rozstrzaskała ostrze Jegora. Na ten ryk wezbrało się rozległe szmeranie, tykanie patyków o kamienną podłogę. Halyjczyk nie dał się zdezorientować nagłym obrotem sytuacji, królowa wychynęła łeb w jego stronę i kłapnęła żuwaczkami, niczym dwie iskrzące o siebie kosy, tamten jednak uskoczył w prawo. Do sali ześlizgnął się nagle Arkadij. - Nadciągają! - krzyczał wypluwając płuca - Nadciągają! Pomocy! Sepentrion był w panice, jego twarz była jak z najgorszego malowidła. Wbiegł wprost przed rozwścieczoną monarchinię mrówek, ta znów kłapnęła żuwaczkami, a Arkadij został przecięty na pół w pasie. Krew bryznęła jak z rozbitego jajka, twarz Sepentriona zamarła, nie wydał z siebie nawet jęku bólu. Jego dwie połówki padły na ziemię poszerzając taflę szkarłatnego bajora. Tuż za Arkadijem zbiegło się kilku mrówczych żołnierzy. Jegor odwrócił się gwałtownie. Wypalił do jednego z potworów z arkebuza, z trzema następnymi musiał zmierzyć się ostrzem pękniętym. Seweryn rzucił się natomiast na ziemię i przeturlał pod tułowiem królowej. Wstając z kolan, zamachnął się i odrąbał czystym cięciem drugą środkową nogę. Królowa nie mogła już utrzymać własnego ciężaru i padła z hukiem na ziemię, unieruchomiona. Kapitan nie marnował czasu, gdy tylko zauważył, że Jegor ma kłopoty, ustrzelił żołnierza z arkebuza i skoczył na pomoc. Zostało jeszcze dwóch mrówczych żołnierzy. Jegor nie mógł się za żadne skarby przebić złamaną szablą przez ich pancerz. Wtem jednak Seweryn wpadł na jednego ze stworów z uzyskanym w biegu impetem. Żołnierz wywrócił się plecami do ziemi, a Seweryn wbił sztych szabli prosto w miękki brzuch. Została ostatnia mrówka, która szarżowała wprost na Jegora. Ataman odpędzał się resztkami klingi, lecz roztrzaskane ostrze za żadne skarby nie potrafiło choćby zarysować pancerz owada. W końcu jednak Jegor postanowił wetknąć między żywaczki potwora palące się łuczywo. Mrówka chwilę próbowała przegryźć drewniany trzonek, lecz w tym czasie Jegor odbiegł na kilka metrów, Seweryn widząc co się dzieje, rzucił wprost w ogień swoją ostatnią prochownicę. Mały worek prochu przefrunął po sali, zatoczył w powietrzu łuk i niechybnie zbliżał się do źródła żaru. Już jeden jęzor ognia musnął go lekko i nagły błysk oświetlił salę. Nastąpił huk, a łeb żołnierza rozwarł się na dwie połówki. Zagrożenie zostało zażegnane, lecz w kącie sali kwiliła jeszcze ranna królowa. Dwaj mężczyźni podeszli do niej i gdy ta rozwarła żuwaczki w przypływie bólu, wojownicy wbili w jej gardło swe szable po sam jelec. Stwór szybko znieruchomiał i ucichł. Kroczyli obok siebie na koniec sali. Ściana, brak wyjścia. Seweryn chciał się wycofać na rampę, lecz Jegor nie zatrzymywał się. Coś małego i białego wiło się po kątach. Jegor uniósł to przed swą twarz, było wielkości jego przedramienia i nieustsnnie się poruszało. - To larwy mrówek? - pytał Seweryn. - Nie inaczej. Jegor wzniósł oburącz lawrę ponad głowę i niespodziewanie ścisnął ją w dłoniach. Przezroczysty sok wypływał z miękkiego, pomiętego ciałka, a Jegor spijał każdą kapiącą kroplę. - Co ty wyprawiasz!? Te larwy karmione były ciałami górników, obok których pracowałeś! - Taka jest natura, ich materia wróciła do obiego, a ja chcę znów tę energię zapożyczyć. Czy wiesz ile takie larwy muszą w sobie trzymać składników odżywczych, by wyrosnąć na takie bydle, jak tamte? Jestem wykończony po całym dniu walki, a to działa jak niezwykły otrzeźwiacz. Jegor przetarł nadgarstkiem wyrastające spod jego nosa, wilgotne krucze pióra, kilka kropel larwiego napoju spływało mu jeszcze z warg na zarośniętą brodę. Wyciągnął zza pazuchy pustą butelkę po gorzale, podszedł do następnych larw i wycisnął jeszcze dwie. Butla była napełniona po sam korek przezroczysto zielonkawym płynem. - A to na później. Chcesz trochę? - To poniżej jakichkolwiek norm! - Hah - Jegor zaśmiał się pod nosem - nie umoralniaj mnie. Właśnie wyrżnąłeś całą kolonię mrówek na swoje widzimisię. Ja po prostu też chcę coś z tego mieć. Niejeden szlachcic z zachodnich stepów zapłaci mi fortunę z choćby naparstek tego napoju. - Robiłem co musiałem dla swej ojczyzny, by na tych ziemiach mógł panować spokój i porządek. Ty z kolei nie kierujesz się absolutnie żadnymi zasadami poza własnym dobrobytem. - Porządek? Zasady? Czy nie widzisz do czego one prowadzą? Tam ponad nami, wznosi się obóz ciemiężców, czy takiego porządku szukasz? Rygoru? - Istnieje jednak umiar. Nie wszystko musi być sprowadzane do ekstremów. Dudniący szmer przerwał im niespodziewanie rozmowę, nie byli pewni skąd dobiegał. Czy po drugiej stronie ściany była jeszcze jedna komnata? Czy coś nadbiegało z rampy? - Mniejsza z kłótniami - uciął Jegor - coś nadchodzi i powinniśmy się stąd jak najszybciej ulotnić. Ruszyli wspinać się po rampie. Lepka powierzchnia pomagała się im utrzymać w miejscu, lecz wzrastał w nich niepokój. Nie mieli już prawie żadnych zapasów, a szmer stawał się coraz bardziej donośny i rozległy. Gdy byli już u szczytu, od razu rzucili się do biegu. Kręcili się po korytarzach, raz w prawo raz w lewo, raz ciaśniej, raz szerzej, ale nigdy wstecz, gdyż szmer nie odstępował ich na krok. Znaleźli się nagle w ślepej uliczce, desperacko rozglądali się i macali ściany w poszukiwaniu szczelin. Seweryn spojrzał w górę. Na końcu korytarza znajdował się szyb prowadzący pionowo w górę. Jegor pierwszy zaczął się wspinać. W szybie było jak w kominie, jego pierś i plecy nieustannie stykały się ze skałami. Trudno było zgiąć kolano, czasem wisiał w powietrzu, tylko dzięki sile swych ramion. Byli prawie u szczytu, jasność blado przebijała się przez sufit, lecz nagle Jegor spostrzegł, iż wyjście zapieczętowane jest lodową czapą. - Wyjście zamarzło na kość! - Jegor rzucił informację w dół. - Kuj sufit szablą! - krzyczał Seweryn - Szybko, są już tuż, tuż! - Nie mam, królowa mi ją roztrzaskała. - Dam ci swoją, czekaj! Seweryn oparł się stopami i zadem, by nie runąć w kominie. Ciężko było wyprostować u szczytu ramiona w łokciach, a co dopiero wyciągnąć sztywną szablę z równie sztywnej pochwy. Szło to mozolnie, Pilecki co rusz musiał zmieniać ustawienie ramion, a płaz szabli niebezpiecznie prześlizgiwał mu się. Najpierw po piersi, a później po karku. Pałasz w końcu był wyciągnięty, lecz trzeba było go jeszcze podać i obrócić sztychem do góry, nie dźgając przy tym towarzysza, ani siebie. Kapitan wyprostował rękę najmocniej jak mógł, trzymał szablę za płaz, aż Jegor wreszcie złapał. Sztych i głownia obijały się o ściany pionowego szybu. Jegor próbował obrócić pałasz raz trochę wyżej, raz trochę niżej, ale nie mógł znaleźć dość szerokiego miejsca. W końcu chwycił za sztych rękawicą, okazało się, że miejsca starczy, ale tylko tuż przy obojczykach Jegora. Ostrze niemal ocierało się o gardło Halyjczyka, a gdy już pionowo je prostował, zaciął nawet lekko skórę. Teraz jednak nie zważał na stróżkę krwi, rył z całych sił sztychem w lodzie. Drobne promienie przedzierały się już przez czapę, szczelina nad głowami powiększała się, była już na tyle duża, by pomieścić Jegora, a więc i Seweryn się zmieści. Ataman wystawił rękę ponad jaskinię, rzucił w śnieg szablę i kurczowo złapał się krawędzi szczeliny. Podciągnął się, był na powierzchni. Podał rękę towarzyszowi, postawił go obok siebie. Rozświetlona jama ukazywała gnające za nimi chmary mrówek. Jegor chwycił szablę i wraz z Sewerynem pierzchli hen za horyzont. Biegli chyba z dwa kwadranse, nie oglądali się, w końcu jednak i halyjski hart ducha się wyczerpał i Jegor przystanął, odwrócił się do zostawionych przez nich na śniegu śladów. Nie widział nic, prócz okalających ich drzew. - Chyba je zgubiliśmy, jesteśmy bezpieczni - mówił zdyszany ataman, próbował złapać oddech. - A co teraz? Sam w obozie mówiłeś, że jesteśmy na pustkowiu. - Nie zostało nam nic innego, niż iść na zachód, aż do skutku. Chyba, że chcesz tu siąść, zamarznąć i umrzeć z godnością. - Nie, godnie by było walczyć do końca. - Też tak sądzę - Jegor rozpiął najwyższy guzik kożucha i wyciągnął coś zza pazuchy - obiecałem ci chyba zostawić coś na ból głowy. Masz, zostało jeszcze pół butelki gorzały. - Ha! Przydałoby się czymś rozgrzać - Seweryn pociągnął łyk z gwinta. I ruszyli wkrótcę ku zachodowi, torując baczmagami śnieg, wprost do chylącego się za horyzont różawego Słońca.
-
- Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się! Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej. - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana. - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza? - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich. - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść. - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga? - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany. - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach? Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało… - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie. Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego. - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli. Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu. - I jak teraz? Powiesz coś więcej? - Idź do Welesa. - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara! Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie. - Czemuś mi wczoraj pomógł? - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo. - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli? - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch. - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli. - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła. - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma. Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego. - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw. - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając! Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity. Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać. Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować. Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis. Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi. Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył. Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników. Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach. * * * Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością. Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie. Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się. Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników. Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza. Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask. Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę. Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki. Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały? Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki. Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę. Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić. Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia. Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany. - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora. - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak. Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie. Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi, stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie. Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów. - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana. Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy. Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało. Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca. - Padnij! - wrzasnął Jegor. I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata! - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu. I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami. Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia. - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi. W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku. - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz! I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
-
- fantasy
- magia i miecz
-
(i 3 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Kibitka podskakiwała nieustannie na skostniałych grudach śniegu, a za tym wtórował niczym echo brzdęk łańcuchów. Również i co raz rozbrzmiewał cichy jęk, gdy obolałe barki skutych jeńców obijały się o siebie. Turkot gramolących się po nierównościach płóz, huczał im po czaszkach, dopełniając kakofonię. Sunęli nieprzerwanie w dal, na północny-wschód od stepu, już dawno przestępując granice kraju Sepentrionów, a im większą odległość przemierzyli, tym coraz bardziej rzedły gwary przejezdnych wiosek. Wzmagał się też mróz, szczypiący najbardziej po nosie, uszach i koniuszkach palców. Spodziewano się, iż kilku więźniom może ubyć nieco paznokci jeszcze przed kresem podróży. Więźniowie kibitki byli mieszanką odmiennych losów i narodowości. Nie brakowało halyjskich zbójów, sepentriońskich obywateli, oskarżonych o szpiegostwo, czy zdradę cara, byli też lechiccy i estowscy jeńcy, którym udało się uniknąć śmierci na polu bitwy, choć przyszłość żadnemu z nich nie wydawała się łaskawa. - Mamy tu okaz specjalny - mówili do siebie z zadowoleniem sepentriońscy strażnicy - lechicki oficier, nasi chłopcy się umęczyli, by go porwać żywcem z bitwy. - Jak mu było? Kapitan Pilecki? - Jakoś tak. Mało znany sołdat, choć pono rębacz nie ciemięga. Ale co my się będziem głowić, imionami zajmą się urzędasy na miejscu. Ta krótka wymiana zdań przeleciała mimo uszu samemu pojmanemu oficerowi. Próbował on w tym czasie rozkrzesać choć odrobinę ciepła w swych dłoniach, będąc jednocześnie wyczerpany z głodu. Wszystko, co się wokół niego działo przez ostatnie kilka dni, zdawało się być tylko niewyraźnym snem. Myślał tylko, jakie miał szczęście, że zachował jeszcze pełen komplet palców. Był świadkiem, jak jeden z Sepentrionów w kibitce, nie widząc już więcej pożytku ze zdrętwiałych mięsnych patyków, sam je sobie odgryzł, by tylko zapełnić żołądek na jeden dzień dłużej. Pilecki wtedy obiecał sobie, że taki nie będzie, jeśli musi umrzeć, to przynajmniej spróbuje zachować swoją godność. Niespodziewanie, kibitka zatrzymała się, za ścianami rozlegało się rytmiczne chrupanie ugniatanego baczmagami śniegu. Nagły błysk światła przyprawił kapitana o chwilowy ból głowy, drzwi kibitki rozwarły się na oścież, i tylko ciemna, niewyraźna plama o kształtach strażnika majaczyła wśród bezkresnej bieli. - Postój - krzyknął stanowczo, lecz bez emocji sepentrioński strażnik - możecie się odlać, jeśli wciąż macie czym. Kości więźniów strzelały, niczym łamiące się belki, pierwszy raz od kilku godzin mogli powstać ze swoich miejsc. Słaniali oczy rękawami, ciemność panująca w kibitce kontrastowała ze śnieżną jaskrawością zewnętrznego świata. Wiatr był nikły, jak przez całą drogę. Każdy korzystał z okazji, by zaciągnąć jak największy wdech, choć wszechobecny, skrajny chłód kłuł ich w płuca. Nie zważali jednak na to, uwolnili się, choć na chwilę od woni zmurszałej stęchlizny i potu. Odeszli niewielki kawałek od wozu, pobrzękując łańcuchami przy każdym kroku. Dwóch strażników nie odstępowało ich na krok, ściskając arkebuzy w otulonych w wełniane rękawice dłoniach. Trzeci został przy wozie, by wymienić konie w uprzęży. Kapitan Pilecki myślał już, iż za chwilę ich dotychczasowi stróżowie odegrają rolę katów, rozstrzelają ich i porzucą na tym lodowym pustkowiu. Tak się jednak nie stało, strażnicy rzeczywiście chcieli przy okazji postoju zadbać o potrzeby więźniów. Stojąc tak w rzędzie, zwróceni w jedną stronę, kapitan Seweryn spostrzegł coś osobliwego na horyzoncie. Niemal czarna plama pośród rozległego puchu. Szturchnął łokciami sąsiadów, wskazał wzrokiem na obiekt. Para ulatniająca się z ust przesłaniała im nieco widok, lecz nie było wątpliwości, iż nie jest to żadna fantasmagoria. Coś rzeczywiście znajdowało się hen na środku pustkowia. - Wszyscy widzą to co ja, prawda? - Szepnął do towarzyszy w niedoli Seweryn Pilecki - Jak maczek w worku mąki, nie da się przeoczyć. - Prawda to, jak Peruna kocham, ja też widzę, jest tam co! - odpowiedział jeden Halyjczyk. - Powinniśmy to sprawdzić, co panowie strażnicy na to? - Dobra, naprzód! - powiedział jeden z Sepentrionów po namyśle - Nie ociągać się tylko, bo nie płacą mi za szperanie po pustkowiach. Dobre pół godziny minęło nim przebrnęli przez zaspy. Obiekt jednak stopniowo zwiększał się na ich oczach, choć początkowo trudno było ten fakt zauważyć. Pocieszało ich jedynie, że po już utorowanej drodze, łatwiej będzie im wrócić. Czarny obiekt nabierał już coraz wyraźniejszych kształtów, zaraz byli już tuż obok niego, część więźniów patrzyła teraz z niedowierzaniem. Stanęli ledwie kilka kroków od zamarzniętej czarnej bryły. To, co ujrzeli, było skorupą wychłodzonego stworzenia, wielkości wyrosłego psa. Ciało jednak nie miało sierści, jego powierzchnia była cała gładka i przypominała organiczny pancerz. Ciało miało trzy główne segmenty, z czego środkowy był najsmuklejszy i wyrastało z niego sześć patyczkowatych odnóży. - Czy my patrzymy na gigantyczną mrówkę? - szeptał do siebie skołowany Seweryn. - Starczy ferajna, zbieramy się z powrotem w trasę, zmarnowaliśmy tu tylko czas! - krzyknął sepentrioński strażnik. Nim się spostrzegli, byli już na powrót w kibitce. Krótki spacer otrzeźwił nieco ich umysły. Ruszyli wkrótce i ponownie rozległ się turkot obijanych o grudy śniegu płóz. * * * Kibitka gnała, ciągnięta wciąż i wciąż siłą końskich mięśni, gnała resztę dnia i całą noc, a zatrzymała się dopiero, gdy nastał ranek. Wtedy też się okazało, iż są już u celu. Drzwi ponownie otworzyły się przed więźniami, strażnik kazał wszystkim wysiadać. Znaleźli się teraz u wrót obozu, brama właśnie się za nimi zamykała, a zewsząd otaczała ich palisada. Wewnątrz fortyfikacji wznosiło się kilka podłużnych domków, po drugiej stronie obozu stał krótszy, ale szerszy i piętrowy budynek. Nieopodal było też kilka mniejszych, bądź większych budynków, wyglądających na coś w rodzaju składów. Wzdłuż palisady wznosiły się też w szerszych odstępach wieże strażnicze. Ludzi nie było zbyt wiele, jak na rozmiary tego miejsca. Kręciło się kilku wynędzniałych męczenników, dokonujących napraw, przenoszenia ładunków i podobnych robótek. Wszędzie rozstawieni byli l strażnicy, lecz również było ich mniej, niż można by się tego spodziewać. Gdy wszyscy wgramolili się z kibitki i wyprowadzono ich na główny plac, z piętrowego budynku wyszedł mężczyzna w dostojnym, ciepłym kożuchu. Ludzie w sepentriońskich mundurach stawali przed nim w rzędach i salutowali z mechaniczną precyzją, nikt nie śmiał przed nim drgnąć palcem, choćby i na milimetr. Ustawiono nowo przybyłych w rzędzie, dostojnik zatrzymał się przed nimi, stawiając ciężko kroki, srogo rzucił wzrokiem od jednego końca na drugi, po czym odchrząknął. - To nowy nabytek? - zwrócił się do jednego ze strażników, a gdy ten kiwnął twierdząco, dostojnik kontynuował - Nazywam się pułkownik Aleksiej Gorbunow, jestem namiestnikiem tego obozu. Ludzie, których widzicie są moimi uszami, oczyma i rękoma, ale to ja jestem własnymi ustami i tylko ja, ponieważ to JA tu rządzę i MOJE słowo jest niepodważalne. Musicie wiedzieć jedno, przyzwyczajcie się do życia tutaj, ponieważ innego już nigdy nie zaznacie, chyba, że na Bezkresnych Polach Welesa. Póki co jednak, macie mi się głośno i wyraźnie przedstawić, po kolei! Namiestnik przestępował powoli z nogi na nogę, każdy musiał wypowiedzieć swoje imię i zawód z czasów wolnego życia. Jak lustrzane odbicie podążał za namiestnikiem tęgi wartownik, tyle, że był za plecami więźniów. Cały czas ściskał kurczowo arkebuz, jakby miał być gotowy do oddania strzału. Więzień za więźniem wykrzykiwał swe nazwisko, namiestnik zdawał się z tego zadowolony, aż do czasu. - Kto ty? - pytał więźnia Gorbunow. - Grigori F-F-Fio-dorow. Namiestnik skinął głową na swojego towarzysza. Strażnik dotychczas spokojnie podążający za Gorbunowem, wznósł arkebuz ponad głowę i stłukł kolbą jąkającego się więźnia, tamten kulił się pod naporem ciosów, a gdy strażnik skończył, postawił go z powrotem na równe nogi. - To może jeszcze raz. Kto ty? - Grigori Fiodorow - tym razem odpowiedział całkowicie płynnie - cieśla ze stolicy. - Tak lepiej, bierzcie wszyscy przykład! - i podszedł do następnego - Kto ty? Namiestnik wypytywał tak każdego, aż doszedł w końcu w szeregu do Seweryna. Przeżarł go uważnie wzrokiem i stanął w zadumie, od razu poznał, że to nie byle obdartus przed nim stoi. - Kto ty? - rzucił udając brak zaciekawienia. - Kapitan Seweryn Pilecki, w służbie mości wojewody, Witolda Nadgórskiego. - Pilecki… Pilecki… obiło już mi