Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Horsefall

Użytkownicy
  • Postów

    3
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez Horsefall

  1. Przeszedłem świat wzdłuż i szerz widziałem milion pięknych rzeczy Co jest najpiękniejsze dla mnie?-spytacie Nie wiem, Oto jest istota rzeczy. Wybrałem sie pewnego razu, do kraju hen daleko. Ten kraj na południu byl i urzekl mnie słońca rzeką. Praży ono niesłychanie. Ludzie spaleni promieniami Było mi dobrze, tam daleko lecz czułem sie kaleką. Wracając wcześnie, gdzieś nad ranem stanąłem u drzwi pieknej damy. A ona obrżona wielce, że budzę ją po kropelce. Bylo ich wiecej niźli jedna. Kto by je liczyl, była noc. Wiec pukam do drzwi owej damy A o na na to- Precz mi stąd- Nie czuła na me prośby, żale. Furkajac i parskając groźnie zdobyla sie na czyn, mospanie, rzucila we mnie dlugim rożnem. Juz mialem zawyć jak szalony, juz bylem gotów do brony, mego imienia oraz mienia, lecz pomysl przyszedl z innej strony. Mój sąsiad, gruby Wloch, widząc mój kłopot, tam nad ranem; Zakrzyknál - Signore ,opanuj sie mój panie. Radze Ci, porzuć swe zamiary, daj spokój tamtej damie. Ona jest wredna niesłychanie, idiotyzm na drugie imie ma. Zgodziwszy sie na podszept z boku, bez chwiejnego kroku w mroku, ruszyłem wprzód a potem w tyl. Nie uszedłbym zbyt daleko, gdyby nie, ów wybawca mój. Podszedłszy do mnie, tak zakrzyknał -Polaco, druhu mój, Widzę,że chęci masz masz na chęci i rześki jesteś ,tu na wskroś. Ja również jestem nazbyt jurny aby lec w łozu teraz tu. Pojdziemy do tej, tam na rogu co sluzbe kończy skoro świt. Z Koryntu sie wywodzi i troski nasze ułagodzi. Przeszedłem świat wzdłuż i szerz widzialem milion pięknych rzeczy Co jest najpiękniejsze dla mnie?-spytacie Nie wiem. Oto jest istota rzeczy.
  2. – Jestem profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego! – uderzyło mnie w twarz . - Shut yir fuckin mooth ya smelly cunt!-wypsneło mi się. To reakcja na stres. Automatyczna i niekontrolowna. Nie rozumiem, czemu ma służyć ta demonstarcja siły?Czyżby wartosci się przeżarły, i maja tylko sens na papierze? Ta nauralna pogarda dla przyjezdnych zasługuje na denuncjacje u pana Boga. Niestety nie mogę, brak mi wiary. Po za tym, rodzice nauczyli mnie aby nie donosić na innych. -Słucham?-zapytała zdziwiona. -Oh, fuck off! -Pan, już tu nie będzie studiowal!-zasyczała obrażona dama. Nie miałem ochoty kontynuować tej jałowej polemiki ze starą raszplą. Moje dni w środowisku polskich studentów dokonały się. Dorastanie na przedmieściach Edinburgh, wyrobiło we mnie nawyk ignorancji w stosunku do ludzi z klasy średniej. Dobrze wychowanych, zadbanych, odżywionych według standardów proponowanych przez ministerstwo zdrowia. I tak bardzo zadufanych w sobie. Snoby u steru świata. Ograniczona masa wpatrzona w siebie. Nie powinienem się dziwić. Tak zostali wychowani. To jest właśnie urok burżuazji; tradycja i brak wyobraźni. Jon miał racje, powinienem zostać w stolicy. -Aye mate!Naw ya awright –krzyknąłem zamykając drzwi za sobą. Ulica Szewska przywitała mnie szpalerem pijanych Angoli. Dyskutowli głośno. Jeden z nich zobaczył jak stoje w bramie. Był wysoki , z fryzurą na Beckhama. Nie wygladal jak Angol , raczej jak wiking. Czyżby jego przodkowie podbijając Anglie przez przypadek zostawili ślad po sobie? Przybyli pogwałcili i wyjechali. Ostentacyjnie pokazał palcem w moim kierunku , komentujac glupkowate zdziwienie wymalowane na mojej gębie. Stałem przez chwile gapiac się na nich . -Oj mate! Shut yir fuckin mooth, ya daft cunt!