Brak jakiegokolwiek rytmu. Cały wiersz schematyczny. Osobiście uważam, że sama interpretacja może być tak naciągana jak całość. Chaotyczny, nie wnoszący nic, stworzony po to tylko, chyba żeby skraść tym którzy go przeczytają czas.
SŁABO :/
Być chodź raz na chwilę
Unoszonym wiatrem pyłem
Kończącym dniem zachodem
Ulewą gwiazd, pocałunków skryciem
Być choć raz, innym życiem
Czymś cenniejszym dla świata
Nie być, tylko Byciem
Będę Ci poił na pustyniach płatki Twe łzami
By nie traciły dłużej czerwieni i nie cierpiały
Będę dbale przycinał zaschłą łodygę w obawach że przeminiesz
Czas zazdrości piękna co z upływem mija
Pozwól więc Cię wiecznie zachować tak blisko
Ciało pochować w ukochanych stronach
I za każdym razem za sprawą myśli
Zwracać Ci piękno w krótkich mignięciach oka
Chciałbym być latawcem gnanym po niebie
Rzeźbić chmury palcami płoszyć oddechem
Moczyć dłonie w barwach Zachodu
Mieszać nadawać innego koloru
Bywać w Niebie miedzy Dziadkami i Rodzicami
Ale być wciąż latawcem
Tak łatwo na ziemię sprowadzanym
Bądź mi falą wzburzoną
Co wraca stale na nowo
Pierzyną zawstydzonego Słońca
Owocem grzechu wiatru i morza
Tylko kim miałbym być ja
Oceanem czy plażą
Do kogo tak naprawdę wracasz
Za każdym razem
O taki mały, miedziany
Jak stąd do tond, centymetr nie cały
Gdzieś go zostawiłem
Może na mokrym piasku plaży
w kołysanej trawie polany,
pod doniczką fikusa, w szufladzie biurka,
Pojęcia nie ma, a tyle znaczy
To on
sercu do serca otwiera bramy
Tą kredkę jasną
Rozbielono czerwoną
W odcieniu błękitu
Wpadającą w fusy szarości
Zatarłeś
tworząc Niebo poranne
Zapomniałeś?
Temperówek
Raczej tam nie mają
Gdybym wiedział
Spakowałbym ją Tobie
Miałeś być
I jeszcze czekać
A Ty zasnąłeś
Odkurzę me serce
Lokal ten pusty
Cena niewysoka
widok z okien
- nadludzki
Gwiazdo jasna!
Dawna duszo ludzka!
Nie poznałem Cię w życiu
Daj się kochać, po życiu
Kij zbyt krótki
Nim Cię nie strącę
Zeskocz w me ramiona
W objęcia miłosne
Ty mym marzeniem
Szeptanym w Ikarowym locie
lecz Ty umierasz
gaśniesz
istnieć przestajesz
Już za późno, nie ocalę
Widać, świat ten dla ludzi
Mury spękane
Gwiazda nie żyje, po raz drugi
Drabina
Byle jak najdłuższa
Niepoliczona
Oprę ją o chmurę
Wysoko stworzoną
Położę się
W miękkiej
Żółto złotej, czerwonej pościeli
Popatrzę wyżej
Gwiazdy policzę
zrozumiem
Jak się w Niebie żyje
Szeptem ulic betonowych
W cieniu lamp
Przebiegają głucho
Uciekają
Te, one
Nieme z urodzenia
Wiecznie zawstydzone
Dniem białym
- płoszone
Miłości niespełnione
Te, targane chęcią stworzenia – jak nie moje
Wyciągnę je do góry, wysoko
Na nieuczęszczany stopień drabiny do Nieba
Teraz już tylko delikatnie, delikatnie, delikatnie
Pochwycę dłońmi chmury kłębiaste
Te, szare dzieci roznoszące ciągły brud
Krzyczące…
Po co? – pytasz….
By Niebo na nowo odtworzyć po burzy…