się gdzieś w obozie to nazwisko o uszy - i stanął w zamyśle przed Sewerynem. - Mości namiestniku, co robimy z nowymi więźniami? - przerwał strażnik po krótkiej pauzie dostojnika. - Sam ranek jest, więc rzućcie ich od razu na roboty, szybciej się zaklimatyzują - po czym ruszył dalej wzdłuż szeregu - a tego bez palców pod ścianę. Wkrótce namiestnik odszedł do swojej kwatery. Straż porwała mężczyznę z odgryzionymi palcami z szeregu, reszta więźniów zaciągnięta została do jednego z pomniejszych budynków, po przekroczeniu progu okazało się, iż wewnątrz znajdował się skład sprzętu górniczego, dość opustoszały. Każdy nowy więzień dostał do rąk swych kilof, następnie większa grupa straży odprowadziła wszystkich na drugi kraniec obozu, gdzie znajdowała się kolejna brama. Przemierzyli piechotą mały lasek, droga była dobrze ubita, wyglądało na to, iż duże grupy ludzi regularnie z niej korzystały. Kilkunastominutowy marsz dowiódł grupę do zbocza góry, z której zionął wydrążony w śniegu i skale tunel. Przed nim ustawione były sanie, załadowane skrzyniami. Niektóre z owych skrzyń były częściowo wypełnione urobkiem. Zalegały tam żółtawe i błyszczące bryłki, to z pewnością było złoto. Obok wejścia do tunelu stało też urządzenie ukryte pod płachtą, nikt z więźniów nie domyślał się, co dokładnie może się pod nią kryć. Co czas jakiś mała grupka ludzi wyłaniała się z ciemności, a w dłoniach ciążyły im kufry z wydobytym surowcem. Wszystko składowali na saniach, nigdzie jednak nie było widać koni do zaprzęgu. Wtem z tunelu zaraz za grupą wyłoniło się kolejnych dwóch górników, nie nieśli jednak oni urobku. Górnicy rzucili coś bezwładnego w śnieg, między drzewa. Seweryn przyjrzał się tej sytuacji bliżej, a to, co ujrzał, wprawiło go w niemały dyskomfort, który objawił się bólem głowy. Mianowicie poza tunel wyrzucono zwłoki skazańca, padłego z wycieńczenia. Wmieszali się teraz wszyscy, tragarze i nowo przybyli, w jedną grupę. Przekroczyli próg tunelu i wokół zapanowała ciemność, kilku z tragarzy zapaliło dzierżone łuczywa. Wnętrze było duszne, skalny pył unosił się po całej przestrzeni, a im dalej i głębiej schodzili, tym było go więcej. Gęstniał nieustannie, metr za metrem, krok za krokiem. Wkrótce wszyscy mimowolnie zaczynali kasłać. Wkrótce otworzyła się przed nimi jama-gargantua, na tyle obszerna i głęboka, że praca wymagała zamontowania dźwigu, wznoszącego się naprzeciw wejścia. Chyląca się stopniowo w dół spirala. Prowadziła aż do samego dna, a wraz ze spadkiem mnożyły się boczne korytarze, wiodące do kolejnych pomniejszych jam, wypełnionych górnikami, ryjącymi w poszukiwaniu żył szlachetnych metali. Wiadomo już było, czemu obóz wydawał się opustoszały, większość więźniów pracowała tutaj, pod powierzchnią ziemi. Strażnicy rozpięli łańcuchy nowoprzybyłym i rozdzielili każdego do innego stanowiska. Dwóch zostało na górze, przy dźwigu, by zostać tragarzami. Właśnie rozległ się turkot kołowrotu i pod żurawiem wciągana była kolejna porcja złota. Seweryn odprowadzony został na samo dno, do jednej dwóch tamtejszych jam. Nie był pewien, gdzie przydzielona została reszta jego dotychczasowych towarzyszy. Kapitana przypięto do nowego łańcucha, stał się teraz kolejnym ogniwem wśród zniewolonych górników. Spojrzał wkrótce na swoich nowych współwięźniów, wymarniałych, zarośniętych, zalanych potem, a czasem nawet krwią, obdartych z godności, lecz nieugięcie pracujących. Ubijanie skały kilofem w żadnym stopniu nie przypominało cięć szablą. Narzędzie zdawało się Sewerynowi nieporęczne i tęsknił za finezją, z jaką przyszło mu niegdyś władać ostrzem, choć nadrabiał teraz nieco resztkami swojej wojskowej krzepy. Trach! Dziób kilofa wbijał się głęboko w ścianę, skała odłupywała się kawałek po kawałku, gruz turlał się między butami. Trach! Jedno uderzenie za drugim. Pot ściekał mu po ciele, dłonie robiły się śliskie, ale ściskał nieugięcie trzon narzędzia. Trach! Który to już raz? Jeszcze wiele razy przyjdzie mu ryć w tej ścianie. Może lepiej przestać liczyć? Nagły szmer wybił go z rytmu. Coś jakby lawina za ścianą, multum zmieszanych, lecz jednakowych dźwięków, przeobrażających się w jednolity i ciągnący się szum. Reszta górników zdawała się nie zwracać na to uwagi. Nie wiedział już ile czasu zleciało od kiedy zszedł pod ziemię, jednak siły poczęły go już gwałtownie opuszczać. Strażnik ciągle wartował na drugim końcu łańcucha, gotowy, by zbić górnika kijem, gdy tylko upadnie ze zmęczenia. Kilof nie wbijał już się w skałę, a tylko szurał po niej czubkiem. Coraz ciężej przychodziło Sewerynowi wznoszenie głowicy ponad bark. Nie wytrzymał, padł na kolano i podpierał ociężałe ciało na kilofie, dyszał ciężko. Strażnik to wkrótce spostrzegł, tupał ciężkimi butami, echo było coraz wyraźniejsze, lecz w ostatniej chwili, ktoś Seweryna postawił na nogi. Podtrzymywał go dyskretnie, opierając dłoń na piersi kapitana, to był sąsiedni górnik, w zmierzwionej, czarnej czuprynie. Nie było do końca widać jego twarzy, gęste i długie kosmyki opadały poniżej czoła i zlewały się z równie gęstym i czarnym zarostem. Wyglądał niczym widmo, lecz dotyk jego ręki był jak najbardziej realny, choć jego ramię wyglądało na zaskakująco silne, jak na warunki żywieniowe więźniów. Gdy strażnik zbliżył się do nich, nieznajomy górnik odwrócił się błyskawicznie bez słowa i rył dalej w skale. Seweryn starał się sprawiać pozory, że wszystko jest w porządku, temu też strażnik wyglądał na zdezorientowanego. - Co tu się dzieje? - pytał ściskając kij. - Sprawdzaliśmy tylko ile skrzyni już napełniliśmy - odparł nieznajomy. - Hmmm, niech wam będzie. Po czym odszedł nieco zawiedziony. - Musisz się w tym wyrobić, jeśli chcesz przeżyć - odezwał się niespodzianie sąsiad Seweryna - za dużo już widziałem dobrych ludzi, wyniesionych stąd bez sił. - Prędzej mi chyba głowę rozsadzi - odparł z cicha Seweryn - och, gdyby tylko nie ta migrena! - Mogę ci wyjaśnić parę kwestii, by było ci nieco łatwiej się przyzwyczaić, ale nie tutaj. Mamy już uzbieraną niezłą ilość złota, zawołam strażnika, by nas odpiął i zaniesiemy urobek do dźwigu, tam pogadamy - po czym nieznajomy odwrócił się do wartownika i krzyknął - Mamy tu już pełną skrzynię, możemy ją odnieść? Zostali odpięci od reszty. Złapali we dwóch za uchwyty po przeciwnych stronach kufra i ruszyli z urobkiem do wielkiej jamy. Na dnie czekała platforma, na której złożono już kilka pełnych skrzyń, obok znajdowało się również kilka pustych. Wkrótce platforma poczęła się wznosić, a do ich uszu dobiegał chrzęst pracy kołowrotu żurawia. Porwali za puste pudło i ruszyli do swoich stanowisk. - Nie musisz aż tak mocno wbijać kilofa w skały, jego ciężar sam powinien wystarczyć, by w niej drążyć - zaczął mówić nieznajomy - oszczędzaj energię, by go wznosić i utrzymać równo dziób przy wbijaniu. - Powinienem coś jeszcze wiedzieć? - Seweryn stęknął ze zmęczenia pod nosem. - Nie wolno nam rozmawiać podczas pracy, dlatego wyciągnąłem cię pod dźwig. Za gadanie, omdlenie i nieuzbieranie choć jednej skrzyni złota na dzień obrywa się kijem, a jak się to często powtarza, to zamieniają kij na kolbę arkebuza. - Co to był wcześniej za szmer? Jakby za ścianą maszerowała piechota. - Często się to powtarza, pewno to tylko wody gruntowe. Obawiam się, że wkrótce mogą nas zalać, już jakiś czas drążymy w tym miejscu. - Długo już tu siedzisz? Jak udało ci się utrzymać taką tężyznę? - Wystarczająco długo, by wiedzieć jak przetrwać. A tężyznę mam w naturze. * * * Godziny mijały, Seweryn padał już z wycieńczenia, pracując w pocie czoła w głębinach kopalni. Tylko skromny posiłek dał mu chwilę wytchnienia, teraz jednak owa przerwa zdawała się aż nadto odległa w czasie. Huk uderzeń kilofa dźwięczał mu w uszach, nawet w chwilach, gdy otaczała go absolutna cisza. Niespodzianie przez korytarze przebijało się ciche, metaliczne echo szmeru. Dźwięczny brzdęk, kołatanego dzwonu, wszystkich postawiło to do pionu. Górnicy zastygli w ruchu, jakby skamieniali i tylko ich nagminne dyszenie dawało znak o ich życiu. - Koniec roboty! - zakomendował wartownik na końcu jamy - Zbierać się wszyscy na górę! Wspięli się już po spirali i zmierzali ostatnim prostym korytarzem ku światu na powierzchni. Gęstniejąca ciemność wyraźnie zaznaczyła upływ czasu, choć śnieg w dalszym ciągu błyszczał jaskrawo. Seweryn miał już nadzieję na koniec dnia, na odpoczynek, lecz przeliczył się niezmiernie. W natłoku pracy całkowicie zapomniał, że przed wejściem do kopalni stały jeszcze sanie, całe wypakowane skrzyniami pełnymi złota. Co jednak było najgorsze, nikt od czasu zejścia do kopalni nie sprowadził w to miejsce koni, Seweryn już domyślał się czemu. Cała kompania górników z dolnej jamy, do których był przypięty Seweryn, ruszyła złapać za przymocowane do pojazdów liny. Kapitan nie miał więc wyjścia, musiał ruszyć za resztą. “Na trzy”, brzmiała komenda i gdy wszyscy w zaprzęgu dali jednocześnie krok w przód, sanie podążyły za nimi, trzeba to było tylko powtórzyć kilkaset, a może i tysiąc razy. Mijała minuta po minucie i kwadrans po kwadransie, a koniec drogi był jeszcze odległy, tylko biel zmieszana z szarością rysowała się przed nimi. Onegdaj śnieżne podłoże już dawno przed przybyciem Seweryna ubiło się w lód, który dodatkowo utrudniał podróż. Lecz skuci więźniowie nie odpuszczali, dla zdecydowanej większości z nich to nie był pierwszy raz, to katorżnicza codzienność. Był to dopiero pierwszy dzień Kapitana, a zdążył zaznać większość rutyny, jaka obowiązywała w tym miejscu. Zastanawiał się, czy tak będzie wyglądała reszta jego życia i jak długo będzie ono jeszcze trwało. W końcu był szlachcicem, w wąskich kręgach nawet dość wpływowym. Łudził się nadzieją, że o ile ktoś dowie się o jego dokładnym losie, jest szansa, że przyjaciele i rodzina się o niego upomną. Seweryn rozejrzał się wokół siebie, po raz pierwszy od przyjazdu w to miejsce mógł zobaczyć prawie całą populację obozu w jednym miejscu. Teraz liczba ludzi odpowiednio oddawała rozmiary tej otoczonej palisadą wioski bólu. Z czasem zdawać mu się zaczęło, że wraz z parą, z ust ulatują mu również stopniowo cząstki jego ducha. Patrzył tylko na mijane powoli drzewa, wszystkie zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Jednak po krótkim przyćmieniu świadomości, gdy jego ciało samo z siebie ciągnęło już za linę, niczym echo przeszłego życia, zbudził się nagle u progu wrót, wśród palisady. Ten dzień już się powoli kończył, tym razem naprawdę. Słońce zdążyło już zajść, a więźniów na koniec dnia czekała jeszcze wieczorna zbiórka. Długie rzędy wymęczonych górników ustawiły się na głównym placu. Namiestnik opuścił swoją piętrową chatę, jedyny murowany budynek w okolicy. Krążył po głównym placu, wysłuchiwał raporty strażników, przyjmował straty w ludziach z obojętnością, a po przeliczeniu skrzyń złota kręcił nieco nosem. Wkrótce opuścił zgromadzenie. Po tym więźniowie byli wolni, mogli udać się do izby, na swoje prycze. Każdy z podłużnych budynków mieścił w sobie izbę sypialną, długie rzędy łóżek ciągnęły się wzdłuż obu ścian. Więźniowie ustawiali się przed drzwiami do swoich izb w kolejkach, przed przestąpieniem progu, sepentriońacy strażnicy wręczali do rąk kawałek chleba. Następnie rozpinali łańcuchy i wpuszczali do środka. Seweryn po paru minutach kręcenia się po pomieszczeniu, zdołał znaleźć pustą pryczę. Część skazańców tuż po wejściu do środka od razu zasiadała właśnie na nich i spożywała swój skromny posiłek. Większa część więźniów organizowała jednak wewnątrz schadzki, w których to wymieniano się plotkami oraz uczestniczono w prostych grach hazardowych, gdzie stawką oczywiście była cząstka porcji chleba. Seweryn zaczął właśnie objadać swoją porcję, gdy usłyszał od boku ciche syczenie, odwrócił się i spostrzegł, iż jedna ze schadzek wzywa go do siebie. - Psst, hej nowy, podejdź no. Kapitan zbliżył się nieufnym krokiem, dobrze wiedział, że ci upodleni ludzie są już od dawna zezwierzęcenii. Grupa składała się z pięciu osób, każdy był umazany w pyle skalnym i pocie, zarośnięty i wychudzony, niektórym doskwierały poważne ubytki włosów, czy uzębienia. Gdy Seweryn podszedł już do nich i przykucnął, na twarzach współwięźniów pojawił się ponury grymas. Spod łóżka wyłonił się szósty, najbardziej rosły z nich mężczyzna, z rysią zwinnością skoczył do Pileckiego, próbował przydusić go do podłoża i brutalną siłą wyrwać mu niedojedzony chleb z ręki. Lecz sprawny i dość jeszcze świeży Seweryn nie dał się zaskoczyć. Szybko się wywinął z uścisku i w oka mgnieniu to on przygniatał kolanami ciało przeciwnika do ziemi i przyciskał dłonią jego głowę. Ciągnąc go za resztki włosów, Seweryn rozbił napastnikowi nos o drewnianą podłogę. - Dobrze, puść już mości panie, prosim nam wybaczyć - skomleli koledzy napastnika. - Jaką mam pewność, że nie rzucicie się na mnie, gdy go puszczę? - Obiecujem, mości pan z Fatum Stepu trzymasz, my się go boim. - Fatum Stepu? Co to za bełkot? - Tak na niego mówią, na tego czarnowłosego. Mówi się, że gdziekolwiek się nie zjawi tam Zło na powierzchnię wylizie. On taki silny jak i waćpan. - Kim on dokładnie jest? - My nie… Nagle coś cicho w izbie trzasnęło, prawie nikt tego nie słyszał, jednak służba wojskowa na stepie wyczuliła już nieco Seweryna na ciche szmery. Obejrzał się wokół, widział w dali puste, odizolowane od reszty łóżko. - Zaraz sam się dowiem - po czym wypuścił swego niedoszłego oprawcę z uścisku. Zostawił wszystkich za swoimi plecami. Gdy udowodnił swoją siłę, nie musiał się bać o swoje życie, przynajmniej póki nie śpi. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy, stanął przed samotną pryczą i dokładnie próbował ją zbadać, nic jednak nie rzucało się w oczy, do czasu. Schylił się, by zajrzeć pod łóżko, nic wówczas nie zauważył, jednak by się podeprzeć, przystawił dłoń do ściany. Wtedy poczuł jak kości jego dłoni, przeszywane są przez niemiłosierny mróz, wbijał się on w ciało jak igły. Odsunął lekko rękę i zrozumiał, między deskami jest niewidoczna, ale nieszczelna szczelina. Szurał teraz paznokciami po krawędziach, by oszacować, jak wielka może owa przegroda być. Znalazł przeciwległą krawędź, udało mu się nawet zahaczyć paznokcie. Malutkie przejście było otwarte, nie do wiary, że tak rosły mężczyzna, jak ten nieznajomy górnik mógł się przez nią przecisnąć. Seweryn był zdeczka szczuplejszy, temu nie miał aż dużych problemów z przejściem na drugą stronę. Znalazł się na zewnątrz, zamknął za sobą po cichu przejście. Ciemność otulała go z każdej strony, o świecie widzialnym przypominały tylko tu i ówdzie rozpalone pochodnie, reszta świata jawiła się jakoby zatopiona w atramencie. Myślał teraz, że mógłby może uciec, ale czy palisada nie jest zbyt wysoka i ostra? Pierwej musiałby też znaleźć solidną i długą linę. Na obecną chwilę próbował wyśledzić nieznajomego, lecz na utwardzonym śniegu dużo ciężej jest odczytać ślady, chyba tylko Halyjczyk dałby radę to zrobić. Poszedł jednak wzdłuż ściany, w stronę głównego placu, z nadzieją, że może przypadkiem jeszcze natknie się ma swojego sąsiada z jamy. Doszedł do zewnętrznej krawędzi izby. Tu i ówdzie powtykane pochodnie zdradzały, iż obóz również i w nocy dość jest żywy, by przemknięcie się niezauważonym należało do wymagających zadań. Seweryn wychylił się delikatnie poza krawędź, przy drzwiach do izby również wartował Sepentrion, był on wręcz niebezpiecznie blisko. Wycofał się na powrót do cienia, chcąc już wracać do środka, zauważył drobny ruch w okolicach chaty namiestnika, coś się poruszało w cieniu, tak samo jak on. Jedyny sposób, by dotrzeć w tamto miejsce niepostrzeżenie, to przejść na około. Po drugiej stronie budynku było zdecydowanie mniej światła, droga jednak wiodła tuż przy palisadzie, gdzie śnieg nie był już aż tak udeptany, a strażnice rosły gęsto. Serweryn stawiał kroki z niebywałą dotąd ostrożnością. Pozostawienie podejrzanych śladów mogłoby zgubić całą izbę, jednak rozsiane wszędzie posterunki wcale w tym nie pomagały. Uskoczyć na bok, by zanurzyć się w ustronną kryjówkę, należało do zadań ciężkich. Jedynie miejscami była taka możliwość, gdy udeptane już wcześniej ślady prowadziły do szopek, czy podobnych, niewielkich konstrukcji. Mróz chrupał pod baczmagami, echo niosło się w niezgłębionej ciszy, tylko sporadyczne porywy wiatru ratowały Seweryna przed słuchem strażników. Kapitan zdołał dojść pod bramę, wtenczas nadszedł dla niego moment przełomowy. Kompletnie otwarta przestrzeń stanowiła ogromne ryzyko wykrycia. Wrota były najbezpieczniejszym miejscem, by przerzucić linę i zbiec poza obóz, temu też tam w minimalnej odległości stały dwie strażnice. Jednak w tym miejscu była też szansa, by przedostać się do stróżówki namiestnika. Między bramą, a izbami więźniów była dość szeroka i ociemniona przestrzeń, gdyby Seweryn położył się w tamtym miejscu plackiem, rozmyłby się się strażnikom z otoczeniem. Jedyne co, to musiał się tam wystarczająco szybko przeczołgać na drugą stronę, nim tę przestrzeń przemierzy jeden z nagminnie szwędających się patroli. Plan wdrożony został z większą łatwością, niż Seweryn mógł się spodziewać. Na ubitym podłożu kapitan bezproblemowo prześlizgiwał się na przeciwną stronę. Jedyny problem stanowił donośny odgłos szurania, jaki dobiegał z ocierającego się o lód kożucha. Wkrótce był już na drugiej strone, zdążył się podnieść z ziemi i wskoczyć za zaspę, nim minął go patrol. Podążał wzdłuż tyłów magazynów, patrole z rzadka tu się zapuszczały, była tylko jedna para śladów na śniegu, dość świeżych. Przeszedł za nimi dość swobodnie, nie martwił się już o zbyt wiele. Mijał już ostatni magazyn, wychynął zza winkla, ujrzał chatę namiestnika, a za nią pląsającą, cienistą plamę. Zmierzył w jej stronę, a wraz z skracaniem dystansu, nasilał się subtelny odgłos mlaskania. - A więc to stąd czerpiesz siłę? - szepnął Seweryn za plecami nieznajomego. - Knur poluje regularnie na renifery - odpowiedział nieznajomy, jednocześnie powoli przeżuwając i przełykając - sam wszystkiego nie zeżre, ale też i z nikim się nie dzieli. Wyrzuca za chatę siła resztek, rano straż wynosi wszystko za bramę. - W imię czego się tak upadlasz? Żyjesz jak wytresowane zwierzę! - W imię skręconego karku Gorbunowa, pewnego dnia opuści gardę a wtedy… - Skoro się regularnie wykradasz z izby, to czemu stąd nie uciekniesz? - Wszędzie za tą palisadą obóz otoczony jest fosą, nie da rady bezpiecznie przeskoczyć. Z resztą nawet gdyby, jesteśmy hen na pustkowiu w środku zimy. Ktokolwiek by się wymknął, zamarzły, nim dojdzie do jakiejkolwiek wiochy - nieznajomy milczał chwilę, po czym obrócił lekko głowę do Seweryna - Muszę przyznać, że zaimponowałeś mi. Myślałem, że tylko Halyjczyk dałby radę mnie wytropić. W dowód uznania, mogę podzielić się z tobą kawałkiem pieczeni. - Uprzejmie odmawiam, obiecałem przed samym sobą umrzeć z godnością. - A więc lechicka duma wcale z ciebie nie uszła. - Kim waść właściwe jest? Znamy my się? - Sza! Patrol! Schylili się w zaspę, tuż przed ich nosami przetupało trzech uzbrojonych Sepentrionów. Oddalali się miarowym krokiem, wystawiając cierpliwość zbiegów na próbę. W końcu zniknęli za rogiem jednego z magazynów, a Seweryn wraz z towarzyszem powstali na równe nogi. - Czas nadszedł, by stąd pierzchnąć - wycedził przez zęby nieznajomy - idź krok w krok za mną. Nie ręczę za siebie, jeśli przez ciebie stracę źródło pożywienia. Droga powrotna wyglądała niemal identycznie. Oczywiście we dwójkę trzeba było się dodatkowo zsynchronizować ruchami, było więc nieco trudniej przedostać się między izby. Byli już u kresu wycieczki, szli wzdłuż drewnianej ściany swojej noclegowni, gdy zza pleców dobiegł ich nikły głos. - Poczekaj tu chwilę, muszę sobie ulżyć - brzmiały przytłumione słowa. Uciekinierzy odwrócili się, zobaczyli, jak w okolicy strażnicy, w blasku pochodni futrzasty kształt upuszcza się w dół drabiny. Na ten widok przyspieszyli nieco kroku, słyszeli już, jak chrobocze ugniatany śnieg. - Jest tam kto? - zabrzmiał głos. Kroki się zbliżały, a nieznajomy górnik grzebał jeszcze przy ścianie, pchnął deskę dłonią w kilku miejscach i tajemne wrota obluzowały się. Tężysta sylwetka z niespodziewaną giętkością wślizgnęła się w szczelinę, potem przeciskał się Seweryn, z mniejszą nieco gracją. Nieznajomy zamknął po cichu wyrwę w ścianie i odczekał chwilę. Przystawił ucho do drewnianej ściany, a na jego twarzy malowało się nieme skupienie. Potem odsunął się bezszelestnie. - Przeszedł obok, nie zauważył nas - szepnął ze stoickim spokojem - odejdź już dzisiaj, nie zwracajmy na siebie więcej uwagi. Seweryn zgodził się z kompanem, był już zmęczony po pełnym wrażeń dniu. Izbowe schadzki rozchodziły już się powoli, mieszał się więc w powracające do prycz masy. Ułożył się ze skrzypem na pryczy i dość szybko zasnął.