-znowu mi się wypsnelo. Umilkli. Podszedłem. -Ya dinnae like the place, ya kin git tae fuck, ya doss cunt! – powiedziałem do prowokatora. Mierzył mnie wzorkiem. Byłem pewny, że nic nie zrobi. Zachowawczość to jest ich credo. -Are you Scotish, luv?-padło pytanie -Am I fuck,Polish- bez przekonania odpowiedziałem. -You’re serious? -Positive mate! -Speak polish, then!-padł imperatyw -What for?-zapytalem -I don’t believe ya-watpił wysoki -Ah’ve goat tae go mate! Odwróciłem się w stronę Plant. Czy tu zawsze jest taki tłok? Masa ludzka przelewa się w tą i z powrotem. Wszystkie ławki pozajmowane. Tu romanyczna parka, tam kochankowie. Mielą słowa przez aparat gębowy. Bez chwili wytchnienia. Najpierw ona, potem on. I zmiana. Niekończący się dialog opanował świat i boi się postawić kropke. Znam Kraków z opisów. Piękny i tajemniczy. Taki obraz wtworzyła mi matka. To co widzę, biegunowo odbiega od mojego wyobrazenia. Przypomina raczej sieć jadłodajni. Cuchnacych i głośnych. Niesmaczne kanapki, obrzydliwa kawa, znudzeni sprzedawcy tak niepoważnie uprzejmi i zadowoleni . Mój wzrok, ślizga się po tym co widze, żołądek kurczy się gwałtownie dajac do zrozumienia, że ma dosyć. Śniadanie znalazło się na chodniku. -Czy dobrze się czujesz? -Tak, wszystko jest Ok. Dziekuje. –powiedziałem.Spierdalaj –pomyślałem. -Podobało mi się, jak wyszedleś z zajeć? -Słucham? -Studiujemy razem. Mówisz dobrze po polsku. -Chyba studiowaliśmy. Sorry, ale nie pamietam. -Nie, raczej nie. Spotykałam się z Hiszpanem.Teraz jestem sama. - Przykro mi, że nie wyszło-odpowiedziałem bez przekonania. Idz sobie człowieku i daj mi oddychać. - Pojdziemy na kawe? -Ok. Szliśmy w milczeniu.Nie mogłęm oprzeć się wrażeniu, że natura przeznaczyla mnie do zagłady. To jest tylko hipoteza, ale jak bardzo niepozytywna. Towarzyszy mi rano, kiedy łapie swoje odbicie w łazience i wieczorem, kiedy otacza mnie słodki dym papierosów palonych w zaukach pokojów z dala od wścibskich oczu. I znowu mam to uczucie przemijania. To jej wina.
  3. Czekam na to. Niepewność chwili świdruje moją głowę bezustanku.Jestem zdenerwowany tym, co ma się zacząć. Kiedy te dwa ciała za ścianą połączą sie w jedno? I będzie dziwięk, charakterystyczny w swej powtarzalności. Mantra wspólczenego bytu dwojga. Ona będzie krzyczała i on bedzie krzyczał. Będą krzyczeć razem, oblani potem, wtuleni w swój zapach bedą tworzyć miłość. A ja skulony, poduszką zatkam uszy.Trauma wieczoru kiedys minie. Ocknę sie rano w slinie obcych ludzi.Otworzylem drzwi. Odór spoconych ciał uderzyl mnie swą intensywnoscia. Nic nie widzialem, ale równomierne oddechy zdradzaly ich obecność. Spali.Po omacku , bezszelestnie zbliżylem się. Siekiera która zabralem z komórki ciażyla mi w reku. Podręczny przedmiot,tylko troche przypruszyony siwizną. Podniosłem ją wysoko i opusciłem w kierunku śpiacej głowy. Głuchy dziwięk wydobył się z pod miażdżonego kręgu szyjnego. Ciepła spojna chlustnęła mi w twarz. Zamachnąłem się raz jeszcze. Niestety, tym razem ostrze tępego narzędzia trafiło w czaszkę. Czułem jak przechodzi przez kość i potem głębiej do środka. Przypominalo to rozbijanie arbuzów lub dynii. I znowu coś ciepłego i kleistego znalazło się na mojej twarzy.Zapaliłem papierosa. - I jak się wam teraz podoba?-zapytalem głośno dwa ścierwa leżące na łózku. Byli odwróceni do siebie plecami. Odzieleni niewidzialną barierą.-To jednak nie była miłość –pomyślałem-Nie miłość.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...