Weszłam w przestrzeń bez granic,
a on już tam był.
Nie musiał się zbliżać -
powietrze gęstniało samo,
jakby od zawsze należało do niego.
Nie widziałam go,
lecz czułam ciężar jego spojrzenia -
spokojny, pewny, nieunikniony.
Zbliżył się,
a moja skóra stała się cienka,
jak zasłona gotowa opaść.
Jego obecność
wypełniła mnie bez pytania.
Nie opierałam się.
Niewidzialna dłoń spoczęła na sercu,
i przyspieszyła puls do tempa,
które należało do niego.
Moje "chcę" rozpuściło się
w jego pewności.
Zanurzyłam się w nim całkowicie.
Nie było przemocy -
tylko nieuchronność.
Jak przypływ, który zawsze wraca.
Jak noc, która bez pytania obejmuje ziemię.
I wiedziałam, że od tej chwili
nie dotyka mnie już dłońmi.
Dotyka mnie od środka.