-
Hagan - Wyjście w mrok. Opowiadanie nr.4
Zczarny opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
SAGA HAGANA wyjście w mrok. ->Fanowskie opowiadania w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. ->Kolejne w trakcie twórczego procesu kreacji, brak daty zakończenia. ->Jest to czwarte opowiadanie w chronologi, zaleca się przeczytanie trzech wcześniejszych. (Prolog w opowiadaniu nr.1) ZŁE PRZECZUCIE HAGAN WIEDZĄC, ŻE NIE BĘDZIE MIAŁ ŁATWEGO ŻYCIA W BELVERUS POSTANOWIŁ JE OPUŚCIĆ I UDAĆ SIĘ W KIERUNKU MESSANTI, MIASTA PORTOWEGO ZINGARY. WYKUPIWSZY MIEJSCE NA BARCE CIEMNOSKÓREGO ZINGARCZYKA, ALKIRA NIEMEGO WYPŁYNĄŁ Z SAMEGO RANA, GDY WYTRZEŹWIAŁ PO DWÓCH DNIACH WYDAWANIA PIENIĘDZY KUPCA EURELIUSA. ZDAWAŁ SOBIE BOWIEM SPRAWĘ, ŻE KULT, KTÓREMU ZNISZCZYŁ ARTEFAKT, BĘDZIE GO ŚCIGAŁ I NIE ODPUŚCI. Ciemna toń rzeki delikatnie i monotonnie obijała się o burty statku, a bujna roślinność po obu stronach koryta dawała cień, spalonym i nagrzanym ciałom pasażerów. Hagan siedział na jednej z ław, gdzieś pośrodku barki, rozmyślając nad tylko dla niego wiadomymi sprawami. Ta cisza i spokój, bliskość natury, powodowały w nim mieszane uczucia. Z jedne strony miał ochotę znów położyć się spać, lecz z drugiej wiedział, że coś niebawem się wydarzy. To znajome uczucie bliskości świata umarłych, które pojawiło się, gdy wchodził na barkę, nie dawało mu w pełni cieszyć się tymi sielankowi chwilami. Mimo że decyzja płynięcia do Messanti, miasta portowego Zingary była jego osobistą decyzją, niewymuszoną przez żadne siły ani przeczucia. To czuł jednak, że został wplątany w jakieś wydarzenia. Pojedyncze promienie gorącego słońca, które przedzierały się przez wielkie konary drzew, paliły jego ciało, ubrane jedynie w skóry na biodrze, przepasane grubym i ciężkim pasem, ze stalową i prosto zdobioną klamrą. Koło prawego boku leżał uśpiony w pochwie, długi i ciężki miecz. Kruczo-czarne włosy były zlepione potem, a oczy zamknięte, pogrążone w ciemnościach medytacji. Gibkie i umięśnione ciało pokryte mocną opalenizną i kilkoma wyraźnymi bliznami od ostrzy czy zwierząt też zdawało się być w letargu. Jednak dusza Hagana mimo wszystko wyczuwała napięcie i jakieś nienazwane zło. Na stopach miał znoszone sandały podróżne, których wytrzymałość już wielokrotnie poddawana była próbie. Milczał i śnił na jawie. Czekał. Kapitanem statku był ciemnoskóry Zingarczyk, Alkir Niemy. Duży i solidnie zbudowany mężczyzna, który faktycznie nic nie mówił. Większość jego poleceń ogłaszała jego prawa ręka, Urbiln. Ten z kolei gadał czasem za dużo. Był wysoki, szczupły i prawdopodobnie też z Zingary. Do tego dochodziło ośmiu żeglarzy z załogi. W sumie barką opiekowało się dziesięć osób, a każda z nich miała twarz wilka morskiego i zabijaki. Na pokładzie byli też inni pasażerowie, którym Hagan już mniej się przyglądał. Przed wypłynięciem naliczył około dziesięciu osób. Jednak rozmiar barki był na tyle duży, że spokojnie mógł się pomylić o kolejną dziesiątkę. Zresztą nie interesowali go inni ludzie. Najważniejsze dla niego było to, kto dowodzi i kto jest w załodze, a reszta to tylko tło dla podróży. Pierwszy dzień i pierwsza noc minęła spokojnie. W ciemnościach północy część załogi niebędąca na wachcie spała na swoich kojach w specjalnie oddzielonej części barki, a pasażerowie, wliczając w to Hagana, w swojej, która była bliżej wyjścia na pokład. Noce na rzece dla niektórych ludzi mogą wydawać się dość osobliwym przeżyciem. Ciągłe lekkie bujanie i odgłosy zwierząt żyjących w ciemnościach tworzą specyficzną atmosferę. Krzyki małp, wrzaski ptaków czy ryki innych, większych bestii nie do końca pomagają w oddaniu się w łaskawe dłonie snu. Dlatego Hagan nie raz otwierał jedno oko, aby zobaczyć jak jeden czy drugi pasażer wstaje i przeklina na brak ciszy. Taki przerywany, lecz czujny sen barbarzyńcy nie przeszkadzał, przyzwyczaił się do tego w swoim już dość długim i awanturniczym życiu. Taki stan zawieszenia między snem a jawą był dla niego normą. Jednak drugiej nocy rzeka Khorotas postanowiła zmienić tę sielankową podróż. Wszystko zaczęło się od krzyków na górnym pokładzie. Najpierw stłumione, niepewne i zachowawcze, aby po chwili przerodzić się w głośne, chaotyczne i pełne wściekłości. Hagan zerwał się na równe nogi i był gotowy do zadawania śmierci znacznie szybciej, niż każdy inny człowiek na łajbie. No, może poza tymi na górze, którzy już prawdopodobnie odpierali atak. Za barbarzyńcą, który już wbiegał na pokład biegła zaspana reszta załogi, która jeszcze trzy godziny temu zakończyła swoją dzienną wachtę. Głupotą nie jest iść w bój, w nocy. Głupotą jest iść w bój, będąc nierozbudzonym. Cymeryjczyk wszedł na górę z obnażonym mieczem w momencie, gdy salwa strzał z lewego brzegu wbiła się w lewą burtę, pokład i grotmaszt, jednak nie trafiła nikogo z załogi. Żeglarze kapitana Alkira nie byli dłużni, gdy tylko strzały spadły, ci wypuścili swoje, jednak i to działanie nie miało wielkiego sensu, gdyż noc była tak czarna, że cel w obu przypadkach był praktycznie niewidoczny. Nagle ktoś krzyknął “Kapitanie! Chcą ściągnąć nas na brzeg!”. W tym samym momencie z prawej strony rzeki, z głębokiej ciemności wyskoczyło jak śmiercionośne węże, kilkanaście grubych lin z hakami, które zaczepiły się o prawą burtę. Noc rozdarło dodatkowo sapanie i parskanie koni, które najwidoczniej ciągnęły liny. Barka zaczęła niebezpiecznie skręcać w prawą stronę i z każdą sekundą zbliżała się do kamienistych brzegów rzeki Tybor. Żeglarze, jak i Hagan poczęli próbować ścinać grube pnącza lin holowniczych, jednak to nie było proste zadanie i już w oczach bardziej doświadczonej części załogi widać było pewność graniczącą z przekonaniem, że zaraz dojdzie do abordażu. Cymeryjczyk też to czuł, jednak niepokoiła go jeszcze jedna rzecz. Właśnie w tym momencie na pokładzie znajdowało się pięciu żeglarzy i kapitan, który z przerażającym grymasem gniewu i wściekłości wymachiwał potężnych kordelasem. Lecz nigdzie nie dostrzegł jego prawej ręki i trzech pozostałych załogantów. Zakrzyknął więc do jednego żeglarza, który też z całych sił ciął grube więzy lin. - Gdzie na Croma jest Urbiln! Gdzie reszta załogi!- Ten z wyraźnym wysiłkiem na twarzy odpowiedział zdyszanym krzykiem. - Na pewno nie pod pokładem Cymeryjczyku. Miał wieczorną wachtę! - Ktoś inny krzyknął. - Zdrajca! Urblin nas zdradził!- W tym momencie barka z wielkim hukiem uderzyła o brzeg i o porastające go drzewa. Abordaż nastąpił dosłownie chwilę później. Na pokład wdarli się dużą grupą, mężczyźni i kobiety, uzbrojeni w topory, krótkie miecze i z okrzykiem na ustach. W blasku księżyca było widać ich odzienie, co lekkimi szatami było, a u niektórych natarte olejem skórzane pancerze odbijały blask pochodni barki. Nie było wątpliwości, że są to rozbójnicy, ale żeby targnęli się na barkę? Zarobek nie pewny, bo nie wiadomo co jest przewożone. Sam atak może być krwawy dla atakujących, bo przeważnie załoga takich łajb jest zaprawiona w bojach na swoim pokładzie. No i pozostaje jeszcze kwestia dowódcy takiego ataku. Osobnik taki musi być zgoła bardzo inteligentnym i odważnym hersztem. Chyba że na pokładzie wśród załogi był zdrajca, który wiedział, co jest przewożone i gdzie. Ustalił on wcześniej znak lub sygnał ataku dla brzegu z dowódcą na plaży i czekał na dogodny moment, lub odpowiednie miejsce. Hagan przestał analizować, gdy pierwszy mężczyzna legł u jego stóp z uciętą żuchwą i fragmentem twarzy. Na pokładzie rozgorzała pełna bitwa. Do broniących się załogantów dołączyło kilku mężczyzn będących do tej pory pasażerami. Krzyki i wrzaski walczących mieszały się z brzdękiem oręża. Milczący kapitan był niczym huragan, siekając na prawo i lewo swymi dwoma kordelasami. Po kilku minutach pokład był pełen krwi, na której poczęli ślizgać się walczący, natomiast spod pokładu słychać było krzyki kobiet i płacz dzieci. Zaiste smutne to były godziny dla tych ludzi. W pewnym momencie Hagana zaatakowała dwójka bandytów. Kobieta i mężczyzna, uzbrojeni w krótkie miecze i siekiery. Barbarzyńca podniósł ostrze miecza w ich kierunku, cały we krwi wyglądał jak wilk, który właśnie znalazł owce, a nie jak owca, która zaraz zostanie zarżnięta. Zaatakowali razem, jakby czytali w swoim myślach. Na raz, z góry i z dołu. Jednak mężczyzna był minimalnie wolniejszy od kobiety i Hagan to wyłapał, rzucając się na niego niczym pantera. Cios kobiety przeciął powietrze, gdzie jeszcze sekundę wcześniej stały nogi barbarzyńcy. Ten był już na klatce piersiowej leżącego mężczyzny, przecinając mu szyję ostrzem miecza. Zabulgotała krew z rozciętego gardła, kobieta krzyknęła i uderzyła, jednak Cymeryjczyka znowu zniknął. Jej miecz i toporek wbiły się w martwe ciało mężczyzny, a nad nią stał już wilk z zimnej północy. W jej oczach Hagan nie dostrzegł niczego, gdy zadawszy potężny cios rękojeścią miecza, odebrał kobiecie świadomość. Barbarzyńca gdy mógł, nie zabijał niewiast, to nie leżało w jego naturze. Wydawać by się mogło, że szala zwycięstwa przechodzi w ręce obrońców. Jeden z żeglarzy dwoma szybkimi cięciami przeciął ścięgna obu rąk napastnika, a gdy ten stał jak lalka z bezwładnymi ramionami, wbił mu kordelas w czoło. Napastnik padł, jak stał, na zakrwawiony pokład barki. Inny obrońca nie miał tyle szczęścia, bo dopadło go dwóch rosłych osiłków, którzy dosłownie rozrąbali go siekierami, nim ten zdążył podnieść broń do obrony. Krwawa to była noc i późna godzina, kiedy krzyki walki powoli cichły i gdy wszystko już wydawać się mogło, było wygrane. Naglę przed barką, na plaży pojawił się mężczyzna w długich czarnych szatach. Hagan właśnie dobijał jednego z napastników, samemu będąc mocno pociętym na plecach i po prawej nodze, kiedy czarna postać podniosła ręce. Ktoś z załogi lub od pasażerów krzyknął na całe gardło. - To czarownik! Ustrzelcie go, za nim rzuci za… W tym samym momencie nastała taka światłość, że wydawać by się mogło, że wypali wszystkim na pokładzie oczy. Fala nieopisanego zimna przeleciała po ciałach przeżyłych. Hagan opierał się ile mógł, i nawet byłby ustał ten przerażający magiczny atak, jednak w tym samym momencie otrzymał straszne uderzenie w tył głowy. Padł nieprzytomny na pokład przesiąknięty krwią, a zbliżała się północ, księżyc wysoko wisiał na niebie, oświetlając zmasakrowane ciała, wyprute flaki i odcięte kończyny. *** Kobieta obudziła się z przerażeniem w oczach, wiedząc, że zaraz umrze, jednak nic takiego nie nastąpiło. Leżała na pokładzie pełnym krwi, ciał i dzikich zwierząt, które właśnie kosztowały darmową ucztę. Tymczasem wyczekiwanego wysokiego mężczyzny z mieczem w dłoni, stojącego nad nią niczym kat, nie było. Był za to jasny i przejrzysty poranek. Powoli zerknęła na prawą stronę. W kałuży własnej krwi leżał jej niedawno poznany chłopak Hetrus. Z jego klatki piersiowej wystawał znajomy miecz i toporek. Wiedziała jednak, że to nie ona go zabiła. To był ten, ten przerażający człowiek z północy, ubrany jak jakiś dzikus czy barbarzyńca! Jak to możliwe, że z taką łatwością pokonał ich dwoje, jak gdyby byli dziećmi?! Nagle uświadomiła sobie jeszcze parę innych rzeczy. Co ona w ogóle tutaj robiła? Kiedy tak naprawdę poznała Hetrusa? Dlaczego walczyła? Na koniec, jak błyskawica w jej umyśle, pojawiło się jeszcze jedno pytanie. Kim jestem? Te słowa samoistnie wyrwały się z jej ust. Ta chwila była chyba bardziej przerażająca niż otaczające ją mlaskanie zwierząt i zapach ciał gnijących na słońcu. Gdy schodziła na brzeg, unikając wzroku bestii zajętych pożeraniem trupów, nie mogła pozbyć się uczucia, że coś strasznego stało się w jej życiu. Tak przerażającego, że nawet teraz nie jest w stanie przypomnieć sobie nic ze swej przeszłości. Czuła też, że nie miała za dużo czasu, musiała działać. Coś pchało ją do przodu. Po drodze podniosła krótki miecz będący własnością jednego z trupów. Mimo że miała wrażenie, iż nigdy nie posługiwała się taką bronią, gdy trzymała w swej zgrabnej dłoni zimną stal, umiejętności pojawiły się jak błyskawica w jasny dzień. To jakaś czarna magia ? Pomyślała przerażona, ale wzięła się w garść i weszła w konary drzew, obrastające koryto Tyboru. Nie wiedziała, czego ma szukać i co właściwie w tym momencie ma zrobić, jednak szła przed siebie, trafiając w końcu na małą ścieżkę, ewidentnie rozdeptaną nocnym atakiem. Po dłuższej chwili marszu gdzieś po prawej stronie usłyszała czyjeś słowa, wypowiadane jakby z wielkim bólem, lub nienawiścią. Niestety nie była w stanie tego określić w tamtej chwili. Gdy zbliżała się do tajemniczego głosu, który zdawał się coraz cichszy i słabszy, natrafiła na zakrwawionego mężczyznę, leżącego na plecach. Miał na sobie skórzany pancerz i szaty, które wydawały się jej dziwnie znajome. Ten cały czas powtarzał w kółko “Dlaczego! Jaka czarna magia mogła to spowodować! Umrę przeklęty! Ja umrę!”. Słowa były pełne gniewu, smutku i strachu. Leżący miał głęboką ranę brzucha i strzaskane na miazgę kolano. Tutaj nie było wątpliwości, powoli się wykrwawiał. W pierwszej chwili kobieta nie wiedziała, co ma uczynić. Czy wrócić na ścieżkę pozostawiając konającego samemu sobie, czy może w jakiś sposób mu pomóc? W końcu wiedziona czy to instynktem, czy sercem podeszła bliżej. Gdy ukazała się przed jego oczami, ten jęknął z radości. - Agama! Co ty tutaj robisz?! Przeżyłaś? Nie poszłaś z tym kłamcą i pożeraczem dusz?! Ta w pierwszej chwili nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Poczuła wyraźnie, że mężczyzna podał jej imię. To było jej imię! Agama! Jednak skąd on to wiedział? Kim jest ten pożeracz dusz? Kim w ogóle jest ten konający mężczyzna? Musiała się tego wszystkiego dowiedzieć. Dlatego po chwili odpowiedziała, próbując zapanować nad emocjami. - Ja, ja nic nie pamiętam. Nawet nie wiem, kim jesteś. Przykro mi. Naprawdę nie mam pojęcia, o czym ty mówisz. Mężczyzna mimo widocznego bólu starał się mówić wyraźnie. Zdawał sobie sprawę, że umiera i nic już nie da się z tym zrobić. - Ja teraz pamiętam, że zostaliśmy w różnych okolicznościach porwani przez tego sługę ciemności, aby mu służyć. Coś, coś zrobił w naszych głowach, jakoś namieszał, że zapomnieliśmy o naszej przeszłości. Teraz gdy umieram i nie ma jego osoby w pobliżu, wszystko do mnie wróciło. Agama, do Ciebie też wszystko wróci, tylko ten pół-demon, pół-człowiek musi zginąć! Nie może, … W tym momencie konający zaczął mocno pluć krwią, a wręcz dławić. Kobieta uklękła przy nieszczęśniku i delikatnie przewróciła go na bok, aby się nie utopił w własnej krwi. Ten zdążył jeszcze wybełkotać. - … nie pozwól … rytuał. … za późno. Po czym skonał. Agama jeszcze przez chwilę trzymała głowę nieznajomego mężczyzny, wpatrzona w martwe oczy. Mogła się tylko domyślać, co miał na myśli, mówiąc ostatnie słowa. Kilka chwil później znów szła do przodu, tylko tym razem znając swoje prawdziwe imię. Dłuższą chwilę później wyszła na piaszczystą drogę, na którą za wszelką cenę chciały się wedrzeć konary drzew, tworząc zielony dach. Spojrzała w prawo, potem w lewo i tak stała dłuższą chwilę, zastanawiając się, w którą stronę ma iść. Gdy tak rozmyślała, usłyszała cichy głos, szepczący jej do ucha “idź w prawo”. Wiedziała, że to nie były jej myśli, jednak nie miała siły, aby odmówić. Zaczęła więc powoli iść w tamtym kierunku, rozglądając się uważnie. Nie była w stanie oszacować, jak długo szła, ale zaczęła być głodna, gdy głos powiedział “skręć w lewo”. Spojrzała w tamtym kierunku. Gęsty las zapraszał między swe komnaty, delikatnym szumem i chłodnym cieniem. Co jakiś czas gdzieś w oddali odezwał się egzotyczny ptak, gdy Agama brnęła do przodu. Z każdym krokiem czuła, że głos się nasilał, stając się coraz silniejszy i wszechobecny. Jej świadomość przestawała decydować, jej jaźń znów powoli odpływała w mgłę. Za nim to całkowicie nastąpiło, zdążyła zauważyć, że wchodzi do jakiegoś sporego obozu między drzewami, na którego końcu było wejście do jaskini. Gdy zrobiła kilka kolejnych kroków, w jej umyśle zrobiło się ciemno. *** Hagan przebudził się, gdy słońce miało bliżej do snu niż na szczyt. Był zamknięty w drewnianej klatce, zrobione z mocnych młodych drzewek i grubych żeglarskich lin. Razem z nim siedziało kilku starców. Był w leśnym obozowisku, liczącym kilka namiotów, z wejście do jakiejś jamy czy groty. Na środku paliło się skromne ognisko, przy którym pracowało dwoje ludzi, chyba coś gotowali w dwóch dużych garach. Co jakiś czas