Zmrożone z szosy mgielne jak niebo.
Wiraż przy kuchni, a witraż w lewo.
Jak w synekury echu słabnącym,
liczę na szelest, oddech i słońce.
Gdyby wiedziała,
skąd żyła. Pamięć
jej cała w kaftanie jak z mrozu koronki
na płonącym z piersi oddechu jabłonki:
Chudoby nasze. Wam
pierze,
koszule.
Dość, że Ostrobramską w ramie Jej róży
dla imienia Jego stąd ocalimy.
Wszyscy my przeminą.
Brzemienni jak zimy.