Gdybym mogła, zostałabym graczem szklanych paciorków.
To nic, że do zakonu nie przyjmują kobiet. Będę pierwsza. Nie może być przecież inaczej, jeśli marzenie o Kastalii nieustannie zmusza mnie do przekraczania kolejnych granic wyobraźni. Jeśli każdy telefon i każdy dzwonek do drzwi wydaje się być wezwaniem do drogi.
Każdy okazuje się fałszywy.
Wobec tego tymczasowo szkolę się sama. Umysł nie może spać. Patrzę: na zakochanych, nieświadomych tego, że wymieniają pocałunki równo co dziesięć kroków – na subtelne chińskie ideogramy, stworzone przez ptaki na śniegu – i wiem. Wiem, że nie brak mi zdolności dostrzegania tajemnego związku między rozkładem Bernoulliego a IX symfonią Beethovena. Umiejętności patrzenia tak, by widzieć.
W tym zapatrzeniu i w tej pewności mój wzrok staje się coraz bardziej szklany. Wyglądam w przyszłość, która nie ma prawa się zdarzyć i przemierzam w niej niekończące się korytarze. Jestem tak daleko, że gdy wpadam na przechodniów, na końcu języka tańczą słowa „przepraszam, ja nie jestem z tej epoki”.
To nic, że Kastalii już dawno nie ma, nie ma jej tak dawno, że być może nigdy nie istniała.
Nie szkodzi, że grę opuszczono, jej zasady zapomniano, aż stały się niczym więcej, jak piękną legendą.
Ja - gdybym tylko mogła - zostałabym graczem szklanych paciorków.