pojawiali się i znikali inni, zajęci swoimi sprawami. Wszyscy byli ubrani praktycznie tak samo, jak napastnicy z barki. Co skłoniło Cymeryjczyka do wysunięcia prostego wniosku, że został przez nich porwany w jakimś konkretnym celu. Z kotła raczej nie unosił się zapach gotowanych ludzkich ciał, więc raczej nie byli to ludożercy. Barbarzyńcę nadal bolała głowa i nie był jak na razie w pełni sprawny, jednak już teraz wyczuwał coś bardzo niepokojącego dookoła. Wyczuwał cholernie mocną złą energię, która biła dosłownie z każdego mężczyzny i każdej kobiety, która była członkiem tego obozu. Nad tymi wszystkimi ludźmi wisiała moc jakiegoś złego ducha lub demona. Wstał i przeciągnął się jak gigantyczny kot. - Radzę Ci nie wstawać młody człowieku. ON nie lubi, jak ktoś się jego nie lęka. Odezwał się jeden ze starców. Patrząc na jego wygląd, człek ten siedział tutaj chyba najdłużej. Brudna twarz z gęstą biało-siwą brodą, podkrążone oczy i wychudzone ciało. Jednak jego słowa były jeszcze pełne bystrości i świadomości tego, co się wokół działo. - Nie zniżyłem i nie zniżę karku przed nikim starcze. - Tak też pomyślałem. Więc miej się na baczności, czarnowłosy. Hagan splunął przez drewniane kraty i obejrzał je raz jeszcze. Po chwili doszło do niego, że gdyby wszyscy co z nim w tej klatce siedzą, naparliby na jedną stronę, to byliby wolni. Jednak jak skłonić do tego te wymęczone dusze? Po dłuższej chwili ciszy odezwał się do starca. - Co z ucieczką starcze? Chcecie tu pomrzeć jak psy? - Ja, jak i reszta tutaj, nie mamy sił, żeby cokolwiek zrobić. To już jest koniec, nie rozumiesz czarnowłosy? Za nimi stoi człowiek-demon i magia tak potężna, że nikt ani nic nie jest w stanie się jej przeciwstawić. - Czyli obojętne jest dla was, życie lub śmierć? - Tak, tak… Nie było widać czy ktoś z pozostałych w klatce przysłuchiwał się rozmowie. Lecz po tych słowach wszyscy nagle zaczęli kulić się i chować swe twarze w dłoniach. Hagana dopadło obrzydzenie. Ten brak woli walki był jak choroba, jak zaraza. Po chwili gdzieś z ciemności barbarzyńca usłyszał znajomy głos. - My! My chcemy się bić barbarzyńco! Zemścić się za kapitana! Zginąć lub żyć! To był jeden z marynarzy, mieli podobną klatkę, kilka metrów od nich. Była postawiona bardziej w cieniu lasu. Dopiero teraz był w stanie ją dojrzeć. Odwrócił się, skąd padł głos i powiedział. - Poczekajcie, aż nastanie zupełna ciemność. Wtedy powiem wam, co macie zrobić. - Tak barbarzyńco. Będziemy gotowi. Hagana nie interesowało, ilu ich było oraz czy wśród nich byli ranni. Mieli wolę walki, tylko to się liczyło w tych czasach, a że napędzana rządzą odwetu! Tym lepiej! Nagle zobaczył, jak z lasu wychodzi kobieta. Z samego początku była przerażona i niepewna, jednak w jednej chwili jakby za sprawą magi, wszystkie te emocje zniknęły. Stała się taka jak reszta. Nienaturalnie spokojna. Barbarzyńca po chwili rozpoznał jej twarz. To była napastniczka, której darował życie. Weszła do środka obozu i jakby nigdy nic zaczęła wykonywać różne czynności. W międzyczasie podeszli do niej dwaj mężczyźni stojący do tej pory przy kotle, po czym pierwszy z nich zapytał. - Wróciłaś do nas Agamo. - Tak, mistrzu. Po chwili odezwał się drugi. - Jesteś ranna? - Nie mistrzu. - Dobrze, to wracaj do swych obowiązków. - Tak mistrzu. Na Croma! Co tutaj się dzieje?! Pomyślał barbarzyńca, a jego krew wzburzyła się jeszcze bardziej. Usiadł więc na ziemi, z ledwością gasząc gniew i zaczął myśleć gorączkowo nad tym, co usłyszał. Miał jeszcze trochę czasu do nocy. Zamknął oczy, wytężył słuch i zaczął przypominać sobie wszystkie tajemnice czarnej magi, jakie uczyła go matka. Każdy manuskrypt, każdy pergamin, każdą przypowieść czy legendę. Wszystko to, co mogło przynieść rozwiązanie tej przerażającej zagadki. Było wiele możliwości, kontrola umysłów, grupowa klątwa, zbiorowe przejęcie czy inne sposoby i zakazane sztuki. Jednak tutaj było coś bardziej złożonego. Coś większego. Za dużo umysłów było na raz pod kontrolą, takiego typu zaklęcie wymagało bardzo dużo mocy. Takie zaklęcie wymagało bezpośredniego kontaktu ze złą stroną. Wiedział cały czas, że może użyć swoich zdolności, jednak wtedy istniała gigantyczna szansa na to, że zostanie zauważony przez tego człowieka lub tę istotę. Co niestety mogło przynieść tylko śmierć, bo żaden dowódca nie lubi mieć wśród jeńców wilka i to jeszcze posiadającego magiczne zdolności. Musiał zdać się na naturalną przemoc, zresztą jak zwykle. Otworzył z powrotem oczy i rozejrzał się jeszcze raz po obozie. Dopiero teraz dojrzał stertę zrabowanego dobra z barki, przykrytą pod jakimiś starymi kocami. Uśmiechnął się dziko. Teraz wystarczyło poczekać. *** Noc już całkowicie rozlała się po obozie i zapalone zostało kilka pochodni gdy Hagan otworzył oczy, które do tej pory pogrążone były w spokojnym śnie. Po krótkiej chwili ocenił, że dookoła nie ma nikogo z tych biednych ludzi. Dziwne było to, że nie została wystawiona żadna straż, jednak co daje los, trzeba wykorzystać. - Wstawajcie wilki morskie! Nastał czas zemsty! Wyszeptał wyraźnie barbarzyńca w stronę drugiej klatki. Nie trzeba było czekać długo na odzew. - Jesteśmy Haganie! Mów co mamy czynić! - Po pierwsze, musicie wydostać się z klatki. Każdy z was ma wstać i oprzeć się o tylną jej ścianę, tą co najbliżej jest lasu. Łączenia na rogach powinny puścić. Potem jeden z was niech pójdzie do tamtej sterty rzeczy i znajdzie coś ostrego, żeby potem i mnie wypuścić. A teraz najważniejsze! Gdy zaczniemy się bić, zróbcie wszystko, aby nie zabijać tych ludzi. Oni nie są niczemu winni. To zły urok kieruje ich ciałami. Na ostatnie zdanie więźniowie z klatki obok wydali z siebie pomruki niezadowolenia, jednak w końcu ktoś odrzekł. - Dobrze Barbarzyńco. Mamy nadzieje, że się nie mylisz i że będzie warto ich oszczędzić. Jednak w takim razie jak rozpoznamy tego, kogo mamy faktycznie zabić? Sprawcę całego tego szaleństwa? - Ja będę was prowadził i ja się nim zajmę. A teraz nie ma czasu! Zróbcie tak, jak wam powiedziałem! Tylko jak najciszej! Kilka chwil później tylna ściana klatki żeglarzy upadła na ściółkę, a przez obóz przeszedł niczym cień najmniejszy i najzwinniejszy z nich. Kilka minut później Hagan był wolny i wszyscy byli gotowi do walki. Pozostała tylko kwestia broni. - Nie mamy wyjścia.- Odrzekł cicho barbarzyńca i kontynuował.- Musimy walczyć kijami, które leżą tutaj przy ognisku. Wiem, jak to brzmi, bo nasi przeciwnicy będą mieli ostrza jednak mamy do wyboru to lub ucieczkę. Co zatem czynimy kamraci? - Zemsta Haganie! - Odpowiedziały głosy w ciemności. - Niech i tak zatem będzie! Przyczaimy się teraz przy wyjściu z jaskini. Poczekamy tam, aż ktoś wyjdzie, a winien to zrobić po resztkę jedzenia z kotłów. Gdy to nastąpi, od razu ogłuszamy. Jeżeli będzie miał broń, ja ją biorę, aby mieć czym zabić tę istotę. Wy zajmijcie się resztą tych biedaków. Wilki morskie z barki nie bały się śmierci, a wśród nich było jeszcze kilku pasażerów. Wszyscy byli zdesperowani i gotowi do walki, bo każdy z nich stracił na barce wszystko, co miał. Jedni stracili swojego kapitana, inni żony i dzieci. Desperacja i chęć odwetu jest najstraszniejszym i najpotężniejszym sojusznikiem w pojedynku z przeważającą siłą wroga. Hagan wiedział o tym doskonale. Po dłuższym oczekiwaniu w ciemnościach, z jaskini wyszło dwoje ludzie. Był to mężczyzna i kobieta. Przy pasach mieli krótkie miecze, a na sobie żadnego pancerza. Nie zdążyli nawet zareagować gdy szybkie uderzenia drewnianych lag pozbawiły ich przytomności. Hagan podniósł jeden z dwóch mieczy, a drugi wręczył żeglarzowi, co przeciął liny spajające jego klatkę. Jak wataha wilków, cicho i praktycznie bezszelestnie weszli do jaskini, która była zatopiona w półmroku. Szli korytarzem naturalnie wyżłobionym w skale, jednak pokrytym dziwnymi i złowrogimi malowidłami wykonanymi czerwoną farbą lub krwią. Kilkanaście metrów dalej za zakrętem otworzyła się przed nimi wielka grota i stojący niczym posągi, ludzie. Kilka metrów za nimi, z podwyższenia obserwował ich, nienaturalnie wysoki mężczyzna. Był blady, łysy i ubrany w czarne, znajome szaty. Przez kilka sekund panowała przerażająca cisza. Nie padła żadna komenda, żaden dźwięk nie pojawił się w przestrzeni gdy ludzkie posągi ożyły i zaatakowały Hagana i jego ludzi. Jednak Barbażyńca był już skupiony na najważniejszym przeciwniku. Ruszył niczym pantera, wykonując długie i sprężyste kroki. Żadna z tym ludzkich marionetek nie była w stanie go zatrzymać. Gdy Cymeryjczyk stanął przed bramami królestwa śmierci działał niczym furia, niezważająca na rany, które pozostały na jego ciele z nocnego ataku na barkę. Pierwszego przeciwnika powalił potężny ciosem rękojeści miecza w głowę, drugiego posłał na ziemię kopniakiem, a pozostałą dwójkę po prostu ominął niczym zingarska tancerka. Gdy był już kilka metrów przed celem, nagle grota zamieniła się w wielką salę tronową. Nadal dochodziły do niego krzyki walki, lecz wokół niego były tylko czarno-granatowe widma walczących. Jego ofiara natomiast nie miała już ludzkiej postaci. Na jej miejscu stał teraz demon o ludzkiej posturze, jednak nie z ludzkimi kończynami. W miejscu rąk wisiały bezwładnie macki, a każda z nich posiadała wypustki, z których ciekła jasno-żółta maź. Zamiast nóg, były dwie ręce czarne niczym węgiel, o palcach tak długich jak sztylety. Głowa natomiast była najstraszniejsza, bo oto w jej miejscu była czarna pustka, jak otchłań, z której patrzyła niezliczona ilość nieludzkich oczu. Hagan wiedział, że właśnie trafił do miejsca opisanego w księgach jako dom lub domena każdego z demonów. Wiedział też, że tutaj nie zrani tego okropieństwa żadną ludzką bronią. Musiał zatem stoczyć bitwę, o których czytał u swojej matki, ale nigdy jeszcze nie brał w żadnej udziału. Ruszył więc całym impetem na to zło wcielone, które właśnie podnosiło swoje okropne kończyny i gdy te miał już opleść swoimi ohydnymi mackami duszę barbarzyńcy, ten włożył swe ręce do głowy demona. Ból i czerń przeszyła jego jaźń gdy pojawił się w środku tego okropieństwa. Dookoła niego nagle pojawiły się setki jak nie tysiące wychodzący z mroku macek, które zaczęły oplątywać jego ciało. Z każdą następną sekundą był rozciągany, wręcz rozszarpywany. Lecz nie był bierny, gryzł i szarpał. Jednak nie taki był jego plan. Miał tylko jedną szansę! Szansę, która nie była oczywista. Zaczął więc krzyczeć tak głośno jak tylko mógł. Krzycząc natomiast, próbował uwolnić z siebie tę nienaturalną moc, którą posiadał, a której tak bardzo się obawiał. - Teraz macie chwilę! Obudźcie się! Obudźcie się na Croma! Wsłuchacie się w mój głos! Teraz jest ten moment! Zemścijcie się za te wszystkie dni i miesiące niewoli! Gdy tak krzyczał, macki zaczęły przybierać na sile. Jakby dotarło do demona, co Hagan tak naprawdę miał zamiar zrobić. Ten widział, że to nie jego ciało jest rozrywane, a dusza. Więc krzyczał jeszcze głośnie i jeszcze bardziej próbował użyć tego co otrzymał w dniu swych narodzin. - OBUDŹCIE SIĘ! W tym momencie przez ciemności przebił się przerażający błysk, niczym ostrze. Hagan upadł w wielkiej sali tronowej i z otwartymi oczami spoglądał na przeszytego wieloma ludzkimi dłońmi demona. Wszystko wokół niego było ciche i martwe. Był sam i nie mógł nic zrobić. *** Niczym zły sen Agama obudziła się w momencie gdy kopała leżącego mężczyznę. W koło gorzała walka i wrzaski mieszały się z krzykami konających. Jednak tym razem, wiedziała więcej niż poprzednio. Wiedziała teraz, kto jest jej prawdziwym wrogiem i nie tylko ona. Ostatni z żeglarzy bronił się resztkami sił, przyparty do zimnej skały i z oczami pełnymi furii. Zmęczenie i wielkie zdziwienie malowało się na jego twarzy gdy ujrzał, jak napastnicy zatrzymali się nagle i skierowali swoje martwe do tej pory oczy, w grymasie gniewu na istotę, u której nóg leżał barbarzyńca. Ona jak i pozostali przy życiu nieszczęśnicy rzucili się na zło, które do tej pory było ich mistrzem. Zaczęli kłuć, rąbać i siekać, wydając przy tym przerażające wrzaski i krzyki. Były one przepełnione gniewem, smutkiem oraz szaleństwem. Trwało to tak długo, aż cała fizyczna forma tego demona nie została dosłownie posiekana, a jego krew nie zmyła plugawych znaków ze ścian groty. W końcu nastała cisza, a wszyscy spojrzeli po sobie. Żeglarz puścił miecz, który z metalicznym jękiem uderzył o zimną skałę i usiadł. Po dłuższej chwili wszyscy pozostali przy życiu zaczęli opuszczać to siedlisko zła. W końcu, w grocie pozostał tylko zmęczony żeglarz i tak samo zmęczona Agama. - To ten, który nas uwolnił? Odezwała się do siedzącego przy ścianie mężczyzny, patrząc nadal na ciało barbarzyńcy. - Tak, chyba tak. Tak myślę. Podeszła więc do niego i przez chwilę stała wpatrzona w jego tors. - Oddycha. Żyje. Trzeba go stąd zabrać. Po tym wszystkim, co dla nas zrobił, nie może tak umrzeć, o ile właśnie przychodzi na niego czas. Żeglarz nie bardzo wiedział, co właśnie dzieje się na jego oczach, ale pamiętał słowa mężczyzny. Zebrał w sobie resztki sił i podszedł do nieznajomej. Chwilę później wyciągnęli Hagana na zewnątrz, do ogniska, przy którym stali wszyscy przeżyli. Po chwili głośno i wyraźnie odezwała się Agama. - Nie wiem, co do tej pory tutaj robiliśmy i zgaduje, że wy wszyscy też nie wiecie. Jednak jedno wiem na pewno, w największych ciemnościach usłyszałam głos tego mężczyzny i widziałam jego duszę rozrywaną przez tego potwora. Dlatego za nim się rozejdziemy, pomóżmy mu albo umrzeć w spokoju i w cieple, albo dość do pełni zdrowia. Na ludzkich twarzach wokół ogniska nie było nic wypisane, jednak zgodzili się poprzez pomruki aprobaty, a w tym samym momencie do ogniska podszedł jeden ze starców, który więziony był w klatce. Był on chyba najstarszym z przetrzymywanych. - Odważny to człowiek i ta odwaga nie zostanie zapomniana. Jeżeli mi pomożecie to może uda mi się przyprowadzić go z powrotem do nas. Tej nocy i wiele następnych Agama razem z przeżyłymi mieszkała w leśnym obozowisku, troszcząc się o nieprzytomnego barbarzyńcę. Jednak nikt nie był w stanie powiedzieć, czy kiedykolwiek ten się jeszcze zbudzi. Grota natomiast została zasypana, razem z resztkami tej przerażającej istoty. c.d.n- 1 odpowiedź
-
1
-
- r.e.howard
- high fantasy
- (i 13 więcej)
-
Hagan - Wyjście w mrok. Opowiadanie nr.3
Zczarny opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
SAGA HAGANA wyjście w mrok. ->Fanowskie opowiadania w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. ->Kolejne w trakcie twórczego procesu kreacji, brak daty zakończenia. ->Jest to trzecie opowiadanie w chronologi, zaleca się przeczytanie dwóch wcześniejszych. (Prolog w opowiadaniu nr.1) WEZWANIE OBOWIĄZKU PO TYM, JAK PRAKTYCZNIE CAŁA KARAWANA, KTÓRĄ OCHRANIAŁ HAGAN ZOSTAŁA WYRŻNIĘTA DO NOGI, A JEDYNYMI OCALAŁYMI Z TEJ MASAKRY BYŁ ON I CIEMNOWŁOSA KOBIETA. WOJOWNIK POSTANOWIŁ PRZEZ KILKA DNI ODPOCZĄĆ W TAWERNACH, LICZNIE ROZSIANYCH PO CAŁEJ STOLICY NEMEDII, JAKĄ JEST BELVERUS. UPIJAJĄC SIĘ DO CNA I TRACĄC WSZYSTKIE OSZCZĘDNOŚCI, NIE PRZEJMOWAŁ SIĘ NICZYM ANI NIKIM. DO CZASU… - Czy wy naprawdę jesteście tak tępi? Jak mam rozmawiać z pijanym i nieprzytomnym człowiekiem? - Ależ Panie! Ciągnęliśmy go do Ciebie przez dobre pół kilometra! Trzymając pod ramionami! Gdyby nie jego grube sandały, całe nogi miałby we krwi. Żaden człowiek nie byłby w stanie spać, będąc wleczonym po kamienistej drodze! - Durniu! Nie obchodzi mnie to! Ten człowiek nadal śpi i wali jak końskie łajno! Na dziedziniec z nim! Macie lać na niego zimną wodę, aż się nie obudzi i chociaż trochę przestanie śmierdzieć! - Tak panie! Będzie, jak sobie życzysz! Po tych słowach dwóch rosłych czarnoskórych strażników wyniosło przybysza na duży dziedziniec posiadłości handlarza Eureliusa Namidesa. Po kilkunastu minutach cała willa postawiona została na nogi przez gromki i donośny ryk wściekłości oblanego zimną wodą gościa. Pan tego domu niczym rażony gromem, wybiegł na zewnątrz, a gdy był już przy drzwiach wyjściowych, ujrzał nietypową scenę. O to jak do tej pory nieprzytomny i pijany mężczyzna trzymał za szyję, klęczącego ochroniarza. Ten z przerażeniem w oczach żałośnie bełkotał. Drugi jego wartownik, z obnażonymi mieczem groził i krzyczał coś w swoim ojczystym języku. Jeżeli nikt nic z tym nie zrobi, zaraz poleje się krew. Pomyślał Eurelius, wbiegając między ochroniarza, a nieznajomego z zakładnikiem. Obcy przeniósł swoje stalowe spojrzenie na pięknie i schludnie ubranego mężczyznę jednak nic nie powiedział. Jego uścisk na gardle ochroniarza powodował, że ten powoli zaczynał tracić przytomność. Handlarz nie miał za dużo czasu, musiał działać. - Ty jesteś Hagan, prawda? To ty pracowałeś przy ochronie karawany idącej z królestw granicznych? Mimo zadanego pytania osobnik milczał. Widać było, że to on kontrolował sytuacje, a przynajmniej tak to wyglądało z boku. Nie śpieszył się, mimo że jego zakładnik robił się już siny z braku tlenu. Zamiast odpowiedzi, przybysz zaczął dokładnie rozglądać się dookoła. Szybkim spojrzeniem sprawdził, co ma przy sobie. Całe szczęście dla Eureliusa, ochroniarze odebrali mu broń przed wprowadzeniem na teren posesji. Widoczne też było, że w jego organizmie nadal jest sporo alkoholu, jednak to niczego nie przesądzało. W końcu mężczyzna odpowiedział. - Tak. - Czyli mogę też sądzić, że to ty jesteś tym, który uratował moją bratanicę z rąk demona?! - Malja to twoja bratanica? Po tych słowach uchwyt na szyi ochroniarz zelżał, a ten padł na bruk, łapiąc łapczywie powietrze. - Tak. Dlatego też, między innymi, kazałem Cię tutaj przyprowadzić Haganie. Odpowiedział Eurelius wyciągając dłoń w geście pokoju i podziękowania. *** Kilka godzin później, gdy Hagan obmył się i odespał to co jeszcze zalegało w jego ciele, spotkał się ze swoim gospodarzem, w jego dużej i przestronnej sali gościnnej. Leżeli na pięknych i miękkich posłaniach, o nogach wykonanych z drzew cennych i niedostępnych w tych stronach. Wokół czuć było zapach kadzideł, dobrego wina i gotowanego jadła. Usługiwały im dwie służki, odziane skąpo, lecz z gustem. Były uśmiechnięte i chyba nawet nie tylko na pokaz. Dookoła Barbarzyńcy unosiła się aura spokoju i dobra. Rzadkość jak na wille bogatych i rozwiązłych mieszczan. Hagan jednak domyślał się, że nie został przyprowadzony tylko po to, aby ten człowiek mógł mu podziękować. W rzekomo cywilizowanym świecie nikt nie stara się tak bardzo znaleźć człowieka tylko po to. Popijając więc puchar lekkiego i bardzo wyrazistego wina, zapytał wprost. - Do rzeczy Eureliusie. Nie posłałeś po mnie, aby mi tylko podziękować, więc o co chodzi? - Tak Haganie. Widzisz, cała karawana nie żyje, a ty jako jedyny ochroniarz, czyli pracownik, przeżyłeś. Nie licząc mej biednej bratanicy, która swoją drogą bardzo chwali twoją troskę o nią w czasie podróży powrotnej. Handlarz uśmiechnął się dość ironicznie, gdy wspomniał o trosce Hagana. - To stawia Cię w dość ponurym świetle. Niektórzy moi znajomi już dawno oskarżyliby Cię o współudział w ataku lub o inne bzdury. Jednak ja mam wrażenie, że nie należysz do tego typu ludzi. Czy dobrze przypuszczam, barbarzyńco? Hagan przymrużył oczy i zapytał zniżonym głosem. - Co insynuujesz? Że stchórzyłem w walce? Że pozostawiłem kompanów na żer tych bestii? - Prawdę powiedziawszy, nie wiem. Nie było mnie tam. Malja też nie pamięta, jak to było naprawdę. Pamięta jedynie ciemność i ciało jakiejś przerażającej istoty. Nic więcej. Hagan odłożył puchar z winem na stolik. - Więc co chcesz mi powiedzieć. Pamiętaj jednak, że obrazę traktuję tak samo śmiertelnie poważnie jak wyciągnięte, w moim kierunku ostrze. - Haganie. Podpisałeś kontrakt z zarządcą mojej karawany, w którym znajduje się fragment o treści „… ni krwi ni życia szczędzić nie będę, aby karawana… „. – Handlarz uciął zdanie, wstał i wziąwszy głęboki wdech, zaczął nerwowo. - … mówiąc jeszcze dobitniej, wszyscy ochroniarze zginęli, a ty żyjesz! I to jest jedyny fakt, który znam. Rozumiesz więc, że to, co jest pewne, nie skreśla Cię z listy winnych tej tragedii. - Człowieku, czy bogowie rozum ci odebrali? Krew w żyłach barbarzyńcy zaczęła się gotować, jednak nadal nad sobą panował. Choć ten człowiek dość wyraziście mówił o tchórzostwie lub nawet zdradzie, na swój pokrętny sposób miał racje. Nie było innych świadków jego walki z ghulami i tymi wysuszonymi trupami. Nie było nikogo, kto mógłbym potwierdzić, że kazał wszystkim uciekać, samemu zostając aby walczyć. Pozostawał jedynie fakt, że przeżył i odzyskał Malję, a to z kolei mógł uczynić na wiele sposób. - Nie Haganie. Ja jedynie stwierdzam fakty. Nastała niezręczna cisza. Obaj rozmówcy patrzyli na siebie, nie wrogim, lecz bardziej dociekliwym spojrzeniem. W końcu pierwszy odezwał się gość, spokojnym i stonowanym głosem. - Dobrze. Rozumiem twój punkt widzenia. Rozumiem też, że chciałbyś mi zaufać. Dlatego jak do tej pory nie kazałeś mnie wydać strażnikom miejskim. - Tak. Nie ukrywam też, że Malja ma w tym swój wkład i przekonała mnie do tego. - Co mam więc uczynić, abyś uznał moją umowę za wypełnioną? - Jest pewna rzecz, a raczej zadanie, które mógłbyś dla mnie wykonać. Biorąc też pod uwagę, co opowiadała mi moja bratanica, powinno pójść ci lepiej niż moim ludziom. Hagan milczał, dając tym samym znak swojemu rozmówcy, że zamienia się w słuch. - Niecały miesiąc temu zleciłem pewnemu znamienitemu malarzowi, wykonanie mojego portretu. Połowę kwoty za jego pracę zapłaciłem od razu, drugą część miałem zapłacić po wykonaniu dzieła. Przez pierwsze dwa tygodnie Augusto Hartilius, bo tak nazywa się ów artysta, przychodził do mnie i wykonywał swoją pracę. Gdy ukończył, jak to on stwierdził, najważniejszą część dzieła, poprosił o tydzień prywatności i spokoju. Po krótkiej rozmowie wyszło na to, że mój wizerunek został już ukończony, a Augusto potrzebuje czasu, aby stworzyć tło dla portretu. Oczywiście przystałem na prośbę. Po tygodniu posłałem po Hartiliusa mojego sługę Bebunda. Niestety tego zatrzymały zamknięte drzwi. Mimo pukania i wołania nikt się nie odezwał. Po kilku godzinach sługa wrócił i o wszystkim mi opowiedział. Następnego dnia wysłałem do Augusto dwóch moich strażników, których już poznałeś. Rezultat był taki sam jak poprzednio, zamknięte drzwi i cisza. Dlatego jak się już zapewne domyślasz, zadanie będzie proste. Musisz odzyskać moje pieniądze albo ukończony portret. Barbarzyńca spojrzał w pusty puchar, w którym resztki kropel wina zbierały się na jego dnie, niczym pojedynczy żołnierze po rozbiciu oddziału. W końcu zapytał, podnosząc wzrok na gospodarza. - Ten malarz to nemedyjczyk? - Tak, i to jeden z tych bardziej znanych. Dlatego nie miałem problemu z przystaniem na jego życzenia czy warunki wykonania portretu. - Czy próbowałeś poinformować o całym zajściu straż miejską? Bo z tego co się orientuje, dla majętnego obywatela stolicy, można by wyważyć drzwi czyjegoś domu. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzą duże pieniądze. - Widzisz Haganie! Wolałbym, aby nikt się nie dowiedział, że można brać pieniądze od Eureliusa Namidesa i nie wywiązywać się z umów, a jak zapewne dobrze wiesz, straże lubią dużo gadać po służbie. Hagan podniósł do góry puchar, i w ciągu kilku chwil pojawiło się w nim wino, nalane przez urodziwą niewolnicę. - Dobrze. Mam też rozumieć, że ufasz swojej służbie i nie muszę przesłuchiwać nikogo z tych, co poszli po malarza? - Tak. Gdyby cokolwiek wiedzieli, na pewno bym o tym usłyszał. Jestem dobrym panem, ale kłamstwo czy kradzież, karzę bardzo surowo. - O jakiej sumie pieniędzy mówimy? - Pełne sto sztuk złota. Na dźwięk tej kwoty Hagan kiwną głową z podziwem. Jednak po dalszym jego zachowaniu widać było, że nie takie sumy widział życiu. Spojrzał więc w oczy gospodarza i zaczął mówić, bardzo spokojnym i rzeczowym głosem. - Gdyby chodziło o jakiegoś mało znanego artystę, mógłbym rzec, że wziął zaliczkę i uciekł. Oczywiście mógł też zostać zabity przez tutejszych oprychów gdy poszedł hulać w jakiejś gospodzie. Od zawsze bowiem wiadomym jest, co najczęściej robią artyści ze swoim honorarium. Jednak powiadasz, że to znany malarz, który ma już swoją renomę… Hagan zamyślił się przez chwilę, spoglądając na ozdobiony kolorowym malowidłem sufit. Był to obraz rajskich ogrodów ze skąpo odzianymi dziewczętami, beztrosko pluskającymi się w spokojnej i szerokiej rzece. Natomiast w dalszej części malowidła był piękny, lecz rzadki las, skąd młodzi chłopcy podglądali roześmiane niewiasty. Było też coś niepokojącego w tym malowidle. Oto wysoko na niebie, powoli rozciągał się ciemny i mroczny kształt. Niczym nadlatujący antyczny smok. Jednak był to tylko kształt i na darmo oglądający mógł próbować określić jego prawdziwą formę. - Taka sytuacja niestety bardzo komplikuje całe zadanie… - Niespodziewanie kontynuował wątek gość gospodarza - … bo w tym momencie cokolwiek stało się z pańskim artystą, stać się to musiało przy aprobacie kogoś, kto nie boi się pytań. O ile Augusto nie popełnił samobójstwa lub nie zapił się na śmierć, gdzieś w którejś z podrzędnych spelun. - Haganie! Ten człowiek nie był taki! - Oh Eureliusie! Sam dobrze wiesz, jak ludzie potrafią się chować za wypracowanymi gestami, słowami, uśmiechami czy nawet wyuczoną serdecznością. Nie możemy też zapomnieć, że mówimy ciągle o artyście, a tacy to potrafią udawać jak mało kto. Gospodarz spojrzał na swoją służkę, która stała niedaleko, przy drzwiach prowadzących do kuchni. Stała tam taka samotna z delikatnym, lecz niepewnym uśmiechem. Na jego twarzy pojawiło się strapienie i grymas smutku. Ich spotkanie trwało jeszcze kilka godzin. Rozmawiali nie tylko o zadaniu, jakie ma wypełnić Hagan, ale i na wiele innych, ciekawszych tematów. Pod sam koniec, gdy gość opuszczał dom swego gospodarza, obaj byli zadowoleni z tak nieoczekiwanie owocnego spotkania. *** Niebo okryło się całunem nocy, a porządni i prawi obywatele Belverus rozeszli się po swoich domach, gdy na jednej z uliczek dzielnicy artystów, pojawiła się, zakryta czarnym płaszczem postać. Jej kroki były pewne, postura wyprostowana i dumna. Nie spieszył się. Gdy mijał pierwszy patrol Nemedyjskiej straży, rzucił tylko szybkie chwała królowi, pozwalając tym samym na to, aby Ci dobrze przyjrzeli się jego twarzy w świetle księżyca. Doskonale też wiedział, że ukrywając swoją tożsamość, zwróci na siebie uwagę i zostanie zapamiętany, a w ten sposób zostanie potraktowany jako prawy obywatel, który właśnie wraca do domu. Po kilkunastu minutach marszu suchą ja wiór drogą, dotarł na miejsce. Był to kamienny parterowy dom, dom jakich wiele na tej dzielnicy. Wszystkie trzy okna wychodzące na ulicę były zamknięte drewnianymi, starymi okiennicami. Drzwi tego domostwa były wykonane z grubych desek, połączonych żelaznymi okuciami. Hagan stał przed wejściem dłuższą chwilę, aby w końcu chwycić za grubą żelazną klamkę. Niestety, drzwi były zamknięte. Pod lekkim naporem najemnik zrozumiał, że nie tylko na zamek, ale i na sztabę, która została opuszczona od środka. Po kilku chwilach usłyszał cichy szelest i chrapliwy oddech, gdzieś za plecami. Odwrócił się. Przed sobą, po drugiej stronie ulicy, zauważył podnoszącego się z ziemi żebraka. - Ej Ty! Długo tutaj siedziałeś? Żebrak otulony w brudne i podziurawione łachmany spojrzał się przelęknionym wzrokiem na Hagana. Po chwili opuścił głowę i jąkając się, odpowiedział. - Tttak Panie! Co coodziennie tutaj jestem, na jedzenie zbieram. - Codziennie? W tym samym miejscu? - Tttak Ppanie! - A wiesz może, kto mieszka w tym przybytku?- Najemnik wskazał palcem na dom Malarza. - Tttak Panie! To dom arttysty Augusto Hartiliusa! - A kiedy go ostatni raz widziałeś? - Tttak ddokładnie to nie wiem Panie. Będzie chyba z kilka ddni temu. - Wchodził czy wychodził ? - Wchodził Panie. Hagan rzucił do misy żebraka kilka miedzianych monet. Bądź co bądź, ten człowiek pomógł mu bardziej w sprawie, niż sam zleceniodawca. W tych czasach były cztery waluty cyna, miedź, srebro i złoto. Dlatego ta jałmużna nie była tylko symboliczna. Nędzarz, aż podskoczył z radości, dziękując i bijąc pokłony do pasa. Ten uśmiechnął się delikatnie i rzekł. - Jeszcze jedna sprawa. Czy przez ten cały czas, od chwili gdy ostatni raz go zobaczyłeś, widziałeś, aby ktokolwiek innych wchodził do środka? - Nie Panie! Nic takiego nie widziałem. Najemnik skinął tylko głową i wrócił przed dom artysty, a żebrak z szybkością błyskawicy zabrał swój cały dobytek i rozpłynął się w ciemnościach ulicy. Czyli prawdopodobnie Augusto nadal przebywa w swoim domu. Nie dobrze. Raczej nie ślęczy tam nad tłem do obrazu. Bez jedzenia i picia? No dobra, od frontu nie wejdę. Nie zamierzam ryzykować. Muszę znaleźć inne wejście. Wejście, którym wszedł ewentualny nieproszony gość artysty lub on sam. Ale po co miałby wymykać się z własnego domu? Gdy głowa Hagana rozważała aktualną sytuację, jego nogi prowadziły go na tyły domostwa, gdzie przed nim wyrósł ponad dwu i pół metrowy kamienny mur. Jednak najemnik nie zamierzał się wdrapywać jak amator. W końcu jego ojciec był królem złodziei, i jako ostatni wyszedł żywy z Wieży Słonia. Oczywiście i ta legenda może być tylko zmyśloną historyjką dla radości gawiedzi, ale jeszcze nikt nie miał odwagi powiedzieć, że tak nie było. Wracając jednak do muru Aureliusa. Czarnowłosy mąż, wiedział, że domostwa w takich dzielnicach mają dodatkowe wejście od ogrodu. Dlatego powoli i spokojnie zaczął sunąć wzdłuż przeszkody, aż ujrzał furte. Była znacznie gorszej konstrukcji niż drzwi wejściowe, a do tego była otwarta. Z każdą chwilą Hagan czuł, że w tym domu będzie leżeć zimne i podgniłe ciało artysty. Z czujnością dzikiej zwierzyny, wszedł do ogrodu i przemieszczając się ścieżką między dość bujną, lecz zaniedbaną roślinnością, dotarł do tarasu domostwa. Niestety i tutaj drzwi zewnętrzne były otwarte, zapraszając niejako w sam środek ciemnego i ponurego domu. Zmysły najemnika wytężyły się do granic możliwości. Prawa dłoń Hagana delikatnie objęła rękojeść miecza. Wyrównał i uspokoił oddech, po czym powoli i nadzwyczaj cicho, wkroczył do środka. Wnętrze domu artysty było po prostu brudne. Porozrzucane gliniane naczynia, dzbanki i kubki. Kawałki strawy lub wyschnięte i twarde kromki chleba walały się po drewnianej podłodze. Prawie wszystkie meble były oblegane przez niedokończone szkice lub puste gliniane dzbany po winie. Dziw aż bierze, że żadne bezpańskie zwierzę nie zainteresowało się zapachami zgniłego jedzenia wydobywającymi się, z tego przybytku. Najemnik dojrzał też zaryglowane drzwi wejściowe oraz dodatkowe, lekko uchylone drzwi z lewej strony. Nie myśląc długo, skierował swoje kroki w ich kierunku, stąpając bardzo rozważnie i delikatnie, niczym czarna pantera szykująca się do morderczego skoku na ofiarę. Gdy przy nich stanął, z zaciśniętą dłonią na rękojeści miecza, pchnął je lekko lewą dłonią. Nie stawiały żadnego oporu, powoli otwierając się do środka. Jednak w tym samym momencie Hagan poczuł czyjąś obecność. Aura zimna zaczęła lekko wydobywać się z pracowni artysty. W końcu oczy najemnika ujrzały śnieżno-blade ciało podobne do opisu Eureliusa, leżące na środku pomieszczenia, z rękoma wyciągniętymi w geście przerażenia. Jego oczy były wielkie niczym misy pod świece ze świątyni Mitry, a usta wykrzywione w potwornym grymasie bólu. Ten człowiek nie zmarł z przyczyn naturalnych, ani nawet z przyczyn związanych z tak przyziemnymi czynnościami jak zasztyletowanie, zarąbanie czy uduszenie. Tutaj w powietrzu unosiła się mroczna magia. Magia Acheronu. Hagan zatrzymał się w drzwiach, lustrując pomieszczenie jedynie delikatnymi ruchami głowy. Ta czynność wyglądała prawie tak, jak gdyby nie chciał obudzić zmarłego. Jednak nie dlatego tak uczynił. Zrobił tak, gdyż wiedział, że zaklęcie, które zabiło malarza mogło nadal unosić się w powietrzu. Nadal mogło pozostać zabójcze i aktywne. Dlatego powoli i dokładnie lustrował pomieszczenie. Na środku pokoju leżało ciało, a pół metra dalej stała sztaluga z portretem Eureliusa. Tło tego dzieła było praktycznie skończone, pozostało jedynie dorobienie fragmentu podłogi i wykonanie podpisu artysty. Bo wszak wiadomo, że dzieło nie jest tak wybitne i drogie, gdy nie ma na nim podpisu wybitnego i drogiego artysty! Dookoła stały małe, drewniane komody z pustymi płótnami i wielką ilością farb, najróżniejszych kolorów. Pod ścianą, po prawej stronie od Hagana, opierały się gotowe obrazy przedstawiające żywe krajobrazy oraz piękne damy, nie zawsze ubrane. Jakim Aurelius człowiekiem by nie był, trzeba było mu oddać, że miał talent do przenoszenia na płótna i ubierania w barwy, delikatne linie i kolory kobiecych ciał. Gdy był już pewien, że pomieszczenie nie skrywa żadnego przeklętego przedmiotu będącego pułapką, która zabiła biedaka, wyjął coś ze swojej torby. Był to dziwnie wyglądający, czerwony kamyczek, którym delikatnie rzucił w kierunku ciała malarza. Zaklęcie magiczne, jeżeli nadal tam jakieś było, winno się od razu uruchomić. Jednak nic takie się nie wydarzyło. Wszystko wydawało się być w porządku, jednak ta aura zimna nie dawał spokoju Haganowi. Powolnym i delikatnym krokiem podszedł do zesztywniałego ciała. Nie był do końca pewien, ale być może nie był sam w pomieszczeniu. Zamknął na chwilę oczy i skupił się na swoich nietypowych zdolnościach. W tym samym momencie, koło sztalugi objawiła się przezroczysta postać Aureliusa. - Na włochate jądra eunucha! Czy ty mnie człowieku widzisz? Coś do mnie powiedziałeś? Hagan wyprostował się i odpowiedział krótko, acz treściwie. - Tak. - Ale jak to jest możliwe? Przecież jestem… - To jest teraz nieistotne Aureliusie. Powiedz mi lepiej, w jaki sposób wyszedłeś ze swego ciała, bo martwym to ty do końca nie jesteś. - Ty mnie znasz? Skąd? Pierwszy raz Ciebie na oczy widzę! - Zamknij się z łaski swojej i zacznij odpowiadać na pytania. Dobrze? Ton ostatniego zdania Hagan nie zostawiał wiele możliwości. Na eterycznej twarzy Aureliusza pojawił się grymas pokory i rezygnacji. - To wszystko wina tej dziewczyny i jej chędożonej sekty! - Zaklęcie, które wyrwało duszę z twojego ciała, samo się nie cofnie, ale mamy dość dużo czasu, aby Ciebie wysłuchać i być może nawet uratować. Ale musisz się skupić i dokładnie odpowiadać na moje pytania. Interesują mnie tylko fakty. - Czyli mogę jeszcze kiedyś być żywym? - Jak będziesz tak pierdolił, to z każdą chwilą szansa ta staje się coraz mniejsza. - Dobrze, już dobrze. Poznałem taką śliczną szlachciankę, córkę… - Do brzegu. Przerwał mu Hagan, sycząc przez zęby. Jego cierpliwość nigdy nie była duża, o ile w ogóle istniała. - … i wszystko było świetnie. Spotkania z winem i innymi jej przyjaciółmi i przyjaciółkami. Potem wprowadziła mnie do wyrafinowanego grona znajomych, też wysoko urodzonych, które potem okazało się jakiegoś rodzaju kultem czy sektą. Nie przeszkadzało mi to, do momentu, aż nie okazało się, że Havila była dziewicą. Tak, mnie też to zdziwiło. Ale to nie było problemem. Bo problemem było to, że ci jej przyjaciele z sekty poprosili mnie, abym pomógł zaaranżować jej porwanie, aby potem złożyć ją na stół ofiarny w czasie jakiejś nocy połączenia, czy czegoś takiego. - Mam nadzieje, że się nie zgodziłeś? Niebieskie oczy barbarzyńcy zapłonęły gniewem. - Oczywiście, że nie! Kochałem ją i nadal kocham! No może nie taką poetycką miłością, że niby wieczna i te inne głupoty! Ale tak! Kochałem ją i nie mógłbym tego uczynić! Nigdy w życiu! - I co było dalej? - No i tego samego wieczoru wróciłem sam do domu, aby dokończyć zamówiony portret. Gdy zacząłem prace, po kilku godzinach usłyszałem jakby kroki w dużej komnacie, jednak nikogo tam nie było. Wróciwszy do sztalugi, poczułem dotknięcie czegoś bardzo, ale to bardzo zimnego w głowę. Potem pamiętam przerażający ból, który przeszywał moje ciało. Ból i wielki mróz. Potem pamiętam już tylko chodzenie bez sensu po pracowni, w tej formie, w jakiej mnie teraz widzisz. I to tyle. - Dobrze. Jeżeli zapytam się ciebie, gdzie znajdowało się miejsce spotkań tego kultu czy sekty, będziesz pamiętał? - Tak! Oczywiście, że tak! To piwnice dawnego budynku, gdzie przetrzymywano niewolników. Nikt tam nie chodził, bo zamknęli go ze względu na jakąś chorobę, która zabiła połowę biednych ludzi, co mieli na drugi dzień pójść na sprzedaż. Od mojego domu to jakieś piętnaście minut drugi na północ, główną ulicą. Szeroki, parterowy budynek. Na pewno go poznasz! - A pamiętasz kiedy się spotykali ci wyznawcy? - W większym gronie, co sześć dni. Tyle tylko pamiętam. - Dobrze, to mi wystarczy. Zostań tutaj i za wszelką cenę nie odchodź od swego ciała. - Przecież i tak nie mogę! - W pewnym momencie zaklęcia będziesz mógł, ale nie czyń tego, bo już nigdy nie będziesz mógł wrócić. *** Noc nadal spowijała ulice stolicy Nemedii, gdy w kamiennym obejściu do starego więzienia niewolników, zniknął wysoki mężczyzna. Przez całą drogę od domu malarza Aureliusa, aż do tego miejsca, człek ów szedł bocznymi uliczkami, tym razem omijając każdy napotkany patrol. Wiedział, że to może być sprawa o wiele trudniejsza i większa niż tylko odzyskanie pieniędzy lub portretu handlarza. Nie mógł zostawić artysty w potrzebie, szczególnie takiego, który był po prostu naiwnie głupi. Jeżeli miał szanse uratować jakiegokolwiek człowieka, to musiał z niej skorzystać. Szczególnie że ten mężczyzna mógł jeszcze powrócić do żywych. Rozdzielenie duszy od ciała to tak stara i silna magia Acheronu, że do jej użycia potrzebny był na pewno acheroński przedmiot, relikt. Hagan nie był do końca pewien, czym mógł być ten przedmiot, jednak jego intuicja podpowiadała mu, że na pewno leżał gdzieś w miejscu zebrań tego kultu. Więc odnalezienie go raczej nie będzie sprawiać mu problemu, jednak cofnięcie zaklęcia to będzie nie lada wyzwanie. Jeżeli ujrzy przedmiot, to może odpowiedź pojawi się sama. Wszystko będzie zależeć od tego, co Ci durnie znaleźli i czym postanowili się bawić. Pomieszczenia na parterze były puste. Wszędzie hulał chłodny podmuch nocy, lecz tylko w jednym pokoju czuć było zimno skał i ziemi. Najemnik zaczął uważnie przeszukiwać każdą ścianę, aż natrafił na sprawnie schowany, żelazny pierścień. Spokojnie i delikatnie pociągnął do siebie, otwierając tym samym wąską szczelinę, z której buchnęło chłodne powietrze. Tym razem nie użył świecącego proszku, ryzyko było za duże. Szedł bardzo powoli, ostrożnie stąpając po stromo wyciętych stopniach. Sam tunel był prawdopodobnie naturalną jaskinią, chodź kilka pierwszych metrów, sprawiało wrażenie, że zostało stworzonych, aby dobić się do jaskiń. Nie schodził długo, bo już po chwili stał na płaskiej przestrzeni, delikatnie obmacując boczne ściany. To pomieszczenie zdawało się być większym przedsionkiem i miejscem, gdzie kultyści zostawiali swoje szaty, gdyż w koncie wymacał żelazne haki na ubrania, a na nich kilkanaście grubych i długich płaszczy z kapturami. Chwilę później stanął naprzeciw drewnianych, mocno umocowanych w skale drzwiach. Delikatnie nacisnął żelazną i masywną klamkę, lecz ta nie chciała ustąpić. Drzwi były zamknięte. W grę wchodziły dwie opcje. Pierwsza z nich to otwarcie drzwi wytrychem, akurat kilka lat temu, dla własnych potrzeb, nauczył się otwierać takie zamki. Druga opcja była mniej prawdopodobna. To przeszukanie płaszczy kultystów, mając nadzieje że ktoś był na tyle głupi, iż zostawił klucz w kieszeni. Po krótkiej chwili, Hagan zaczął przeszukiwać ubrania. Nie mylił się, na ostatni haku pod płaszczem, wisiał duży mosiężny klucz. Taka sytuacja mogła świadczyć o jeszcze jednej możliwości. W środku mogły znajdować się pułapki lub strażnik. Delikatnie włożył klucz do zamka. Zapadki przeskoczyły, a drzwi pchnięte ustąpiły bez oporu. Najemnik ujrzał większą salę, z wymalowanymi przeróżnymi acherońskimi znakami na kamiennej, szorstkiej posadzce. Wszystko to oświetlała wielka kamienna czara umieszczona pośrodku pomieszczenia, w której płoną delikatny i znajomy niebieski płomień. Kilka metrów dalej od źródła niebieskiego światła, wyrastał z ziemi czarny i idealnie prostokątny ołtarz. W przeciwieństwie do reszty pomieszczenia, ten nie posiadał żadnych znaków czy symboli. Na nim zaś, barbarzyńca ujrzał zawinięty w piękną czerwono-złotą tkaninę przedmiot. Hagan miał już ruszyć do przodu gdy kątem oka zauważył, że po jego prawej jak i lewej stronie, siedzą przy ścianie cztery wysuszone ciała. W ich stanie rozkładu ciężko było orzec, jakiej są karnacji czy jakiej są rasy. Biorąc jednak pod uwagę sposób zabezpieczenia tego miejsca kultu, Najemnik wiedział, że mogą to być wyczekiwani przez niego strażnicy. Jednak jego zasady zabraniały mu bezczeszczenia zwłok, nawet jeżeli istniało uzasadnione podejrzenie, że te ożyją i będą chciały go zabić. Szedł powoli, wzdłuż prawej ściany, aby ominąć wszystkie acherońskie runy wymalowane na podłodze. Choć czuł, że nie ma tutaj w pomieszczeniu aktywnych magicznych pułapek, to jednak w tej prastarej magii nie był, aż takim specjalistą. Tutaj użyte zaklęcia mogły być bardziej skomplikowane i silniejsza, niż jego zdolności. Nie mógł ryzykować. Gdy był już przy ołtarzu, najpierw założył na lewą dłoń ciemno-szarą rękawicę, a następnie wyjął z torby zestaw fiolek z różnymi proszkami. Po krótkiej chwili miał już to, czego szukał, czyli tę jasno-pomarańczową. Po nałożeniu i rozprowadzeniu zawartości fiolki na ostrzu miecza schował puste naczynie z powrotem do torby. Wziął głęboki oddech. Pierwsze co uczynił, to delikatnie odsłonił materiał lewą ręką, aby zobaczyć, co jest w środku. Widok nie był nadzwyczajny jak na acheroński relikt. Jednak stawiał on wiele pytań, szczególnie takich, których odpowiedzi pomogły by Aureliuszowi. Czym był ów przedmiot? Otóż przed Haganem leżała wyschnięta dłoń z dwoma czarnymi pierścieniami na palcach wskazującym i serdecznym. Sama dłoń była dwa razy większa od dłoni przeciętnego mężczyzny, a jej wyschnięta skóra była czarna niczym heban. Czas nigdy nie był sojusznikiem złodziei, dlatego najemnik bez zastanowienia złapał dłoń przez rękawice i gdy miał już schować ją do torby, usłyszał dwa ciche, męskie głosy. Mówiły, nakładając się jeden na drugi. Tak jakby przed Haganem stało dwóch mężczyzn i każdy z nich chciał mu coś ważnego powiedzieć. Wreszcie ktoś, kto nie jest tylko naczynie. Ktoś, kto nas zrozumie! Powiedział pierwszy głos, lecz w tym samym momencie mówił drugi. Znowu śmiertelnik co nie szanuje snu sił potężniejszych niż jakakolwiek armia ziemskiego królestwa. Po coś przyszedł zuchwalcze! Czego chcesz! Na to wtrącił pierwszy. Nie słuchaj słów istoty, której wieczność wypaliła chęć do życia! Lepiej zabierz nas stąd w daleki świat i pokaż cuda twoich czasów! Drugi zaś zawtórował. Durniu! Jeszcze się nie nauczyłeś, że już nigdy nie wyjdziesz poza nasze więzienie! Nie mało Ci cierpienia przez złudną nadzieję! Ludzie to słabe istoty, pożądające tylko… Dość! Pomyślał Hagan, wkładając dłoń z pierścieniami do torby. Tylko głupiec może dyskutować lub nawet słuchać rozmów istot starszych niż niektóre królestwa. Podniósł wzrok w stronę drzwi i zobaczył to czego się obawiał. Cztery wysuszone ciała zagradzały wyjście, stojąc niczym kamienne posągi. To nie były ghule, tak jak w czasie eskorty karawany. To były puste ciała dawnych niewolników, zniewolone nawet po śmierci. Ci wrogowie różnili się od tych poprzednich tym, że ich egzystencja nie kończyła się na wykrwawieniu lub rozczłonkowaniu. Ich ciała nie posiadały ani krwi, ani serca, które by pompowało ten życiodajny dar. Napędzała je magia mrocznego Acheronu i tylko siła równa lub większa od tej, mogła cokolwiek wskórać. Na szczęście Hagan wiedział co nieco na ten temat. Dlatego w ciszy, z szybkością pantery zaatakował, celując prosto w nogi ożywionych zwłok. Pierwsze ciało nie zdążyło wykonać żadnego ruchu, gdy straciło kontakt z ziemią po tym jak jego obie kończyny odleciały ucięte, na pobliską ścianę. Drugie ożywione ciało stojące obok, niezdarnie zamachnęło się z potężną siłą, lecz cios ten był za wolny, aby dosięgnąć karku najemnika, który przeturlał się w kierunku drzwi. Niestety. Wyjście zagrodzili mu pozostali dwaj ożywieńcy. Obaj zaatakowali w tym samym momencie. Pierwsze uderzenie ręką, Hagan sparował mieczem, ucinając tym samym przeciwnikowi dłoń, lecz druga wysuszona łapa spadła z olbrzymim impetem na lewy bark najemnika. Ten poczuł jak jego naprężone mięśnie, rozciągają się do granic możliwości, aby zamortyzować uderzenie. Ból przeszył ciało leżącego Hagana, lecz ten nie czekając na dalszy bieg wydarzeń, z całej siły zamachnął się mieczem, wykonując tym samym trochę nieporadny młynek. Mimo dość niecelnego uderzenia posłał na ziemię kolejną z istot, a drugą pozostawił z jedną nogą. Ta chwiejąc się jak samotne drzewo targane przez wichurę, też upadła na ziemie, nie potrafiąc utrzymać równowagi. Natychmiast, naprężając plecy i kark zręcznie powrócił do pozycji stojącej. Nie czekając na czołgające się nieumarłe ciała oraz jedno w nietkniętym stanie, zaczął biec w kierunku schodów. Ból lewego barku był nie do zniesienia, lecz adrenalina i barbarzyński szał skuteczne niwelował jego negatywne efekty. Wiedział, że gdy pierwsze promienie słońca dotkną tych ożywionych ciał, te rozpadną się bez śladu. Była jeszcze szansa, iż zaklęcie nekromancji wiązało te istoty z tym konkretnym miejscem, co skutkowałoby tym, że nie mogły opuścić tej przeklętej komnaty. Jednak Hagan nie myślał już o tym, przemierzając uliczki w stronę posiadłości malarza. Teraz myślał o czymś zupełnie innym. *** - I co teraz? Masz to coś? Pokaż, pokaż! Bez krytycznie zawracała dupę Haganowi, eteryczna postać Aureliusza. Co rusz zerkając przez pokryty maścią lewy bark najemnika. Ten jednak milczał wpatrując się w zawinięty acheroński relikt. Możliwości cofnięcia takiego potężne zaklęcia było sporo, w tym najbardziej prozaiczny sposób, czyli zniszczenie przedmiotu razem z dwoma czarnymi pierścieniami. Jednak to mogło też wywołać dodatkowe, bardzo negatywne efekty jak wypuszczenie dwóch prastarych duchów bądź demonów na wolność. - Człowieku! Miej uczucia! Pokaż, co mnie oderwało od Ciała! Proszę! Najemnik nic nie mówiąc, odsłonił powoli dłoń, ukazując malarzowi ten prastary fragment czyjegoś ciała. - To jest dłoń? Ktoś mi przywalił dłonią? Nie rozumiem. Zamyślony głos Hagan tym razem odpowiedział, całkowicie beznamiętnie. - To nie dłoń tutaj jest zaklęta tylko te dwa pierścienie… W tym samym momencie, w przestrzeni odezwały się znowu dwa głosy. Jednak tym razem oba brzmiały zupełnie inaczej. A więc to tak! Ty chcesz pomóc temu biednemu chłopaczkowi powrócić do swego ciała! Widzisz to Duru! Na co drugi głos odpowiedział, praktycznie w tej samej tonacji. Widzę Dal. Dlatego sądzę, że będziemy mieli dla Ciebie bohaterze pewną propozycję. Pierwszy głos jedynie potwierdzał znaczącym pomrukiem wszystkie słowa, które właśnie wypowiadał ten drugi. Zjednoczymy tego biedaka z powrotem z jego ciałem, jednak tylko wtedy gdy dasz słowo, że coś dla nas zrobisz. Hagan milczał. Nie przywykł układać się z demonami czy czymkolwiek były te istoty. Wiedział też, że jeżeli da słowo, to będzie musiał je spełnić. W innym przypadku konsekwencje mogą być dużo gorsze niż śmierć. Drugi głos kontynuował. Znajdziesz dla nas świeżo zmarłe, męskie naczynie. Może być średniego wzrostu, ale dobrze zbudowane. Oczywiście nie może umrzeć od dekapitacji czy innej brutalnej śmierci, bo wtedy takie ciało nie będzie miało dla nas żadnej wartości. Gdy już je nam znajdziesz, włożysz na jego obie dłonie po jednym z pierścieni. To tyle! Dla Ciebie to będzie chwila, a dla nas wszystko! Eteryczna postać Aureliusa, aż drgała w spazmach radości. - Haganie! Na co czekasz! Mało jest gnoi na tym świecie, którzy zasłużyli na śmierć! Pomóż mi Haganie! Do końca życia będę Ci dozgonnie wdzięczny! O twoich czynach dowie się cała Nemedia! Hagan milczał bardzo długą chwilę, aż rzekł ponurym głosem. - Dobrze. Dostaniecie naczynie, a teraz powiedzcie jak włożyć duszę tego moczymordy. - Tylko nie moczymordy, ja … W tym momencie odezwał się pierwszy głos. To nic trudnego. Przyłóż dłoń do klatki piersiowej, ciała tego chłopaczka, a my zrobimy resztę. Najemnik uczynił tak, jak powiedział pierwszy głos. Gdy dłoń z pierścieniami dotknęła klatki piersiowej ciała Aureliusa, eteryczna postać malarza została wręcz wchłonięta z powrotem na swoje miejsce. Nie minęła nawet minuta, a malarz stał wśród żywych na środku swojej pracowni. *** Handlarz otrzymał swój obraz, malarz odzyskał swoje ciało, a Hagan spełnił swój obowiązek zawarty w kontrakcie. Jednak nadal pozostawała jeszcze jedna rzecz do wykonania. Głosy z pierścieni dzień w dzień uprzykrzały mu życie, przypominając o jego zobowiązaniu. Nawet gdy zostawiał dłoń w pokoju karczemny, który wynajmował. Niestety, danie słowa demonom wiąże duszę składającego przysięgę z nimi, praktycznie nierozerwalnie, a to powoduje, że istoty były w pewnym sensie już nawet w głowie najemnika. Bez znaczenia było to, gdzie znajdowało się naczynie zawierające esencje tych istot. Tak było, aż do pewnego wieczoru. Gdy Hagan wracał napruty z jakiejś karczmy, kłócąc się z głosem pierwszym jak i drugim, na głos. W pewnym momencie drogę zagrodził mu człowiek z obnażonym mieczem i twarzą pokiereszowaną w licznych bójkach i potyczkach. - Oddaj co nie Twoje, a puszczę Cię wolno cudzoziemcze. - Goń się psie. Po tych słowach mężczyzna zaszarżował na najemnika, pełen wściekłości i gniewu. Niestety Hagan był znacznie bardziej doświadczony w walkach ulicznych, nawet po pijaku. Więc za nim ten wykonał długie cięcie znad głowy, najemnik doskoczył do niego i z przerażającą szybkością skręcił mu kark. Wtedy usłyszał. Tak to jest takie naczynie! Haganie! Zrób to teraz, a damy Ci spokój! Drugi głos mu wtórował. Tak Haganie! Znikniemy z twojego życia już na zawsze! Zobaczysz! Włóż mu po pierścieniu na dłonie! Najemnik stanął i spojrzał na ciało. Potem na jego twarzy pojawił się dziwny pijacki uśmiech, szeroki jak to tylko możliwe. Po czym bez słowa uczynił tak, jak głosy sobie tego życzyły. Nagle zerwał się wiatr, a ciało nieszczęśnika podniosło się z ziemi, wręcz lewitując. Jego kark znów niezdrowo zatrzeszczał, prostując się na powrót do poprzedniego, zdrowego stanu. Jego oczy się otworzyły i przemówił… - Wreszcie jesteśmy wo… W tym momencie ostrze miecza Hagana z piorunującą, acz niezgrabną precyzją ucięło głowę nieszczęśnika, poniekąd zabijając go drugi raz. Chwilę później, gdy najemnik znikał w jednej z bocznych uliczek, z pijackim śpiewem na ustach, słychać było jakby zawodzenie dwóch głosów, milknących raz z ustającym wiatrem. - To nie koniec Haagaaanieeeeee! ...-
- r.e.howard
- high fantasy
- (i 14 więcej)
-
Hagan - Wyjście w mrok. Opowiadanie nr.2
Zczarny opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
SAGA HAGANA wyjście w mrok. Fanowskie opowiadania w świecie Conana Barbarzyńcy, autorstwa R.E.Howarda. Kolejne pojawi się za jakiś czas. (Prolog w opowiadaniu nr.1 "Rozmawiając ze zmarłymi") CIAŁO BEZ KOŚCI PO KILKU TYGODNIACH SPĘDZONYCH W RODZINNEJ CYMERII HAGAN NAJĄŁ SIĘ JAKO OCHRONIARZ KARAWANY IDĄCEJ PRZEZ KRÓLESTWO GRANICZNE DO NEMEDII. PRZED NIM ROZCIĄGAŁY SIĘ WIELKIE PONURE MOKRADŁA OTULONE STARYM LASEM. KARAWANA JAKO JEDYNA DAWAŁA SZANSĘ PRZEJŚCIA TEGO KRÓLESTWA ŻYWYM. Ciężkie czarne chmury niosące ze sobą wielkie krople deszczu uderzające w ziemie, niczym bębny na niewolniczej galerze, zasłaniały całe wieczorne niebo. Jednak wśród tej naturalnej symfonii słychać było przekrzykiwania ludzkich gardeł i odgłosy morderczej walki. Trzy wozy zaprzęgnięte w muskularne cymeryjskie byki stały zakopane w błocie, aż do połowy drewnianych kół. Na nich zaś stali przerażeni i niezdolni do walki pasażerowie. Dookoła resztki najemnych ochroniarzy z dowódcą karawany na czele, odpierali ataki niewypowiedzianej grozy. Mokradła, wilgoć i zbliżająca się ciemność nocy potęgowały uczucie nieuchronnej porażki. To z czym walczyli, oblepieni błotem i przemoknięci do suchej nitki najemni ochroniarze, wydawało się najczarniejszą zmorą wyciągnięta z najstraszniejszego koszmaru. Ludzkie ciała, wysuszone do kości niczym mumie, jednak posiadające w kościstych oczodołach zamglone gałki oczne, atakowały już od kilku dobrych minut. Z ich gardeł unosiły się tylko charczące i gardłowe warczenie. Te ludzkie worki na kości nie posiadały broni, raniły i zabijały jedynie twardymi jak kamień dłońmi z długimi i brudnymi pazurami. Zwieńczeniem wyglądu tych sług ciemności, były fragmenty starych łachmanów, kawałki pociętych pancerzy czy nawet skrawki ozdobnych i kiedyś wartościowych szat. W samym środku potyczki, gdzie stał wóz z przerażonymi kobietami z dziećmi i modlącymi się starcami, walczył wysoki i czarnowłosy mąż. Jego ciosy długim stalowym mieczem były szybkie i celne. Finezją nadrabiał brak gigantycznej cymeryjskiej siły. Te ludzkie kukły nie były w stanie dosięgnąć ramion czy pleców charakternego wojownika. Jego kondycja przewyższała wszystkie te najemne moczymordy, które teraz sapiąc i prychając z bólu nierozciągniętych i przepitych mięśni, próbowały doczekać kolejnego dnia. Jego miecz niczym bicz woźnicy chlastał i odrąbywał kończyny, starych i pustych ciał prawie-umarłych. Gdy nagle ktoś zakrzyknął! - To koniec! Wszystkich nas wyrżną! Musimy spróbować uciec na południe! Do zajazdu! Ktoś inny odpowiedział w zgiełku śpiewającej stali i odgłosach rozrywanych kości. - A kto zostanie, aby zatrzymać ten diabelski pościg!? Wtedy przez całe pobojowisko przeleciało jedno zdanie, wypowiedziane z taką siłą i mocą, że nikt nie miał wątpliwości, co ma robić w danej chwili. To był Hagan! Świeży najemny narybek, który zatrudnił się kilka dni temu, przed wjazdem na tereny Królestwa Granicznego. Nie mówił zbyt wiele, nie był za bardzo skory do żartów jednak jego postawa i to zwierzęce spojrzenie mówiły same za siebie. Ten człowiek był niebezpieczny. - Ja ich zatrzymam! Uciekajcie! Tym umęczonym potyczką i ranami ludziom nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od strony ostatniego wozu już biegło kilku zdyszanych najemników i woźnica. Gdy dopadli do środka karawany, zabrali kobiety, dzieci i starców. Po kilku minutach wszyscy, co uchowali życie, uciekali w mrok, na południe do oddalonego o kilka kilometrów zajazdu. Hagan przez chwilę biegł z nimi, lecz w pewnym momencie zatrzymał się, odwrócił i lekko dysząc, zacisnął mocniej miecz. W ciemnościach przed nim znów pokazały się majaczące kształty tych nienaturalnie wychudzonych żywych zwłok. Co za plugawa magia nie pozwala im umrzeć i odejść na wieczny spoczynek? Pomyślał czarnowłosy wojownik, ocierając lewą ręką czoło z potu i krwi. Wiedział, że te spasione wieprze, które teraz uciekały na południe, bez zastanowienia zostawiłyby kobiety i dzieci, jeżeli to uratowałoby ich żałosne tłuste dupy. Wiedział też doskonale, że właśnie śmieją się z jego, wydawać by się mogło lekkomyślnej postawy. Żałosne ścierwa, jeszcze się z wami policzę, ale najpierw zajmę się tym cholerstwem. Naprzeciw Hagana zatrzymało się siedem przerażających i groteskowych postaci. Ani jeden mały ruch nie zmącił ich nieruchomej linii frontu. Te chude twarze nie posiadały żadnej mimiki, nie można było odczytać niczego z ich sinych warg, lecz wojownik czuł ich przeciągane słowa i zdania. Były niczym dźwięki mamrotania wiekowego starca, które w jakiś sposób wydawały się pełnymi wyrazami. To na pewno były pozostałości ich dusz, które jeszcze nie obumarły całkowicie. „Ja muszę wykonać wolę pana!” Resztki jednej duszy mówiły. Inna zaś przeciągle wołała, że „nie zawsze tak będzie! W końcu zginę lub ty zginiesz!” Jeszcze inna, której ciało było najchudsze i najniższe ze wszystkich wręcz łkała „ ja już więcej tego nie wytrzymam, ja już nie mogę.” Te przerażające i mordercze istoty w rzeczywistości były marionetkami w rękach kogoś potężniejszego niż byle stygijski akolita. Były żyjącymi ludźmi, chodź zawieszonymi między życiem a śmiercią. Ich rozkład ciał został zatrzymany, a ich funkcje życiowe zminimalizowane do tego stopnia, że ich siła i wytrzymałość na pewno pochodziła z innego źródła, niż ich własne organizmy. To były bezkrwiste worki kości wykonujące czyjeś polecenia. Dlatego pokonanie ich nie rozwiązywało problemu. Trzeba było zabić ich pana, jednak wpierw Hagan musiał przeżyć. Na Croma! Deszcz przybrał na sile jeszcze bardziej. Droga stała się grzęzawiskiem, a każdy krok był okupiony nie lada wysiłkiem. Oblicze czarnowłosego wojownika skamieniało, a dłonie jego zacisnęły oburącz miecz. Nie był pewien czy przeżyje, ale wiedział, że jest taka szansa i to mu wystarczało. W końcu ruszył na przeciwników z przerażającym grymasem furii. Ludzkie marionetki ruszyły w tym samym momencie, jakby rażone impulsem nakazującym im zaatakować, gdy tylko ich przeciwnik zrobi to samo. Hagan z niesamowitą zręcznością skoczył na środkowego nieumarłego, wbijając mu miecz prosto w klatkę piersiową. Huknęły łamane żebra i gnieciony kręgosłup, gdy stojąc na nim, wyrwał z niego ostrze, gotowy sparować lub odskoczyć w razie nagłego uderzenia. Nie mylił się, wróg otoczył go kołem i z każdej strony zaczęły nadlatywać razy szponiastych dłoni nieumarłych. Grube skóry będące jego jedyną zbroją były rwane i szarpane niczym delikatne płótna, cięte ostrym jak brzytwa nożem. Jednak to na początku nie robiło na nim większego wrażenia. Cios za ciosem wirował wśród wrogów jak tancerz. Systematycznie i przerażająco szybkimi uderzeniami, odcinając co chwilę jakąś kończynę czy zadając poważne rany. Jednak te obrażenia nie zatrzymywały jego wrogów. Natomiast ciało Hagana otrzymywało coraz więcej razów, które teraz broczyły krwią znacznie szybciej. Mimo to ten furiat w kruczych włosach jakby przyspieszał, a nie zwalniał, gdy krew zalewała oczy z pociętej głowy. Z każdą chwilą, która zbliżała go do niechybnej śmierci, stawał się szybszy, wytrzymalszy i bardziej zabójczy. Nagle nadarzyła się wyjątkowa okazja i długi miecz cymeryjczyka ściął dwie głowy nieumarłych, na raz. Ciężko oddychając i stojąc na obolałych nogach, rozejrzał się niczym zakrwawiony wilk za resztą swoich ofiar. Dwie ludzkie marionetki, jedna bez ręki, druga jeszcze jakimś cudem cała, patrzyły się na niego pustym i bezmyślnym spojrzeniem. Wojownik wiedział, że jeżeli nie są to ostatnie istoty na tym grzęzawisku, to dzisiejszego ranka już na pewno nie obejrzy wschodu słońca. Hagan nie bał się śmierci, jedynie możliwość kalectwa wywoływało u niego ciarki. Chociaż w takich chwilach też nie do końca był to strach. Raczej pełna świadomość tego, że dla cymeryjczyka lepsza jest śmierć niż bycie kaleką. Bez znaczenia czy nadal groźnym, bo jednak kaleką. Stojąc tak w deszczu i nie widząc innych możliwości, cymeryjczyk zacisnął zęby i powoli ruszył na swoich wrogów. Nie miał już sił na żaden plan. Jego przeciwnicy znów jakby kopiując jego działania, ruszyli w taki samym tempie. Deszcz nie przestawał złowrogo ciskać kroplami, gdy pierwsze uderzenie spadło na dwóch przeciwników Hagana. Cios ten poszedł na lewego truposza, prosty obrót z uderzeniem w głowę. Gdy miecz dosięgnął wroga, który właśnie upadał na ziemię z odciętym ramieniem i fragmentem czaszki, przeciwnik po prawej dwukrotnie chlasnął cymeryjczyka po plecach, raniąc go jeszcze mocniej i dotkliwiej niż do tej pory. Jednak ten nie wykonał obrotu na pokaz, wykorzystując siłę rozpędu uderzenia, dokończył obrót, trafiając wroga pod żebra i wbijając tym samym miecz, aż po bark, po drugiej stronie. Ostatni z ghuli padł na ziemie, nie wykazując żadnych oznak istnienia. Hagan z ledwością uniósł zakrwawione oczy i rozejrzał się w ciemnościach za jakimkolwiek drzewem. Gęste krople deszczu i spływająca krew z licznych ran na głowie, znacznie ograniczały mu pole widzenia. Jednak w końcu wypatrzył dość solidne i rozłożyste drzewo, kilkadziesiąt metrów od niego. Ruszył bardzo powoli, a idąc, wyciągnął z torby puzderko z własnego wyrobu maścią na rany. Wcierał ją wszędzie tam gdzie mógł dosięgnąć, a gdy stanął pod drzewem, wziął głęboki oddech i wdrapał się na pierwszą grubą gałąź. Tam po kilkunastu minutach zasnął, nie dbając już o nic więcej. … Nad ranem obudziło go krakanie dwóch czarnych jak węgiel kruków, łypiących na niego podejrzliwie ślepiami z onyksu. Nie spadł z drzewa, nie został zjedzony ani nawet żadne robactwo nie zdołało go obleźć. Te maleńkie zwycięstwa dawały nadzieje, że jednak przeżyje kolejny dzień, mimo że poranne słońce nadal było schowane za deszczowymi chmurami. Bolało go wszystko, a rany nieposmarowane maścią piekły żywym ogniem. Jednak nie wyczuwał skrajnego osłabienia lub zawrotów głowy, które mogłyby świadczyć o tym, że został zatruty albo, że wdała się gdzieś trupia zgnilizna. Powoli zszedł z drzewa, wziął kilka dużych łyków wody z bukłaka, przegryzł suchy chleb z wysuszonym kawałkiem mięsa i ruszył w kierunku rzekomego zajazdu. Zostawiając za sobą przemoknięte wozy z bagażami i resztki ludzkich ciał, jedzonych właśnie przez bagienne stworzenia. Szedł cholernie nie równą, błotnistą i pełną dziur drogą. Śladów ucieczki mężczyzn i kobiet nie było widać. Zresztą nic dziwnego, biorąc pod uwagę wczorajszą ulewę. Z każdą minutą organizm Hagana regenerował się znacznie szybciej niż u jakiegokolwiek przeciętnego człowieka. Dlatego już po godzinie, gdy na horyzoncie starych spróchniałych drzew i wszechogarniających szarych mokradeł pojawiły się kształty rzeczonego zajazdu, wojownik czuł się dobrze. Nie do tego stopnia, aby przetrwać taką samą walkę jak w nocy, ale żył i to się liczyło. Gdy był już kilkanaście metrów od drewnianych drzwi, poczuł w powietrzu coś niedobrego. To nie był tylko zapach krwi, przecież niektórzy uciekający byli ranni. W powietrzu wisiał strach, a dookoła zajazdu panowała tak dobrze znana Haganowi, grobowa cisza. Przystanął i przez naprawdę dłuższą chwilę zaczął oglądać bardzo uważnie budynek. Ściany, jak i drzwi domostwa były poniszczone, a wpół otwarta stajnia ledwo co trzymała się na zbutwiałych krokwiach. Dach nie był dziurawy, ale też nie był zadbany jak na działającą oberże. Najdziwniejsze jednak było to, że przy wejściu wisiała, jeszcze tląca się latarnia karczemna. To nie wygląda mi na miejsce dla żywych. Czemu nie słyszę żadnych odgłosów ze środka? Przecież ta rudera z ledwością pomieściłaby tych wszystkich ludzi, którzy w nocy tutaj uciekali. Nie możliwe, że nikogo nie jestem w stanie usłyszeć. Jego mięśnie nie odpoczęły całkowicie, nadal były spięte i obolałe, jednak nie miał innego wyjścia. Musiał wejść do środka. Trzymając miecz w prawej dłoni, pchnął drzwi od przybytku. Te ze zgrzytem otworzyły się ukazując Haganowi duże pomieszczenie zajazdu. Wszystkie ławy i stoły były poprzewracane, a gdzieniegdzie widać było plamy zaschniętej krwi. Wojownik bardzo powoli i uważnie rozejrzał się dookoła. Kilka metrów przed nim był zniszczony szynkwas, jakby przepołowiony, otwierający tym samym drogę do zamkniętych drzwi na zaplecze. Po lewej stronie klika metrów w głąb sali, zobaczył schody prowadzące prawdopodobnie do kilku pokoi gościnnych na piętrze. Dopiero teraz ujrzał pod stołami kilka sztuk broni, bez ich właścicieli, porzucone bezwiednie. Pomimo tego wszystkiego nie dojrzał wyraźnych śladów walki. Powoli zaczął podchodzić do zniszczonego szynkwasu, a z każdym krokiem czuł w powietrzu zwiększający się odór zgnilizny i rozkładających się ciał. Gdy był metr od wejścia na zaplecze, ujrzał pod stopami zarysowane i poniszczone deski. Tak jakby ktoś ciągnął po podłodze, coś naprawdę ciężkiego. Na jego czole pojawił się pot, nie z gorąca, lecz z napięcia, jakie z każdą chwilą wzrastało w jego przemęczonym organizmie. Drzwi okazały się jednak lekko uchylone i to właśnie z pomieszczenia za nimi, wydobywał się odór. Końcem miecza pchnął je do środka. Gdy ujrzał wnętrze, od razu zacisnął prawą dłoń na rękojeści broni i szpetnie przeklną. Pomieszczenie było pełne gnijących ludzkich ciał, ułożonych w szeregu, od jednej najdalszej ściany do drugiej. Byli tam wszyscy, oprócz dzieci, a w rogu tej rzeźni zionęła dość pokaźna dziura w podłodze. Tak mniej więcej, na dwa metry wzrostu i tyle samo szerokości. Gdy Hagan z wytężonymi do granic możliwości zmysłami, badał ciała zabitych, zauważył, że nie mają prawie wcale ran śmiertelnych. Szereg wyschniętych i opróżnionych z krwi trupów leżał jakby ułożony na chwilę. Wszystkie obrażenia, jakie posiadali Ci zmarli powstały na pewno w czasie nocnego ataku ghuli. Nagle, ze śmierdzącej jamy, dobiegł do wojownika słaby kobiecy krzyk. Był krótki i płytki, dlatego ten nie myśląc już ani chwili dłużej wbiegł w ciasny, pokryty jakimś dziwnym śluzem i fragmentami naskórka, tunel. Przez całe życie nie było i nie będzie mu żal chłopów, ale do kobiet tak jak i ojciec, Hagan miał słabość. Szczególnie do tych, które potrzebują pomocy. Gdy wbiegł w ciemność, zatrzymał się na chwilę i wyjąwszy z torby garść dziwnego pyłu, obsypał nim swój miecz, który w krótkiej chwili zajaśniał blado-niebieskim i delikatnym światłem. Teraz mrok mi nie przeszkodzi. Warknął groźnie i ruszył, trzymając w obu dłoniach świecący oręż. Po chwili, ku jego zdziwieniu wbiegł do dość dużego pomieszczenia. Po lewej wznosiły się w górę strome kamienne schody, a po prawej widać było dalszy korytarz, też wykonany z tych samych bloków. Jego świecący proszek nie dawał dużego blasku, więc pole widzenia miał znacznie ograniczone. Ruszył w stronę największego smrodu, w głąb korytarza po prawej. Już kilka sekund przed jego końcem, usłyszał, jak coś przed nim wije się i mlaska. Odgłosy bulgotania i wydobywających się gazów jelitowych, też doszły do jego uszu. Nagle rozległ się głęboki i mrożący krew w żyłach głos. - Kto to mnie odwiedził? Syn zabójcy boga z wieży?! Prawdę mówiąc, nie oczekiwałem, że przeżyjesz spotkanie z moimi sługami. Zbyt wielu was już poległo, aby ktokolwiek mógł myśleć, że pojawi się syn lub córa równa waszemu ojcu. Hagan stał pośrodku pradawnej komnaty. To, co widział przed sobą, było starym złem, przerażającym i zdeformowanym ludzkim kształtem, nieposiadającym kości, pływającym ciałem. Za tą istotą leżała wpół przytomna i praktycznie naga, ciemnowłosa kobieta. - Kim jesteś demonie!? - Demonie? – Odpowiedziała istota, falując wszystkimi kończynami naraz, jak gdyby unosząc się na morzu.- Nie jestem żadnym demonem.- Głos odpowiedział spokojnie.- Byłem kiedyś człowiekiem, wiele set lat temu, a teraz trafiłem na potomka samego Conana! Hagan gorączkowo szukał wzrokiem po komnacie innych przeżyłych jednak nikogo nie mógł dojrzeć w tych piekielnych ciemnościach. Odezwał się więc z mocą! - Skąd wiesz, że jestem synem tego człowieka! Przestań błaznować i mów! - A która istota go nie zna i nie wyczuje jego potomków? Wojownik był tak wściekły, że nie czekając na dalszą odpowiedź, wrzasnął! - Tak będziesz odpowiadał!? Giń więc! Kończąc zdanie, ruszył z całym impetem na wielkie, kilkumetrowe monstrum zrodzone z krwi. Jednak po chwili stanął sparaliżowany. Niczym posąg ze spiżu. - Nie czas i miejsce, śmiertelny potomku zrodzonego z wojny! Nie czas i miejsce. Po tych słowach Hagan ujrzał, jak ta istota w ciągu kilku sekund wlewa się do jednego z małych otworów w ścianach komnaty. Rozciągając się niewyobrażalnie, znika w szczelinie nie większej niż jego ręka. Po kilku kolejnych chwilach paraliż ustąpił, a wojownik upadł z impetem przed majaczącą ze strachu, nagą kobietą. - To ty, ty jesteś tym najemnikiem z Cymerii? – Usta kobiety z ledwością artykułowały wyrazy. Hagan dusząc w sobie gniew człowieka, z którego ktoś właśnie sobie zakpił, odpowiedział, kładąc ciemnowłosą na swoim ramieniu. - Czy to teraz jest najważniejsze? Po tych słowach wyszedł, krusząc pod stopami małe kości… .- 3 odpowiedzi
-
1
-
- r.e.howard
- świat conana
- (i 13 więcej)
-
PROLOG W czasie wielu przygód Conan spotkał na swojej drodze znacznie więcej pięknych kobiet, niż można by to oszacować. Z większością z nich dzielił swe łoże, aby następnego dnia lub kilka tygodni później znów wyruszyć na szlak. Wszystkie te godziny uniesień były wypełnione zwierzęcą rządzą i dziką namiętnością. Rozkosze te przeważnie też zalewane były wszelkiego rodzaju winem lub innego rodzaju trunkami. Dlatego nikogo nie winno dziwić to, że potomstwa Króla Conana może być mnogo. Ktoś nie przychylny, panującemu na tronie władcy Aquiloni, powiedział kiedyś żartobliwie, iż niemożliwością jest wejść do jakiejkolwiek tawerny na całym świecie i nie spotkać tam bękarta króla. Być może jest to lekka przesada, jednak jak w każdej historii tak i w tej, jest ziarno prawdy. Okazuje się bowiem, że prawdą jest fakt, iż Król Conan zostawił po sobie co najmniej jednego syna. A przynajmniej takiego, o którym niedługo będzie głośno za sprawą jego przygód spisanych przeze mnie. Zapytacie zapewne teraz, kim była lub jest jego matka? Wszystko na to wskazuje, że jest nią Zelata, wiedźma z dzikich ziem. Czemu nie mam pewności? Bo nigdy nie powiedział mi tego wprost. Zresztą tak jak jego ojciec, Hagan nie był zbyt wylewny w sprawach innych niż te, które w danej chwili zaprzątały mu głowę. Jednak najciekawsze z tego wszystkiego jest to, że Haganowi los dał zupełnie inną ścieżkę sławy i chwały. Rzucił mu pod nogi trochę inne umiejętności i trochę inny wygląd niż jego legendarnemu ojcu. Będą to przygody o czynach Hagana, który był synem Conana z Cymerii, króla Aquiloni, króla złodziei, kapitana piratów Czerwonego Bractwa, zabójcy Piktów, potworów i magów. Człowieka ze stali i z gorącym sercem. Będą to historie o losach syna, który próbował dorównać swemu ojcu, a przynajmniej taki był jego zamiar… . ROZMAWIAJĄC ZE ZMARŁYMI Ta historia miała miejsce gdzieś na północnym wschodzie Cymerii. W dzikim i starym lesie niedaleko gór granicznych z Asgardem. Hagan szukał tam ciszy i spokoju, prawdy i chłodu swoich Cymeryjskich przodków. To tutaj zrozumiał jakimi umiejętnościami obdarzył go los, bo raczej nie był to Crom. Noc była cicha i zimna. W oddali rozchodziło się ujadanie wilków spragnionych ciepłej i pożywnej krwi. Wśród tych ciemności i gwiazd, które jakby bały się oświetlać dziką i barbarzyńską Cymerię, stała samotna i stara chatka. Wśród ubogiego wnętrza, na prowizorycznym posłaniu leżał wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna. Miał czarno-krucze włosy i zimne, niebieskie oczy. Jego postura była atletyczna, mięśnie wyraziście zarysowane, lecz bez barbarzyńskiej dzikości. Nie były one wielkie i sprężyste, to było ciało zwinnego i giętkiego mężczyzny. Był odziany w ciemno-brązowe skóry przepasane ciężkim pasem ze stalową klamrą. Na nogach miał wytrzymałe sandały podróżne, sznurowane trochę ponad kostkę. Koło jego prawej ręki leżał ukryty w ciężkiej pochwie, długi i solidny miecz. Niedaleko jego posłania leżała też torba podróżna wykonana z koziej skóry. Jego rysy twarzy były delikatne, a tygodniowy zarost tylko trochę dodawał jej srogości. Jednak gdy otworzył swoje oczy, można było w nich dostrzec przyczajoną dziką inteligencję i groźbę. Te oczy nie pasowały do ucywilizowanego człowieka. Leżał tak na plecach już od kilkunastu minut, wpatrzony w drewniany i spróchniały sufit. Przybył w to ciche miejsce, aby pobyć sam i porozmyślać nad tylko jemu wiadomymi sprawami. Jednak regularnie od trzech dni, w środku nocy zaczął budzić go kobiecy głos. Był oddalony, słaby i przepełniony żalem oraz goryczą. W końcu Hagan odpowiedział cichym, lecz pełnym mocy oraz charakteru głosem. - Czego chcesz kobieto? Nie widzisz, że śpię? Wojownik do tej pory nie odzywał się do natarczywej zjawy. Jednak dzisiejszej nocy miał już dosyć. Jego ciało nie drgnęło nawet o milimetr, gdy głos odpowiedział. - Pomóż mi. Pomóż dobry Panie! - A skąd taka pewność, że jestem dobry? Albo że Ci pomogę? - Pomóż mi, bo cierpię! Hagan przymknął powieki. To nie pierwszy raz, ani nawet setny, kiedy jakaś zjawa czy duch przerwała mu jego sen, czy jakąkolwiek inną czynność. - Odejdź. Nie interesujesz mnie Ty, ani Twój problem. - Pomóż mi! Proszę! - Odejdź, powiadam! Daj spać tym co, jeszcze mogą się obudzić! Po tych słowach głos umilkł, a wojownik nie musiał już otwierać oczu. Po dłuższej chwili zasnął snem spokojnym, acz czujnym. Jednak chwilę przed zaśnięciem wrażliwe ucho mogło usłyszeć, jak szepcze cicho, że „Nawet tutaj! Na Croma!” Następnego dnia o poranku, gdy biała rosa otulała jeszcze trawy starego lasu, Hagan wyszedł, aby poszukać drewna na opał. Gdy wędrował między drzewami, nagle poczuł obrzydliwy zapach gnijącego mięsa. Powoli chwycił za rękojeść miecza i uważnie rozejrzał się dookoła. Jednak w pobliżu nie dostrzegł żadnych szczątek. Zapach był tak wyrazisty, jakby truchło leżało koło niego. Spokojnie i powoli zrobił jeszcze kilka kroków, rozglądając się uważnie lecz nadal nic nie widział. W tym samym momencie zobaczył przed sobą wpół eteryczną postać kobiety, której ciało było w stanie rozkładu. Przystanął, opuścił broń i spojrzawszy się w puste oczy zjawy bez trwogi rzekł. - Uparta jesteś. Co miałbym zrobić, abyś dała mi spokój? Zjawa unosiła się delikatnie nad zieloną i mokrą trawą, a jej postać falowała w promieniach mocnego wschodzącego słońca. Na sobie miała tylko starą czerwoną tunikę, która odkrywała więcej niż mniej. Nie odezwała się tym razem, jedynie wyciągnęła rękę i wskazała kierunek, gdzieś w głąb kniei. Kiedyś musiała być wysoką i dobrze zbudowaną, dojrzałą kobietą. Wojownik spojrzał się w kierunku, w którym wskazała zjawa. Wielokrotnie miał do czynienia z duchami czy innymi eterycznymi istotami. Już od dzieciństwa matka uczyła go o ich zwyczajach i sposobie zachowania. Jednak z każdym rokiem i z coraz częstszymi odwiedzinami tych istot przestawał na nie reagować. Może raz czy dwa próbował jednej, czy drugiej pomóc, ale zawsze kończyło to się śmiercią innego, żyjącego człowieka. Dlatego tak bardzo mocno opierał się przed pomocą, bo nie widział w tym większego sensu. Pomagać tym, co nie żyją, zabijając tych, co jeszcze oddychają? Gdy Hagan mijał zjawę, idąc we wskazanym kierunku, rzekł. - Robię to tylko dlatego, żebyś dała mi wreszcie spokój. Jego marsz przez stary las trwał może dwie godziny. W tym czasie mijał wysokie i rozłożyste drzewa, których kora była gruba niczym kciuk. Nie liczył na to, że zjawa ma prosty problem. Jego wiedza na ten temat wielokrotnie mówiła o niedopełnieniu obrządków pogrzebowych lub klątwie albo czymś jeszcze bardziej skomplikowanym. Dlatego szedł z ponurą miną, a przez jego wysokie czoło przechodziły bruzdy wściekłości. Nie należał do tych, którzy ukrywali swój gniew. Zresztą tak jak jego ojciec, dość często wpadał w niepohamowaną furię. W końcu, w oddali między drzewami dostrzegł drewnianą i dość dobrze zachowaną chatę. Była zbudowana z grubych bali drzew, a jej dach widział już niejedną zimę. Przed wejściem do niej, na palenisku piekł się zając. Hagan przysiadł i zaczął dokładnie oglądać cel swojej wędrówki. Istoty spomiędzy światów nie myliły się co do rodzaju ich problemu i potrafiły dość dokładnie wskazać miejsce ich tragedii. Nawet na dystansie dwóch godzin marszu, palec zjawy zapewne bezbłędnie wskazywał właśnie te domostwo. W końcu dostrzegł coś bardzo istotnego. Na jednej ze ścian chaty wisiał znajomy symbol. Instynktownie przykucnął jeszcze niżej i przez zaciśnięte zęby warknął cicho. - Czerwone psy! Czemu mnie to nie dziwi? Wiedział, że w tym momencie były dwie możliwości. Albo właściciel chaty już dawno go zauważył i właśnie w tej chwili jest obserwowany z ukrycia, albo jest nieświadom jego obecności. Tak czy inaczej, nie miał wyjścia, musiał zaczekać. W końcu coś się wydarzy, a Hagan był przygotowany na wszystko. Jego prawa dłoń delikatnie muskała głowicę rękojeści miecza, gdy po kilkunastu minutach z chaty wyszedł olbrzymi, rudy i strasznie zapuszczony mężczyzna. Poruszał się ciężko, a w prawej dłoni trzymał krótki nóż myśliwski. Przykucnął przy palenisku i zaczął doglądać piekącego się, oskórowanego szaraka. - Jeden Vanir. Może myśliwy, a może dezerter. Wymamrotał pod nosem Hagan, wciąż wpatrując się w olbrzyma, który był przynajmniej o głowę wyższy od niego. Jednak coś mu nie dawało spokoju. Kim jest ta zjawa dla tego kundla? A jeżeli to zły duch? Zabijać Vanira dla zabicia Vanira to jedna rzecz, ale zabijać go, aby pomóc złemu duchowi, to już za dużo. Ta sytuacja nie miała dobrego wyjścia. Wojownik postanowił działać. Powoli, niczym pantera, wyłonił się z ukrycia i podszedł na kilkanaście kroków do nieznajomego. Nie wyciągnął miecza, tylko stanął szeroko na nogach i czekał na reakcję Vanira. Ten bez żadnych oznak paniki wyprostował się i spojrzał na przybysza. Stali tak dłuższą chwilę w ciszy. W końcu czerwonowłosy wszedł bez pośpiechu do chaty, aby wyjść z niej, dzierżąc już nie nóż myśliwski, a bojowy topór. Rozżarzone drewno, polewane kapiącym tłuszczem zająca co chwilę wypuszczało wesołe iskry ognia. Hagan powoli wyciągnął długi miecz, a dźwięk wydobywającego się ostrza z pochwy, przeszył zielone połacie lasu niczym pieśń żałobna, przelatująca między grobami cmentarzyska. Jego mięśnie napięły się do granic możliwości. Przeciwnik powoli zaczął iść w jego kierunku, obrzydliwie szczerząc pożółkłe i nieliczne zęby. Pierwszy cios Vanira był szybki i miał spaść prosto na czerep Cymeryjczyka, jednak ten odskoczył i ciął płasko w prawe ramię czerwonowłosego. Niestety nie dotarł do celu, bo przeciwnik odchylił się na bok, unikając tym samym groźnego ostrza. Nastała chwila wytchnienia. Hagan wiedział już, że natrafił na doświadczonego plemiennego wojownika. Ten z kolei też przestał lekceważyć nieznajomego. Kolejne ciosy, niczym pioruny zaczęły spadać na gardę i uniki Cymeryjczyka, a bojowy okrzyk Vanira rozdzierał las niczym stare płótno. Topór wroga co chwilę zmieniał kierunki uderzeń, a Hagan musiał naprawdę mocno się skupić. Wiedział, że jego jedyną szansą jest uderzenie kiedy ten popełni jakiś błąd. Jednak owy błąd nie nadchodził. Pot zaczął obficie pojawiać się na obu skroniach walczących. Ich oddechy zaczęły być coraz głośniejsze. Hagan próbował przechodzić do kontrataku, jednak niespożyte siły jego przeciwnika, skutecznie mu to utrudniały. Z każdą chwilą pojedynek przeradzał się w coraz bardziej chaotyczną i zdesperowaną walkę, której końca nie było widać. Nagle Vanir z całej siły i z niespotykaną zajadłością wymierzył w niego solidnego kopniaka. Cymeryjczyk poczuł na klatce piersiowej silne i zapierające dech w piersiach uderzenie. Cios był tak mocny, że posłał go na ziemię. Tylko cymeryjskie zmysły uchroniły go od śmierci, bo w ostatniej chwili przeturlał się na prawą stronę, unikają śmiercionośnego uderzenia z doskoku. W oczach jego przeciwnika było już tylko szaleństwo i żądza mordu. Miał chwilę, aby wstać, gdy czerwonowłosy znowu zaszarżował, jednak tym razem popełnił błąd. W przypływie szału Vanir nie dostrzegł, że Hagan zmienił rękę, w której dzierżył miecz. To był moment, gdy długie proste cięcie rozstrzygnęło morderczy pojedynek. Ostrze brutalnie rozerwało mu pachwinę, następnie bebechy i klatkę piersiową. Czerwona i ciepła krew trysnęła na zadeptaną trawę i liście. Wojownik nie dokończył swojego ostatniego ataku, padając na ziemię z wylatującymi wnętrznościami. Hagan poczuł, że gdzieś między koronami drzew właśnie uleciał duch tego barbarzyńskiego wojownika. Nie czekał długo. Po wzięciu kilku głębszych oddechów wytarł miecz o czyste skrawki ubrania Vanira i powoli wszedł do chaty. W środku panował gigantyczny bałagan i przerażający smród. Woń ta była identyczna do tej, którą poczuł ponad dwie godziny temu. Rozejrzał się uważniej. Był w pierwszym, największym pomieszczeniu jednak ohydny zapach dobywał się z innego, mniejszego pokoju. Ten natomiast był oddzielony od głównej izby starą i grubą kotarą. Czujnie, dzierżąc miecz w prawej dłoni, odsłonił wejście. Na środku było spore drewniane łoże, obłożone dookoła świeżymi kwiatami. Na nim zaś leżało ciało, przykryte brudnym i spleśniałym płótnem. Hagan domyślił się, po małych fragmentach materiału, że kiedyś to płótno było aksamitnie białe. Podszedł bliżej i odsunął je delikatnie z góry. To była twarz zjawy. Czyżby znów zabił człowieka pchany intrygą i wolą złych mocy? Przecież w tym wszystkich nie było nic obrzydliwego ani przerażającego! Żadnego kultu czy widocznych prób jakiegokolwiek zaklęcia. Owszem kobieta ta nie była pochowana, jednak to o niczym nie świadczy. Jest wiele obrządków pożegnalnych, które zakładają długie czczenie zmarłej osoby, zanim się ją pogrzebie. Gdy miał już wychodzić, rozwścieczony widokiem pięknych kwiatów i zmarłej kobiety, coś przykuło jego wzrok. Na wysokości brzucha zmarłej, płótno było nienaturalnie wysokie. Posiadało też kanty, jakby nieboszczka coś trzymała w dłoniach. Ostrzem miecza i szybkim ruchem odrzucił zgniły materiał na bok. To, co po chwili ujrzał, napełniło jego serce grozą. Zmarła miała na dłoniach jak i stopach żelazne kajdany z namalowanymi przedziwnymi symbolami. Gdy tak chwilę stał, z przerażeniem i gniewem w oczach, przypomniał sobie niedawno zasłyszaną historię o oszalałym wodzu jednego z Vanirskich plemion. Człowiek ten, po tym jak zmarła jego ukochana, miał popaść w taki smutek i trwogę, że poprzysiągł zatrzymać jej ciało i ducha na tej ziemi, tak długo jak on sam będzie żył. Nie zastanawiał się długo. Rozciął kajdany, wykopał niedaleko od chaty grób i złożył w niej ciało nieboszczki. Truchło szalonego z miłości wodza pochował po drugiej stronie chaty. Hagan wierzył, że ludzie, którzy popadli w obłęd z miłości, nie byli tak do końca złymi ludźmi. Po prostu postradali rozum, a nie serce. Od tamtej pory żona szalonego wodza Vanirów, Firia już nigdy mu się nie objawiła. Jednak jakimś cudem, czy zrządzeniem losu, o jego czynie usłyszeli inni. Czy to był przypadek, cichy świadek? Czy może jakaś siła wyższa rozpowiedziała, o jego godnym pochwały czynie? Tego Hagan nigdy się nie dowiedział. Jednak wtedy zrozumiał, że los dał mu możliwości, których nie może się wyprzeć ani zagłuszyć. Wtedy też Hagan zyskał przydomek. Hagan, rozmawiający ze zmarłymi.
-
- r.e.howard
- świat conana
-
(i 9 więcej)
Oznaczone tagami: